Powieść “W krainie cedrów” to wzruszająca historia libańskiej rodziny spleciona z dramatycznymi wydarzeniami na Bliskim Wschodzie.


W krainie cedrówRodzice Samira krótko przed jego urodzeniem uciekli z Libanu do Niemiec. Gdy chłopiec miał osiem lat, jego ukochany ojciec przepadł bez śladu.

Teraz, dwadzieścia lat później, Samir wyrusza do kraju cedrów, żeby rozwikłać zagadkę jego zniknięcia. Podejrzewa, że kluczem do rozwiązania tajemnicy jest fotografia z czasów młodości ojca.

Wkrótce okazuje się, że nie tylko on podąża śladami mężczyzny.

***

Ta elegancko i subtelnie opowiedziana historia pokazuje, że poza ciasną i duszną przestrzenią, którą nazywamy naszym światem, Europą, Zachodem, otwierają się drzwi do tysiąca innych cudownie pięknych i niepojętych krain.
NDR Kultur

Pierre Jarawan urodził się w 1985 roku w Ammanie, w Jordanii. Historia Samira, bohatera “W krainie cedrów”, jest oparta na przeżyciach rodziny autora.
Od 2009 roku odnosi sukcesy jako poeta-performer. W 2012 roku został Międzynarodowym Niemieckojęzycznym Mistrzem slamu poetyckiego. “W krainie cedrów” jest jego debiutancką powieścią, za którą w 2015 roku otrzymał stypendium literackie miasta Monachium, Bawarską Nagrodę Sztuki oraz tytuł najlepszego debiutu w języku niemieckim na festiwalu w Chambéry. Prawa do książki zostały sprzedane do Holandii, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Pierre Jarawan
W krainie cedrów
Przekład: Barbara Niedźwiecka
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 12 września 2018
 
 

W krainie cedrów


Kto uważa, że zrozumiał Liban, temu go jeszcze należycie nie objaśniono.
Przysłowie libańskie

I

Skąd mogłem wtedy wiedzieć, że to zdjęcie już zawsze będzie mnie prześladować?

Prolog

Wszystko pulsuje, wszystko błyszczy. Bejrut nocą jest piękny jak diadem z migoczących świateł, jest wstęgą przyprawiającą o brak tchu. Jako dziecko uwielbiałem sobie wyobrażać, że kiedyś tu przyjadę. A teraz między żebrami mam ten nóż. Ból przeszywa mi klatkę piersiową, tak że nawet nie mogę krzyczeć. „Jesteśmy przecież braćmi!” – chcę zawołać, gdy mnie kopią i ściągają ze mnie plecak. Opadam na kolana. Asfalt jest gorący. Od strony Corniche wieje wiatr. Słyszę morze, jak uderza o brzeg, i muzykę z przydrożnych restauracji. W powietrzu czuję zapach soli, kurz i upał. Z wargi cieknie mi strużką krew, ma metaliczny smak. Coraz bardziej się boję. I ogarnia mnie coraz większy gniew. „Nie jestem kimś obcym!” – chcę krzyczeć w ślad za nimi. Echo ich kroków szydzi ze mnie. „Tu sięgają moje korzenie!” – chcę zawołać, ale z gardła wydobywa mi się tylko rzężenie.
Widzę twarz ojca, jego sylwetkę w drzwiach mojego pokoju, zanim zamknąłem oczy. To nasza ostatnia wspólna chwila. Zastanawiam się, czy czas i wyrzuty sumienia odcisnęły na nim swe piętno.
Myślę o słowach, które brodacz przedtem mamrotał pod nosem: „Wówczas nie będą mogli wołać pomocy i nie znajdą ratunku”1.
„Plecak” – myślę i nie chodzi mi o pieniądze czy paszport, które wraz z nim zniknęły. Chodzi mi o zdjęcie ukryte w przedniej kieszeni. I dziennik. Wszystko zniknęło. Z bólu prawie tracę przytomność.
„Jestem odpowiedzialny za śmierć człowieka – myślę, a krew sączy mi się z rany. – Trzymaj się. To musi coś znaczyć. To musi być jakiś znak”.
Kroki mężczyzn cichną. Jestem sam, słyszę tylko, jak bije mi serce.
„Jeśli przeżyjesz – myślę i nagle ogarnia mnie dziwny spokój – będzie to znaczyło, że wszystko stało się z jakiejś przyczyny. I że twoja podróż jeszcze się nie zakończyła. Spróbujesz go znaleźć, po raz ostatni”.

