Noc w Piemoncie, długo oczekiwana powieść autorki bestsellerowego Hiszpańskiego smyczka, to kolejna książka Andromedy Romano-Lax, w której osobiste dramaty wrażliwej jednostki ukazane są z epickim rozmachem na tle burzliwej historii XX-wiecznej Europy.


Noc w PiemoncieJest rok 1938. Ernst Vogler, młody niemiecki kurator sztuki, a przedtem obiecujący lekkoatleta, na polecenie najwyższych władz Trzeciej Rzeszy wyrusza do faszystowskich Włoch. Kolekcjoner – człowiek, którego nazwiska nikt nie wymawia bez potrzeby – chce, aby przewieźć z Rzymu do Monachium antyczną rzeźbę, słynnego “Dyskobola”. Podróż ta okaże się pełna nieprzewidzianych wydarzeń, a Ernst będzie się musiał w jej trakcie zmierzyć ze swoją tajemnicą – skrywaną przed całym światem, a najbardziej przed samym sobą.

Wkrótce wszystko, w co wierzy, zostanie wystawione na próbę…

Andromeda Romano-Lax jest dziennikarką i autorką książek podróżniczych. W czasie wolnym gra na wiolonczeli. Mieszka z rodziną w Anchorage na Alasce. Noc w Piemoncie to jej druga powieść.

Andromeda Romano-Lax
Noc w Piemoncie
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Premiera: 17 kwietnia 2013
Redakcja Modnego Krakowa objęła książkę patronatem medialnym


Prolog
1948
Piemont, Włochy Północne

Rdzawy odcień majaczącej w oddali winorośli, dęby o żółtych liściach, woń trufli pęczniejących pośród pleśni i mroku podziemnych korytarzy – niczego tak naprawdę nie rozpoznaję, bo pierwszy raz przyjechałem tu nie tylko o innej porze roku, lecz również jako inny człowiek. Aromat jesieni przywołuje wspomnienia i ogarnia mnie niepokój, gdy zmierzam przez lasy i pola w stronę starej piemonckiej willi. Nie cofam się, kiedy popielaty kłąb sierści wyskakuje nagle, warcząc, spomiędzy traw. Staję w miejscu i niepewnie wyciągam dłoń. Z czarnych dziąseł suki ślina ścieka na wilgotną ziemię. Nie spieszymy się – ani ja, ani ona.

Najwyraźniej biegła resztką sił, bo wydaje się wyczerpana. Wystające żebra podnoszą się i opadają, rozlega się coś, co jest i skomleniem, i pogróżką.
– Tartufa*?
Pies zaciska szczęki, drżące nozdrza wysuwa do przodu. Pokryte krótką, cętkowaną sierścią boki wzdymają się i pracują ciężko niczym kowalskie miechy.
– To naprawdę ty, staruszko?
Obwąchuje moją dłoń, odsuwa się, by wydać z siebie jeszcze jedno warknięcie, lecz po chwili jest już cała czułością. Minęło dziesięć długich samotnych lat. Trudnych. Nigdy jednak nie należy odtrącać ręki, która chce cię pogłaskać. Prowadzi mnie, jakbym mógł zapomnieć, w stronę starej stodoły. Przez brudne okno dostrzegam ramę żelaznego łóżka, kredens. Ale reszty sprzętów, które kiedyś znałem i których dotykałem, nie ma – znikły bezpowrotnie czerwona lampka, gramofon, kobiece ubrania.

Ciemna plama szpeci podłogę – a może to tylko wilgoć albo grzyb? W rogu, wetknięta w ramę owalnego lustra, stara pocztówka z Koloseum. Znam słowa na odwrocie, bo sam je nakreśliłem. Zastanawiam się, czy nie skręcić i nie wspiąć się na pochyłość wzgórza, gdzie mieszkańcy willi grzebali swoich zmarłych. Mógłbym sprawdzić, czy są jakieś nowe groby. Ale rezygnuję. Nie jestem jeszcze gotów. Tartufa biegnie żwawo przodem w kierunku drzwi frontowych, ku postaci siedzącej przy drewnianym stole, spowitej błękitnym dymem unoszącym się ponad grubokościstymi dłońmi. Drzwi prowadzące z werandy wprost do kuchni chwieją się niepewnie. Wszystko wydaje się tu zużyte i wiekowe, chyli się ku ziemi jak ramiona starego człowieka przy stole.
– Buongiorno* – odzywa się mężczyzna.
– Adamo? – pytam z wahaniem.
On prostuje się na krześle, mrużąc oczy.
– Zio** Adamo? – powtarzam.

