Ewa Madeyska w powieści “Ostatni romans Kornelii” nie tylko bawi się stereotypowymi cechami tzw. literatury kobiecej, lecz przede wszystkim ujawnia tajemnice warsztatu pisarskiego.


Kornelia Kłosowska, scenarzystka, autorka książki o Melanii Łuckiej, traci nieoczekiwanie pracę. W dodatku grozi jej proces.

Żona pewnego posła dopatruje się podobieństwa między jednym z bohaterów “Ostatniego portretu Melanii” a swoim mężem. Planuje pozwać Kornelię do sądu.

Wydawca żąda, aby autorka napisała romans, w którym ukaże małżeństwo posła w lepszym świetle. Pozbawiona źródła dochodów Kłosowska wraca do rodzinnego Miłowa, w którym spotyka licealną miłość…

Ewa Madeyska tym razem nie tylko bawi się stereotypowymi cechami tzw. literatury kobiecej, lecz przede wszystkim ujawnia tajemnice warsztatu pisarskiego. W lekkim, żartobliwym tonie przedstawia perypetie pisarki na zakręcie.

“Ostatni romans Kornelii” to drugi – po “Ostatnim portrecie Melanii” – tom trylogii „Ostatnie”.

Ewa Madeyska – pisarka, dramatopisarka, scenarzystka – za powieść Katoniela była nominowana w 2008 r. do Nagrody Literackiej Nike. Prowadzi warsztaty prozatorskie w Collegium Civitas.

Ewa Madeyska
Ostatni romans Kornelii
Trylogia “Ostatnie” |2
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 28 sierpnia 2018
 
 