1

1992 rok.
Ojciec stał na dachu. A właściwie balansował. Ja byłem na dole. Osłoniłem twarz dłonią i mrużąc oczy, patrzyłem w górę, na niego. Wyglądał jak tancerz na linie. Jego ciemna sylwetka odznaczała się na tle letniego nieba. Moja siostra siedziała na trawie, potrząsała dmuchawcem i przyglądała się maleńkim spadochronikom kręcącym piruety. Nogi miała nienaturalnie wywinięte. Tylko małe dzieci potrafią tak siedzieć.
– Jeszcze troszeczkę! – zawołał z góry wesołym głosem ojciec i przekręcił antenę satelitarną, utrzymując równowagę dzięki szeroko rozstawionym nogom. – Teraz dobrze?
Z okna na pierwszym piętrze wyjrzał Hakim i zawołał:
– Nie, teraz w telewizji są Koreańczycy.
– Koreańczycy?
– Tak. I ping-pong.
– Ping-pong? A głos? Też mówią po koreańsku?
– Nie. Po rosyjsku. W twoim telewizorze Koreańczycy grają w ping-ponga, a Rosjanin komentuje.
– Na co nam ping-pong?! – zawołał ojciec.
– Wydaje mi się, że za bardzo skręciłeś antenę na prawo.
Moja głowa też zaczęła uczestniczyć w grze w ping-ponga. Słuchałem ich dialogu i przeskakiwałem wzrokiem z jednego na drugiego. Ojciec wyciągnął z kieszeni spodni śrubokręt i poluźnił mocowanie. Potem wziął do ręki kompas i przekręcił talerz bardziej w lewo.
– Pamiętaj: dwadzieścia sześć stopni na wschód! – zawołał Hakim, a jego siwa głowa zniknęła z powrotem w pokoju.
Zanim ojciec wszedł na dach, wszystko mi dokładnie wyjaśnił. Staliśmy na wąskim pasku trawy przed naszym domem. Drabina była już oparta o ścianę. Promienie słoneczne prześwitywały przez koronę wiśni i tworzyły na asfalcie magiczne cienie.
– Wokół Ziemi, w kosmosie, krążą satelity – powiedział. – Jest ich ponad dziesięć tysięcy. Pokazują nam, jak kształtuje się pogoda, dokonują pomiarów Ziemi, innych planet i gwiazd. Dzięki nim możemy też oglądać telewizję. Większość satelitów nadaje dość kiepskie programy, ale niektóre mają też dobrą ofertę. My chcemy satelitę z najlepszą telewizją, a ten znajduje się mniej więcej tam.
Spojrzał na kompas i kręcił nim tak długo w dłoni, aż igła wskazała z prawej strony dwadzieścia sześć stopni. Potem pokazał na niebo, a moje spojrzenie powędrowało za jego palcem.
– Zawsze tam? – zapytałem.
– Zawsze – potwierdził, pochylił się, pogłaskał moją siostrę po głowie i podniósł dwie wiśnie, które leżały na trawie. Jedną zjadł, drugą uniósł i trzymał przed naszymi twarzami. Objedzoną pestkę ujął opuszkami palców, po czym krążył nią w pewnej odległości wokół całego owocu. – Satelita porusza się z taką samą prędkością, z jaką Ziemia obraca się wokół własnej osi! – Powoli nakreślił pestką półokrąg na niebie. – Dzięki temu znajduje się zawsze w tej samej pozycji.
Spodobała mi się opowieść o pozaziemskiej telewizji. Ale jeszcze bardziej urzekła mnie myśl, że gdzieś tam, na górze, satelita krąży po swojej orbicie, pozostając zawsze w tym samym miejscu, stale i niezmiennie. Zwłaszcza teraz, kiedy my też znaleźliśmy tutaj swoje stałe miejsce.
– Teraz dobrze?! – ojciec znów zawołał z dachu.
Spojrzałem na okno. Hakim w tym momencie wystawił z niego głowę.
– Nie całkiem.
– Ping-pong?
– Hokej! I włoski komentator. Chyba skierowałeś antenę za bardzo na lewo.
– Zaraz zwariuję! – odpowiedział ojciec.