Dopiero po chwili mnie poznaje.
– Bawarczyk? Grüß Gott*! – chichocze. To jedyne niemieckie słowa, jakie zna. Ale wciąż nie jest całkiem pewny, czy to ja. – Przyjeżdża pan z północy?
– Nie, z Rzymu. Najpierw pociągiem, potem skorzystałem z podwózki, a dalej piechotą…
– To tam pan teraz mieszka?
– Tylko zwiedzam. Muzea.
– Wakacje?
– Niezupełnie. Zwrot zabytków. – Zaczynam tłumaczyć, o co w tym chodzi, a on powoli kiwa głową, chłonąc nazwy nowych instytucji, terminy międzynarodowych umów. Cierpliwie słucha, jak opowiadam o wysiłkach mojego kraju, by naprawić wyrządzone zło. O całej tej historii, o której wszyscy chcieliby zapomnieć. To dziw nad dziwy, odpowiada starzec, jak świat się zmienia, choć ciągle jest taki sam. Nic nie stoi w miejscu. No, może poza paroma rzeczami.
Potem nalewa mi do szklanki śliwowicy, a ja siadam przy dębowym stole i pytam o jego szwagierkę, mammę** Digirolamo. Ruchem głowy wskazuje wzgórze.
– A Gianni i jego żona?
Zajęli willę, oni i czwórka dzieci, tłumaczy zio Adamo, który z nimi mieszka. Choć dom od trzech pokoleń należał do rodziny Digirolamo, a Gianni to przecież żaden krewny, tak już teraz jest i koniec – Adamo czuje się tutaj tylko gościem. Ale co tam, może to i lepiej. Nie musi się przemęczać, nie na jego głowie zbiory, które ostatnimi laty i tak były marne.
Rzeczywiście, idąc ku willi, zauważyłem po zachodniej stronie drogi wyschnięte czarne grona.

Gdy opróżniam szklaneczkę i uprzejmie odmawiam drugiej, staruszek nagle oświadcza, dobitnie akcentując ostatnie słowo:
– Nie zapytał pan jeszcze o w s z y s t k i c h.
I choć nie odpowiadam, skwapliwie dzieli się ze mną swoją wiedzą:
– Wyjechała do miasta. Przez tę wojnę wszystko rozleciało się na kawałki. Teraz pracuje w kawiarni. Mieszka z synem.
W osłupieniu mamroczę ostatnie słowo, jakie wymówił:
– Figlio?
Muszę wyglądać, jakbym połknął język, bo wybucha śmiechem, klepiąc mnie po ramieniu.
– Podobną minę miała jej matka, lata temu, kiedy usłyszała szczęśliwą nowinę. Nie było to niepokalane poczęcie, nie powiem. Ale prawie. Ucieszyliśmy się bez zadawania niepotrzebnych pytań.
– E quasi un miracolo*.
– Pański włoski jest lepszy niż kiedyś.
– Uczyłem się.
– Po co?
– Bez specjalnego powodu. To piękny język.

Wysuwa język, cmoka nieprzekonany.
– Mógłbym się dla pana wystarać o podwózkę do miasta.
– Grazie**. Pójdę pieszo.
– Daleko. Będzie ze dwie albo trzy godziny.
– Va bene***. Czas mi szybko zleci na rozmyślaniach.
– Nie doradzam.
– Takiej przechadzki?
– Nie, takiego rozpamiętywania – mówi bez uśmiechu. Dając gestem znak, bym poczekał, wstaje powoli, sięgając po laskę opartą o róg stołu. Potem odprowadza mnie niedużą aleją. Mijamy stodołę, wchodząc na ścieżkę, która wiedzie do zakurzonej wiejskiej drogi obsadzonej leszczyną.
Widzę, że coś go trapi. W końcu prostuje plecy i podnosi twarz okoloną bokobrodami, przytykając spierzchnięte usta do mojego policzka.
– Dalej nie pójdę, bo nie zdołam wrócić.

