Kolejny tom z cyklu o przygodach dwóch złodziei – Royce’a Melborne’a i Hadriana Blackwatera.


Zdradziecki planNacjonaliści przegrali, a władze Nowego Imperium planują uczcić swoje zwycięstwo wyjątkowo krwawą ceremonią. W dniu święta zimonaliów księżniczka Arista zostanie zmuszona do małżeństwa, po czym przydarzy się jej nieszczęśliwy wypadek. Odbędzie się także podwójna egzekucja – kat straci słynną wiedźmę z Melengaru oraz spadkobiercę Novronu.

Nowym władcom wydaje się, że ich triumf jest całkowity. Nie wzięli jednak pod uwagę, że ich plan może się nie spodobać pewnym dwóch złodziejom. Royce i Hadrian po raz kolejny uratują swoją ojczyznę. Miecze i sztylety pójdą w ruch!

Jedna z najlepszych epickich serii fantasy na rynku.
Fantasy Book Critic

Michael J. Sullivan – urodzony w 1961 roku, w Detroit, amerykański pisarz fantasy. Debiutował w 2008 roku powieścią “Królewska krew”, która rozpoczyna epicką serię o przygodach dwóch złodziei: Royce’a Melborne’a i Hadriana Blackwatera. Książka spotkała się z gorącym przyjęciem czytelników (była tłumaczona na sześć języków, ukazało się kilka wydań), co otworzyło drogę do opublikowania kolejnych tomów.

Michael J. Sullivan
Zdradziecki plan
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Premiera: 9 kwietnia 2013


Rozdział 1
Aquesta

Niektórzy są zręczni, inni mają szczęście, ale w tym momencie Mince zrozumiał, że nie zalicza się ani do jednych, ani do drugich. Nie zdoławszy przeciąć rzemyków sakiewki kupca, zamarł, jedną ręką wciąż podtrzymując woreczek. Wiedział, że kodeks złodziei kieszonkowych dopuszcza wykonanie tylko jednej próby naraz i już wcześniej musiał wycofać się posłusznie, i wmieszać w tłum po dwóch nieudanych podejściach. Trzecie niepowodzenie oznaczało, że nie dadzą mu kolejnego posiłku, a Mince był zbyt głodny, żeby znowu się poddać.

Trzymał ręce pod płaszczem kupca i czekał. Mężczyzna niczego nie zauważył. Powinienem spróbować jeszcze raz? To była szalona myśl, ale pusty żołądek wziął górę nad rozsądkiem. Zdesperowany Mince zignorował nakaz zachowania ostrożności. Rzemień wydawał się dziwnie gruby, a gdy go przepiłował, poczuł, że coś jest nie tak, jak być powinno. Szybko zrozumiał swój błąd. Zamiast rzemyków przeciął kupcowi skórzany pas, który zsunął się z brzucha tłuściocha i wraz z przypiętą doń bronią spadł na bruk.

Mince wstrzymał oddech i znieruchomiał, a w myślach przemknęło mu dziesięć lat jego marnego życia. Uciekaj! – wrzasnął głos w jego głowie, gdy uświadomił sobie, że za chwilę jego ofiara… Kupiec się odwrócił. Był duży i tłusty, z obwisłymi policzkami zaczerwienionymi od zimna. Dostrzegłszy sakiewkę w ręku Mince’a, otworzył szeroko oczy.
– Hej, ty!
Sięgnął ręką po sztylet i na jego twarzy odmalował się wyraz zdziwienia, gdy go nie znalazł. Szukając swojej drugiej broni, dostrzegł, że leży obok sztyletu na bruku.

