Absurdalny humor i przerażające tajemnice. “Świnki morskie” to powieść, która zasługuje na miano bestsellera.


Świnki morskiePewien praski bankier z braku innego pomysłu kupuje synowi na Boże Narodzenie świnkę morską.

Jak dalece to niewinne wydarzenie zmieni życie rodziny? Jakie sekrety skrywa bank narodowy? I czy przed kryzysem finansowym można schować się w beczce?

„Z ciekawością obserwowałem, jak ta historia się rozwinie. Te nocne godziny spędzone przy maszynie do pisania, wypełnione spokojnym oczekiwaniem, jak rozwiną się zaskakujące dialogi. A czasem zaglądałem obok – do pokoju, w którym spali chłopcy – do klatki ze świnkami”
Ludvík Vaculík

Co z nimi robił?

***

„W żadnym innym utworze literatura czeska nie zbliżyła się do twórczości Franza Kafki tak bardzo jak w «Świnkach morskich»”.
Milan Exner

Ludvík Vaculík (ur. 23 lipca 1926 w Brumovie, zm. 6 czerwca 2015 w Dobřichovicach) – czeski prozaik, dziennikarz, felietonista i publicysta. Jego najbardziej znane książki to: Sekyra (Siekiera) (1966), Morčata (Świnki morskie) (1971), Český snàř (Sennik czeski), (1983), Jak se dělá chlapec (Jak się robi chłopca) (1987).

Ludvík Vaculík
Świnki morskie
Przekład: Mirosław Śmigielski
Wydawnictwo Stara Szkoła
Premiera: 24 października 2016
 
 

