O rodzinie Kossaków wiele już napisano, nie wyłączając dzieł i zapisków stworzonych przez samych jej członków. Marek Sołtysik podjął próbę opowiedzenia losów tej barwnej familii na nowo i choć niepodobna oczekiwać tutaj merytorycznych niespodzianek, to jest w jego gawędzie spora doza świeżości.


Klan KossakówTalenty artystyczne, pasja, miłości i romanse, światowe życie, koneksje z najciekawszymi postaciami swoich czasów, wzloty, upadki – wszystko to w niezwykłej wprost obfitości występuje w historii rodziny Kossaków. Ich dzieje los ułożył barwniej niż potrafiłby niejeden pisarz, zatem kiedykolwiek są przywoływane, wywołują zaciekawienie. To taka opowieść, którą dobrze znamy, ale chcemy usłyszeć po raz kolejny, syci się nią wyobraźnia, karmią marzenia.

Marek Sołtysik, jak najbardziej świadom ponadczasowych walorów historii artystycznej rodziny z Krakowa, postanowił opowiedzieć ją na nowo w książce „Klan Kossaków”, która stanowi połączenie eseju i gawędy. Jej stworzenie było zadaniem niewątpliwie ryzykownym, o tyle, że o Kossakach napisano już naprawdę wiele. Pisali o sobie i do siebie członkowie rodziny, utrwaliły się w literaturze i sztuce epistolarnej ich dzieje, prawdziwa kopalnia anegdot i niejednego powszechnie znanego cytatu, zgłębiali ich losy badacze, omawiali dziennikarze. Są wreszcie i publikacje Simony Kossak, naukowca i popularyzatorki wiedzy o przyrodzie, niedawno przypomniane dzięki biografii ich autorki napisanej przez Annę Kamińską, wznowione na fali mody na książki przyrodnicze. Nieodzownie nasuwa się więc pytanie, czy po „Klan Kossaków” w ogóle warto sięgnąć? Otóż warto.

Marek Sołtysik jest pisarzem, ale i artystą. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, został absolwentem tej uczelni, a później jej wykładowcą. Na losy Kossaków spogląda więc z perspektywy osoby profesjonalnie zajmującej się sztuką i to daje się zauważyć w napisanej przez niego książce. Autor z ponadprzeciętną płynnością porusza się po świecie dawnej sztuki, zna na wylot historie dzieł malarstwa i ich twórców, a także zależności, przyjaźnie i antagonizmy między nimi. To sprawia, że czytając „Klan Kossaków” czytelnik śledzi losy bohaterów przede wszystkim z perspektywy ich twórczych poczynań, w obrębie których Sołtysik jest mu przewodnikiem nie szczędzącym własnego komentarza, a samo to nadaje owej gawędzie świeżości.

czytając „Klan Kossaków” czytelnik śledzi losy bohaterów przede wszystkim z perspektywy ich twórczych poczynań

Czytelnik zanurza się więc wraz z autorem w artystycznym świecie, może pozazdrościć Juliuszowi Kossakowi złotej młodości spędzonej na podróżowaniu pomiędzy włościami wysoko urodzonych przyjaciół i uwiecznianiu na płótnach ich wystawnego życia. Może kibicować jego synowi Wojciechowi, pokonującemu kolejne szczeble w edukacyjnej drabinie, co da mu nie tylko nieprzeciętne umiejętności, ale też szlif człowieka światowego. Może także współczuć Jerzemu, synowi Wojciecha, a wnukowi Juliusza, który w pewnym sensie stał się niewolnikiem talentu ojca i dziadka i przegrał życie trawiony przez nałogi. Tę trójkę Marek Sołtysik uczynił centralnymi postaciami w swej książce, pozostałych członków rodziny umieszczając na ich tle.

