“Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos” Toma Wolfe to książka, która zrewolucjonizowała amerykański reportaż i zarazem lektura obowiązkowa dla wielbicieli literatury non-fiction.


Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmosKsiążka, oryginalnie wydana pod tytułem The Right Stuff (1979 r.), otrzymała nagrodę dla najlepszej publikacji non-fiction. Dla miłośników kosmosu i astronautyki szybko stała się pozycja kultową. Opowiada o początkach NASA, lotach eksperymentalnych i pierwszych astronautach. W zaledwie 4 lata po publikacji na ekrany kin trafiła jej adaptacja.

Autor książki Tom Wolfe (zmarły 15 maja 2018 r.) był pionierem Nowego Dziennikarstwa – idei opartej na stosowaniu technik literackich w reportażach i esejach. W Polsce książka po raz pierwszy pojawiła się w 1993 roku pod tytułem S-kadra.

“Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos” to opowieść o powstaniu NASA i początkach programów kosmicznych, a także o pilotach, którzy mieli w sobie graniczący z szaleństwem głód bycia najlepszymi. To także opowieść o kraju kowbojów, w którym marzenia pozwalały sięgnąć gwiazd.

Kiedy Rosjanie w październiku 1957 roku wprowadzili na orbitę Sputnika 1, pierwszego sztucznego satelitę, w USA wybuchła panika. Amerykanie sądzili, że następnym krokiem ZSRR będzie wystrzelenie w kosmos platform orbitalnych, z których Sowieci zaczną zrzucać na przeciwników bomby wodorowe. Rozpoczął się wyścig kosmiczny i żeby wyjść na prowadzenie, Stany Zjednoczone musiały wystrzelić na orbitę człowieka, a potem bezpiecznie sprowadzić go na Ziemię.

Bohaterami książki są takie legendy jak Chuck Yeager, Joe Walker, Alan Shepard, Gus Grissom, czy John Glenn. Różniło ich niemal wszystko: od pochodzenia po charaktery, ale łączyła miłość do latania, brawura i przynależność do elitarnego bractwa Błękitnych Rycerzy.

***

W 1979 r. Tom Wolfe wydał „The Right Stuff” o pilotach pierwszych amerykańskich statków kosmicznych – książkę tak ambitną, że otrzymujemy nawet opis lewatywy u astronautów, i muszę przyznać, że jest to lewatywa olśniewająca (książkę kupić, a jak nie jest dostępna, ukraść!).
Mariusz Szczygieł, Książki. Magazyn do czytania.

Adrenalina, testosteron i codzienne przesuwanie granic możliwości – to wszystko pojawia się w dynamicznie opisanej historii amerykańskich pilotów doświadczalnych i pierwszych astronautów. Pozycja do pochłonięcia w jeden wieczór. Polecam!
Radek Kosarzycki, Pulskosmosu.pl

Najlepsi to nie tylko fantastycznie napisany dokument o odwadze, ryzyku i chłodnej kalkulacji, ale też zapis epoki wypraw, za którymi tęsknimy od ponad 40 lat. Książka Toma Wolfe jest inspiracją dla współczesnych astronautów i mam nadzieję, że ci, którzy przeczytają ją teraz, za kilkanaście lat staną znowu na Księżycu, a potem na Marsie. Bo to opowieść, która naprawdę potrafi motywować.
Piotr Stanisławski, Crazynauka.pl

Ta książka stała się inspiracją dla kolejnych pokoleń astronautów, m.in. dla Mike’a Massimino – który brał udział w misjach naprawczych teleskopu Hubble’a oraz Scotta Kelly’ego – najdłużej przebywającego w kosmosie Amerykanina. Historia pilotów oblatywaczy i pierwszych astronautów to pozycja obowiązkowa dla fanów lotów kosmicznych!
Karol Wójcicki – popularyzator astronomii, autor bloga „Z głową w gwiazdach”.

Tom Wolfe (2 III 1931 -14 V 2018) – czołowy amerykański reporter, twórca Nowego Dziennikarstwa, latami czekał na literacką opowieść o tych pierwszych astronautach oraz ich żonach – ludziach, którzy jak żadni inni wcielali ducha swoich czasów. Wreszcie napisał ją sam. Prawie 30 lat od premiery jego książka wciąż pozostaje najbardziej klasyczną pozycją amerykańskiego reportażu.