Mince zaś w końcu poszedł po rozum do głowy i rzucił się do biegu. Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że najlepszą drogą ucieczki przed rozsierdzonym olbrzymem będzie wąskie przejście, przez które grubas się nie przeciśnie. Zanurkował więc pod wóz z piwem, stojący przed gospodą Błękitny Łabędź, i prześliznął się na drugą stronę. Szybko wstał i ruszył pędem w stronę zaułka, przyciskając nóż i sakiewkę do piersi. Świeży śnieg utrudniał mu bieg i chłopak pośliznął się, gdy skręcał za róg.
– Zatrzymać złodzieja!
Krzyki rozlegały się dalej, niż się spodziewał. W końcu dotarł do stajni i przeszedł między belkami ogrodzenia, za którym piętrzył się stos zwierzęcych odchodów. Wycieńczony, przykucnął, opierając się plecami o ścianę po drugiej stronie. Wsunął nóż za pas, a sakiewkę pod koszulę. Pokaźny trzos tworzył wyraźne wybrzuszenie. Dysząc między parującymi odchodami, usiłował cokolwiek usłyszeć poza łomotem w uszach.
– Tu jesteś! – krzyknął Elbright, zatrzymując się z poślizgiem i chwytając płotu. – Ale z ciebie idiota. Zwyczajnie tam stałeś i czekałeś, aż gruby dureń się odwróci. Jesteś kretynem, Mince. Nic dodać, nic ująć. Naprawdę nie mam pojęcia, czemu zawracam sobie głowę, próbując cię czegoś nauczyć.

Mince i pozostali chłopcy mówili na trzynastoletniego Elbrighta Stary. Tylko on z ich niewielkiego grona nosił prawdziwy płaszcz, który miał wyblakły szary kolor i był spinany zmatowiałą metalową broszą. Elbright był najbystrzejszy i najbardziej utalentowany z nich wszystkich i Mince nie chciał go zawieść. Po chwili zjawił się roześmiany Brand i stanął obok Elbrighta przy płocie.
– To nie jest zabawne – skarcił go Stary.
– Ale, on… – Brand z radości nie zdołał dokończyć.
Tak jak pozostali dwaj był brudny, chudy i ubrany w przypadkowe rzeczy w różnych rozmiarach. W fałdach podwiniętych nogawek jego przydługich spodni zbierał się śnieg. Tylko tunika leżała na nim jak należy. Była wykonana z zielonego brokatu oblamowanego doskonałą miękką skórą, misternie rzeźbione drewniane zapinki dodawały jej szyku. Chłopak był młodszy o rok od Starego, odrobinę wyższy i szerszy w barach. W nieformalnej hierarchii gangu zajmował drugie miejsce – Elbright odpowiadał za planowanie, jemu przypadła rola osiłka. Kine, ostatni członek grupy, był trzeci, ponieważ był najlepszym kieszonkowcem. Tym samym Mince bezsprzecznie stał najniżej z nich, co potwierdzała jego postura – mierzył zaledwie metr dwadzieścia, a ważył trochę więcej od zmokłego kota.
– Przestań, dobra? – warknął Stary. – Próbuję czegoś nauczyć dzieciaka. O mało co nie zginął. To było głupie ni mniej, ni więcej.
– A ja uważam, że genialne. – Brand przestał się śmiać, żeby wytrzeć oczy. – Pewnie, że to był kretynizm, ale i tak wielkie widowisko. Jak Mince tak stał i mrugał, a facet szukał swojej broni, tylko że jej tam nie było, bo mały debil odciął faciowi cały pieprzony pas! Potem… – Brand usiłował powstrzymać się od kolejnego wybuchu śmiechu. – Najlepsze było to, że zaraz po ucieczce Mince’a tłusty drań chciał go gonić, a tu nagle spadły mu portki i wyłożył się jak długi. Bam! W samym rynsztoku. Na Mara, co za ubaw.