„Czy tą książką zdołałem zatrzymać na chwilę ducha tego miejsca i tamtych czasów?” – pyta autor w ostatnim zdaniu „Klanu Kossaków”. Odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak! Agnieszka Kantaruk

Marek Sołtysik, Klan Kossaków, Wydawnictwo Arkady, Premiera: 14 lutego 2018
 
 

Klan Kossaków

Marek Sołtysik
Klan Kossaków
Wydawnictwo Arkady
Premiera: 14 lutego 2018
 

Wstęp

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku w krakowskich sklepach z antykami można było przebierać w obrazach Jerzego Kossaka, zdarzały się i płótna z podpisem Wojciecha. Trafiały na rynek, znikając ze ścian mieszczańskich salonów, bo ludzie, dla których dom bez obrazu Kossaków nie zasługiwał na swe miano, zmuszeni byli je sprzedawać, by żyć.
To był niedobry czas dla Kossaków. W Muzeum Narodowym w Krakowie eksponowano tylko jedną akwarelę Juliusza. A o tym, żeby płótna Wojciecha i Jerzego wyciągnąć z magazynów, nie było mowy nawet po politycznej odwilży.
Krytycy, już bez lęku preferując abstrakcję, krzywili się na twórczość Kossaków. Wtedy nie wypadało lubić realistów. Ludzie z mojego otoczenia znali osobiście Wojciecha i Jerzego. Ich relacje, pozbawione stronniczości, uchroniły mnie przed błędami odruchów stadnych. W 1967 roku trzymałem w ręku Wspomnienia Wojciecha Kossaka, z ilustracjami autora, w krakowskim antykwariacie przy Sławkowskiej. Pół wieku wcześniej przenikliwy Ostap Ortwin po lekturze tych Wspomnień ogłosił, że współtwórca Panoramy Racławickiej ma talent pisarski. Potwierdzam. A i czytelnicy po lekturze tej książki będą tego pewni.
O Kossakach, zepchniętych niegdyś na margines, trzeba pisać. Tu zaglądamy do nich od kuchni. Już jako uczeń Liceum Sztuk Plastycznych pieniądze za malowanie szyldów zamieniałem na białe kruki: Przewodnik: Kraków… Karola Estreichera młodszego, kalendarze krakowskie Józefa Czecha, Mały Rzym Juliusza Stanisława Harbuta, Domy krakowskie Adama Chmiela, Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych Krajów Słowiańskich – trzeba było przecież sprawdzić, na czym Kossakowie spali, co i ile jedli, skąd sprowadzali farby, czego się obawiali, kto ich chronił, ile kosztował bilet do teatru…
Około 2000 roku podzieliłem się tą wiedzą z głośną reżyserką, mającą w planach sagę rodu Kossaków. X Muza, wiadomo, jest chimeryczna – z serialu wyszły nici. Ale pozostały sterty materiału – w sam raz na książkę.
Marek Sołtysik
Przedwiośnie 2017

Widok z góry

Jest rok 1861. Warszawa, piękne kwietniowe popołudnie. Na zardzewiały balkonik kamienicy w stylu cesarstwa, stojącej na rogu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu, wyszli dwaj czteroletni bracia bliźniacy. Rodziców nie było w domu; chłopcy, według relacji Wojciecha, zostali sami. A może był w mieszkaniu chociaż ktoś ze służby? „Raptem – wspomina Wojciech – od placu Trzech Krzyży doszedł nas jakiś dziwny hałas; tętent koni po bruku i przeciągłe jakieś wrzaski, skandowane wystrzałami. (…) Pusty przed chwilą Nowy Świat pełen, aż het ku Wiejskiej, jakichś dziwnych jeźdźców”.
Dalej następuje realistyczny opis dzikiej, choć umundurowanej, kozackiej sotni – ale wszystko to mamy na obrazie Wspomnienie z lat dziecinnych Wojciecha Kossaka. Trzydziestojednoletni artysta z rozmachem i siłą sugestii wyraził na płótnie nastrój grozy i okrutną szarżę Kozaków na bezbronnych przechodniów… Po latach namalował replikę tego dzieła.
Wojciech – postać najbarwniejsza w artystycznej dynastii Kossaków – znalazł się w Warszawie, gdy miał trzy lata. Urodził się w Paryżu 31 grudnia 1856 roku kwadrans przed północą. Fortuna mu sprzyjała i tylko na chwilę odwróciła od niego uśmiechniętą twarz. Bliźniaczy brat Wojciecha, Tadeusz, przyszedł na świat kilkanaście minut później, już w roku następnym, pod mniej szczęśliwą gwiazdą. Kiedyś tu do niego wrócimy, ale na razie przenosimy się na ziemie polskie. I trudno nam dociec, od kiedy Kossakowie są już w Warszawie – od dwóch miesięcy czy dłużej?
Juliusz, głowa rodziny, tęgi artysta malarz i wyśmienity ilustrator, opuścił Paryż z żoną i dziećmi, żeby w Warszawie objąć szefostwo artystyczne znanego periodyku, „Tygodnika Ilustrowanego”. Według zapisków rodzinnych Kossakowie znaleźli się w Warszawie 27 lutego 1861 roku, dokładnie w dniu, w którym w warszawskie bruki wsiąkała krew pięciu Polaków poległych od rosyjskich kul. Dramat i zarzewie powstania styczniowego wyszły im na spotkanie. Ale wiedzieli, dokąd przybywają. Od manifestacji przed kościołem Karmelitów na Lesznie 27 listopada przeszłego roku aż do tej chwili nie było dnia bez pochodów wolnościowych i pieśni, potem – 2 marca 1861 roku – pogrzeb pięciu poległych. 8 kwietnia znowu wielka manifestacja i dwustu zabitych. Oto młodego małżeństwa z małymi dziećmi pierwsze zetknięcie z krajem…
Jest i inna wersja, prasowa. Gazetom we wszystkim nie warto wierzyć, jednak coś być musiało na rzeczy, skoro „Czas” cofa nas o cztery miesiące, już 15 października informując o przybyciu Kossaków do Warszawy. Zdaje się, że to na parę dni przyjechał wówczas pan Juliusz sam, podpisał kontrakt z „Tygodnikiem Ilustrowanym”, a prasa, żyjąca z nowinek… wiadomo.
Od wspomnianego 8 kwietnia wojsko już obozowało na ulicach Warszawy, w kościołach odbywały się nabożeństwa aż do 16 października, kiedy to dwa dni po ogłoszeniu stanu wojennego trzeba było zamykać kościoły.

