Co powiedzielibyście swoim odległym potomkom w dalekiej przyszłości, gdybyście mieli taką możliwość? To pytanie przyświecało twórcom książki “Most przez czas”, która jest zabawną, a jednocześnie skłaniającą do refleksji lekturą o tym, co najważniejsze dla współczesnych Polaków.


Most przez czas„Autorzy niniejszej książki napisali listy do mających się narodzić za 200 lat praprawnuków. Opowiedzieli w nich o własnych pomysłach na ciekawe, mądre i pożyteczne życie, o wyznawanych zasadach i wartościach, o spełnionych i niespełnionych marzeniach” – zdradza Stanisław Pisarek, wydawca książki „Most przez czas”.

To publikacja, w której forma epistolarna posłużyła do stworzenia opowieści o tym, co najbardziej liczy się w życiu, ale nie jest to żadna z przepełnionych frazesami książek motywacyjnych, jakich obecnie mnóstwo pojawia się na księgarskich półkach. Jej wyróżnikiem jest autentyczność spostrzeżeń wspartych ciekawym doświadczeniem życiowym autorów. A ci są bardzo różni: wydawca zadbał, aby w książce znalazły się listy-felietony napisane przez osoby reprezentujące odmienne zawody, światopoglądy i zapatrywania, dzięki czemu książka jest różnorodna i dobrze odzwierciedla, jak wiele odcieni może mieć życie.

Na kartach „Mostu przez czas” znajdzie zatem czytelnik listy od pisarzy i dziennikarzy, jakich nie mogło w niej zabraknąć – wszak osoby te na bieżąco zajmują się obserwacją i analizą rzeczywistości, dzięki czemu dobrze potrafią uchwycić jej cechy, charakterystyczne dla naszych czasów, ale zapewne niejednego zaskoczy dobór innych autorów. A są to między innymi: siostra karmelitanka, więzień, który w więzieniach i zakładach karnych spędził 36 lat, czy Szaman Tańcujący z Wiatrem. Towarzyszą im artyści, przedsiębiorcy, lekarze, znalazł się w tomie nawet krótki, acz przenikliwy i celny list od florystki.

Skierowanie listów do odległych potomków, żyjących w przyszłości mniej więcej dwieście lat po naszych czasach, stanowi w książce koncepcję artystyczną, która pozwoliła autorom na dogłębne zastanowienie się nad tym, co najbardziej charakterystyczne, najistotniejsze dla bieżącego okresu w dziejach Polski i żyjących teraz ludzi. Być może za dwieście lat książka rzeczywiście trafi w ręce kogoś, kto zainteresowany dawnymi, z jego perspektywy, czasami, z zaciekawieniem spojrzy na ów tom, kondensujący spostrzeżenia z początku XXI wieku, stanowiący osobliwą pamiątkę z naszych czasów.

„Most przez czas” przede wszystkim daje asumpt współczesnym czytelnikom do zadumania się nad tym, co ma znaczenie.

Jednak „Most przez czas” przede wszystkim daje asumpt współczesnym czytelnikom do zadumania się nad tym, co ma znaczenie. A warto nadmienić, że publikacja ta jest lekturą w przeważającej części zabawną, napisaną z humorem i dystansem, a bez patetycznych czy moralizatorskich dłużyzn, pozostawiającą jednak czytelnika w kontemplacyjnym nastroju. Pewnego dnia, nie tak przecież odległego, nikogo z nas już tu nie będzie. Co zostawimy w spadku tym, którzy przyjdą po nas? Co stanowi wartość na tyle istotną, że ma sens przekazanie jej dalej, kolejnym i kolejnym pokoleniom? Ta refleksja wypływa z wielu listów zgromadzonych w książce. Robert Wiśniewski

Most przez czas. Listy do praprawnuka , Wydawnictwo Stapis, Premiera: 8 stycznia 2016
 
 

Most przez czas

Most przez czas. Listy do praprawnuka
Wydawnictwo Stapis
Premiera: 8 stycznia 2016
 

Listy napisali:

Zbigniew Piotrowicz [10]
Marta Fox [24]
Tomek [28]
Agnieszka [32]
Barbara Janas-Dudek [36]
Agata [42]
Maria Guzik [48]
Siostra Karmelitanka [56]
Paweł Orkisz [60]
Grzegorz Budrewicz [64]
Józef Wegner [72]
F.P. [78]
Andrzej Dudek-Dürer [84]
Szaman Tańcujący z Wiatrem [88]
Tomasz Jaśkiewicz [96]
Tomasz Cukiernik [100]
Mirosław Czerny [104]
Maciej Wijatkowski [110]
Magda Fernowicz [116]
Stanisław Pisarek [120]
Jerzy Wcisła [126]
Włodzimierz Kępiński [136]
Joanna Janosz [140]
M.A. [148]
B.O. [154]
Weronika Górska [162]
Michał Jędryka [170]
Sabina Waszut [182]
Dariusz Dyrda [186]
Lucyna Magierowska [192]
Marcin Melon [196]
Tomasz Fopke [200]
Wanda Czubernatowa [204]