Suka wlokła się dotąd za nami, wdzięczna swojemu panu za niespieszny krok. Schylam się, by poklepać ją po zadzie, mamrocząc jakieś pieszczotliwe słowa. Ostatni raz wypowiadam szeptem jej imię.
– Nie, to nie jest Tartufa – mówi zio Adamo, poprawiając mnie z lekkim zakłopotaniem. – To jej szczenię. Ostatnie, jakie powiła.
– Szczenię?
– Bardzo już leciwe, ale owszem.
– Wygląda identycznie. – Przykucam, aby raz jeszcze podrapać sukę za uszami, poklepać po wystających żebrach, zaintrygowany wzorem sierści, który tak dobrze pamiętam.
Wsparty na lasce mężczyzna nachyla się ku mnie.
– Chyba pan pamięta, co się wtedy stało z Tartufą…
– No tak – odpowiadam, wstając, żeby wytrzeć dłonie o kant spodni. – Racja. Pamiętam.
– Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja popełniam błędy. –
Adamo się uśmiecha. – I przepraszam, że nie od razu spostrzegłem, z kim mam do czynienia. Nawet jak już pan usiadł, nie wierzyłem własnym oczom.
– Nie ma za co przepraszać.
– I nie chodzi tylko o to, że lepiej dziś pan mówi po włosku.– Cóż, wtedy nie byłem w stanie sklecić porządnie najprostszego zdania…
– Nie, nie w tym rzecz – oświadcza, a w jego głosie słyszę natarczywość, jakąś nagłą zapalczywość, która sprawia, że prawie żałuję, iż odmówiłem drugiej szklaneczki trunku, która dodałaby mi odwagi. – Nie chodzi o język. Wtedy był pan inny.
– Czyż wszyscy nie byliśmy inni?

Ale oczywiście wiem, co miał na myśli. Trudno się oprzeć pokusie traktowania odległej przeszłości, jakby to była nieprzejrzysta mgła, jakbyśmy niemalże nie mieli dostępu do samych siebie z minionego czasu. A jednak bardziej zacierają się w mojej pamięci wydarzenia późniejsze, chociażby dni poprzedzające niemiecką kapitulację. Na przykład okres spędzony przymusowo w armii po tym, jak się okazało, że spaprałem sprawę, która była względnie prostym zawodowym zleceniem. To wszystko zamazuje się we wspomnieniu. Byłem wówczas w stanie półodrętwienia i zachowałem niewiele wrażeń poza smakiem wodnistej kartoflanki czy smrodem wilgotnych wełnianych skarpet zdzieranych z przemarzniętych, krwawiących stóp.

Rok, dwa albo osiem lat może upłynąć nam w ten sposób – bez wspomnień, podczas gdy jedno ważne zdarzenie w dzieciństwie lub jedna znacząca podróż w młodości pozostawiają niezatarty ślad, wciąż poprawiany przez niestrudzoną pracę umysłu. Ślad wieczny niczym marmur.
Tamtych pięć dni we Włoszech było ważniejszych i prawdziwszych niż wszystko w moim życiu, zarówno przedtem, jak i potem. A jednak o psie jakoś zapomniałem – i dopiero teraz moja wyobraźnia odtwarza ów fatalny strzał z lugera oddany przez obcego. Teraz dopiero sobie przypominam, że wszyscy, co do jednego, stanęliśmy wtedy jak wryci, nie dowierzając, a jednak już zapominając, najwyraźniej p r a g n ą c zapomnienia, nawet wówczas, gdy huk wystrzału przeszywał dopiero powietrze.

To był pierwszy strzał tamtego ranka. Ostatniego ranka podczas mojego pobytu we Włoszech dziesięć lat temu. No tak. Oczywiście. Czy to, że umknął jeden szczegół, oznacza, że nie powinienem ufać własnej pamięci? Czy źle zapamiętałem chwile spędzone w Piemoncie – nie tylko te gorzkie, lecz również słodkie? Czyżbym uroił sobie tylko czułość i nadzieję, które nigdy nie istniały? Za dużo pytań, jeśli się nie ma czasu. Czasu ani sposobności do namysłu nad słowami, które wypowiedział zio. I nad tym, co mówiły spowijająca willę cisza i wisząca na drzwiach stodoły kłódka. Nie mogę naprawdę j e j pamiętać, nie mogę naprawdę pamiętać tego, co z a s z ł o, jeśli nie przypomnę sobie osoby, którą przed tymi długimi dziesięcioma laty byłem. Jeśli się nie pokuszę o trudny portret człowieka z jeszcze trudniejszego czasu.