Oko w oko z Grottgerem

Było to w roku 1865 albo szóstym. Tu w Warszawie, do pracowni mojego ojca (…) wszedł młody p o w s t a n i e c, bo takim go w moich oczach dziecka, które ich tylu widziało, pojąłem. Smukły, żywy, z piękną głową o profilu drapieżnego ptaka, a pięknych, łagodnych oczach czarnych, w burce i świtce powstańczej wszedł jak wcielenie młodości dziarskiej i bitnej”.
Już było po wszystkim – minęły dwa lata od upadku powstania. W pamięci zostały trupy, zsyłki, kobiety w czarnych sukniach. Wojciech Kossak, który to wspomina jako mężczyzna dojrzały, tytan pracy, a przy tym lew salonowy, stary koń (znaczy bywalec elitarnego klubu końskiego), smakosz i sybaryta, miał wtedy pięć albo sześć lat i nie mógł wiedzieć, że Artur Grottger (który umrze w roku 1867 jako trzydziestolatek), znakomity rysownik, piewca powstania styczniowego, tylko moralnie wspierał narodową epopeję, a o bitwę nawet się nie otarł, już nie mówiąc o belgijskim karabinku. Bo też broń służyła mu jedynie jako rekwizyt do rysowania Wojny, Lithuanii i dwóch cyklów Warszawa; sam sobie również służył za model – i dlatego do dziś niejeden utożsamia wizerunek powstańca z jego osobą.
Wydaje się, że Grottger wpadł na chwilę do warszawskiej pracowni Juliusza Kossaka po definitywnym opuszczeniu Wiednia, gdzie pozostawił całe pękate teki szkiców, studiów i wykończonych rysunków… na spłaty dla wierzycieli. Zrujnowany finansowo, z policzkami w suchotniczym żarze, może przyszedł, żeby usłyszeć ludzkie słowo albo po prostu prosić przyjaciela i swego pierwszego nauczyciela o jakąś pożyczkę. Przed nim był jeszcze najwyżej rok czynnego życia, w tym romans, jakże burzliwy, z piętnastoletnią Wandą Monné, zerwanie przez nią zaręczyn. I koniec. Śmierć w sanatorium w Amélie-les-Bains.
Dygresja niech przypieczętuje tragizm żywota wybrańca muz: Grottger umierał nie na rękach ukochanej, lecz Marcelego Krajewskiego, przyjaciela. Dopiero kiedy już było po wszystkim, skądś wyłoniła się Wanda Monné i zajęła się sprowadzeniem ciała artysty na cmentarz Łyczakowski we Lwowie. W ten sposób mogła często bywać na grobie, ozdobionym rzeźbą Parysa Filippiego – piewcy powstania, niebawem samobójcy – a choć rychło wyszła za mąż za malarza Młodnickiego, do końca długiego życia, otoczona wnukami, „robiła” za wdowę po sławnym Grottgerze.
Ale teraz wróćmy do wspomnień Wojciecha Kossaka: „bezpośrednio po wejściu (…) zobaczyłem tego gościa w ramionach mojego ojca (…), tych dwóch kochanych ludzi. Jak fizycznie przedstawiali obaj pyszne okazy naszej rasy, tak i polskimi były ich serca. Taka radość była w oczach mojego ojca, a takie przywiązanie i głęboka czułość w zachowaniu się powstańca, że to już wystarczyło, żeby ta wizyta utrwaliła się w mojej pamięci na zawsze”.
A więc chłopiec, który podpatruje ojca malarza i sam próbuje w malowaniu swych sił, nagle widzi Grottgera, twórcę takiego oto wstrząsającego kartonu: „Ksiądz zamykający drzwi skasowanego przez Moskali kościoła polskiego ma tonsurę obandażowaną, bo był kapelanem w oddziale albo Bosaka [Hauke-Bosaka], albo Kruka jakiego [Kruka Heidenreicha]. A ruch ręki obracającej ogromnym kluczem ma tyle wściekłości i mocy, jak gdyby go wkręcał w gardziel carską”, wspomina po latach. Czy to nie znak? Wskazówka, jak powstaną Raszyn i Olszynka Grochowska, płótna, gdzie widać siłę, energię – i gdzie jest realizm połączony z romantyzmem.
To wszystko Wojciechowi wszczepił Artur Grottger – ujrzany przez pryzmat dzieł i w najbliższym miejscu, w domu.

