Miłość, ból i utrata, wierność i zdrada w poruszającej sadze o dziejach turecko-kurdyjskiej rodziny emigrantów.


W Londynie rodzina Toprak miała zacząć nowe życie. Pembe i Adem oraz ich dzieci mieli tu być szczęśliwi. Jednakże nawet tutaj, tysiące kilometrów od Turcji, tradycja i dawne rytuały mają nad nimi ogromną władzę. Tak wielką, że doprowadzą do wielkiej tragedii, która na zawsze odmieni losy Topraków…

„Moja matka umarła dwukrotnie. Obiecałam sobie, że nie pozwolę, aby historia jej życia została zapomniana…”

Elif Şafak (ur. 25 października 1971 w Strasburgu) – turecka pisarka i feministka.
Debiutem literackim Şafak było opublikowane w 1994 opowiadanie Kem Gözlere Anadolu. Jej pierwsza powieść – Pinhan została w 1998 nagrodzona nagrodą Mevlana, przyznawaną najlepszym dziełom z zakresu literatury mistycznej. Za powieść Mahrem zdobyła w 2000 nagrodę Związku Pisarzy Tureckich. Kolejna powieść Bit Palas (Pchli pałac) stała się w Turcji bestsellerem i jest najczęściej tłumaczoną powieścią Şafak (także na język polski). Kolejnym bestsellerem stała się wydana w 2006 powieść The Bastard of Istanbul. Wydanie tej ostatniej powieści spowodowała wytoczenie autorce sprawy karnej w związku z art. 301 tureckiego kodeksu karnego, traktującego o „obrazie tureckości”. Oskarżenie było związane z określeniem przez jednego z bohaterów powieści masakry Ormian w I wojnie światowej pojęciem „ludobójstwa”. Sąd jednak odrzucił to oskarżenie.

Jej dzieła były tłumaczone jak dotąd na 12 języków. Pisze artykuły dla wielu czasopism, m.in. The Guardian, Le Monde, Berliner Zeitung, The New York Times i The Wall Street Journal.

Elif Shafak
Honor
Przekład: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 11 września 2013


Mama pierwszy raz poszła do pracy niedługo po tym, jak mój ojciec, który uprawiał hazard, przegrał swoje dwumiesięczne pobory. Pieniądze stały się nam nagle potrzebne jak nigdy dotąd. Kiedy Iskender był w szkole, mama odwiedzała domy bogaczy, gdzie opiekowała się dziećmi, gotowała, sprzątała, szorowała toalety, prasowała, a czasami użyczała swoim chlebodawcom ramienia, by mogli się wypłakać. Mnie zostawiała wtedy pod opieką sąsiadki, starej, ale sympatycznej kobiety o ostrym języku i kiepskim słuchu.

Wieczorami zamiast bajek na dobranoc mama opowiadała nam o życiu w willach, gdzie każde dziecko ma swój pokój, a nowocześni mężowie zapraszają żony, by piły z nimi alkohol. Pewnego razu widziała jakieś małżeństwo, które nastawiło płytę jazzową na jakimś specjalnym odtwarzaczu i zaczęło tańczyć — co wydało jej się nie do przyjęcia, bo deptali po dywanie brudnymi butami, i utwierdziło ją w przekonaniu, że bogacze są dziwni. Tylko dziwak wrzuca do drinków zielone oliwki, niszczy puszyste dywany i zajada się kostkami żółtego sera nadzianymi na wykałaczki.

Pracowała najpierw w kilku domach, a potem znalazła stałą pracę u pewnych znanych ludzi. Ona była aktorką, właśnie urodziła córeczkę, a jeżeli chodzi o jej męża, to wprawdzie nigdy się nie dowiedzieliśmy, co właściwie robił, ale był ciągle zajęty i często podróżował. Do obowiązków mamy należało zajmowanie się domem, dzieckiem i tą aktorką, która chyba nie najlepiej radziła sobie ze swoją nową życiową rolą. Kapryśne i często cierpiące na kolki dziecko nieustannie płakało. podobnie jak świeżo upieczona matka, która szlochała chyba jeszcze częściej. Była piękna — miała migdałowe oczy, kruczoczarne włosy, kształtny nos i szczupłe ręce z cieniutkimi żyłkami. Gdyby wielbiciele zobaczyli ją w takim rozstroju nerwowym i depresji, zapewne byliby rozczarowani, ale moja mama ją lubiła.