Idąc, czuję łupinki żołędzi chrzęszczące pod butami. Tego popołudnia mam kilka godzin tylko dla siebie i nic do roboty. Mogę wdychać łagodny piżmowy zapach jesieni, z każdym krokiem uzmysławiając sobie, że niewiele mam do stracenia, zważywszy, jak wiele już straciłem. A może jest coś do wygrania? Nie słyszę odpowiedzi. Tylko odgłos pękających kruchych skorupek. Czuję inny wiatr na mojej skórze, przypominam sobie niewyraźnie inną, nie tak miłą przechadzkę i wszystko, co nastąpiło później.

Część I
lipiec 1938
Monachium, Niemcy

Rozdział 1
Zaczynała siąpić wieczorna mżawka, która nie przyniosła ulgi, jedynie wzmogła intensywność zapachu dobywającego się z gorzelni piwa, osiadającego na wilgotnym bruku niczym brunatny całun. Wiem na pewno, że to był lipiec, nie mam też wątpliwości co do daty. Ósmy dzień miesiąca. Pamiętam dokładnie, bo liczyłem czas od ostatniego spotkania z Gerhardem, a każda mijająca doba podsycała mój niepokój. Tamtego mokrego, przesyconego drażniącą wonią wieczoru obrałem najkrótszą drogę do domu mojego nauczyciela przez Drückebergergässchen, gdzie zresztą minąłem jakiegoś mężczyznę, który najwyraźniej chciał uniknąć oddania honorów pilnowanemu przez SS pomnikowi przy Feldherrnhalle*. Rzuciliśmy sobie nawzajem ukradkowe spojrzenie, a ja nazwałem się w myślach głupcem i poprzysiągłem solennie nigdy więcej nie korzystać z tego skrótu. Od dwóch tygodni Gerhard nie pojawił się w pracy, nie odpowiadał też na moje listy.

* Drückebergergässchen – był to w latach trzydziestych oraz czterdziestych zeszłego stulecia znany skrót pozwalający mieszkańcom Monachium na obchodzenie pomnika przy Feldherrnhalle, postawionego na pamiątkę puczu Hitlera z 1923 roku. Obywateli miasta zmuszano przy Feldherrnhalle do wznoszenia rąk w faszystowskim pozdrowieniu i salutowania wartownikom.

Nie było żadnego oficjalnego uzasadnienia tej nieobecności, toteż żaden z kolegów nie odważył się jej komentować. Nawet Leonie, jedna z trzech sekretarek w naszym departamencie, która zresztą bardzo mnie lubiła, od paru dni unikała jak ognia moich spojrzeń. A kiedy przechodziłem obok jej biurka, natychmiast zaczynała stukać w klawisze maszyny do pisania, także wtedy, gdy na wałku brakowało już papieru. Stojąc teraz przed drzwiami domu, w którym nie paliło się światło, sam siebie przekonywałem, że Gerhard po prostu wyszedł gdzieś na miasto, do piwiarni, choć wiedziałem, że to zupełnie nie w jego stylu. Już zamierzałem odejść z kwitkiem, kiedy nagle w drzwiach ujrzałem zmierzwioną strzechę ciemnych blond włosów zaspanej dziewczyny. Służąca wyglądała na tak wylęknioną, że natychmiast pożałowałem swojego najścia.
– Nie zapłacił mi za dwa tygodnie. Nie mogę czekać w nieskończoność, skoro on nie wraca.
– Nie wraca? Skąd?
– Bitte*, niech pan wejdzie.
Ja się jednak cofnąłem. – Był spakowany? Miał jakąś walizkę?
– Zaczęłam pakować jego rzeczy, ale powiedział, żebym dała spokój – oznajmiła w dziwnym odruchu usprawiedliwienia, jakbym kwestionował jej sumienność, choć była to ostatnia rzecz, jaka w tamtym momencie przyszłaby mi do głowy. – A oni tylko pokiwali głowami.
– Oni?
– Jacyś dwaj. – Spuściła wzrok i popatrzyła na swoje bose, zaczerwienione od zimna stopy.