Trudno być polskim malarzem

Dziecko, wiadomo, odbiera wrażenia, ale nie zbiera informacji o przedmiocie zainteresowania, a zwłaszcza fascynacji. A jeśli dziecko jest wrażliwe, jego odczucia potęguje narastająca siła wyobrażeń. I dziecko po latach, czyli Wojciech Kossak, dojrzały mężczyzna, powie – to jego słowa – jak malarz o malarzu, polski o polskim: „Grottger będzie w sacro sanctum, gdzie królowie ducha polskiego, tam gdzie Mickiewicz, Chopin, Słowacki (…) bo Grottger to symbol energii narodu i mocy wobec katów i gnębicieli. Nie skarży się z dymem pożarów, nie błaga płaczliwie Pana Boga o zmiłowanie. Jest buntowszczykiem pięści wprawdzie bezbronnej, ale potężnej”.
To znaczy, że polskość ma tu zasadnicze znaczenie. On sam, Wojciech, w idealizowanym wizerunku – podobnie jak idealizował Grottgera – widział, czy raczej widziałby siebie takim królem-duchem. Twórca Olszynki, Krwawej Niedzieli, a u zmierzchu życia Sowińskiego w okopach Woli, lekkim ruchem odsuwał całe płachty reprezentacyjnych płócien, które malował dla cesarza niemieckiego (że dla Franciszka Józefa to mniejsza, bo całą elegancką świtę, otoczenie kronprinza, portretowało i obsługiwało kilkanaście świetnych polskich pędzli, na czele z portrecistą dworskim Tadeuszem Ajdukiewiczem – fuksem „urzędującym” w przeogromnej pracowni po wielkim Makarcie – i z Arturem Grottgerem, tak, tak…), żeby pokazać się najpiękniej i w patriotycznej pozie.
Grottger, o trzynaście lat młodszy od Juliusza Kossaka, był jego pierwszym uczniem. Kto ich znał ze Lwowa, dodawał: uczniem ukochanym. Grottger, pokonany przez chorobę, spoczął we Lwowie. Gdy trzydzieści dwa lata po uczniu, po długim dobrym życiu, umarł we śnie Juliusz Kossak, wszyscy w Krakowie mieli pewność, że ten słoneczny człowiek i wielki artysta spocznie na Skałce. Zabalsamowany i w podwójnej metalowej trumnie, czekał na eksportację w pracowni w Kossakówce. W końcu jakiś prezydent miasta, o którym dziś nikt nie pamięta, postawił weto. W lutowy dzień w końcu nie na Skałkę, lecz na Rakowice szedł kondukt przez Kraków, a latarnie były pozasłaniane kirem na znak żałoby całego miasta.
Wojciech Kossak po pogrzebie wrócił szybko do Berlina, gdzie miał robotę u cesarza. Miesiąc po śmierci ojca (nazywanego w domu Preziem, z racji pełnionej dożywotnio funkcji prezesa Koła Artystyczno-Literackiego) pisał do żony, swojej „Maniuchny najdroższej”: „Śnił mi się Prezio, czerstwy i piękny, w świetnym humorze, zaraz Go się spytałem, czy ta formalina mu nie zaszkodziła. Prezio drogi zrobił taką minę niedbałą, jak po wypiciu nafty: – Doskonale, nic nie czuję. – Potem długo mnie ściskał i przy sobie trzymał”.