Świnki morskie


I

W Pradze mieszka ponad milion osób, których nie chciałbym tutaj wymieniać. Nasza rodzina pochodzi z prowincji. Nasza rodzina składa się ze mnie, mojej żony i dwóch całkiem zadowalających chłopców. Starszy chłopiec – trzynastoletni Vaszek, ma krótkowzroczne brązowe oczy, a najbardziej interesują go budynki, szczególnie niedokończone, a oprócz nich środki transportu, szczególnie kolej, ale także miejska sieć kanałów podziemnych, czyli wodociągi, rury gazowe, systemy grzewcze i światłowody oraz kable telekomunikacyjne i tak dalej. Nasz Vaszek zawsze wraca ze szkoły spóźniony, ponieważ po drodze zatrzymuje się przy różnych wykopach i wpatruje się w nie dłużej, niż mogłoby nas to interesować. Dlatego lubi dni powszednie. Młodszy chłopiec – dziewięcioletni Paweł, ma krótkowzroczne brązowe oczy, a interesuje go wszystko, głównie to, co robi Vaszek, poza tym budynki, szczególnie niedokończone i środki transportu, zwłaszcza kolej. Jego zainteresowanie tym wszystkim ma jednak trochę inny charakter niż u Vaszka. Najlepiej wyjaśni wam to przykład.
Jeśli w deszczowe i wietrzne niedzielne popołudnie, kiedy w ogóle nie chce się wychodzić na dwór, chłopcy wyproszą sobie pozwolenie i na ten dwór wyjdą, prawie na pewno udadzą się na jakiś dworzec kolejowy, gdzie chwilę postoją na peronie, ale zaraz potem pobiegną wzdłuż torów w kierunku pięknej, dymem i mżawką przesłoniętej parowozowni, do której wejść się nie odważą, schowają się więc przed deszczem pod rynną jakiejś okropnie czarnej szopy, oczywiście się o nią oprą i, jeżdżąc plecami po ścianie, będą obserwować pracę. Później, kiedy wrócą do domu, znów trochę bardziej dokształceni, nakrzyczymy na nich, jakby przeszkadzała nam ich nieobecność, a potem dostaną podwieczorek, po którym pójdą do swojego pokoju, a tam: Vaszek od razu weźmie się za kończenie konstrukcji jeżdżącego dźwigu do przeładunku węgla, a Paweł zacznie od razu szkicować na kilku kartkach plan niemającego nigdy powstać dworca kolejowego, ze szczególnym uwzględnieniem obrotnicy przed parowozownią. Owszem, to wiele mówi o różnym podejściu chłopców do tej samej dziedziny, nie muszę chyba dalej tłumaczyć, mądrzejszy czytelnik już się domyślił, że młodszy Paweł ma więcej dioptrii i jest bardziej przysadzisty.
Zatem to są nasi chłopcy, a teraz my – rodzice. Ja, tato, mam na imię Vaszek i pracuję jako urzędnik w Banku Narodowym. Bank Narodowy znacie. To ten okazały budynek na Placu Wacława. Z zewnątrz jest wyłożony marmurem, jednak nie osądzajcie po tym wnętrza. Chyba wystarczy, jeśli powiem wam, że w dniu, w którym my, urzędnicy bankowi, czy też bankierzy, odliczamy z kasy swoje wypłaty i wkładamy je do portfeli, ze strachem spoglądamy na luksusowe drzwi obrotowe naszego banku, czy ktoś nie idzie po swoje oszczędności. Przy czym nasze pensje, nie myślcie sobie, nie są bynajmniej wysokie! Jak to się mówi – zarabiamy akurat tyle, żeby nie próbować kraść. A tak naprawdę, dlaczegóż by tego nie przyznać, my próbujemy kraść. Są to jednak desperackie próby i tylko nielicznym udaje się donieść ukradzione pieniądze do domu, żonie i dzieciom. Przy wyjściu z naszego banku stoją strażnicy, którzy każdego dokładnie przeszukują i odbierają mu wszystko, na co nie ma potwierdzenia. Nie myślcie sobie jednak, że skonfiskowane pieniądze trafiają z powrotem do kasy! Przynajmniej my, bankierzy Banku Narodowego, nigdy ich tam nie widzimy. Można to sobie tłumaczyć na różne sposoby. Jeżeli, drogie dzieci, często czy nawet codziennie stawiacie sobie w duchu za pośrednictwem swoich rodziców pytanie, dlaczego nasza gospodarka narodowa wygląda tak, jak wygląda, możecie wziąć pod uwagę także to, co właśnie wam niechcący zdradziłem. Ale ten problem nadawałby się raczej do kryminału niż do tej książeczki przyrodniczej. A moja żona, do której chłopcy z przyczyn naturalnych lubią mówić mamo, ma na imię Ewa. Jest nauczycielką, ale mniejsza o to.
Nasza rodzina, jak już wspomniałem, pochodzi z prowincji. Piętnaście lat temu przybyliśmy z Ewą do Pragi, zamierzając zostać tu jakieś pięć lat, póki nie nasycimy swoich potrzeb patriotycznych, po czym zamierzaliśmy wyjechać i gdzieś w rodzinnych stronach znaleźć miejsce na główne życie. Z niektórych planów człowiek jednak rezygnuje, natomiast innych się trzyma, by zachować swoją stopę życiową. My wciąż planujemy wrócić w rodzinne strony na malutki cmentarzyk.