* Bitte (niem.) – proszę.

Ogrzewanie w budynku najwyraźniej zostało przykręcone albo całkiem wyłączone. Z korytarza nie docierał żaden aromat gotowania czy jedzenia. Tylko lodowata, ziemista woń grobu.
– Może nie zabrali go daleko?
To pytanie wywołało oddźwięk w jej pamięci.
– Tak, niedaleko, do miasta oddalonego o jakieś dwadzieścia kilometrów. Tak powiedzieli. Znał nazwę. – Wymówiła dwie sylaby, które jej najwyraźniej niewiele mówiły, ale dla mnie i dla każdego mieszkańca Monachium czytającego gazety znaczyły aż nazbyt wiele. Da c h a u. Mała, osobliwa mieścina, a w niej nowy, bardzo intratny przemysł: umieszczanie za coraz wyższymi murami więzień „niebezpiecznych elementów” – odartych z nazwisk zwykłych kryminalistów, ale i wrogów ludu, których nasz rząd postanowił izolować. Gerhard nie był kryminalistą ani nie angażował się politycznie. Tak wówczas rozumowałem, nie wiedząc jednak tego, co wiem dzisiaj – że wszystko ma związek z polityką, nawet zwykły brak dyskrecji lub osobisty pogląd na sztukę i jej wartość estetyczną. Zwłaszcza to ostatnie. Deszcz zaczął kropić gęściej, sklejał w kosmyki włosy na moim czole. Miąłem w dłoniach kapelusz, bardziej jak ktoś, kto przynosi złe nowiny, niż ten, który je przyjmuje.

– Ale co to w ogóle za różnica, blisko czy daleko? – rzuciła dziewczyna, wytrącona z równowagi wyrazem przerażenia malującym się na mojej twarzy. Wyprostowała się, zaplatając ręce na chudej piersi. – Tak czy siak, będzie potrzebował ubrań i bielizny na zmianę. I swoich lekarstw, kuferka z pigułkami, nie wytrzyma bez nich nawet kilku dni. Ale tamci nie pozwolili mu nic zabrać. Ale niechże pan wejdzie do środka. Przemókł pan z kretesem. To, co proponowała, nie było jednak dla mnie żadnym schronieniem. Ona nie mogła nic mi dać, za to mogła coś zabrać. Podobnie ja musiałbym wiele jej odebrać, tłumacząc rzeczy, których zapewne nie chciałaby słuchać. Byliśmy samotni, każde po swojej stronie muru. Czekaliśmy. Widząc, że nie mam ochoty wejść, odwróciła się gwałtownie, ale już zaraz była z powrotem, niosła jakąś książkę.

Zauważyłem ją wcześniej na biurku Gerharda – drugi tom Rzeźby starożytnej Grecji i Rzymu di Luki, kompendium z obszernymi przypisami. Teraz patrzyłem na dedykację. Szczególny pożegnalny prezent od człowieka, któremu zabrakło czasu, by się zająć bardziej istotnymi sprawami. Ale właśnie dlatego Gerhard był moim mistrzem i nauczycielem: nigdy nie tracił z oczu tego, co najważniejsze. Sztuka i piękno, piękno i sztuka. Bez względu na to, co się działo; bez względu na to, co się miało zdarzyć. Pierwszy raz spotkałem go na wernisażu, który zaszczycił swą obecnością tuzin urzędników średniego szczebla i wojskowych notabli. Tamtego tygodnia właśnie otrzymałem posadę i wchodząc do oświetlonej galerii, byłem tak zdenerwowany, że nawet podeszwy moich stóp spływały potem. Transparent pod sufitem oznajmiał: SZTUKA TO SZLACHETNA I ŻARLIWA MISJA. Skrzywiłem się na widok tego dziwacznego zestawienia – ż a r l i w a ? – ale na szczęście byłem sam i zbyt zaaferowany, by się przejąć własną nieostrożnością.