KOWBOJE, KTÓRZY POLECIELI W KOSMOS

Malcolm Scott Carpenter
(1 V 1925 – 10 X 2013) – komandor Marynarki Stanów Zjednoczonych, pilot doświadczalny i inżynier. Jeden z siedmiu uczestników programu Merkury. Drugi Amerykanin wysłany na orbitę Ziemi (pierwszym był John Glenn) i czwarty w kosmosie.

Leroy Gordon „Gordo” Cooper Jr.
(6 III 1927 – 4 X 2004) – pułkownik Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, pilot doświadczalny i inżynier. Pilotował najdłuższy i ostatni lot w projekcie Merkury w 1963 roku. Był pierwszym Amerykaninem, który spał w kosmosie podczas tego 34-godzinnego lotu, i ostatnim astronautą wysłanym na orbitę na samotną misję.

John Glenn
(18 VII 1921 – 8 XII 2016) – amerykański lotnik, astronauta i polityk. Był senatorem w latach 1974-1999. W 1962 roku został pierwszym Amerykaninem wysłanym na orbitę Ziemi, okrążył ją trzykrotnie. Jeden z Siódemki Merkurego.

Virgil Ivan „Gus” Grissom
(3 III 1926 – 27 I 1967) – jeden z siedmiu uczestników projektu kosmicznego Merkury, podpułkownik Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, pilot doświadczalny i inżynier. Drugi Amerykanin w kosmosie i pierwszy członek Korpusu Astronautów NASA, który odbył dwa loty w kosmos. Zginął podczas misji Apollo I.

Walter Marty „Wally” Schirra Jr.
(12 III 1923 – 3 III 2007) – kapitan Marynarki Stanów Zjednoczonych, astronauta. Jeden z Siódemki Merkurego – po raz pierwszy znalazł się kosmosie 3. października 1962 roku. Podczas lotu trwającego 9 godzin, 13 minut i 11 sekund 6-krotnie okrążył Ziemię.

Alan Bartlett Shepard Jr.
(18 XI 1923 – 21 VII 1998) – pilot doświadczalny, kontradmirał marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych i biznesmen. Pierwszy amerykański astronauta – w ramach programu Merkury, 5 maja 1961 roku rakieta Redstone wyniosła pojazd „Freedom 7″ z Shepardem na pokładzie na suborbitalną wysokość 187,4 km.

Donald Kent „Deke” Slayton
(1 III 1924 – 13 VI 1993) – major Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Był pilotem w czasie II wojny światowej, a później inżynierem i pilotem doświadczalnym wybranym do projektu Merkury. Swój pierwszy i zarazem jedyny lot w kosmos odbył w 1975 roku . w ramach projektu Sojuz-Apollo.

Joseph Albert „Joe” Walker.
(20 II 1921 – 8 VI 1966) – amerykański pilot wojskowy i doświadczalny, kapitan Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. W 1963 roku jako pierwszy osiągnął wysokość suborbitalną samolotem doświadczalnym North American X-15. Pierwszy człowiek, który dwukrotnie znalazł się w kosmosie. Zginął w katastrofie lotniczej 8 czerwca 1966 roku.

Charles Elwood „Chuck” Yeager
(ur. 13 II 1923) – generał dywizji Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. As myśliwski z czasów II wojny światowej, a w późniejszym okresie pilot doświadczalny. Był pierwszym człowiekiem, który, lecąc eksperymentalnym samolotem X1, przekroczył barierę dźwięku.

Tom Wolfe
Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos
Przekład: Jan Kraśko
Wydawnictwo Agora
Premiera: 6 czerwca 2018
 
 

Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos


I
ANIOŁY

W ciągu pięciu, najwyżej dziesięciu minut zadzwoniły do niej jeszcze trzy. Pytały, czy słyszała, że coś się tam stało.
– Jane? Mówi Alice. Słuchaj, właśnie dzwoniła do mnie Betty i powiedziała, że coś się tam stało, tak słyszała. A ty? Słyszałaś coś?
Tak to ujmowały, wszystkie, jedna po drugiej. Chwyciła słuchawkę, by tymi samymi słowami przekazać wiadomość kilku innym.
– Conny? Mówi Jane Conrad. Słuchaj, właśnie dzwoniła do mnie Alice i powiedziała, że coś się tam stało, tak słyszała…
Słowo „coś” należało do oficjalnego Języka Żon Pilotów i używały go, by krążyć po omacku wokół wiadomego tematu. Jane Conrad miała ledwie dwadzieścia jeden lat i była tu nowa, a ponieważ nikt o tym „czymś” nigdy głośno nie mówił, temat liznęła tylko pobieżnie. Lecz dzień dopiero się zaczynał! A w jak cudownej okolicy miała doznać nieuchronnego olśnienia! Jak cudownie sama wyglądała! Smukła, z gęstymi kasztanowymi włosami, wielkimi brązowymi oczyma, z lekko wystającymi kośćmi policzkowymi, była trochę podobna do aktorki Jean Simmons. Ojciec Jane miał ranczo w południowo-zachodnim Teksasie. Wysłał córkę na wschód, do college’u Bryn Mawr, i tam, na otrzęsinach pierwszego roku w Gulph Mills Club w Filadelfii, poznała przyszłego męża, Pete’a, który studiował na ostatnim roku w Princeton. Pete – niski, krępy blondyn – lubił sobie tęgo pożartować i w każdej chwili gotów był wyszczerzyć się w szatańskim uśmiechu, odsłaniającym szparę między przednimi zębami. Miał w sobie coś z Wiejskiego Prostaczka-Żartownisia, ale prostaczka u progu życiowego startu. Tryskał energią, miał ambicje, biła z niego pewność siebie i joie de vivre. Pobrali się dwa dni po tym, jak skończył Princeton. W zeszłym roku Jane urodziła pierwsze dziecko, syna, któremu dali na imię Peter. A teraz, w tak spokojnym i cichym roku 1955, mieszkają tu, na Florydzie, w miasteczku Jacksonville. Dzisiaj przez gałęzie sosen otaczających ich dom świeci słońce, a powietrze tchnie świeżością oceanu. Bo ocean i wspaniała, lśniąca bielą plaża są ledwie o kilometr stąd! Każdy, kto w pobliżu przejeżdża, widzi maleńki domek Jane, który połyskuje wśród drzew jak chatka z bajki, jak drogocenny klejnot. Dom jest z cegły, ale Jane i Pete pomalowali go na biało, więc tam, gdzie docierają promienie słońca, ściany skrzą się w słońcu tysiącami refleksów przenikających rozbuchaną zieleń sosen. Okiennice pomalowali na czarno, przez co biel zyskała na intensywności. Domek ma zaledwie sto dwa metry kwadratowe powierzchni użytkowej, ale Jane i Pete zaprojektowali go sami i to jest dla nich najistotniejsze. Że ciasnota? Ciasnota się nie liczy. Wykonawcą projektu był ich przyjaciel, który dał im wszelkie możliwe zniżki, dlatego domek kosztował tylko jedenaście tysięcy dolarów. Na zewnątrz świeci słońce, a w środku z każdą minutą rośnie zdenerwowanie i gorączka, bo pięć, dziesięć, piętnaście i w końcu prawie wszystkie, prawie dwadzieścia żon dołącza do telefonicznego kręgu, próbując ustalić, co się stało. A tak naprawdę „Co się stało” znaczy: czyjemu mężowi.
