“Plaga olbrzymów” to pierwsza część cyklu, w którym Kevin Hearne tworzy własną mitologię, wypełnioną zmiennokształtnymi bardami, walczącymi ogniem olbrzymami i nastolatkami rozmawiającymi z oszałamiającymi stworzeniami.


Plaga olbrzymówWojowniczka Tallynd musi stawić czoło inwazji olbrzymów, które zamierzają wyciąć w pień cały jej kraj. Właśnie rozpoczęła się dla niej gra o najwyższą stawkę: życie synów.

Z kolei Abhi, którego rodzina zawsze parała się łowami, marzy o innym życiu i wyrusza na poszukiwanie swego przeznaczenia. Wkrótce okazuje się, że włada magiczną mocą, która może się okazać niezastąpiona w walce z olbrzymami – jeśli wcześniej nie zniszczy jego.

Historykowi Dervanowi zaś, któremu marzy się proste, ciche życie, władca zleca spisanie opowieści tajemniczego barda. Uczony zostaje wciągnięty w skomplikowaną polityczną intrygę. Czy teraz na jaw wyjdą i jego najskrytsze sekrety?

W tym magicznym świecie, pełnym koszmarów i cudów, losy niezwykle barwnych postaci przeplatają się w głębokiej, wzruszającej opowieści o odwadze i wojnie, o zwykłych ludziach, którzy stają się bohaterami, o ich życiu, które przechodzi do legendy.

***

Epicka fantastyka przesiąknięta typowym dla Kevina Hearne’a niesamowitym urokiem, dowcipem i pomysłowością. To nie powiew świeżego powietrza dla tego gatunku – to cholerny huragan! Rozkoszowałem się każdą stroną.
Jason M. Hough, autor bestselleru „New York Timesa” The Darwin Elevator

Będziecie się śmiać, płakać i marzyć o musztardzie, a wszystko to przez tę dosłownie magiczną opowieść Kevina Hearne’a i jego nową, barwną fantastykę. Odkąd skończyłam czytać tę książkę, mam poważne objawy odstawienia. Nie chcę wychodzić z tego świata.
Beth Cato, autorka Breath of Earth oraz The Clockwork Dagger

“Plaga olbrzymów” to imponująca, wciągająca fantastyka, opowiedziana tak sprytnie, że każdy z jej wielu wątków staje się ważny, osobisty i zapada w pamięć. Nie mogę się już doczekać następnego tomu!
James Islington, autor The Shadow of What Was Lost

“Plaga olbrzymów” to dzieło wyjątkowe – jednocześnie bardzo aktualne i ponadczasowe, pionierskie i tradycyjne, łączące ducha fantastyki Tolkiena i Rothfussa. Rozliczne postaci zupełnie złamią wam serce, przypominając jednocześnie, co to znaczy być człowiekiem. Ta książka robi niesamowite wrażenie i na długo zapadnie wam w pamięć.
Delilah S. Dawson, autorka bestselleru „New York Timesa” Star Wars: Phasma

Kevin Hearne mieszka z rodziną i psami w Kolorado. Przytula drzewa, tańczy do heavy metalu, uważa też, że tacos to naprawdę bardzo sprytny wynalazek. Jest autorem rozpoczynającej nowy cykl „Siedem kenningów” Plagi olbrzymów oraz serii „Kroniki Żelaznego Druida”, dzięki której trafił na listę bestsellerów „New York Timesa”, a także powieści z uniwersum Star Wars: “Dziedzic Jedi”.