Nie należę też raczej do ludzi skorych do wygłaszania niefortunnych, zaimprowizowanych na poczekaniu złośliwości. Choć gdybym wiedział wtedy, kto jest autorem dziwacznej proklamacji, która w przyszłości miała się pojawiać na wielu wystawach sztuki, tym bardziej trzymałbym na wodzy swoje odruchy. Kierowałem się właśnie w stronę sali głównej, kiedy jakiś starszy mężczyzna ujął mnie pod ramię. Poczułem, jak pierścień na jego palcu wrzyna mi się w łokieć, i usłyszałem wypowiadane szeptem komentarze: „To jest dobre… to jest świetne… a to niezłe…”. Na widok obrazu wieńczącego wystawę nieznajomy bez większego przekonania pokiwał głową. Oswobodziwszy rękę, uważniej się przyjrzałem zarumienionej od alkoholu twarzy. Policzki zwisały jak dwa worki nad jasnoniebieskim krawatem tej samej barwy co świdrujące mnie oczy. Blade czoło świeciło tylko trochę słabiej niż zbytkowne spinki przy koszuli.

Obcy wydał mi się irytująco zadufany w sobie, ale chwilę później, gdy mój nowy przełożony i szef działu Sonderprojekt*, Herr Müller, poprosił, abym podzielił się z nim swoimi opiniami, niczym posłuszny uczniak wyrecytowałem lekcję udzieloną mi przez osobnika, który wcześniej złapał mnie za łokieć. Z zadowolonej miny Herr Müllera mogłem wywnioskować, że zdałem egzamin z wyróżnieniem.

Następnego ranka, natrafiwszy na starszego pana w podziemnych biurach departamentu Sonderprojekt, podziękowałem za pomoc i wtedy też poznałem jego nazwisko.
– Nie byłoby pożądane, gdyby sam początek pańskiej pracy tutaj zmąciły jakieś nieporozumienia w kwestii smaku – oznajmił wówczas Gerhard. Jego bladoniebieskie oczy tańczyły nerwowo, jak zwykle – o czym dowiedziałem się później – przed pierwszym popołudniowym kieliszkiem wina.
– Ale co z prawdą? – zapytałem.
– Prawda to coś, czym się rozkoszujemy na własny użytek, zazwyczaj w samotności. Jeśli dopisze panu szczęście, Herr Vogler, zazna pan jeszcze wielu prywatnych przyjemności w swoim życiu. Musi się pan jednak liczyć z pewnymi niewygodami służby publicznej. Takimi jak wyrażanie opinii, które niekoniecznie pan podziela, czy kupowanie w różnych stronach świata najbardziej wartościowych dzieł sztuki dla idiotów, którzy nie są ich warci ani nawet ich nie cenią.

Nie był lubiany w naszym departamencie. Jednak j a k b a r d z o, tego nie wiedziałem do owego pochmurnego, słotnego lipcowego wieczoru, kiedy stałem na progu jego domu opuszczonego dwa tygodnie wcześniej. Naprzeciwko służącej wpatrzonej we mnie bez nadziei i z rozpaczą.
– Uprzedzał, że mogą się tu pokazać jacyś ludzie z biura – rzekła. – Ale nikt nie zajrzał. Dopiero pan.
– Przepraszam – odparłem, choć było już za późno na usprawiedliwienia. – Jestem Vogler. Ernst Vogler. Nie przyjęła życzliwie mojej prezentacji. Dowodziła ona wszak tylko tego, jak bardzo się skurczył świat przyjaciół jej pracodawcy. Gerhard wspominał o mnie zapewne częściej niż o innych i oto stałem na progu we własnej osobie: niepozorny, młody, chuderlawy. Nic w moim ubiorze ani zachowaniu nie wskazywało, że mogę być kimś ważnym. Z ręką przyciśniętą do piersi na wysokości żeber z trudnością powstrzymywałem chęć podrapania się w tym sekretnym, zapomnianym miejscu, które w momentach zdenerwowania zawsze zaczynało dokuczać.
Dziewczyna z pewnością spodziewała się odwiedzin kogoś robiącego większe wrażenie.
– Powiedział, że mam to panu oddać.
Widząc moje wahanie, dodała drżącym głosem:
– Nie chce pan tego, Herr Vogler? Panu przynajmniej coś ofiarował. Mnie niczego nie zostawił, nie oddawał nawet rzeczy, które pożyczał.
– Tak, oczywiście. Wezmę książkę. – Wyszperałem z kieszeni trochę marek i podałem jej, po czym wsunąłem tom pod marynarkę, żeby uchronić go przed deszczem.
*
Departament, gdzie byłem zatrudniony jako pracownik działu kuratorów, mieścił się poniżej poziomu Brienner Strasse 45. Tak – właśnie pod t y m adresem, w samym sercu miasta, co pokazuje, jak troszczyli się o sztukę nasi hierarchowie. Pierwszym architektonicznym przedsięwzięciem Trzeciej Rzeszy nie był budynek rządowy czy gmach jakiejś ambasady, żadna ze świątyń władzy, lecz Dom Sztuki Niemieckiej, muzeum ukończone w 1937 roku.