Elbright próbował zachować surową powagę, ale relacja Branda pobudziła wszystkich do śmiechu.
– W porządku, wystarczy. – Elbright opanował się i przeszedł do konkretów. – Obejrzyjmy łup.
Mince wyjął sakiewkę i podał ją Staremu z szerokim uśmiechem.
– Ciężka – oświadczył dumnie.
Elbright otworzył woreczek i zmarszczył brwi, przyglądając się zawartości.
– Same miedziaki.
Brand i Elbright spojrzeli na siebie rozczarowani i chwilowa euforia Mince’a minęła.
– Była ciężka – powtórzył, głównie do siebie.
– Co teraz? – spytał Brand. – Damy mu jeszcze jedną szansę?
Elbright pokręcił głową.
– Nie, i wszyscy będziemy musieli przez jakiś czas omijać plac Kościelny. Za dużo ludzi widziało Mince’a. Przeniesiemy się bliżej bram. Możemy obserwować przyjezdnych i liczyć na szczęście.
– Czy chcesz… – zaczął Mince.
– Nie. Oddaj mi nóż. Następny w kolejce jest Brand.
Chłopcy pobiegli truchtem w stronę pałacowych murów, podążając szlakiem, który patrole wydeptały rano w świeżym śniegu. Zatoczyli koło na wschód i weszli na plac Imperialny. Ludzie z całego Avrynu zjeżdżali się na zimonalia i można tu było liczyć na wiele okazji.
– Tam. – Elbright wskazał w stronę bramy miasta.
– Tamci dwaj. Widzicie ich? Jeden wysoki, drugi niższy.
– Wyglądają jak półtora nieszczęścia – ocenił Mince.
– I są wycieńczeni – dodał Brand.
– Prawdopodobnie jechali przez całą noc w zamieci – stwierdził Elbright z chciwym uśmiechem. – Do dzieła, Brand, wytnij stary dobry numer ze stajennym. A ty, Mince, patrz, jak to się robi. To może być twoja ostatnia szansa, bo nie masz za grosz talentu do odcinania sakiewek.

***

Royce i Hadrian wjechali na plac Imperialny na zmarzniętych koniach. Opatuleni przed chłodem wyglądali jak duchy spowite w śnieżne koce. Choć włożyli na siebie wszystkie rzeczy, jakie posiadali, byli niezbyt przygotowani na zimową jazdę drogami, a jeszcze mniej na przekraczanie górskich przełęczy dzielących Ratibor od Aquesty. Całonocna śnieżyca tylko pogorszyła ich trudną sytuację. Gdy obaj zatrzymali konie, Royce dostrzegł, że Hadrian chucha w złożone dłonie. Żaden z nich nie miał rękawic. Przyjaciel owinął sobie palce paskami podartego koca, Royce natomiast postanowił wsunąć ręce w rękawy. Ale widok własnych przedramion bez dłoni zaniepokoił go, przypomniał bowiem o starym czarnoksiężniku. Poznali szczegółowo przebieg jego śmierci, gdy przejeżdżali przez Ratibor. Zamordowany późno w nocy Esrahaddon został uciszony na zawsze.

Chcieli kupić rękawiczki, ale zaraz po dotarciu do Ratiboru zobaczyli ogłoszenia o rychłej egzekucji przywódcy nacjonalistów. Władze imperium zamierzały publicznie spalić Degana Gaunta w Aqueście w ramach uroczystości zimonaliowych. Po wielu miesiącach spędzonych na morzu i w dżunglach w poszukiwaniu Gaunta widok jego nazwiska na ogłoszeniach przybitych do drzwi wszystkich gospód w mieście był zarówno dużym ciosem, jak i błogosławieństwem. W obawie, że jakieś nowe nieszczęście uniemożliwi im spotkanie z przywódcą nacjonalistów, wyruszyli wcześnie rano, na długo przed otwarciem sklepów.

Royce odwinął szal, odrzucił kaptur do tyłu i się rozejrzał. Pokryty śniegiem pałac zajmował całą południową stronę placu, sklepy i sprzedawcy rozlokowali się na pozostałym terenie. Kuśnierze prezentowali obszyte peleryny i kapelusze, szewcy oferowali przechodniom nasmarowanie butów olejkiem, piekarze kusili podróżnych herbatnikami w kształcie płatków śniegu i ciastkami posypanymi cukrem pudrem. I wszędzie kolorowe transparenty zapowiadały nadchodzące święto.