Kevin Hearne
Plaga olbrzymów
seria: Siedem kenningów |1
Przekład: Maria Smulewska
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 31 lipca 2018
 
 

Plaga olbrzymów


Dzień 1

Bard rozpoczyna opowieść

Kiedy napotykamy głos, który porusza nas na poziomie emocjonalnym – to wyciska nam łzy z oczu, to wyrywa śmiech z brzucha – jego moc ma nieuchwytną, trudną do opisania właściwość. Wiemy tylko, że lubimy go słuchać i chcemy słyszeć więcej. Kiedy natomiast napotykamy głosy, które ranią nasze uszy, zwykle od razu potrafimy określić, w czym tkwi problem – są zbyt nosowe albo zbyt płaczliwe, zbyt nabrzmiałe złością lub zanurzone w melancholii.
Głos barda był z tych nieuchwytnych.
Mężczyzna usadowił się na tyłach pola walki, przodem do półwyspu, wokół niego rozpościerało się przepastne morze uchodźców i ich namiotów. Uniósł dłonie, jakby chciał objąć wszystkich tych wyrzuconych przez wojnę na brzeg nieszczęśników. Potem, gdy już przemawiał, obrócił się powoli, tak że zwracał się teraz też w stronę osób w mieście.
– Dobrzy ludzie Pelemynu, jam jest Fintan, bard bogini-poetki Kaelin.
W jednej chwili wszystkie oczy spoczęły na jego postaci. W najdalszych zakątkach miasta głowy zwróciły się tak, by lepiej słyszeć ten bezcielesny głos. Rozmowy przycichły i zdawało się, że dzieje się coś wręcz magicznego. Jego promienne oblicze wywoływało na twarzach ludzi podobne miny i natychmiast poprawiło wszystkim nastrój. Kubek cieniutkiego piwska z byle jakiej beczki, który trzymałem w dłoni, zaczął nagle smakować niczym jakiś legendarny napitek z Fornu; aromaty świeżego jedzenia, które roznosił wiatr, stały się zdecydowanie wyraźniejsze, a smród niemytych ciał i gnijących śmieci wydał mi się o wiele mniej uciążliwy.
– Żyję po to, by opowiadać historie – ciągnął bard. Jego uśmiech zniknął, a zastąpił go szczery, poważny ton. – I nikt inny nie opowie wam o tym, co widziałem. Ta wielka wojna, której jesteśmy świadkami, jest doprawdy straszna. Wciąż jestem wstrząśnięty jej okropieństwami, wciąż budzę się w nocy zlany potem i… Cóż, wiem, że rozumiecie to aż nadto dobrze.
Tak, rozumieliśmy. Większość ludzi zebranych na Polu Ocalałych miała na sobie wciąż te same ubrania, w których wybiegli z domu. Były już teraz brudne i podarte. Większość miała też ciemne cienie pod oczami – znak, że stracili spokojny sen, stracili bliskich… stracili wszystko.
– Lecz jestem również do głębi wzruszony bohaterstwem ludzi z różnych zakątków naszego kontynentu. Przybywam bowiem z drugiego jego krańca, z frontu zachodniego, gdzie brałem udział w wielkiej bitwie pod Bożymi Zębami.
Te słowa wywołały z kolei falę okrzyków i ze zdziwieniem stwierdziłem, że dźwięki te dobiegały z samego półwyspu, a nawet z ulic miasta. Tymczasem bard wcale nie krzyczał. Mówił takim głosem, jakim by się wzniosło toast przy długim stole. Mimo to wszyscy doskonale go słyszeli.