Sonderprojekt sięgał jednak dalej niż to muzeum i dalej niż same Niemcy, miał znacznie większy rozmach i w artystycznym, i w geograficznym sensie. Jaki dokładnie, tego jeszcze nie wiedziałem ani też nie potrzebowałem wiedzieć. Moim zadaniem było jedynie katalogowanie dających się pozyskać dzieł z całego świata i powiększanie listy zakupów – spisu sporządzanego na podstawie nie obiektywnych, akademickich kryteriów, lecz gustów, symbolicznej doniosłości i tego czegoś, co jest najbardziej nieuchwytne: pożądania. Czyjego pożądania? Przede wszystkim naszego wodza, oczywiście. (Choć każdy z nas miał własne obiekty uwielbienia, które chciał oglądać w niemieckich zbiorach z powodów równie trudnych do wyjaśnienia, co definicja wartości artystycznej). Dzień po wizycie w domu Gerharda spędziłem w ciemnych zakamarkach magazynu i przy segregatorach, przeglądając karty katalogowe. Na pozór pochłonięty pracą, myślałem o tarapatach, w które wpadł Gerhard, i o kłopotliwej sytuacji, w której ja sam się znalazłem pod jego nieobecność. Sekcja B, zajmująca się akwizycją sztuki dawnych mistrzów, specjalizowała się w rzeźbie. Do malarstwa wyznaczono innych pracowników. Jeszcze inni uczestniczyli w programie wykrywającym fałszerstwa.

Każdy, kto widział, jak przepatruję nie te szufladki, które powinienem, musiał dojść do wniosku, że coś mnie gryzie. Ale to przecież nie była jeszcze żadna zbrodnia. Nie był też zbrodnią głośny, spontaniczny śmiech, a Gerhard śmiał się często, zwłaszcza wtedy, kiedy w nasze ręce trafiał jakiś kicz: figurka baletnicy wyrzeźbiona tak topornie, jakby to była postać wystrugana na pozytywce dziecięcej, czy też posążek umięśnionego nagiego mężczyzny z czaszką neandertalczyka albo inne cuda zebrane w pośpiechu przez niewprawnego amatora. Mój nauczyciel uchodził za bardzo doświadczonego rzeczoznawcę. Znano go również z tego, że dzielił się swoją wiedzą, nie poniżając osób, których gust nie był tak wyrafinowany. Nigdy jednak, niestety, nie zachowywał wystarczającej ostrożności wobec dostojników. Dotarłszy z powrotem do biurka z szarego metalu, zdumiałem się na widok Leonie, czekającej z wypchaną i pomiętą papierową torbą.

„Czyżby rozejm?” – pomyślałem. Może dziewczyna chciała mi jakoś wynagrodzić swoją wcześniejszą obojętność? Gdy usiadłem, przesunęła torbę po blacie w moją stronę.
– Kanapka?
Zaśmiała się nerwowo. – Nie, głuptasie. Świece. Dwanaście sztuk. Dla ciebie.
– Prawie zapomniałem – odparłem, biorąc torbę i dziękując skinieniem głowy. – Pewnie nie można ich już nigdzie dostać.
Naturalny rumieniec zakwitł na jej policzkach, przebijając się przez warstwę kremowego pudru.
– Kupiłam je miesiąc temu.