Po trzydziestu minutach ze słuchawką w kurczowo zaciśniętej dłoni – a taki ranek nie jest tutaj czymś niezwykłym – żona zaczyna odnosić wrażenie, że telefon nie stoi już na biurku, nie wisi na kuchennej ścianie: aparat telefoniczny eksploduje teraz w jej brzuchu. Mimo to rzeczą o wiele gorszą byłoby usłyszeć za chwilę dzwonek do drzwi. W tym punkcie protokół jest nader sztywny, choć nigdzie niezapisany: rozstrzygających wieści nie może przekazać kobieta, a już na pewno nie może ich zdradzić przez telefon. Tej sprawy pokpić nie wolno! – o to tu chodzi. Nie, kiedy nadejdzie czas, wieści przekaże mężczyzna, człowiek z jakimś autorytetem, moralnym czy urzędowym, najlepiej duchowny lub towarzysz świeżo poległego. Co więcej, złe wieści musi przynieść osobiście. Musi stanąć przed frontowymi drzwiami, zadzwonić i, tkwiąc w progu niczym filar spokoju i opoka wszelkiej kompetencji, podać złe nowiny jak rybę na lodowej tacy. Dlatego ów telefoniczny krąg, te rozmowy między żonami były jak oszalałe i złowieszcze trzepotanie skrzydeł aniołów śmierci. Tak więc, gdy nadchodziły rozstrzygające wieści, dzwonił dzwonek – żona przyłapywała się wtedy na tym, że wytrzeszcza oczy i patrzy w stronę drzwi, jakby już do niej nie należały, jakby nie mogła już nic zrobić, ani ich zamknąć, ani otworzyć – a w progu stał posępny mężczyzna… który przyszedł ją zawiadomić, że niestety, coś się tam stało, że zwłoki męża leżą na bagnach, w lesie albo wśród wysokich traw, zwęglone, „spalone do stopnia utrudniającego identyfikację”, co każdy, kto spędził w bazie lotniczej kilka lat (na szczęście Jane była tu krótko), traktował jako nader zręczny i dowcipny eufemizm określający ludzkie ciało wyglądające teraz jak olbrzymi kurczak wyjęty za późno z pieca, jak spalona kaczka z czarnobrązowawą skórą, tłusta, mazista, zeskwierczała, spurchlona i spieczona. Jednym słowem, ciało człowieka w takim stanie miało nie tylko spaloną twarz, włosy i uszy – nie wspominając już o ubraniu – ale również dłonie i stopy, a to, co zostało z ramion i nóg, było zgięte w łokciach i kolanach i sztywne jak drut, spalone na brejowatą czarnobrązową masę podobnie jak sam korpus, skutkiem czego ów mąż, ojciec, dżentelmen, oficer, to oczko w głowie czyjejś matki, ten Cudowny Bobas, Jego Królewska Mość Dzidziuś sprzed dwudziestu kilku lat został zredukowany do zwęglonego kawałka mięsa ze sterczącymi skrzydełkami i kikutami nóg.
Mój własny mąż?! O czym one mówią? Czy to w ogóle możliwe? Jane słyszała już, jak młodzi mężczyźni, wśród nich Pete, rozmawiają o innych – młodych mężczyznach, którzy „przypruli”, „zadołowali”, „udupili maszynę”, „przyładowali” albo „przydziurawili”, lecz rozmowy te nigdy nie dotyczyły kogoś, kogo znali osobiście, kogoś z eskadry. Zresztą gawędzili o tym tak, jak rozprawia się o sporcie: lekko, potoczyście, używając specyficznego żargonu. „Wycyckali go na spalonego, i dupa, brachu” – tak to mniej więcej brzmiało, jak komentarz do meczu piłki nożnej. I już! I to wszystko! Ani w listach, ani w rozmowach nigdy nie padło choćby jedno słowo o zwęglonym ciele, z którego błyskawicznie uszło życie, z którego uleciał serdeczny śmiech, cały dowcip, gesty, nastroje, zmartwienia, niedbałe wzruszenie ramion, czułość i zakochane spojrzenie – zawsze tylko ty, najdroższa! – z którego niczym lekkie westchnienie uleciało dosłownie wszystko, pozostawiając za sobą przerażenie trawiące właścicielkę leśnego domku, młodą kobietę płonącą w gorączce, dziewczynę oczekującą konfirmacji na świeżo upieczoną wdowę. Nie, nigdy o tym nie wspominali, nie tym okaleczonym, zamputowanym językiem.