– Tak, byłem świadkiem tej bitwy i wielu innych rzeczy. Mogę wam opowiedzieć, co się wydarzyło w Tunelu Granitowym… – ludzie znów zaczęli krzyczeć z przejęcia – …i mogę wam zdradzić, że pewien kochający pokój obywatel Kaurii, działający z rozkazu mistral Kiry, niech panuje po wsze czasy, ma do odegrania w tej wojnie sekretną rolę, a wręcz może znajdzie sposób, by ją wreszcie zakończyć. I dlatego właśnie stoję tu dziś przed wami. – To wyznanie wywołało jeszcze większy ryk tłumu, a bard skłonił głowę w stronę Pola Ocalałych, jakby zapewniając ich, że to wszystko prawda. – Przyjaciele! Otrzymałem od pelenauty pozwolenie, by obwieścić wam, że w tej właśnie chwili płynie tu flota z Kaurii. Przybywa, by spotkać się z dwiema sojuszniczymi armiami, które maszerują właśnie przez góry, jedną z Raelu i jedną z Fornu. Razem z waszą armią przepłyną one ocean, by zapłacić naszym wrogom z nawiązką za wszystko, co nam uczynili!
Pełne emocji okrzyki, które wyrwały się z gardeł na te wieści, były tak potężne, że wydawały się silniejsze nawet niż moc kenningu barda. Z początku był to głównie gniew – skierowany nie przeciwko wieszczowi, ale gdzieś w stronę odległych brzegów; złość ludzi, którzy stracili niemal wszystko i tak bardzo pragnęli zadośćuczynienia. Potem jednak zelżał i przeszedł w radość, bo słuchacze po raz pierwszy od miesięcy poczuli iskierkę nadziei. Zaczęli ściskać jeden drugiego i tańczyć w błocie. Łzy płynęły im po twarzach, gdy wymachiwali w powietrzu pięściami, bo oto w końcu – zamiast kolejnej dawki rozpaczy – doszły ich jakieś dobre wieści. Bynajmniej nie byłem obojętny na te uczucia. Na chwilę straciłem barda z oczu, bo z fascynacją obserwowałem Pole Ocalałych. Przeszedłem na drugą stronę muru i na ulicach miasta ujrzałem tę samą radość.
Ludzie wybiegli z budynków, by serdecznie uściskać innych, uśmiechali się do nich i cieszyli oczy widokiem zębów, które dla odmiany nie szczerzyły się tego dnia w grymasie złości czy płaczu. Z tej części muru nie widziałem wprawdzie mojego domu, ale łatwo mi było sobie wyobrazić, że być może nawet Elynea się uśmiecha. Aż żal mi było, że przegapię tę wyjątkową chwilę. Znałem przecież tylko jej wzrok pełen rozpaczy, bo tylko taki u niej widziałem, odkąd zamieszkała u mnie z dziećmi. Gdy bard znów przemówił – jego głos rozbrzmiewał donośnie ponad gwarem opadających z sił, szalejących z radości ludzi – nie stał już wprost na murze między blankami, lecz znalazł się nagle na prowizorycznej scenie, którą kilku morsów ułożyło mu spontanicznie ze skrzyń.
– Ta chwila ulgi, chwila zwycięstwa nad wrogiem nie nastąpi jutro ani pojutrze. Dużo czasu upłynie, nim przybędą tu nasi sojusznicy, jeszcze więcej, nim przygotują się do odpłynięcia. Z tego, co wiem, może to zająć nawet sześćdziesiąt dni. Wasz pelenauta uznał, że najrozsądniej będzie, jeśli tymczasem usłyszycie, co zdarzyło się w innych miejscach, bo pewnie znacie tylko plotki. Poprosił mnie, bym opowiedział wam wszystko, co wiem. On sam również słucha. Służę wam zatem uprzejmie. Będę wam opowiadał wszystko tak, jak się zawsze opowiadało: każdego dnia aż do zachodu słońca. Mam nadzieję, że pocieszą was, tak jak i mnie, wszystkie te małe zwycięstwa w walce z przeciwnikiem, który ma przytłaczającą przewagę. Wszystkie te wydarzenia, dzięki którym możemy być tu dzisiaj, będziemy tu jutro i… dajcie, bogowie – także za kilka pokoleń, by znów opowiadać nasze historie.