Ostatni romans Kornelii


ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Słuchaj, tym razem naprawdę chodzi nie tylko o to, że znowu się spóźniłaś.
Radek Łada, szef scenarzystów, zatrzymał Kornelię Kłosowską na korytarzu Parrot Studio.
Kornelia rozpięła zimową parkę.
– Ty też dopiero przyszedłeś – powiedziała. – Wciąż masz na sobie kurtkę.
– Papagaj prosi cię do siebie. To chyba poważniejsza sprawa niż spóźnienie. – Radek poprawił torbę na ramieniu. – Tak myślę.
Kornelia też tak myślała. Błażej Papuga, właściciel Parrot Studio, rzadko wzywał do siebie scenarzystów bez powodu. Bez powodu tylko wyzywał.
– Na Iwickiej byłam punktualnie. Przysięgam – zaczęła się tłumaczyć Kornelia. Odwlekała spotkanie z Papagajem. – Dwadzieścia minut, może nawet dłużej, szukałam miejsca, żeby zaparkować.
Na Iwickiej, pod Parrot Studio, nie znalazła ani jednego wolnego. Kręciła się w kółko, kiedy w końcu na Czerskiej dostrzegła, że zwalnia się stanowisko. Zatrzymała się w bezpiecznej odległości i cierpliwie czekała, aż błękitna mazda 3 wycofa. Zanim jednak zdążyła wrzucić bieg, sportowy mercedes z naklejonym na tylnej szybie symbolem Polski Walczącej śmignął przed maską jej toyoty i zajął jedyne wolne miejsce w całej okolicy.
Z mercedesa wysiadła malowana lala na wysokich obcasach. Długie nogi, długie paznokcie, długie rzęsy. Nawet nie spojrzała w stronę Kornelii, która otworzyła okno i zaczęła grzecznie:
– Przepraszam bardzo, ale byłam pierw…
– Spierdalaj – rzuciła lala i zastukała obcasikami.
Tyle ją Kornelia widziała.
Zamknęła okno. Odetchnęła głęboko. Ruszyła w kierunku Gagarina.
– Cudem zaparkowałam w pobliżu kliniki dla zwierząt. Więc sam rozumiesz. – Skończyła krótką opowieść. – Polska Walcząca pokonała matkę Polkę.
Radek kiwnął głową.
Kłosowska spojrzała w stronę pokoju scenarzystów.
Zza zamkniętych drzwi usłyszała chichot Joli Jaworskiej, kuzynki właściciela Parrot Studio, rechot Pawła Szostaka, który, tak jak Łada, pracował przy wszystkich produkcjach Papugi, i pohukiwania Roberta Gocia, amatora filmów braci Cohen oraz kościstych kobiet.
„Pewnie Robert znowu robi sobie jaja z Andrzeja”, pomyślała.
Andrzej Murawski był jednym z głównych bohaterów Gorzkich serc, telenoweli, która gromadziła co wieczór sześć milionów widzów, głównie kobiet.
– To co? Zaczynamy? – Zrobiła krok ku drzwiom.
– Powiedziałem: Błażej czeka na ciebie – przypomniał Łada.
– O co chodzi tym razem, wiesz? Że przesadziłam w ostatnim odcinku?
Radek oparł się o ścianę.
Milczał.
– Słuchaj. – Kornelia zaczęła się tłumaczyć. – Wiem, że Zofia Murawska w scenie z Andrzejem znowu użyła nieparlamentarnego słowa, ale…
Radek wciąż milczał.
– …ale w parlamencie padają teraz takie słowa, że rozumiesz. Właściwie z każdej kwestii mogę się wytłumaczyć, cytując wystąpienia posłów.
Radek Łada, łysy czterdziestopięciolatek, najpierw przejechał dłonią po glacy, a następnie po krótkiej brodzie, z której wyrastał długi, cienki warkoczyk.
Patrzył na Kornelię trochę rozczarowany, trochę rozżalony, a trochę smutny.
Dobrze znała to spojrzenie.
Obdarzał nim ją za każdym razem, gdy odmawiała mu widoku swojego biustu.
Zresztą nie tylko widoku. Protestowała, kiedy próbował dotykać jej piersi, całować czy też pieścić. Zaraz na początku ich krótkiego związku (który należał już do przeszłości), jasno określiła granice: „Możesz wziąć wszystko oprócz piersi”.
„Ale przecież nie o cycki teraz chodzi. Czyżby naprawdę o głupie spóźnienie?”
W Parrot Studio często pojawiała się z poślizgiem, bez względu na to, o której wyruszyła spod domu. Droga z Podwarszawy na Mokotów liczyła dwadzieścia kilka kilometrów. W normalnych warunkach zajmowała Kornelii czterdzieści minut. Jednak normalne warunki na warszawskich drogach zdarzały się rzadko. Tu budowa, tam przebudowa. Tu malowanie pasów, tam plombowanie dziur w jezdniach. Tu drobna kolizja, tam poważny wypadek. Tu korek, tam korek, wszędzie korek.