Gdy tylko Royce zsiadł z konia, od razu podbiegł do niego chłopiec.
– Odprowadzić wierzchowce, panowie? Noc w stajni tylko za jednego srebrnego od sztuki. Sam je wyszczotkuję i dopilnuję, żeby dostały dobry owies.
Hadrian uśmiechnął się do chłopca.
– A zaśpiewasz im kołysankę na dobranoc?
– Jasna sprawa, panie – odparł niezwłocznie chłopak.
– Będzie to pana kosztowało dodatkowo dwa miedziaki, ale mam świetny głos, poważnie.
– Każda stajnia w mieście przyjmie konia na noc za pięć miedziaków – rzucił zaczepnie Royce.
– Ale nie w tym miesiącu, panie. Przed trzema dniami zaczęły obowiązywać ceny zimonaliowe. Stajnie i pokoje szybko się zapełniają. Zwłaszcza w tym roku. Mają panowie szczęście, że wcześnie tu przybyli. Za dwa tygodnie konie będą trzymane za budkami myśliwskimi na polach, a jedyne dostępne miejsca do spania będą na klepiskach, na stosie jak bale, za pięć srebrnych od łebka. Ja wiem, gdzie są najlepsze miejsca i najniższe ceny w mieście. Jeden srebrny to teraz dobra cena. Za kilka dni trzeba będzie płacić dwa razy tyle.
Royce przyjrzał mu się bacznie.
– Jak się nazywasz?
– Nazywają mnie Brand Śmiały. – Wyprostował się, poprawiając kołnierz tuniki.
– A to dlaczego? – Hadrian zachichotał.
– Bo nigdy nie wycofuję się z walki, panie.
– To stąd ta tunika? – zapytał Royce.
Chłopak spojrzał w dół, jakby pierwszy raz dostrzegł swój elegancki strój.
– Ten stary łach? W domu mam pięć ładniejszych. Noszę tę szmatę tylko po to, żeby nie przemoczyć sobie tamtych na śniegu.
– No cóż, Brand, myślisz, że możesz zaprowadzić nasze konie do karczmy Baileya przy Hall i Coswall i załatwić dla nich miejsce w tamtejszej stajni?
– Pewnie, że mógłbym, panie. Dodam, że to świetny wybór. Gospodę prowadzi zacny właściciel, który daje uczciwe ceny. Sam chciałem zaproponować właśnie ją.

Royce uśmiechnął się do niego z wyższością. Spojrzał na dwóch chłopców, którzy stali kawałek dalej i udawali, że nie znają Branda. Skinął na nich ręką, żeby podeszli. Wydawało się, że młodzieńcy się wahają, ale gdy powtórzył gest, niechętnie się zbliżyli.
– Jak się nazywacie? – spytał.
– Elbright, panie – odparł wyższy.
Był starszy od Branda i nosił nóż schowany pod płaszczem. Royce domyślił się, że to przywódca grupy i to on wysłał Branda do odegrania komedii.
– Mince, panie – przedstawił się drugi chłopiec, który wyglądał na najmłodszego.
Widać było, że włosy niedawno mu przycięto tępym nożem. Nosił poplamione, znoszone łachmany z wełny. Za krótkie rękawy i nogawki odsłaniały jasnoróżową
skórę nadgarstków i goleni. Z całego stroju najbardziej pasowała mu porozdzierana torba z tkaniny, którą zawiesił sobie na ramieniu. Takim samym materiałem owinął sobie stopy i obwiązał go wokół kostek sznurkiem.

Hadrian przejrzał swój ekwipunek, wziął miecz dwuręczny i wsunął go do pochwy, którą nosił pod płaszczem na plecach. Royce dał pierwszemu chłopcu dwa srebrne tenenty, po czym zwrócił się do całej trójki:
– Brand odprowadzi nasze konie do stajni u Baileya i zarezerwuje nam pokój, a wy w tym czasie odpowiecie na kilka pytań.
– Ale… panie, my nie możemy – zaczął Elbright, lecz Royce go zignorował.
– Po powrocie Branda z kwitkiem od Baileya zapłacę każdemu z was po srebrnym tenencie. Jeśli wasz kompan nie wróci, na przykład ucieknie i sprzeda konie, poderżnę wam gardła i powieszę was za nogi na pałacowej bramie, poczekam, aż wasza krew ścieknie do wiadra, a potem namaluję nią napis informujący mieszkańców miasta, że Brand Śmiały to koniokrad. Później go wytropię z niewielką pomocą imperialnego strażnika i innych znajomych, których mam w Aqueście, i dopilnuję, żeby jego spotkało to samo. – Rzucił chłopcu groźne spojrzenie. – Rozumiemy się, Brand?