Tymczasem na ulicy przed domem przystanęło kilku mężczyzn, którzy częstowali się nawzajem pistacjami. Na balkonach naprzeciwko naszego domu kobiety przestały wieszać na sznurkach bieliznę. Z rękoma na biodrach i z rozbawionymi minami śledziły przedstawienie.
– Arabsat? – jeden z mężczyzn stojących na ulicy skierował pytanie w górę.
– Tak.
– Bardzo dobra telewizja! – zawołał drugi.
– Wiem – odpowiedział ojciec, z powrotem luzując śruby i przesuwając talerz anteny nieco w prawo.
– Dwadzieścia sześć stopni na wschód! – zawołał jeden z mężczyzn.
– Jak za bardzo przekręci pan na lewo, to złapie pan włoską telewizję – dodał drugi.
– Tak, a zaraz na prawo są Rosjanie, musi pan uważać.
– Cały świat uprawia sport, ja też powinienem więcej zajmować się sportem – stwierdził Hakim z nutą rozpaczy w głosie, potem jego głowa z powrotem zniknęła w pokoju.
– Mój teść spadł kiedyś z dachu, jak próbował ratować kota – powiedział mężczyzna, który właśnie dołączył do gapiów. – Kot ma się dobrze.
– Mam wejść na górę i przytrzymać kompas? – zapytał jeden z młodszych.
– Tak, Khalil, pomóż mu. – Mężczyzna w słusznym wieku, przypuszczalnie ojciec młodego mężczyzny, skinął głową. – Rosyjska telewizja jest okropna. Widzieliście kiedyś rosyjskie wiadomości? Wszędzie tylko Jelcyn i czołgi, a akcent to już całkiem katastrofa. – Wsunął sobie jeszcze jedną pistację do ust i zwrócił się w kierunku dachu: – Mam przynieść grilla? Zdaje się, że zajmie to panu jeszcze trochę czasu.
Zabrzmiało to jak żart. Mężczyźni wokół się roześmieli. Ojciec nie. Przez moment myślał, po czym uśmiechnął się zawadiacko. Zawsze się tak uśmiechał, gdy miał świadomość, że szykuje się jakaś impreza.
– Tak, mój drogi, przynieś pan grilla. Jak skończę, musimy to uczcić – powiedział i spojrzał w dół, na mnie. – Samirze, habibi, idź i powiedz matce, żeby zrobiła sałatkę. Sąsiedzi przyjdą na poczęstunek.
To było dla niego typowe. Spontaniczne rozpoznanie sytuacji, którą należy wykorzystać. Gdy życie dawało mu okazję, by uczynić ze zwykłej chwili szczególne wydarzenie, nie dawał się dwa razy prosić. Mojego ojca zawsze otaczała aura ufności. Zarażał radością, która emanowała od niego niczym woń perfum i penetrowała nos każdego w jego otoczeniu. Po oczach ojca, najczęściej mocno brązowych, ale czasem zmieniających kolor, można było poznać, że w jego głowie rodzi się ochota na psoty. Gdy jego tęczówki przybierały ledwo zauważalny odcień zieleni, wyglądał jak bohater powieści łotrzykowskiej. Zawsze pogodnie się uśmiechał. I chociaż zgodnie z prawem natury plus i minus dają minus, on skreślał znak odejmowania, tak że pozostawał tylko plus. Mojego ojca tego rodzaju prawidła nie obowiązywały. Z wyjątkiem ostatnich wspólnie spędzonych tygodni prawie zawsze był wesołym duchem, tanecznie kroczącym przez życie, koncentrującym się na dobrych wiadomościach. Te złe nigdy nie trafiały do jego przewodów słuchowych, jak gdyby posiadał szczególny filtr szczęścia, niedopuszczający smutku do jego myśli.
Miał też inne strony. Bywały momenty, kiedy ucieleśniał niewzruszone opanowanie niczym wykuty w kamieniu posąg. Pogrążony w zamyśleniu oddychał spokojnie, a spojrzenie miał głębsze niż ocean. I był pełen miłości. Jego ciepła ręka zawsze głaskała mnie po włosach i policzkach, a gdy coś tłumaczył, w jego głosie brzmiała zachęcająca do działania nieskończona cierpliwość. Jak w momencie, gdy kazał mi iść do domu, ponieważ właśnie podjął decyzję, że będzie świętował z ludźmi, których nie zna.