– Skoro nie chcesz ze mną rozmawiać – Kornelia zdjęła z szyi ciepły szal – stój sobie tutaj dalej. Milcz, drap się po brodzie, podpieraj ścianę, pilnuj drzwi, okien, wykładzin, a ja w tym czasie wezmę się do pracy. Do Papagaja zajrzę w przerwie na obiad. Poczeka, chociaż nie kocha.
Kornelia ominęła Radka. Naprawdę chciała się wreszcie znaleźć w pokoju dla scenarzystów. Chciała przywitać się z Jolą, Edziem i Robertem, zająć miejsce pod oknem, wyciągnąć laptop, brulion z notatkami, okulary, wymienić się nowinami osobistymi (dzieci, psy, koty, sąsiedzi) i zawodowymi (kto, ile, od kogo otrzymał uwag i poprawek), omijając wieści najbardziej gorące, parzące, czyli polityczne, nie z powodu rozbieżnych poglądów, lecz dla zachowania higieny w miejscu pracy i dla utrzymania poziomu (raczej) pozytywnych emocji. Po wstępnych rytuałach zamierzała rozpocząć wspólnie z zespołem planowanie kolejnej transzy Gorzkich serc.
Radek jednak zastąpił jej drogę. Znowu przejechał dłonią po łysej głowie. Wyglądał jak cyrkowiec-kabalista. Wysoki, dobrze zbudowany. W obcisłej koszuli w drobną kratę eksponującej mięśnie.
Kłosowska przypomniała sobie, jak pachnie i smakuje jego skóra. Odruchowo oblizała usta.
– Teraz. Idź do Błażeja teraz – powiedział Radek wyjątkowo nieprzyjemnym tonem.
Kornelia słyszała go wcześniej tylko dwa razy.
Po raz pierwszy, kiedy wyprosił z pokoju scenarzystów słynną aktorkę grającą nestorkę rodu Marię Murawską. Pewnego dnia pojawiła się u Łady z awanturą, że ona żąda kwestii bardziej dramatycznych niż te, które piszą dla niej ci, pożal się Boże, scenarzyści. Spojrzała wymownie na Kornelię. Dodała, że nie będzie więcej płakać na planie. Może zrobić wszystko: nawet zdjąć majtki (to nie w Gorzkich sercach!), ale płaczów, szlochów, lamentów i rozpaczy kategorycznie odmawia. Jeśli któryś z gryzipiórków napisze dla niej taką scenę, osobiście zażąda jego zwolnienia.
Po raz drugi Radek Łada użył nieprzyjemnego tonu, kiedy Błażej Papuga obniżył scenarzystom stawkę za odcinek.
Po raz trzeci przed momentem.
Stał przed Kornelią i wciąż nawijał na palec wskazujący cienki, długi warkoczyk, związany na końcu czerwoną gumką recepturką. Robił tak zawsze, gdy się zastanawiał, w jaki sposób wykończyć bohaterów (częściej aktorów), którzy zaczynali za mocno fikać (na planie i poza nim).
– Powiedz mi, czego chce Papagaj – poprosiła.
– Sam ci to powie.
„Dlaczego tak mnie traktuje?”
Ponieważ Kornelia go okradła.
Okradła go z wyglądu. W Ostatnim portrecie Melanii, książce, którą wydała pół roku wcześniej, obdarzyła aparycją Radka Łady podtatusiałego Juliana Pliszyłłę, amatora jędrnych ciał gimnazjalistek.
„Nie, nie. To niemożliwe. Radek nie czyta książek. Oprócz jednej”.
Od lat przedzierał się przez Finneganów tren.
Obiecywał, że literacką konfekcją zajmie się dopiero po lekturze Jamesa Joyce’a. Czyli za jakieś sześćdziesiąt lat. Z Finneganów robił raptem dwa zdania dziennie. Podobno ze zrozumieniem.
Przyglądała się Radkowi i myślała, że może na wszelki wypadek powinna przeprosić go za Pliszyłłę.
„Zbędna nadgorliwość”.
Nikt w Parrot Studio nie wiedział, że Kłosowska wydała powieść.
„I niech tak zostanie”.
– Papuga czeka na ciebie w konferencyjnej – Radek poinformował Kornelię i znowu nawinął warkoczyk na palec. Odwinął go i zaczął skubać brodę wokół warkoczyka.
„Grubo”, Kornelia zacytowała w duchu swoją córkę, Mariankę.
– Dobrze. Pójdę do Papagaja teraz – westchnęła. – Na pewno nie wiesz, czego chce?
Radek wzruszył ramionami.
„Wie, na pewno wie”, pomyślała. „Ale skurczybyk nie powie. Taki kulturalny”.
Zarzuciła więc torbę na ramię i ruszyła do sali konferencyjnej.
„Fajfus”, pomyślała o Ładzie. „Zazdrosny fajfus. Pewnie Papuga powiedział mu o moim projekcie”.
Trzy miesiące wcześniej Kornelia przedstawiła Błażejowi koncept nowej telenoweli. Na pomysł tasiemca wpadła podczas sprzątania trzydziestometrowej garsoniery, którą wynajmowała na obskurnym osiedlu w Podwarszawie.
Akurat pucowała sedes przed świętami Bożego Narodzenia. Musiał lśnić jak umywalka i wanna. Taka obsesja.