Trzej młodzi przyjaciele gapili się na niego z rozdziawionymi gębami.
– Na Mara! Nie bardzo ufa pan ludziom, prawda? – odezwał się Mince.
Royce uśmiechnął się złowieszczo.
– Zarezerwuj pokój na nazwiska Grim i Baldwin. Ruszaj, Brand, ale wracaj szybko. Przecież nie chcesz, żeby twoi koledzy się zamartwiali.
Brand zaczął odprowadzać konie, a pozostali chłopcy podążali za nim wzrokiem. Gdy się obejrzał, Elbright pokręcił nieznacznie głową.
– A teraz powiedzcie, co zaplanowano na tegoroczne zimonalia.
– Cóż… – zaczął Stary – przypuszczam, że to będą najbardziej pamiętne zimonalia od stu lat, bo odbędzie się ślub imperatorki i tak dalej.
– Ślub? – spytał Hadrian.
– Tak, sir. Myślałem, że wszyscy o tym wiedzą. Zaproszenia rozesłano kilka miesięcy temu i zewsząd zjeżdżają wszyscy bogacze, nawet królowie i królowe.
– Kogo poślubi? – spytał Royce.
– Lorda Ethelreda – odrzekł Mince z przekąsem.
– Przymknij się, Mince – rozkazał Elbright ściszonym głosem.
– To gad.
Elbright warknął i uderzył go w ucho.
– Przez takie gadanie możesz skończyć na szubienicy – postraszył młodszego kolegę, po czym odwrócił się do Royce’a i Hadriana i wyjaśnił: – Mince podkochuje się w imperatorce. Nie podoba mu się, że stary król bierze z nią ślub.
– Ona jest jak bogini, poważnie – oświadczył Mince z rozmarzonym wzrokiem. – Raz ją widziałem. Wszedłem na dach, żeby lepiej widzieć, kiedy przemawiała zeszłego lata. Lśniła jak gwiazda, poważnie. Na Mara, jest piękna. Widać, że jest córką Novrona. W życiu nie widziałem takiej ładnej osoby.
– Właśnie to miałem na myśli. Mince ma lekkiego fioła na punkcie imperatorki – powiedział Stary przepraszającym tonem. – Chłopak musi przywyknąć do tego, że znów będzie rządził regent Ethelred. Właściwie to wcale nie przestał rządzić, bo imperatorka jest chora i tak dalej.
– Zraniła ją bestia, którą zabiła na północy – wyjaśnił Mince. – Imperatorka Modina umierała od trucizny i zewsząd przyjeżdżali uzdrowiciele, ale żaden nie potrafił jej pomóc. Później regent Saldur modlił się przez siedem dni i nocy bez jedzenia i picia. Maribor objawił mu, że czyste serce młodej służącej o imieniu Amilia z doliny Tarin ma moc uleczenia imperatorki. I tak się stało. Lady Amilia opiekowała się imperatorką i robiła to tak dobrze, że Modina wyzdrowiała.

Zaczerpnął powietrza. Oczy mu się rozpromieniły, a na jego twarzy wykwitł uśmiech.
– Mince, wystarczy – przerwał Elbright.
– A to tu po co? – spytał Royce, wskazując na odkrytą trybunę, którą budowano na środku placu. – Przecież to nie tu urządzą uroczystość, prawda?
– Ślub odbędzie się w katedrze. Te ławki są dla ludzi oglądających egzekucję. Zostanie stracony przywódca buntowników.
– Tak, o tym już słyszeliśmy – przyznał Hadrian cicho.
– A więc przyjechaliście zobaczyć egzekucję?
– Mniej więcej.
– Już wybrałem dla nas miejsca – powiedział Elbright.
– Dzień wcześniej wyślę Mince’a w nocy, żeby je zajął.
– Czemu to ja mam iść? – żalił się Mince.
– Brand i ja musimy zanieść wszystkie rzeczy. Ty jesteś za mały, a Kine wciąż choruje, więc musisz…
– Ale ty masz płaszcz, a tam będzie zimno.
Chłopcy dalej się spierali, lecz Royce widział, że Hadrian już nie słucha. Oczy przyjaciela lustrowały pałacowe bramy, mury i frontowe wejście, liczyły strażników.