Bard musiał przerwać, bo znów wybuchły oklaski. Gdy czekał, aż ucichną, na scenę weszła młoda kobieta. W ręku niosła wielki dzban i podała mu go, mówiąc parę słów, które nie rozbrzmiały jednak tak jak głos barda. Fintan skłonił głowę w podzięce, a wiatr znów poniósł jego słowa.
– Wygląda na to, że nie bez kozery Brynlön słynie z gościnności! Mistrz Yöndyr, właściciel gospody Syreni Śpiew, podarował mi właśnie dzban piwa o wdzięcznej nazwie Panny Mgły. Z pewnością ma ono wiele cennych właściwości zdrowotnych. Ponadto zaproponował mi gościnę w swojej gospodzie na czas mojej opowieści! Dziękuję!
Podniosły się głosy uznania dla Yöndyra za to, że wykazał się doskonałym wyczuciem. Domyślam się też, że inni oberżyści przeklinali się właśnie w duchu za to, że sami nie wpadli na tak świetny pomysł. Gospoda Syreni Śpiew właśnie zapewniła sobie najlepszą możliwą reklamę. Fintan uśmiechnął się i przysunął dzban do ust, po czym otarł pianę z warg, oddał naczynie kobiecie i dramatycznym tonem polecił:
– Słuchajcie!
Po obu stronach muru ludzie stali zupełnie zauroczeni, niektórzy wręcz się uśmiechali z przejęcia, mimo że przecież zapowiedział opowieść o wojnie, o której wiedzieliśmy już i tak więcej, niżbyśmy chcieli. Nie miało to jednak znaczenia, bo nagle znów byliśmy jak dzieci, które nie mogą się doczekać, kiedy zacznie się opowieść, i zawsze mają nadzieję, że wszystko dobrze się skończy.
– Jak wszystkie historie warte opowiadania tak, i tę należy zacząć od początku. Ale od waszego początku, nie Kauriaków, nie Fornów ani nikogo innego. Do nich wrócimy później. Zaczniemy od tego, jak to się stało, że to miasto w ogóle jeszcze tu stoi. Zaczniemy od waszej własnej mors pływowej! Nie ma pośpiechu, przyjaciele. Gdziekolwiek teraz jesteście, napełnijcie szklanice, odwiedźcie wychodek, załatwcie wszystko, co macie do załatwienia, żeby za kilka minut móc w spokoju posłuchać mojej opowieści. Podejdźcie bliżej muru, żebyście mogli mnie widzieć, jeśli teraz jesteście poza zasięgiem wzroku! A jeśli chce się wam pić, mogę was zapewnić, że piwo Panny Mgły naprawdę wspaniale gasi pragnienie! Zaraz zaczynam!
Spokojne popołudnie spędzone na słuchaniu opowieści o jednej z naszych największych bohaterek? Może nawet z czymś do pogryzania i picia? Cóż za błoga perspektywa! Wszyscy po obu stronach muru zaczęli się nagle krzątać, mówić jeden przez drugiego, organizować jedzenie i napoje. Wszelkie inne zajęcia odłożono na bok. A piwowar Yöndyr był z pewnością zachwycony.