Następna seria telefonów znacznie zwiększyła prawdopodobieństwo, że to właśnie Pete’owi coś się przytrafiło. W eskadrze było tylko dwudziestu pilotów i wkrótce zatrwożone i rozdygotane anioły śmierci zdołały namierzyć dziewięciu, dziesięciu z nich. Wiedząc, że pogłoski o wypadku zdążyły się już rozejść, mąż, który mógł dotrzeć do telefonu, dzwonił czym prędzej do domu, by uspokoić żonę, że nie, to nie jemu coś się przytrafiło. Wiadomość natychmiast przekazywano dalej i rozgorączkowanie sięgało zenitu. Telefon Jane zadzwonił znowu. Jedna z żon mówiła:
– Nancy miała właśnie telefon od Jacka. Jest na lotnisku i mówi, że coś się tam stało, ale nie wie co. Dziesięć minut temu widział, jak startuje Frank D. z Gregiem z tyłu, więc nic im nie jest. Słyszałaś coś nowego?
Ale Jane nie słyszała nic oprócz tego, że inni mężowie się odnaleźli, że są bezpieczni. Inni. Bo Pete’a wśród nich nie było. I tak, w ten słoneczny dzień na Florydzie, niedaleko bazy lotniczej marynarki wojennej pod Jacksonville, w maleńkim domku, w prawdziwej chatce z bajki, jeszcze jedna piękna kobieta miała się wkrótce dowiedzieć o zasadzie quid pro quo rządzącej w pracy męża, o niewzruszonej regule „coś za coś”, o nigdzie niespisanych, acz zawsze obowiązujących warunkach, na jakich pracy owej się podjął. I nagle, jakby mając przed oczyma pełen wykaz służb i dyżurów, Jane uświadomiła sobie z całą mocą, że z dwudziestu chłopców latających w eskadrze męża brakuje tylko dwóch: pilota nazwiskiem Bud Jennings i… Pete’a. Chwyciła za słuchawkę i zrobiła coś, na co w sytuacjach alarmowych patrzono bardzo krzywym okiem: zadzwoniła na lotnisko. Odebrał oficer dyżurny.
– Chcę rozmawiać z porucznikiem Conradem – powiedziała. – Mówi żona.
– Przykro mi – odparł dyżurny i… głos mu się załamał. – Przykro mi… Ja… – Nie umiał znaleźć słów! Prawie szlochał! Szlochał!!! – On… To znaczy… On nie może podejść do telefonu!
Chryste! Pete nie może podejść do telefonu!!!
– Ale to bardzo ważne! – krzyknęła.
– Przepraszam, ale… to niemożliwe… – Oficer dyżurny z trudem artykułował słowa, bo cały czas tłumił w sobie płacz. Płacz! Jezu! – Porucznik Conrad nie może podejść do telefonu.
– Dlaczego? Gdzie on jest?
– Przykro mi, ale… – Chlipnięcie, jękliwe westchnienie i płaczliwe posapywanie. – Nie wolno mi tego mówić, nie… Muszę… Muszę już kończyć! – Głos żołnierza rozmył się w gwałtownym przypływie emocji i usłyszała trzask odkładanej słuchawki.
Oficer dyżurny! Dobiło go już samo brzmienie jej głosu!
W jednej chwili cały świat zastygł, znieruchomiał, zakrzepł w bezruchu. Jane nie była już w stanie wyliczyć, ile czasu upłynie, nim zabrzmi dzwonek do drzwi, nim w progu stanie mężczyzna z kamienną twarzą, Ponury Przyjaciel Wdów i Sierot, który zawiadomi ją – tym razem oficjalnie – że Pete nie żyje, że zginął.