Trzy pokolenia

Tak jak Juliusz ściskał Wojciecha, Wojciech nie będzie ściskał swego syna Jerzego. Kiedyś powiedział o Jerzym, że syn jest nieprzyścipny.
Wojciech, urodzony poliglota, przy tym grasejujący (to przejdzie na jego sławne córki) wplatał w rozmowę regionalizmy, w tym mnóstwo zwrotów używanych wyłącznie w Krakowie, przeto przy śniadaniu w Kossakówce przez stół przelatywały m.in. syr, mliko, wszystko, rzecz jasna, świże. Później Wojciech więcej przebywał w Warszawie niż w innych stronach. W latach trzydziestych musiał go podsłuchać Gombrowicz i potem w swojej awangardowej prozie dał, jakże niby kreacyjną, postać pana, który – zresztą pełna kultura – mówi: „Proszę syr!”.
Z Jerzym wieczny kłopot. Nawet nie wiadomo, co mu chodzi po głowie. Kiedy żył dziadek, malec całymi godzinami siedział na podłodze za jego fotelem i przyglądał się, co tam powstaje na sztalugach. Całe jego późniejsze malarstwo wzięło się z podpatrywania. Bo też nikomu z jego otoczenia nie zależało na tym, żeby chłopak regularnie się kształcił. Może uważano, że trzeci malarz w rodzinie do niczego nie jest potrzebny?
Wojciech nie miał dla Jerzego czasu. Z pędzlami i farbami jeździł po całej Europie, malując ogromne płótniska, nie tylko dla chleba, lub wspinał się po rusztowaniach kolosalnych panoram, tamże kłócił się z współtwórcą Racławic Styką, a wręcz był na noże z współtwórcą Berezyny – Fałatem, i oprócz syna miał inne kłopoty na głowie. Martwił się wysubtelnioną córką Lilką (późniejszą Marią Pawlikowską-Jasnorzewską), jej nagle uwidocznionym garbem, współczuł jej cierpieniom w trakcie forsownych ćwiczeń, jak się wkrótce miało okazać, jeszcze pogarszających chorobę; potem ubolewał nad jej skórą odparzoną od gorsetu, z którym już się miała nie rozstać. A poza tym doprowadzał go do pasji narastający brak uznania. Czas rozpocząć opowieść jak należy.