A więc poszedłem do domu i pomogłem matce kroić warzywa i myć sałatę. Dom, do którego się właśnie wprowadziliśmy, musiał być bardzo stary. Schody miały wgniecenia wielkie jak pięść i skrzypiały przy każdym kroku. Czuć było zapach mokrego drewna i zgnilizny. Na klatce schodowej tapeta się wybrzuszała. Na dawnej bieli widniały ciemne plamy, przypominające chmury. W oprawce tkwiła goła przepalona żarówka.
Dla mnie pachniało nowością. W kątach naszego mieszkania stały jeszcze kartony, a zapach świeżo pomalowanych ścian przenikał pokoje niczym wesoła melodia. Wszystko lśniło czystością. Duża część szafek była już skręcona; wokoło leżały jeszcze pojedyncze śrubki i narzędzia: wiertarka, młotek, śrubokręt, przedłużacz, drewniane czopy, wszystko wymieszane. Garnki, patelnie i sztućce znalazły już swoje miejsce w kuchni. Nawet je przed schowaniem do szafek wypolerowaliśmy. Płyta kuchenna też lśniła. Jeszcze nigdy nie mieliśmy takiego dużego, pięknego mieszkania. Czułem się jak w zaczarowanym pałacu, nieco zmurszałym z powodu upływu czasu, ale świadczącym bezspornie o dawnym blasku. Brakowało jeszcze tylko jasnych zasłonek, kilku kwiatków i zdjęć powieszonych na ścianach, przedstawiających moich rodziców, moją siostrę i mnie. Wyobrażałem sobie, jak niedługo zawisną obok telewizora, a jedno – powiększone – obok drzwi do pokoju dziennego, żeby je było widać z miejsca w korytarzu, w którym teraz ja stoję.
Zerknąłem do pokoju dziennego. Przed telewizorem siedział Hakim. Na ekranie nic nie było w tej chwili widać, tylko biel i szum. Zobaczył mnie i podniósł rękę na przywitanie. Hakim był najlepszym przyjacielem ojca. Znałem go od wieków i lubiłem jego specyficzny sposób bycia. Koszulę miał zawsze pomiętą, włosy sterczały mu na wszystkie strony, co sprawiało, że wyglądał jak roztargniony naukowiec, którego chciałoby się uczesać. Jego ciekawskie oczy wędrowały w oczodołach jak wystraszone. Przypominał surykatkę, tyle że był od niej grubszy. Hakim należał do najukochańszych osób, jakie kiedykolwiek spotkałem. Zawsze miał otwarte ucho i życzliwą radę albo dowcip na podorędziu. Wszystkie te jego cechy zdominowały moją pamięć o nim – mimo tego wszystkiego, co przez całe lata taił przede mną. Już w naszym starym mieszkaniu codziennie bywał u nas wraz z Jasmin, swoją córką. A gdy przeprowadziliśmy się tu, do tego domu, oni zamieszkali bezpośrednio pod nami. Oboje byli niemal członkami naszej rodziny.
Gdy nieco później wyszedłem z mamą przed budynek, niosąc sałatkę i pitę, w powietrzu czuć było zapach mięsa z grilla. Na małym kawałku trawnika siedziało w kręgu kilku wąsatych mężczyzn. Palili fajkę wodną. Zapach tytoniu – jabłko lub figa, nie pamiętam już dokładnie – był przyjemny, ale zakręciło mi się od niego w głowie. Dwóch mężczyzn grało w warcaby. Ktoś wystawił na podwórko trzy stoliki ogrodowe z ławkami. Kilka kobiet rozłożyło na nich tekturowe talerze i sztućce z plastiku. Dzieci bawiły się przed szopą i raz za razem ktoś wołał, żeby nie wybiegały na ulicę. W sumie pod domem zgromadziło się chyba dwadzieścia kilka przyjaźnie nastawionych obcych osób. Stopniowo dochodzili kolejni ludzie mieszkający przy naszej ulicy. Kilku mężczyzn trzymało na rękach dzieci, kobiety miały na sobie suknie długie do kostek i znosiły jedzenie w olbrzymich naczyniach.