Nawet na środku bagniska, nawet między zbutwiałymi, przegniłymi pniami sosen, pośród zgorzelinowych szumowin, martwych pnączy kanianki, nawet tam, gdzie miliardy komarzych jaj, gdzie najgorsza, gdzie przejrzała kloaka, smród ciała „spalonego do stopnia utrudniającego identyfikację” zabijał wszystkie inne zapachy. Gorąco, jakie wytwarza eksplozja paliwa samolotowego, jest tak intensywne, że dosłownie wszystko – guma, plastik, celuloid, paznokcie, włosy, krew, protoplazma, innymi słowy wszystko oprócz najtwardszych metali – nie tylko zaczyna płonąć, ale też wydzielać najbardziej cuchnące gazy, jakie tylko zna chemia organiczna. To prawdziwy horror. I łatwo go wyczuć. Sączy się przez nozdrza, wypala jamę nosową, przenika do wątroby i zżera wnętrzności niczym czarny gaz, aż w końcu wszędzie, dosłownie wszędzie, w powietrzu, w ciele, w całym wszechświecie nie istnieje nic poza upiornym odorem spalenizny. Kiedy helikopter wylądował między sosnami, osiadając na moczarach, smród uderzył Conrada, nim zdążyli otworzyć na oścież luk wyjściowy. A przecież od miejsca katastrofy dzieliła ich spora odległość – stąd nawet nie widzieli wraku. Resztę drogi musieli przebyć na piechotę. Zrobili kilka kroków i zapadli się po kolana w wodę. Zrobili kilka następnych i wpadli w błoto po pachy. Szli, ciężko pracując całym ciałem, rozgarniając szlam, spienione szumowiny i łodygi martwych roślin, omijając zbutwiałe pnie sosen, ale wysiłek był niczym w porównaniu z zapachem, jaki musieli znosić. Conrad, dwudziestopięcioletni podporucznik, miał tego dnia służbę oficera do spraw bezpieczeństwa lotów i zgodnie z regulaminem musiał osobiście zbadać miejsce wypadku. Ale tak naprawdę to eskadra, do której trafił, była pierwszym przydziałem służbowym w jego karierze; nigdy przedtem takich miejsc nie oglądał, nigdy przedtem nie czuł tak odrażającego smrodu, nie widział tego, co miał za chwilę zobaczyć.
Gdy dotarli do samolotu, a był to model SNJ, Conrad stwierdził, że kadłub maszyny jest wypalony, pokryty bąblami, że wbił się w bagnisko, że osłona kabiny jest roztrzaskana, a jedno skrzydło oderwane. Za sterami siedziało to, co zostało z jego przyjaciela Buda Jenningsa. Bud Jennings, sympatyczny chłopak, młody, obiecujący pilot, był teraz straszliwym, spieczonym kawałem mięsa. I nie miał głowy. Głowa po prostu zniknęła, przepadła bez śladu. Najpewniej zerwało mu ją z kręgosłupa, jak zrywa się ananasa z łodygi. Tylko że co z nią? Jak kamień w wodę – nigdzie jej nie było.
Przemoczony do suchej nitki Conrad stał w bagnie i dumał, co u diabła robić. Pokonanie pięciu metrów w tym wynaturzonym paskudztwie to koszmarna walka. Za każdym razem, gdy zadzierał głowę, widział istne delirium gałęzi, pnączy, nakrapianych cieni i jaskrawe cętkowane światło sączące się przez korony drzew – wszechobecny baldachim zieleni z miliardami dziur filtrujących promienie słońca. Mimo to znów wszedł w śmierdzącą breję i ruszył przed siebie. Koledzy podążyli za nim.
Conrad wciąż patrzył w górę. I wkrótce odgadł wszystko. Bo tam, między wierzchołkami drzew, widniał korytarz z połamanych gałęzi, prawdziwy tunel znaczący trasę, jaką przebyła spadająca maszyna. Przedzierali się przez bagno, idąc dziwacznym szlakiem wyrysowanym dwadzieścia, trzydzieści metrów nad nimi. Gwałtowny skręt. Tak, tutaj musiało odpaść skrzydło… Znów ostry zakręt w prawo i skos w dół. Szli, nie spuszczając wzroku z rozłożystych konarów. Potem stanęli. Na środku pnia widniała olbrzymia sącząca się rana. Dziwne. Koło rany ujrzeli… Ki diabeł? Jakaś choroba atakująca drzewa? Między gałęziami wisiało coś w rodzaju worka, brązowawej guzowatej torbieli, takiej, jakie widuje się czasem na drzewach zakażonych pasożytami, a wokół niej, wokół tej torbieli, ujrzeli żółtawe śluzowate skrzepy, jakby choroba zainfekowała worek ropnicą i wyciskała z niego jakiś ohydny i szybko krzepnący sok. Z tym że to nie mógł być sok, bo w soku nie ma krwi. Sekundę później… Conrad nie musiał nic mówić. Wszyscy zrozumieli. Guzowaty worek był wykładziną hełmu lotniczego z przymocowanymi słuchawkami. Żółtawe śluzowate skrzepy tworzyły niegdyś mózg Buda Jenningsa. Pień drzewa roztrzaskał osłonę kabiny samolotu i poszatkował głowę pilota na kawałki. Jak przejrzałego melona.