Staruszka, która się mną opiekowała, podupadła w końcu na zdrowiu i mama zaczęła zabierać mnie ze sobą. Ja się bawiłam, a ona pracowała i potajemnie rozrzucała nasiona kardamonu wokół łóżka aktorki, aby ją chronić przed dżinnem. Potem wsiadałyśmy w autobus, a następnie do busa, zwanego dolmushem, i wracałyśmy do domu, kiedy zamglone niebo wisiało już nisko nad miastem.
Minął cały miesiąc. Mama lada dzień spodziewała się dostać wynagrodzenie, ale jej pracodawcy nic o tym nie wspominali, a ona była zbyt nieśmiała, by sama o to zapytać.
Pewnego popołudnia gotowała coś, a ja bawiłam się pod kuchennym stołem, gdy wrócił mąż tej kobiety. Biła od niego słaba, kwaśna woń — płynu po goleniu i whisky.

Miał przekrwione, ale dziwnie wesołe oczy. Nieświadomy mojej obecności, podszedł chwiejnym krokiem do mamy i chwycił ją pod boki.
— Cicho — powiedział, przykładając palec do ust. — Wszyscy śpią. Wszyscy śpią. Nie zobaczą nas. Wszyscy śpią. Więc i my możemy pójść do łóżka. Będę ci kupował ładne rzeczy. Buty, torebki, ubrania, złote kolczyki… Jesteś dobrą kobietą, świętą. Proszę, zlituj się nade mną. Moja żona nigdy się nie dowie. Ani twój mąż. Wszyscy śpią. Nie jestem złym człowiekiem, ale jestem mężczyzną i mam takie same potrzeby jak wszyscy. Moja żona nie jest już kobietą. Zmieniła się, odkąd urodziła dziecko, wiecznie tylko jęczy i płacze. Całe miasto już śpi.
Mama odepchnęła go i zatoczył się na ścianę; był pijany, więc nie bardzo się opierał. Ramiona zwisły mu po bokach i mężczyzna zwiotczał, jakby był pusty w środku albo jak nadmuchiwana zabawka. Ciągnąc mnie jedną ręką, a w drugiej ściskając torebkę, mama pobiegła korytarzem do drzwi, ale po chwili zdała sobie sprawę, że nie mamy dość pieniędzy, żeby wrócić do domu.
— Proszę pana… — powiedziała. — Pan mi nie zapłacił.

Mężczyzna stał przy drzwiach, chwiejąc się nieznacznie.
— Chcesz pieniędzy? — spytał ze zdziwieniem.
— To moja miesięczna…
— Traktujesz mnie w ten sposób i jeszcze chcesz pieniędzy? — wpadł jej w słowo. — Co za dziwka!
Wyszłyśmy z tego domu, złapałyśmy autobus, wysiadłyśmy na tym samym przystanku co zwykle i postanowiłyśmy iść dalej piechotą. Mama nie zważała jednak, dokąd zmierza, więc krok po kroku oddalałyśmy się od centrum i wędrowałyśmy krętymi ulicami, które wydawały się prowadzić donikąd. Zrobiło się już ciemno, a my znalazłyśmy się nad morzem, w nieznanej nam okolicy. Wzdłuż brzegu ciągnęły się ogromne czarne skały, o które rozbijały się fale. Siedziałyśmy, ciężko dysząc, przyglądając się wspaniałości miasta i jego obojętności wobec nas.
Zauważyłam na ziemi maleńkie muszelki i wstałam, by je pozbierać. Kręciłam się ciągle na brzegu, kiedy zauważyłam, jak do mamy podchodzi dwóch nieznajomych. Jedli pestki słonecznikowe i wypluwali łuski, pozostawiali więc za sobą ślady, jak w bajce o Jasiu i Małgosi.
— Dobry wieczór, siostro. Wydajesz się bardzo smutna — powiedział pierwszy mężczyzna. — Co taka kobieta jak ty robi tu o tej porze?
— No, wygląda na to, że potrzebujesz pomocy — odezwał się drugi.