Trzeba wiedzieć jedną rzecz o moim ojcu. Przez te wszystkie lata byłem naocznym świadkiem, że nikt nigdy nie odmawiał jego zaproszeniom. Nawet wtedy, gdy goście byli zupełnie obcymi osobami.
Było gorące letnie popołudnie 1992 roku, dzień naszej przeprowadzki. Dobrze pamiętam. Zostawiliśmy za sobą maleńkie mieszkanko socjalne na obrzeżach miasta, w którym nigdy nie czuliśmy się tak naprawdę jak w domu. Wreszcie znaleźliśmy swoje miejsce. W centrum miasta. Teraz mieliśmy piękne, duże lokum, a ojciec przykręcał antenę satelitarną na dachu, która odtąd miała być skierowana na trajektorie krążących wraz z nami satelitów. Wszystko było w porządku.
– A ty nie zejdziesz tu do nas?! – mama zawołała do niego.
– Nie zejdę, póki nie będzie działać – odpowiedział ojciec i z rąk Khalila wziął klucz płaski.
Mężczyźni wokół mnie skinęli przyjaźnie głową, pozdrawiając matkę.
– Ahlan wa sahlan – powiedzieli. Serdecznie witamy.
Jeden z mężczyzn poklepał mnie po ramieniu.
– Jak masz na imię, chłopcze?
– Samir.
– Podaj mi to, Samirze – powiedział z uśmiechem i wziął mi z ręki miskę z sałatką.
Wtedy usłyszeliśmy arabską muzykę dobiegającą z naszego mieszkania. Kilka sekund później w oknie pojawiła się głowa Hakima. Miał rozpromienione policzki.
– Działa!
– Jesteś pewien, że to nie tenis? – zapytał z góry ojciec.
– Muzyka! – zawołał Hakim. – Rotana TV!
– Muzyka! – zawołał jeszcze jakiś mężczyzna i zerwał się na nogi.
Nim się zorientowałem, obcy człowiek złapał mnie za ręce i tańczył ze mną w kółko. Przeskakiwał z jednej nogi na drugą, śmiał się i kręcił jak karuzela na jarmarku.
– Głośniej, Hakim! – zawołał ojciec z dachu, a jego stary przyjaciel zniknął w oknie i chwilkę później z naszego mieszkania na ulicę dobiegała tętniąca arabska muzyka. Bębenek, tamburyn, cytra, skrzypce, lutnia i flet mieszały się, tworząc dźwięki jak z Baśni z tysiąca i jednej nocy, a wtórował im kobiecy śpiew. Ludzie zaczęli tańczyć i klaskali rytmicznie w dłonie, dzieci kręciły się nieporadnie, mężczyźni je podnosili, wirowali wraz z nimi, a kobiety wydawały z siebie przenikliwe i śpiewne tony radości. Potem wszyscy uformowali szereg, chwycili się za ramiona i przytupując, zatańczyli dabkę. To było szaleństwo. To było jak sen. W tym momencie nic nie świadczyło o tym, że żyjemy w Niemczech. To, co działo się tutaj, mogło być sceną rozgrywającą się na uliczce w Zahli, ojczystym mieście ojca, położonym w górach Liban. Zahla, ośrodek wina i poezji. Pisarzy i poetów. Wokół nas byli tylko Libańczycy, którzy mówili, jedli i świętowali jak Libańczycy.
Wtedy ojciec wyszedł z domu. Utykał, jak zawsze po wysiłku fizycznym. Ale się śmiał i tańczył drobnymi i szybkimi krokami, pogwizdując do muzyki i prowadząc z sobą Hakima i młodego Khalila. Tańczący zrobili mu przejście, poklepywali go po ramionach, obejmowali i pozdrawiali słowami:
– Ahlan wa sahlan.
Spojrzałem na siostrę. Przywarła do nogi naszej mamy i okrągłymi ze zdziwienia oczami przyglądała się tym ludziom traktującym nas jak starych przyjaciół, jak rodzinę, która mieszka tu już od dawna i którą dobrze znają.