***

Radochów – Lądek Zdrój, maj 2015
Drogi praprawnuku!
Zawsze zastanawiało mnie to, że kiedyś się znika. Tak całkowicie.
Najpierw jako biologiczny organizm, potem jako ślad w pamięci najbliższych, przyjaciół, sąsiadów, wrogów. W końcu przychodzi czas, kiedy z archiwów usuwa się nieaktualne i niepotrzebne dokumenty, formalne potwierdzenie, że kiedykolwiek się istniało. Takie zniknięcie jest deprymujące. Trochę żal. Żal tego wszystkiego, co wiem, żal tego świata, który budowałem w głowie przez lata.
Nazywam się Zbigniew Piotrowicz. Prawdopodobnie zakończyłem życie koło 2040 roku. Teraz mam pięćdziesiąt siedem lat. Mój ojciec jeszcze żyje. Ma lat osiemdziesiąt osiem i jest w niezłej kondycji fizycznej. Ponieważ wiele odziedziczyłem po ojcu, mam cichą nadzieję, że prognoza docelowa, czyli 2040 rok, jest realna. Ten list pochodzi z roku 2015. Uznałem, że warto napisać do Ciebie, bo prawdopodobnie w swoim życiu widziałem najważniejszy moment w historii ludzkości.
Mój dziadkowie ze strony ojca urodzili się w roku 1900, a więc w ostatnich miesiącach XIX wieku. Zanim dorośli i poszli do szkół, wybuchła I wojna światowa. Potem już byli zbyt dorośli, aby do tych szkół chodzić. Zostali analfabetami. Z czasem dziadek Lucjan sam nauczył się jako tako czytać, aby mając siedemdziesiąt lat, móc przeczytać program telewizyjny. Nie miał wiele do czytania. W Polsce w tamtych czasach był jeden kanał telewizyjny, a program zaczynał się o siedemnastej i kończył po pięciu, sześciu godzinach. Babcia nigdy czytać się nie nauczyła i nie bardzo rozumiała sens wielu wynalazków. To za czasów młodości moich dziadków powstawały pierwsze kina. W ówczesnych filmach nie chodziło o fabułę. Opowiadana historia była pretekstem do oglądania wynalazku, ruszających się obrazków. Dziadek dostrzegł jednak w kinie to, co dziś uważamy za naturalne – przekaz autora, jego myśl, piękno. I wymykał się od czasu do czasu na filmowe seanse. Kiedyś – pamiętam – babcia złapała go, gdy się niezbyt dyskretnie szykował do wyjścia.
— Ty dzie? — spytała z właściwą sobie dociekliwością.
— No… do kina — Dziadek nie umiał kłamać.
— Ta na co ty tam idziesz, a? — Babcia była ze wschodu. — Przecież ty już raz tam był!
Dziadkowie, mając świadomość własnych braków, bardzo chcieli wykształcić syna Ryszarda, mojego ojca. I udało im się, choć droga to była wyboista. Ojciec najpierw chodził do polskiej szkoły w Lidzie, powiatowym mieście na polskich Kresach, a po zajęciu Lidy podczas kolejnej wojny światowej najpierw przez Niemców, a następnie przez Rosjan, był uczniem szkoły rosyjskiej. Do średniej szkoły chodził już na Ziemiach Odzyskanych, a studia… No cóż, w owych czasach ojciec był młodzieńcem o ujmującym, nostalgicznym spojrzeniu i zaczesanych do tyłu czarnych włosach. Miał śnieżnobiały golf i motocykl marki wfm, wyrób krajowy. Czy ktoś taki miałby mieć głowę do studiowania?
Owszem, trochę się pouczył w Szczecinie, ale potem został przeniesiony przez swoją mamę do Gdańska pod dyskretną opiekę jej siostry. Tam pracował, ale nadal w studiach przeszkadzało mu życie towarzyskie. Uczelnię kończył wiele lat później, mając na głowie rodzinę i dwójkę wrzeszczących dzieci.
Jednym z nich byłem ja. O wykształcenie nie musiałem już zabiegać. To było naturalne i oczywiste, że mam się uczyć i niczego innego właściwie ode mnie nie wymagano. Moja najmłodsza córka ma teraz siedem lat. Biegle czyta i bez zahamowań posługuje się laptopem oraz telefonem komórkowym, podstawowymi narzędziami, których ja musiałem się uczyć, a mój ojciec nie bardzo rozumie ich przeznaczenie. Czy kiedykolwiek i ktokolwiek mógł oglądać oraz doświadczać tak niebywałego skoku w rozwoju ludzkości?
[…]
Zbigniew Piotrowicz