– Zaczynajmy – powiedział kilka minut później Fintan, a jego głos bez trudu poniósł się przez miasto i półwysep. – Chciałbym zaprosić tu do mnie wyjątkową osobę, mieszkankę Pelemynu, mors pływową Tallynd du Böll. Tallynd, pozwól.
Na prowizoryczną scenę weszła witana gromkimi brawami kobieta w wojskowym mundurze. Utykała na lewą nogę. Nosiła insygnia, których nigdy przedtem nie widziałem. W pierwszej chwili uznałem, że to jakieś oznaczenia związane z jej błogosławieństwem, ale potem dowiedziałem się, że to odznaki związane z jej nowym stopniem wojskowym. Jej oczy były łagodne, uśmiech zmęczony, a siwiejące na skroniach włosy ścięte miała krótko. Pomachała do uchodźców znajdujących się na Polu Ocalałych. Fintan dał jej znak, by przemówiła.
– Proszę coś powiedzieć, a ja się upewnię, że wszyscy panią usłyszą.
– A… Dobrze. Witam. – Dzięki kenningowi Fintana głos kobiety poniósł się na dobre pięć kilometrów. Sztuczka ta wywołała zachwyt tłumu. – Ojej! A więc dobrze. Chciałam tylko powiedzieć, że przekazałam bardowi zarówno mój dziennik wojskowy, jak i osobiste przemyślenia. Oczywiście on z pewnością lepiej to wszystko wam opowie, niż ja bym potrafiła. W każdym razie tak właśnie było, oto cała prawda i cieszę się, że wszystko to wam opowie. Nie jest to jednak taka historia, jakiej pewnie się w tej chwili spodziewacie. Pomyślałam, że powinnam was o tym uprzedzić.
Z sakiewki przytroczonej do pasa Fintan wyjął jakby małe czarne jajko. Trzymał je chwilę między kciukiem a palcem wskazującym, po czym cisnął tuż obok swoich stóp. Uniósł się czarny dym i całkiem zakrył jego ciało, a gdy opary zniknęły, ujrzeliśmy idealną kopię mors pływowej Tallynd du Böll, łącznie z mundurem. Bard urósł o parę centymetrów. Fintan był bowiem dość niskim, śniadym mężczyzną – choć jego skóra nie była aż tak ciemna jak u nas, Bryntów – o charakterystycznym wielkim nosie nad wydatnymi ustami zdobiącymi wąską twarz. Było to dość szokujące dla nas wszystkich ujrzeć nagle, jak przemienia się w tę wybitną kobietę, wybawicielkę naszego miasta, staje tuż przy niej i jej własnym głosem mówi:
– Dziękuję pani, mors pływowa.
Tallynd zupełnie oniemiała – jak my wszyscy zresztą.
– A niech utonę – wybąkała po chwili. – Czy naprawdę tak wyglądam? I to mój głos? – Tłum zareagował śmiechem. – Mniejsza z tym. Dziękuję, panie Fintanie.
Znów zamachała i zeszła ze sceny, a bard – w jej postaci – zaczął opowiadać nam, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy, gdy na nasz kontynent przybyły olbrzymy.