Mama nie odpowiedziała. Zaczęła szukać chusteczki w torebce, wciąż pociągając nosem. Kilka spinek do włosów, klucze do mieszkania, niezapłacone rachunki, garść orzechów laskowych, które zapomniała mi dać, zdjęcia dzieci i lusterko, w którym ujrzała swój smutek — chusteczki jednak nie było.
— Masz dokąd pójść dziś wieczorem? Może się do nas przyłączysz?
— No, my się tobą zajmiemy — dodał skwapliwie ten drugi.
— Nie potrzebuję waszej pomocy — odparowała Mama głosem pełnym irytacji. Potem odwróciła się w stronę brzegu i zawołała: — Esma, chodź tutaj, szybko!
Mężczyźni zdziwili się na mój widok, ale nie odeszli.
Przeciwnie, w milczeniu ruszyli za nami. To było jak za bawa. Mama by się broniła, a oni by nalegali. Mama by się broniła, a oni by nalegali. I mama by uległa.
— Odejdźcie! Nie widzicie, że jestem mężatką?
Pierwszy mężczyzna zerknął na nią nerwowo, ale drugi parsknął i podniósł oczy do nieba, jak gdyby chciał powiedzieć: „No i co z tego?”.
Było ciemno i mgliście, coraz mniej przechodniów, mały ruch. Spieszyłyśmy się, starając się unikać ciemnych zaułków, gdzie światło księżyca obrysowywało drzewa szarymi kreskami. Widziałyśmy kilka kobiet spacerujących u boku swoich mężów albo braci, korzystających z przywileju ich opieki. Minęło dziesięć minut, a może więcej, gdy natknęłyśmy się na jakiegoś starca z chłopcem.
— Salam alejkum. Czy coś się stało?
Nie czekając, aż mama odpowie, wypaliłam: — Zgubiłyśmy drogę.

Pochylając łagodnie głowę, jakby przytakiwał, starzec uśmiechnął się do mnie.
— A gdzie ty mieszkasz, kochanie?
Mama wyszeptała nazwę naszej dzielnicy, ale uprzejmie dodała, że nieznajomy nie musi się o nas martwić.
— No to macie szczęście. Mój wnuk i ja też idziemy w tamtą stronę.
— Nie, wcale nie — zaprzeczył trochę starszy ode mnie chłopiec.
Starzec ścisnął go za ramię i powiedział:
— Czasami najkrótsza droga wiedzie tym szlakiem, którym podąża przyjaciel. — Potem odwrócił się w stronę idących za nami mężczyzn i spojrzał na nich tak groźnie, że spuścili oczy, nagle zawstydzeni. Ruszyliśmy więc do domu — mama, ja, starzec i chłopiec.
Wdychałam słonawy zapach wiatru od morza, nieskończenie wdzięczna tym nieznajomym, którzy tak nieoczekiwanie przyłączyli się do nas. Gdy dotarliśmy na miejsce, mama zapytała starca, jakie imię nosi jego wnuk.
— Yunus — odpowiedział z dumą. — Za miesiąc zostanie obrzezany, inszallah.
— Jeśli Allach da mi drugiego syna, to nie zapomnę o was i nazwę go Yunus, żeby był taki dobry dla nieznajomych, jak wy byliście dla nas.
Gdy wróciłyśmy do sutereny, ojciec siedział przy oknie, pełnym szarej pustki, i palił jednego papierosa za drugim.
Usłyszawszy zgrzyt klucza w zamku, zerwał się na równe nogi.
— Gdzie byłyście?
— Musiałyśmy wracać piechotą — odpowiedziała mama i zmarszczyła brwi, patrząc na mnie. — Esmo, zdejmij płaszcz i idź do swojego pokoju.

Popchnęła mnie w stronę korytarza i zatrzasnęła drzwi tak mocno, że odbiły się od framugi i pozostały lekko uchylone.
— Nie miałam pieniędzy na dolmush.
— Co to znaczy, że nie miałaś pieniędzy? Ile ci zapłacili?
— Nic. Nie będę już dla nich pracować.
— Co ty mówisz, do cholery? — spytał ojciec, nieznacznie podnosząc głos. — Mam długi, wiesz o tym.
— Nie zapłacili mi… Przez prawie minutę nic nie słyszałam. Potem ojciec, jak gdyby wynurzył się z ciemnych wód, żeby złapać oddech, głęboko zaczerpnął tchu.
— Wracasz do domu o tej godzinie i myślisz, że uwierzę w twoje kłamstwa. Gdzie są pieniądze, ty kurwo?
Na kanapie leżała drapaczka do pleców. Była w kolorze żółtomusztardowym, zimne narzędzie z baraniego rogu. Ojciec chwycił je błyskawicznie i rzucił nim w mamę, którą jego słowa wprawiły w takie osłupienie, że nie zdążyła się uchylić. Drapaczka z tępym odgłosem uderzyła ją, rozcinając skórę na szyi.
Nie, mój ojciec, Adem Toprak, nie bił żony i dzieci. A jednak tej nocy i w niejedną następną łatwo tracił cierpliwość i klął na czym świat stoi, wykrzykując słowa pełne goryczy i żółci; ciskał różnymi przedmiotami o ścianę, nienawidząc całego świata za to, że popchnął go ku skrajności, która kazała mu się bać cienia jego popędliwego ojca, czekającego tylko, aby mu powiedzieć, że Adem chyba wcale tak bardzo się od niego nie różni.