***

Szanowny późny wnuku.
To określenie nie tyle wskazuje na Twoją płeć, ile odwołuje się do C.K. Norwida. Był to dziewiętnastowieczny poeta, który uważał, że dopiero Wasze pokolenia będą potrafiły rozwiązać nabrzmiałe polskie problemy, z którymi zmagaliśmy się przez wieki. Ale o tym, mam nadzieję, wiesz, jeżeli do Twoich czasów przetrwała kultura mądrych słów i szacunek do samotnych, odważnych myślicieli. Jeżeli tak jest, ich twórczość po latach, zwyciężyła zza grobu. Jeżeli nie, to tym bardziej przeczytaj mój list!
Piszę w 2015 roku. Leżę na szpitalnej sali. Wierz mi, w Polsce w moich czasach do przyjemności to nie należało. Czas kurczy się z każdym dniem, mierzony terminami kolejnych badań, które dostarczają złych wieści. Niestety, na niektóre choroby nasza medycyna nie znała lekarstw. Nagle codzienne kłótnie i stresy stały się nieważne wobec świadomości kruchości życia i chłodnego powiewu zbliżającej się nicości. Cóż, wy chyba też nie staliście się jeszcze nieśmiertelni?
Ale odłóżmy na bok jednostkowe życie na rzecz szerszej perspektywy.
Nasza rodzina wywodzi się ze Śląska, srodze doświadczonej przez historię krainy na granicy dawnych mocarstw. Moja pamięć, zwielokrotniona zasłyszanymi opowieściami om i starzyków, sięga połowy XIX wieku. Wtedy to, w zielonej krainie pokrytej lasami, pośród której leżały wiejskie osady, pojawiają się niespokojne duchy: awanturnicy i poszukiwacze skarbów. Zaczyna się karczować lasy, snują się dymy pierwszych hutniczych pieców. Schowane w ziemi bogactwa zmienią oblicze Śląska, dla jednych staną się źródłem potęgi i zamożności, dla innych (jak się pewnie domyślasz, tych będzie większość) zatrutym powodem wyniszczającej pracy i przekleństwem.
O tym mówi poniższy urywek: obrazek z tekstem. Napisałem go, słuchając domowych opowieści tych, którzy odeszli przede mną. Niech zostaną razem z moimi akwarelami. Za moich czasów nikt nie chciał słuchać. Śląskie klimaty, jeżeli nie przypominały wielobarwnego kobierca naiwnych amatorów z odpustu w Nikiszowcu, były pomijane milczeniem. Było za wcześnie? Teraz dla mnie powoli staje się za późno. Więc czytaj, proszę.

1911. Wasserturm

Wieża wodna, Borki. Wielki, sterczący, falliczny wykrzyknik – dobitnie oznajmujący wszystkim, że oto kończy się Zagłębie i zaczyna Śląsk. Przez swoją oczywistość była od zawsze stałym składnikiem krajobrazu, pionowym dopełnieniem horyzontu, niczym wieża Eiffela bez Paryża albo latarnia morska bez światła. Strzegła granicy. Dalej, za wieżą, były już tylko bagry – dzikie stawy powstałe w pradolinie Brynicy, po wydobyciu stamtąd piasku do kopalń. Przy jednym brzegu kąpali się gorole, a drugim burowiecko-szopienickie towarzystwo. Zdarzało się, że na piaszczystym brzegu, przykryty kocem, pojawił się topielec – sinozielony niczym bliski krewniak utopca. Pozornie spokojne wody kryły wiele zdradzieckich wirów i niespodziewanych głębin. Przyznajmy, nie zawsze też dziko kąpiący się przestrzegali trzeźwości. Grupki ciekawskich gapiów podbiegały natenczas sprawdzić, czy nieszczęśnik był stąd, czy z Sosnowca. W drugim przypadku szowinistycznie dodawano – czy ino z Sosnowca.
W miarę upływu czasu, mechanizm osmozy za sprawą zagłębiowskich żon czy mężów, śląskich lokatorów osiedli na Zagórzu, wspólnych miejsc pracy i wypoczynku, powoli zaczął rozpuszczać złego gorola. Ulokowano go na półce z niepoprawnymi politycznie dowcipami, obok blondynek, warszawki, medalików, centusiów i Szkotów, wprowadzono do napisów na drzwiach: kto nie zawiero, tyn z Sosnowca. Podczas naszych dziecięcych walk Naszplac na Ichplac, proces ten jeszcze nie nastąpił. Były dwa brzegi: nasz – od strony Borków i Morawy i ich – od strony stadionu Zagłębia. Oraz wieża wodna.
Monumentalną, cesarsko-pruską urodę wieży przykrytej miedzianą pikielhaubą zawdzięczamy kuzynom Georgu i Emilowi Ziellmanom. Zapamiętajmy ich nazwisko, gdyż będzie się jeszcze przewijało przez wątki naszej opowieści.
[…]
Michał Jędryka