Naraz pomyślała, że mogłaby napisać serial o pisarce, która zatrudnia się jako pomoc w domu właściciela fabryki produkującej słoiki i zakrętki. Pół roku wcześniej pisarka wydała książkę, a przed książką całą zaliczkę. W pierwszym odcinku bohaterka otrzymuje rozliczenie sprzedaży swojej powieści. Dowiaduje się, że na jej koncie po potrąceniu zaliczki pojawi się dokładnie 0,00 zł.
„Naciągane zawiązanie akcji”, stwierdziła Kornelia.
Najpierw powąchała, a następnie wlała płyn do sedesu.
Zrezygnowała z pomysłu pisarki w roli pomocy domowej.
I z gospodyni domowej w ogóle. Widziała chyba taką postać w starym sitcomie. Sitcomów Kornelia nie znosiła. Sztuczny śmiech był gorszy niż sztuczny zapach sosnowego płynu do kibla.
„Wkrótce ludzie będą obcować z lasem tylko w ten sposób. Podczas szorowania muszli klozetowych”, pomyślała, zakręcając butelkę. „Innych lasów nie będzie. Wszystkie wytną”.
Teraz środek z wybielaczem i odkamieniacz.
„Więc może główna bohaterka pracuje w hotelu albo w motelu?” – kombinowała dalej.
Słabe.
„W gospodarstwie agroturystycznym? W górskim pensjonacie? W siedlisku? W dworku polskim? W stadninie koni? Na kurzej fermie?”
Szorowała kibel coraz intensywniej. Nacisnęła spłuczkę. Strumień wody spłynął po ceramicznych ściankach.
„Domu Pielgrzyma jeszcze nie było!”
I już chwyciła kilka wątków łączących hotelowe klimaty z mistycznymi nastrojami w miejscu nawiedzanym przez turystów, pątników i Matkę Boską.
W myślach zaczęła pisać szkic.
Postanowiła, że akcja toczyć się będzie na przykład, na przykład w… w Bożej Woli, w Domu Pielgrzyma znajdującym się opodal sanktuarium Matki Bożej od Woli Bożej. Sanktuarium nie jest tak słynne jak to w Częstochowie, ale nie aż tak prowincjonalne jak to w Różanymstoku.
Bohaterami, kombinowała, są ludzie prowadzący zajazd dla pielgrzymów (ksiądz, siostra zakonna, kucharka, majster, sprzątaczka), kilka miejscowych osobistości (komendant, burmistrz, lekarz i nauczyciel), ale też przyjezdni (małżeństwo pragnące cudu poczęcia; alkoholiczka próbująca odzyskać wiarę w Boga, młody mężczyzna na wózku inwalidzkim modlący się o łaskę zdrowia, może nawet pisarka, która szuka inspiracji do dwunastego tomu Sagi o Ludziach Drzewa).
Ci, którzy prowadzą Dom Pielgrzyma, wpływają na losy przyjezdnych. Przyjezdni weryfikują postawy miejscowych. Pojawiają się nawrócenia, zwątpienia, przebaczenia, tajemnice, sekrety, brudne interesy, a nawet trup.
Tak, trup obowiązkowo. Denat. Najlepiej topielec. Przez Bożą Wolę musi przepływać rzeka. Obowiązkowo.
Kornelia skończyła z sedesem, umyła dla porządku podłogę, umywalkę, wannę, kafelki.
Wyszła z lśniącej łazienki z gotowym projektem w głowie.
Na początku roku przedstawiła swoją propozycję Błażejowi Papudze. Najpierw podczas krótkiego spotkania w studiu, a kiedy wyraził zainteresowanie, przesłała mu pakiet producencki zawierający ogólny konspekt Domu Pielgrzyma, charakterystykę postaci, opis relacji między nimi, streszczenie pierwszych trzynastu odcinków i jeden odcinek w dialogach zatytułowany Tajemnica siostry Marzanny.
„Jeśli Papagaj chwycił haczyk”, myślała Kornelia, zatrzymując się pod salą konferencyjną, „przez najbliższe dwa albo trzy lata nie będę musiała martwić się o pieniądze”.
– Kornelia! – usłyszała z drugiego końca korytarza.
Odwróciła się.
– Czytałem – krzyknął Radek Łada, pokazując Ostatni portret Melanii. – Mam prośbę. Nie pisz więcej. Nie zabieraj się do literatury! Bo tylko… – nie dokończył. Z rozżaleniem pokiwał głową i wsunął książkę z powrotem do torby.
„O nie”, mruknęła Kornelia, obiecując sobie, że Radkiem zajmie się po rozmowie z szefem.
Zapukała do drzwi, za którymi rozbrzmiewał głos Papugi.
Zapukała jeszcze raz.
W końcu weszła bez zaproszenia.
Błażej tokował przez telefon. Kiedy zobaczył Kornelię, natychmiast zakończył rozmowę. Podjechał do Kłosowskiej na skórzanym fotelu. Spojrzał na nią z dołu, chociaż tak naprawdę z góry.
Po czym wypowiedział dwa słowa, które zmieniły telenowelowe przedpołudnie Kornelii w film grozy.
– Zwalniam cię.