Człowiek ze wsi cierpi w Pradze przede wszystkim z powodu obcości ludzi i oderwania od przyrody. Jednak człowiek silniejszy nie poddaje się tęsknocie i szybko odkrywa wolność, której u siebie by nie miał. Przy tym jednak wciąż obnosi się ze swoim nieprzystosowaniem, ponieważ w Pradze, która nie nauczyła się jeszcze we wszystkich sytuacjach reagować po wielkomiejsku, zalicza mu się to raczej na plus. Ale przyrody, przyrody nam, wszystkim tego typu prażanom brakuje bardzo.
Każdej wiosny chodzimy z naszymi chłopcami za Lewy Hradec na imponującą górę Rziwnacz, gdzie kwitną sasanki. Imponujący to znaczy, drogie dzieci, olbrzymi, wspaniały. Wyprawa na skaliste Kozie Grzbiety za Suchodolem jest naszą prawie obligatoryjną wędrówką w czasie czereśni. Obligatoryjny znaczy obowiązkowy, tu i ówdzie jakąś czereśnią uprzyjemniony. Jeśli idziemy na spacer razem, jedni do drugich musimy się trochę dostosować. Podczas gdy dla mnie i dla Ewy wizyta w ogrodzie botanicznym stanowi kondensację przyjemnej nauki starzejących się głupców, którzy nawet przez pięć lat nie są w stanie zapamiętać nazwy trybuli (Anthriscus Pers.), to dzieciom, Vaszkowi i Pawłowi, wydaje się to strasznie nudne. Kondensacja to zagęszczenie. Ale chętnie idą tam z nami. W zamian za to my chętnie idziemy z nimi do doliny w Hluboczepach, gdzie wznoszą się dwa przeplatające się ze sobą wiadukty kolejowe, dostarczając zachwyconym chłopięcym oczom fantastycznych widoków. Natomiast my w tych okolicach zawsze przyglądamy się raczej skromniutkim domkom, które pozostały tu z naszych minionych, sąsiedzkich czasów. Są utrzymywane w pierwotnym kształcie i pod tymi starymi, betonowymi wiaduktami, na brzegu potoczku ze schodami prowadzącymi wprost do wody wyglądają naprawdę malowniczo. Malowniczo to chyba uroczo, fantastyczny – nie wiem.
Ale wy, drogie dzieci z prowincji, świeżo przez swoich rodziców do Pragi przywleczone! Przygotujcie się na to, że tutejsza przyroda często was zasmuci! Nigdzie nie widziałem więcej nieużytków i źle uprawianych pól niż właśnie wokół Pragi, pod samym nosem ministerstwa rolnictwa. Tak jakby trawa, drzewa i woda nie miały żadnej wartości. A żeby wykąpać się w wodzie, przyjemnej i czystej wodzie, będziecie musieli szukać jej tak długo jak my. Pewnego lata odkryliśmy w Sedlcy dwa jeziorka leżące tuż obok wełtawskiej grobli. Grobla to, dzieci, uregulowany kamieniami brzeg rzeki z ciężkimi, żelaznymi kręgami do przywiązywania łodzi jeszcze z czasów Austro-Węgier. Austro-Węgry to – ale może o tym innym razem. Jeziorka przyjemnie obrośnięte wierzbami miały kwadratowy kształt, piaszczyste dno i płytką wodę, dlatego bardzo nam odpowiadały. Powstały prawdopodobnie wskutek bagrowania. Bagrowanie to praca bagrem. Kąpaliśmy się tam jednak chyba tylko trzy razy, ponieważ nie mogliśmy przywyknąć do widoku wody tuż za groblą, w rzece. Była bowiem pełna leniwie płynących fekaliów i prezerwatyw!
Nie mówmy jednak o gównie, dzieci, mówmy o zwierzątkach, które są ładniejsze. Tak naprawdę nigdy nie mieliśmy w domu zwierząt. Mieć w Pradze psa to wielki przepych, hodowanie kota to problem. Kiedyś mieszkał z nami kocurek, był ładny i zabawny, ech, sporo było zabawy z kocurkiem i nerwów z dziećmi, ale wszystko nam odrapywał, a potem nauczył się jeszcze chodzić „na stronę” na półkę z butami, więc się go pozbyliśmy. Pozbyliśmy się go – to bardzo podejrzane wyrażenie, które nigdy mi się nie podobało w ustach innych ludzi, ponieważ oznaczać mogło nie tylko podarowanie, sprzedanie czy wypowiedzenie, ale też utopienie, podrzucenie większemu zwierzęciu na pożarcie, ciśnięcie o ziemię lub coś jeszcze straszniejszego. Jeśli ja mówię pozbyliśmy się, znaczy to tylko to, co znaczą te słowa, i nic gorszego. Pewnej soboty po prostu wyścieliłem buremu kocurkowi wiklinowy koszyk kocem, Ewa zaszyła koszyk płótnem i wyruszyłem w drogę do jednego naszego przyjaciela, który mieszka w lesie. Po drodze uratowałem jeszcze żmiję, kiedy przechodziłem przez leśny potoczek i zobaczyłem ją, bezradnie pływającą w toni pod wystającym brzegiem. Nad tą wodą zatrzymałem się trochę dlatego, że chciałem odpocząć, a trochę dlatego, że była tu okazja, by kocurka utopić, gdybym tylko chciał to zrobić. Z przerażeniem wyobraziłem sobie, jak bym się czuł, gdyby to do mnie do koszyka zaczęła przenikać woda, koszyk zaszyty, a ja nie mogę się wydostać. Pomyślałem też o tym, jak zostałoby to skwitowane w Banku Narodowym. I wtedy spostrzegłem w wodzie węża.