***

Chorzów, 10.06.2015
List do Ciebie. Kiedyś. Gdy zaczniesz istnieć.
Dawno temu, machając pod stołem nogami w opadających podkolanówkach, pisałam pamiętnik. Każdy kolejny wpis zaczynałam słowami:„Droga Inko” To były listy pisane do mojej przyjaciółki. I choć wiedziałam, że nie istnieje, była dla mnie realna i bliska jak mało kto. Dlatego nadałam jej imię. A teraz chcę nadać imię Tobie. Mój drogi, nieistniejący jeszcze wnuku, moja droga nieistniejąca jeszcze wnuczko, prawnuku, prawnuczko. Pozwól, że zostaniesz dla mnie Chwilą. Tą, która nastanie, bo właśnie chwila, a potem miejsce jej spotkania, są dla nas najważniejsze.
A więc witam cię, Chwilo. Piszę list do Ciebie, siedząc w niewielkim chorzowskim mieszkaniu, otoczona początkiem XXI wieku. Jest wiosna. Deszczowa, jakich ostatnio najwięcej. Przez uchylone okno wpada hałas z urządzeń wykorzystywanych przez robotników, którzy remontują sąsiedni blok. Dzieci są jeszcze w szkole, więc i ja mam chwilę dla siebie.
Na parapecie drzemie kot.
Wiele się dzieje wokół mnie, wiele mogłabym Ci opisać. Czasy, w których żyję, to czasy wielkiego sprzątania. Naprawiania tego, co przez wiele poprzednich lat zostało zaniedbane, pobrudzone, zniszczone. To czasy odgruzowywania i wynoszenia śmieci. Tam, gdzie już posprzątano, rośnie nowe. Wszystko się zmienia. Czasem zbyt szybko, aby zdążyć się przyzwyczaić. Nacieszyć oswojeniem. Właśnie tego ciągłego pędu ku nowemu, ku lepszemu, najbardziej nie lubię. To, co dziś nowoczesne, jutro staje się już przestarzałe. Męczy mnie pogoń i wieczna konieczność nadążania (za czymś). Moim pragnieniem jest zatem zachować przeszłość. Ocalić ją od zapomnienia, abyś nawet Ty, za wiele lat, mogła ją zobaczyć, dotknąć i poznać.
Dlatego tak często piszę o tym, co było. O losach przodków, o historii rodzin. Bo przecież każdy musi mieć swoją historię. To nieważne, jaka ona jest, dobra czy zła. Bez przeszłości nie istniejemy. To ona nas formuje.
Zapamiętaj to, proszę. Bo kiedyś ja i kot, który właśnie się obudził, nawet ten dom, wszystko będzie historią. Musimy o nią dbać. Nawet o tą najmniejszą, z pozoru zupełnie błahą.
Jest wiele rzeczy, które zamknęłam w pamięci. Pilnie ich strzegę, aby nie uleciały. Nie chcę zapomnieć smaku oranżady z woreczka, zapachu pomarańczy jadanych tylko od święta. Chcę wiedzieć i móc Tobie przekazać, jak skakało się w gumę czy w sznura i jak ołówkiem przewijało kasety magnetofonowe. Chcę zapamiętać, że telefon jeszcze niedawno miał kabel oraz słuchawkę i nie mieścił się w żadnej kieszeni. We wspomnieniach z dzieciństwa pojawiają się bączki wirujące na podłodze z PCV i kupowane na odpustach kalejdoskopy z kolorowymi szkiełkami, które przy każdym obrocie tworzyły magiczne krajobrazy przenoszące dzieci w odległe światy. Dorastanie to kolekcje obrazków z gum Donald, to zamknięte dla wielu z nas drzwi sklepów górniczych i pierwsze fluorescencyjne mazaki, obiekt marzeń wszystkich uczniów.
A czego Ty nie chcesz zapomnieć? Co z przedmiotów, którymi ja się otaczam, w Twoich czasach trzeba zamykać nie tylko w wyobraźni, ale także w muzeach, aby nie zaginęła pamięć o nich?