* * *

Z Mokotowa do Podwarszawy dojechała równo w dwadzieścia cztery minuty. Tym razem bez niespodzianek.
„Zawsze tak jest, kiedy się nie śpieszę. Zawsze”.
Pod drzwiami na Kornelię czekała Beza – maltanka z cieczką.
– Wywalił mnie, rozumiesz? Cholerny papuzi napletek wyrzucił mnie z roboty. Bez powodu!
Zabrała psa na spacer. Bardzo długi spacer.
Przebrnęła w kaloszach przez łąki za osiedlem i skierowała się w stronę lasu. Garsoniera na przedmieściach Warszawy miała tylko dwie zalety: jej wynajem kosztował dużo mniej niż w stolicy, a bonusem, chociaż wątpliwym o tej porze roku, były rozległe błonia, które zaczynały się zaraz za osiedlem, a prowadziły wprost do Puszczy Podwarszawskiej.
– Patrz, Beza, twój narzeczony – powiedziała do suki. – Dobra, Belmondo. Chowaj kuśkę i zjeżdżaj.
Pojawił się nie wiadomo skąd. Tym razem ciągnął za Bezą solo. Tych dwóch, trzech, którzy zazwyczaj czekali na maltankę pod klatką schodową, Kornelia zdołała przegonić.
– Wynocha. – Tupnęła na ryżego.
Rudych ludzi i zwierząt Kłosowska nie lubiła bardziej niż jajek na twardo. Własną niechęcią do nich obdarzyła bohaterkę Ostatniego portretu Melanii – Nikolę Napiecek. „Fałszywe. Wstrętne. Obłudne. Fuj!” – mówiła Nikola głosem autorki.
– Paszoł won. – Kłosowska zamachnęła się na Belmonda grudą zmarzniętego błota.
Cofnął się o krok. Może półtora. Wciąż krążył wokół Bezy. Ona wyrywała się do niego.
Wokół Kornelii nikt tak nigdy nie krążył. Oprócz much, komarów, kleszczy oraz innych nieszczęść.
Pociągnęła nosem.
– Idziemy. – Szarpnęła smycz.
W drodze do lasu jej myśli zajęła prosta rachunkowość.
Oszczędności wystarczy na sześć opłat za wynajem. Bez czynszu, prądu, gazu, telefonu i internetu.
„Kurde”.
Jeszcze dwa lata temu dysponowała sporą kwotą na koncie. Wpadła jednak na pomysł, że kupi kawałek taniej, naprawdę taniej ziemi na północny wschód od Warszawy, kilkanaście kilometrów za Radzyminem. Tęskniła za zielenią, za przestrzenią, za ogrodem, w którym wzdłuż ogrodzenia posadziłaby cisy i tuje, kilka brzóz, wierzb, w tym koniecznie mandżurską, miłorząb i jedno drzewo owocowe – samopylną śliwę. Samopylna śliwa była szczytem ogrodniczych ambicji Kornelii.
Uprawy na grządkach odpadały. Na kwiatach i warzywach znała się jak świnia na fizyce kwantowej. Nie miała pojęcia o uprawianiu marchwi, buraków ani ukochanych pomidorów.
Tęskniła też za zapachem rzeki, za jej nieprzewidywalnością i niestałością. W końcu wychowała się nad wodą. Lecz nad Miłą nie chciała wracać. Miłą zabrał dla siebie Wojteczek Zdyb.
Marzyła, żeby znaleźć się daleko od zgiełku, płatnych parkingów, hałasów na klatce schodowej i w podziemnym garażu, w którym synowie chama spod sto dziewięć urządzali głośne bibki przy piwie. Miała dość mimowolnego uczestnictwa w życiu sąsiadów: wiedziała, że pan Roman spod dwieście siedem cierpi na przerost prostaty (rano sikał przez godzinę), że młode małżeństwo spod sto sześć zawsze z wtorku na środę i z soboty na niedzielę uprawia seks, że niemłode małżeństwo spod sto cztery dwa razy w miesiącu odwiedza policja (podobno żona pierze męża), że dwie stare panny (siostry) spod sto pięć ciągle się kłócą o to, do której z nich przychodzi z wizytą pan Roman. Miała wreszcie po dziurki w nosie bezdomnych gwałcicieli rasowych suk.
Teoretycznie mogła wrócić do Miłowa. Teoretycznie. Tak naprawdę nigdy o tym poważnie nie myślała, choć na ulicy Starej dwadzieścia sześć czekał na nią drewniany dom po dziadkach, rodzicach ojca. Dom, do którego Kornelia nie zajrzała przez ostatnie osiem lat. Wierzyła, że w końcu sprzeda tę ruderę. W ciągu ośmiu lat nie pojawił się jednak żaden poważny kupiec.