Wspomnienia z Wiśnicza

Fortunat Juliusz Kossak był dzieckiem najgorętszych uniesień miłości. Urodzony 29 października 1824 roku z Antoniny, córki adwokata Leona Sobolewskiego i Antoniny z Szawłowskich, doczekał się przesunięcia w papierach daty swoich narodzin o całe czterdzieści siedem dni. Czemu? Ot, ślub radcy kryminalnego, Michała Kossaka, ojca Juliusza, z panną Antoniną odbył się o te dwa miesiące za późno i trzeba było zachować pozory przyzwoitości. Radca, owszem, zubożały, lecz herbu Kos, pracował w sądzie we Lwowie, ale – może wskutek zabiegów przyszłego teścia – dostał przeniesienie do Nowego Wiśnicza. Tam bowiem młodych małżonków nikt nie znał i niczemu się nie dziwił. A stosunki rodzinne musiały być mocno napięte; na chrzciny Juliusza przybyła tylko siostra Antoniny.
Dysponujemy także bardziej romantycznymi informacjami wskazującymi na Wiśnicz. Otóż brzemienna Antonina ruszyła z mająteczku rodziców w Kniahininie koło Stanisławowa i z sobie tylko wiadomych względów postanowiła urodzić w Krakowie. Ale wskutek trudów podróży okropnymi drogami trzeba się było zatrzymać wcześniej – i tak rozwiązanie nastąpiło w Nowym Wiśniczu… Zbyt wiele niejasności towarzyszy temu radosnemu w ogóle, a szczególnie dla sztuki polskiej, wydarzeniu, w każdym razie dwudziestoczteroletnia mama z dwudziestosześcioletnim tatą i z pierworodnym osiedli w ślicznie położonym Wiśniczu, pełnym domów mieszczańskich, o niepowtarzalnych meandrach zdobień, których esy i floresy widywał pan Michał codziennie w drodze do sądu, gdzie miał dobrą posadę. Mieszkali najpierw w Rynku, potem na Podzamczu, w końcu na samym Zamku. Matejko – który urodzi się czternaście lat później w Krakowie – będzie odwiedzał Wiśnicz, bo tam zamieszkała siostra jego narzeczonej, żona Leonarda Serafińskiego, wiśnickiego adwokata. Później, już jako nie bardzo szczęśliwy małżonek (przy okazji unieszczęśliwiający żonę) na obrazie Kasztelanka, z zamkiem w Wiśniczu w tle, umieści córkę Serafińskich, Stasię (acz o rysach twarzy przypominających bardziej kasztelankę Marię Wężykównę, pierwszą platoniczną miłość artysty, potem jako ksieni klasztoru na Wesołej odpowiedzialną za zamurowanie Barbary Ubryk), którą pokochał tak, jak tylko czterdziestolatek potrafi pokochać szesnastolatkę, i zaraz potem ruszyła lawina nieszczęść na dom Matejków… Ale o co chodzi?
O to, że Jan Matejko, gość Serafińskich, wpadł w 1866 roku na pomysł, żeby narysować te piękne domy w Rynku. Boże, jak z baśni – o misternie rżniętych w drewnie ganeczkach, z krużgankami niby z koronek. I narysował. Zrobił to w ostatniej chwili. Zaraz po tym, gdy kurz na drodze dał znać, że Matejko opuścił miasteczko z teką pełną finezyjnych szkiców, pożar strawił te wszystkie domy w Rynku… Dzięki Matejce wiemy, w jakim Wiśniczu spędził dzieciństwo Juliusz; jakie piękno oglądał na co dzień. Ojciec – już sędzia kryminalny – w roku 1830 został przeniesiony z powrotem do Lwowa, gdzie awansował, a trzy lata później umarł nagle w wieku trzydziestu pięciu lat, zostawiając Antoninę z pięciorgiem małych dzieci…
W rodzinie Kossaków – zdaniem kossakologa Kazimierza Olszańskiego – zawsze tak było, że żony wchodziły z majątkiem, a mężowie starali się pracować na bieżące potrzeby i nie dopuścić do uszczuplenia posagowego kapitału w czasie trwania związku. W przypadku Michała i Antoniny katastrofa przyniosła kres tej taktyce. Może już nadszedł czas, by odejść od tych tradycyjnych praktyk? Bo – jak się okazało – kapitalik psu na budę wśród tylu życzliwych i współczujących!
Skąd ten sarkazm? Otóż Juliusz wspomina: „chociaż rodzinie mojej pozostał majątek, to jednak matka (…) nie mogła interesów tak poprowadzić, żeby majątek nie ucierpiał, i dzięki opiekunom i krewnym wszystko po trosze przeszło w obce ręce”. Ironiczna rezygnacja w tych słowach… A zresztą, czy Juliusz kiedykolwiek przykładał wagę do dóbr doczesnych?
Kiedy – po jakimś ćwierćwieczu – w Kossakówce była mowa o finansach (a ściślej o braku pieniędzy), gdy inna głowa rodziny na jego miejscu skręcałaby się w pomieszaniu i wstydliwej trwodze, on rozładowywał atmosferę słowami: żebyśmy tylko zdrowi byli. Miał świętą cierpliwość, a może po prostu był dobry. Jego matka twierdziła, że spośród pięciorga dzieci Juliusz był tym wyjątkiem, który nigdy niczego nie zepsuł! Jego także nie można było zepsuć. Rozpieszczanie pozostałych półsierot przez mamusię-anioła zrobiło swoje. To nie było udziałem Juliusza. Ale dlaczego już po dwóch latach nauki w gimnazjum ojców Bazylianów w 1837 roku opuścił rodzinny dom we Lwowie, przez kolejne trzy lata uczył się w gimnazjum w Stanisławowie, a maturę w 1840 roku zrobił w Buczaczu? Obieżyświat taki?