Mam nadzieję, że masz jeszcze okazję dotykać pióra i wdychać zapach nowych książek. Mam nadzieję, że wciąż masz czas, aby spotkać się z przyjaciółmi i włóczyć z nimi bez celu po mieście. Czy jeszcze istnieją miejsca, do których można uciec od ludzi, wyłączyć się, wyciszyć myśli? Czy jeszcze wciąż można zrobić sobie wagary od codzienności? A może jest o to łatwiej niż dziś. Może wy naprawiliście to, co my raczej z głupoty niż złych chęci próbujemy zniszczyć.
Jest jeszcze druga rzecz, o której chcę Ci dziś opowiedzieć. Druga, ale również ważna. Jest nią miejsce. Miejsce, w którym zastaje nas chwila i w którym dane jest nam przeżyć nasz czas. Dla mnie tym miejscem jest Śląsk, a w nim Chorzów – miasto wszystkich moich wiosen i jesieni, każdego lata i zimy. To miejsce niezwykłe. Niebanalne. Padło o nim już milion słów i jeszcze więcej padnie.
Zastanawiam się, jaki Twój Chorzów. Czy w ogóle go znasz. Czy Ty, moja droga Chwilo, nie jesteś pierwszą od wielu pokoleń, która stąd wyjechała? Masz do tego prawo. Być może nie czujesz związku, nici niedającej się rozerwać, którą ja noszę w sobie. Być może Twoja nić łączy Cię z zupełne innym miejscem. Pozwól, że opowiem Ci o moim Chorzowie, bo tak jak już pisałam, wiedza o przeszłości jest niezbędna, aby snuć plany na przyszłość. Mój Chorzów to miejsce poprzemysłowe. Umierają huty, umierają kopalnie. Kruszące się tynki opatrzone są wulgarnymi nieraz napisami tych, którzy w tym umieraniu się zatracili. Zdziwiona? Cóż, Śląsk ma też takie oblicze. Należy je poznać, należy pokochać, aby móc i chcieć tu mieszkać. Posłuchaj mnie jeszcze przez chwilę, bo moja historia nie na tym się kończy.
Chorzów to również stare osiedla i sąsiedzi, do których można zapukać, gdy zabraknie mąki. To śląski kołacz z małej cukierni. Chodzimy do niej od lat. Mój Śląsk to odnowiony teatr i rynek w Katowicach, znów piękny. Śląsk to nowoczesny gmach Biblioteki Śląskiej, w której napisałam pierwszą książkę.
Miesza się tradycja z nowoczesnością. I niech miesza się jak najdłużej, bo dobrze jest tu tylko wtedy, gdy zachowujemy równowagę. Ja, moja droga Chwilo, stale jedną nogę mam w latach, które już minęły, w tradycji i kulturze. Zapytasz, czy takie stanie okrakiem przeszkadza? Nie. Jednak łatwo jest spaść, gdy czegoś zabraknie bądź jest zbyt dużo.
Kochana Chwilo, wnuku bądź wnuczko, prawnuku, prawnuczko, pamiętaj, że czasem warto zaglądać do starych albumów. Przeglądać zmatowiałe fotografie. Być może znajdziesz mnie na jednej z nich. Na pewno znajdziesz tam siebie.

Sabina Waszut (1979). Meldunkiem i sercem chorzowianka. Publikowała między innymi w Śląsku, Magazynie Materiałów Literackich „Cegła”oraz w Akancie. Recenzentka. Organizatorka spotkań literackich. Propagatorka śląskiej kultury. Związana z chorzowskim Portem Poetyckim. W styczniu 2013 nakładam wydawnictwa Anagram weszła na rynek książka „Isabelle”, której jest współautorką. W październiku 2014 ukazała się powieść „Rozdroża” wydana przez warszawskie wydawnictwo MUZA. Książka została nominowana do Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus” za rok 2014, otrzymała również nagrodę główną w kategorii Pióro na Festiwalu Literatury Kobiet dla najbardziej poruszającej polskiej powieści roku 2014. We wrześniu 2015 na rynku ukazała się książka „W obcym domu” – dalsze losy bohaterów „Rozdroży”.