Tallynd

Nim pięć lat temu zmarł mój mąż, w chwili błogiego spokoju, gdy piliśmy wino i paliliśmy sobie forńską fajkę z tykwy, spytał mnie, jaką moim zdaniem cenę przyjdzie nam zapłacić za pokój, który panował już przecież tyle lat.
– O czym ty mówisz? – zdumiałam się.
Siedzieliśmy przy małej fontannie za naszym domem, a ja bawiłam się leniwie moim kenningiem, zwijając wodę w małe spirale, którym po chwili pozwalałam opaść do baseniku. Mój mąż pochylił się do przodu, oparł łokcie na kolanach, wyjął fajkę z ust i mrużąc oczy od dymu, zamachał mi ustnikiem przed nosem.
– Jesteś już w armii… ile? Cztery lata? I nie stoczyłaś dotąd ani jednej bitwy. Za takie coś zawsze w końcu trzeba zapłacić cenę.
– Ale dlaczego to my mielibyśmy ją płacić? – odparłam. – Być może zapłacili ją już ci, którzy byli przed nami.
Pokiwał głową, jakby brał pod uwagę i taką możliwość.
– Być może masz rację – zgodził się. – Wszyscy czytaliśmy przecież w szkole te omszałe księgi, sama wiesz… A nie wątpię, że pomijają one całe mnóstwo krwi i bólu. Niezliczone tragedie rodzin takich jak nasza zamknięte w jednym, góra trzech zdaniach, a potem całe strony skupione na tym, co jadł władca czy też co nosił taki czy inny bogacz. – Prychnął dymem przez nozdrza. – A mimo to myślę, że to nieubłaganie nastąpi, kochana. I to mnie martwi. Bo kiedy nadejdzie ta chwila, ty pierwsza będziesz musiała stawić temu czoło.
Wyśmiałam go. Naprawdę! Pamiętam to teraz tak dokładnie, choć wówczas nie wydawało się w ogóle istotne. W tamtej chwili, w tamtym miejscu, gdy on był taki przystojny, a ja pragnęłam mieć z nim jeszcze jedno dziecko; gdy zachodzące słońce oświetlało jego piękną, ciemną twarz… w tamtej chwili nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić wojny. Więcej, nie potrafiłam jej sobie wyobrazić aż do chwili, gdy… tak jak zapowiedział… przyszła do mnie, do mnie pierwszej. Nim to jednak nastąpiło, mąż mój dawno już wrócił do oceanu, a nasi dwaj synowie, wówczas już ośmio- i dziewięcioletni, niemal go nie pamiętali. Zdawało mi się wtedy, że to największa tragedia, jaka mogła nas spotkać.
A potem nad moją głową przepłynęły Kościolbrzymy.
Zwykle jestem na służbie w dzień, ale wtedy akurat na prośbę rybackiego clave sprawdzałam występowanie krabów i obserwowałam nawyki żywieniowe innych nocnych gatunków żyjących w wodach na północ od półwyspu. Przy okazji jak zawsze rozglądałam się na wszelki wypadek, czy nie czają się nigdzie jakieś drapieżniki stanowiące niebezpieczeństwo dla statków. Znajdowałam się w wodzie daleko od brzegu, gdy o wschodzie księżyca usłyszałam, a raczej poczułam, sunące nade mną stępki. Zdziwiło mnie to oczywiście, ponieważ podczas moich prac w okolicy nie powinny znajdować się żadne łodzie. Zresztą gdyby nawet uznać, że to jacyś nierozsądni rybacy postanowili zignorować bojki wyznaczające granice obserwowanego przeze mnie akwenu, przecież takiego poruszenia wody nie mógł spowodować byle kuter. Postanowiłam więc wypłynąć na powierzchnię, by zbadać sprawę.
Już gdy się zbliżałam, zrozumiałam, że te kile to nie jakieś nietypowe zgrupowanie byle łodzi, lecz olbrzymia flota nieznanych mi okrętów transportowych. Gdy tylko wystawiłam głowę nad wodę, zobaczyłam, że na pewno nie jest to flota Bryntów. Nie były to też konstrukcje Raelechów czy Kauriaków, czy jakiekolwiek inne znajome mi statki. Miały szerokie dno i wyposażone były w żagle oraz wiosła, których akurat nie używano, jako że wiał korzystny dla floty wiatr ze wschodu. Na pokładach nie widziałam żadnych harpunów ani innej broni. Za to mnóstwo ludzi. Wysokich, szczupłych mężczyzn w zbroi zakrywającej im torsy i ramiona. Zbroi przypominającej żebra. Dojrzałam też broń ręczną, jakieś miecze. Wszyscy je mieli i wszyscy spoglądali przed siebie, w stronę zniczy rozstawionych na murach Pelemynu i mniejszych lamp w porcie. Oczywiście trudno było stwierdzić na pewno w tej księżycowej poświacie, ale wydawało mi się, że ich skóra jest blada, a twarze pomalowali tak, by wyglądały jak czaszki.
Odwróciwszy głowę w prawo, zobaczyłam, że kilka takich okrętów już przepłynęło koło mnie i teraz właśnie wpływają do portu. Z takiej odległości widziałam tylko ich żagle, nie mogłam już dojrzeć załogi, więc trudno mi było z całą pewnością stwierdzić, że to najazd, ale dowody, które widziałam na najbliższych jednostkach, dobitnie świadczyły o tym, że bynajmniej nie jest to pokojowa misja handlowa. Statki towarowe zwykle nie są wypchane po brzegi uzbrojonymi ludźmi o groźnie pomalowanych twarzach.
Podpłynęłam do najbliższego okrętu i krzyknęłam:
– Kim jesteście? Jestem mors pływową Pelemynu i niniejszym żądam odpowiedzi.
Ktoś coś odkrzyknął w jakimś obcym języku i zaraz potem dowiedziałam się, że jednak mają też kilka włóczni – trzy plusnęły w wodę tuż przy mojej głowie. Chyba nie byłabym tym bardziej zszokowana, gdyby mnie nawet trafili. Ci ludzie byli zdecydowanie wrogo nastawieni i właśnie uruchomili protokoły wojenne. Teraz miałam pełne prawo – wręcz obowiązek – zastosować wobec floty agresora przemoc, a najlepiej go uśmiercić.