Żaden z utworów Johna Galsworthy’ego, laureata literackiej Nagrody Nobla, nie cieszył się taką poczytnością jak “Saga rodu Forsyte’ów”. Powieść wszech czasów w nowym, pięknym wydaniu.


Saga rodu Forsyte'ów. Tom 2Londyn, 1886 rok. Spotkanie na zaręczynowym przyjęciu staje się początkiem dramatycznych zdarzeń, które na zawsze dzielą zamożną mieszczańską rodzinę Forsyte’ów, a ich losy przez następne kilkadziesiąt lat śledzimy w trzech tomach tej mistrzowskiej powieści.

Żaden z utworów Johna Galsworthy’ego, laureata literackiej Nagrody Nobla, nie cieszył się taką poczytnością jak “Saga rodu Forsyte’ów”. Co decyduje o tym, że ta książka intryguje czytelników do dziś?

Krytycy pisali o epickim rozmachu i kronikarskim obiektywizmie, starannie wyważonej narracji, bezstronności i chłodnym dystansie w kreowaniu bohaterów. Zgoda, ale jest jeszcze jeden walor – psychologia. Mistrzowskie operowanie introspekcją, opisy wahań moralnych i uczuciowych, finezyjne wyrażanie stanów wewnętrznych, szczególnie w sytuacjach krańcowych – oto wartości, które decydują o tym, że “Saga rodu Forsyte’ów” brzmi ciągle świeżo i współcześnie.

To one sprawiły, że książka była wielokrotnie ekranizowana, a ostatnia wersja serialu na jej podstawie zainspirowała m.in. twórców “Downton Abbey”.

…za jego wybitną sztukę opowiadania, której najwyższą formą jest “Saga rodu Forsyte’’ów”.
Uzasadnienie przyznania Johnowi Galsworthy’emu w 1932 r. Literackiej Nagrody Nobla

Trzeci tom “Sagi…” ukaże się w lipcu 2019 r.

John Galsworthy
Saga rodu Forsyte’ów. Tom 2. Babie lato jednego z Forsyte’ów. W matni
Przekład: Jerzy Bohdan Rychliński
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera w tej edycji: 25 czerwca 2019
 
 

Saga rodu Forsyte’ów. Tom 2


Interludium
Babie lato jednego z Forsyte’ów

I zbyt jest krótki lata czas pogodny
W. Shakespeare, Sonet XVIII,
przeł. Maciej Słomczyński