Od razu wiedziałem, że to nie zaskroniec. Po pierwsze dlatego, że wodolubny zaskroniec poczynałby sobie w potoku zręczniej, a po drugie nie miałby na całym ciele charakterystycznego zygzakowatego znaku. To zwierzątko bez wątpienia ostatkiem sił walczyło o życie – było tak wycieńczone, że nie mogło już obrócić się w stronę teoretycznie niekorzystną – przez prąd potoku dostać się na łagodny brzeg, na który mogłoby wygodnie wyjść. Zamiast tego miotało się przy stromym brzegu, a wyciągniętą głową uderzało w glinę, która odłupywała się i obsypywała do wody. Najpierw oczywiście zadałem sobie pytanie, czy powinno się ratować żmije. W pierwszym odruchu chciałem cisnąć w nią kamieniem. Kiedy już ją uratowałem, a ona schowała się w krzakach, przyszło mi do głowy, że byłem tam bez dzieci, mogłem więc siedzieć nad wodą, jak długo tylko chciałem, i patrzeć, co żmija zrobi, w jaki sposób dokona żywota, ewentualnie pomóc jej w ostatniej chwili. Jeżeli teraz, dzieci, któremuś z was moje myślenie wydaje się zepsute, częściowo przyznaję wam rację, ale potraktujcie to jako małą lekcję moralności: szczerze mówiąc, naturalnym impulsem była myśl, by żmiję zabić. Natomiast największym zepsuciem jest to, że kiedy już ją uratowałem, teraz tak dogłębnie to analizuję, a także to, że was to bawi. Prawdziwie szlachetne byłoby, gdybym pomógł żmii wyjść z wody i poszedł dalej, więcej o tym nie myślał, a przede wszystkim nic o tym nie pisał – lub gdybym nie pisał w ogóle, nawet o czymś innym. Mam swoją własną teorię o cnocie ludzkiej. Wpadłem na nią w szopie przy rąbaniu drewna, kiedy miałem czternaście lat. Jest tak dobra, że nie odwołuję z niej ani litery nawet dziś, kiedy mam lat prawie czterdzieści i stoję na progu wczesnej starości. Mogę zresztą przy tej okazji zdradzić, że ci z was, którzy do swych piętnastych urodzin nie stworzą jakiejś swojej zupełnie oryginalnej teorii dotyczącej przynajmniej jednej rzeczy związanej z życiem, nie stworzą jej już nigdy i związanej z niczym, choćby zostali nawet członkami akademii nauk. Ale wróćmy do tej żmii.
Rozważałem wyciągnięcie jej z wody ręką. Nie byłem jednak pewien, czy jest z nią już wystarczająco źle, by mnie nie ukąsiła. Wolałem wziąć sobie do pomocy rozgałęziony patyk. Jednak gad nie dał się podebrać ani nie pozwolił skierować się w inną stronę. Wciąż uciekał i wciąż natrafiał głową na glinę. Jego głupota tak mnie irytowała, że z trudem oparłem się pokusie, by smagnąć go tą gałęzią w czaszkę. Ułamałem nową gałązkę, gęściej rozrośniętą, i nią wypchnąłem gada na mieliznę. Wycieńczony wypełzł z wrogiego żywiołu i niepewnym krokiem niezwłocznie udał się w zarośla. Dopiero wtedy poczułem radość. Żałowałem tylko, że przy tej przygodzie nie było moich dzieci. Jak często miewamy bowiem szansę, by okazać swojemu przeciwnikowi tak oczywistą wspaniałomyślność?
Dzieci z lepszą pamięcią zapewne chciałyby mi już zwrócić uwagę, że za daleko odbiegliśmy od kocurka, a więc: kocurek podróżował w koszyku, przez las, pewnego średnio pochmurnego, dość ciepłego wiosennego dnia. Doszliśmy do szerokiej drogi, gdzie z radością i energią zakręciłem koszykiem kilka razy od ziemi do nieba i z powrotem. Dbałem przy tym o to, żeby prędkość krążenia nie była nieznośnie mała, ponieważ kocurek z braku grawitacji w swojej wiklinowej satelicie obijałby się o ściany. Mając na uwadze jego dobro, stopniowo przyśpieszałem, aż zaczęło mnie od tego boleć ramię. Ale myślę, że każdy z was postąpiłby tak samo.
W domu mojego przyjaciela kocurek został przyjęty dobrze. Dostał mleko i mięso. Ja od pani domu dostałem zupę, mięso, piankę truskawkową i kawę. Dobre, dobre! Dom stał w lesie, okna i drzwi były przez cały boży dzień otwarte na oścież. Kocurek mógł wchodzić i wychodzić, kiedy tylko przyszła mu na to ochota i nie musiał niczego nikomu wyjaśniać. Nikt zresztą o nic go nie pytał. Wieś, zapewne pełna myszy i z niejedną kotką, rozpościerała się pod lasem.