I

W pierwszej połowie ostatniego dziesięciolecia XIX wieku, pod koniec maja, około szóstej po południu, stary Jolyon Forsyte siedział pod dębem przed tarasem swego domu w Robin Hill. Czekał, aż wygonią go stąd komary przeszkadzające napawać się wspaniałością wieczoru. W brązowej wąskiej ręce o nabrzmiałych niebieskich żyłach trzymał cygaro; paznokcie miał długie, spiczasto obcięte i wypolerowane wedle mody wczesnej ery wiktoriańskiej, kiedy to ostatnim słowem dystynkcji było niczego nie tknąć nawet końcami palców. Stara brązowa panama osłaniała przed blaskiem kłoniącego się ku zachodowi słońca jego sklepione czoło, sumiasty siwy wąs, chude policzki i długą, wąską szczękę. Siedział z nogą założoną na nogę, a cała jego postać tchnęła pogodą i szczególną elegancją starego człowieka, który co dzień rano skrapia wodą kolońską swoją jedwabną chustkę do nosa. U stóp jego leżał pies o wełnistej, brunatno-białej sierści, który mógłby od biedy uchodzić za szpica pomorskiego – pies Baltazar; pierwotna niechęć między nim a starym Jolyonem przeszła z latami we wzajemne przywiązanie. Tuż przy krześle znajdowała się huśtawka, na której siedziała jedna z lalek Holly zwana Głupią Alicją, z korpusem pochylonym do przodu i smutnym noskiem utkwionym w czarnej spódniczce. Zawsze była w niełasce, więc mało ją to obchodziło, jak siedzi. Za dębem gazon opadał tarasami aż ku paprociarni, a dalej, poza tym luksusowym zakątkiem, przechodził w pola ciągnące się w kierunku stawu i zagajnika; na ów „piękny, wprost zdumiewający” krajobraz spoglądał spod tego samego drzewa Swithin Forsyte, kiedy przed pięciu laty przyjechał tu z Ireną, by obejrzeć dom. Stary Jolyon słyszał o tym wyczynie brata – przejażdżce, która stała się sławna na Giełdzie Forsyte’ów. Swithin! A przecież już go nie było, umarł w listopadzie, przeżywszy zaledwie siedemdziesiąt dziewięć lat i budząc na nowo wątpliwość, czy Forsyte’owie będą żyć wiecznie, wątpliwość, która powstała po raz pierwszy przy zgonie ciotki Anny. Umarł! I zostali tylko Jolyon i James, Roger i Mikołaj, Tymoteusz, Jula, Estera i Zuzanna! Stary Jolyon myślał: Osiemdziesiąt pięć lat! A przecież ich nie czuję – wyjąwszy, kiedy przychodzi ten ból.
Zagłębił się we wspomnieniach. Nie czuł ciężaru lat od czasu, gdy przed trzema mniej więcej laty kupił pechowy dom swego bratanka Soamesa tu, w Robin Hill, i w nim osiadł. Odkąd mieszkał na wsi z synem i wnukami – June oraz malcami z drugiego małżeństwa syna, Jollym i Holly, doznawał uczucia, jakby z każdą wiosną stawał się młodszy. Żył tu z dala od rozgwaru Londynu i plotek na Giełdzie Forsyte’ów, wolny od prac w swych zarządach, w rozkosznej atmosferze nieróbstwa i zabawy; nie brakło mu zresztą zajęć, skoro musiał zagospodarowywać i upiększać dom i całą dwudziestoakrową posiadłość oraz spełniać kaprysy Holly i Jolly’ego. Znikły wszelkie powikłania i zgryzoty, nagromadzone w jego sercu podczas przewlekłej i tragicznej sprawy June, Soamesa i jego żony Ireny oraz biednego młodego Bosinneya. Nawet June wyzbyła się nareszcie melancholii – dowodem podróż do Hiszpanii, w którą wybrała się teraz z ojcem i macochą. Dziwna rzecz, zupełny spokój zapanował po ich wyjeździe; błogosławiony spokój, choć wiejący pustką, ponieważ syna nie było w domu. Teraz Jo przynosił ojcu tylko pociechę i radość – kochany chłopiec! Ale kobiety – najlepsze nawet – działają człowiekowi trochę na nerwy, oczywiście, jeśli się ich nie wielbi.
W oddali zakukała kukułka, dziki gołąb gruchał z najbliższego wiązu na skraju pola, a jak prędko rozkwitły stokrotki i jaskry po ostatnich sianokosach! Wiatr też zmienił kierunek i wiał z południo-zachodu – cudowne powietrze, jakie orzeźwiające! Jolyon zsunął kapelusz na czubek głowy i nastawił ku słońcu policzek i brodę. Dziś jakoś pragnął towarzystwa – ładnej twarzy, na którą by mógł patrzeć. Ludzie tak traktowali starych, jakby ci nie mieli żadnych pragnień. I z charakterystyczną dla siebie skłonnością do filozofowania, tak obcą ogółowi Forsyte’ów, rozmyślał: Nigdy się nie ma dość! Nie dziwiłbym się wcale, gdyby człowiek, stojąc jedną nogą w grobie, chciał jeszcze czego!
Tu na wsi, z dala od ciężaru interesów, i jego wnuki, i kwiaty, i drzewa, i ptaki małego jego państewka, nie mówiąc o słońcu, księżycu i gwiazdach nad nimi, wszystko do niego mówiło dniem i nocą: „Otwórz się, Sezamie”. I Sezam się otworzył – a jak szeroko, sam Jolyon, być może, nie wiedział. Zawsze był naprawdę wrażliwy na to, o czym mówiono teraz „Natura”, szczerze, nieomal w sposób religijny; wrażliwy, choć nigdy nie przestał nazywać rzeczy po imieniu: zachodu słońca zachodem słońca, a widoku widokiem – nawet jeśli go najgłębiej wzruszały. Lecz ostatnio odczuwał naturę tak, że sprawiała mu ona ból. Każdego z tych spokojnych, jasnych, coraz dłuższych dni Jolyon wyruszał na spacer; rączka Holly spoczywała w jego ręku, a przed nimi biegł pies Baltazar, rozglądając się pilnie za czymś, czego nigdy nie znajdował. Jolyon patrzył, jak otwierają się pąki róż, zawiązują owoce na porozpinanych na murach gałęziach, jak światło słoneczne ozłaca liście dębowe i młode pędy w zagajniku; śledził, jak nenufary roztulają lśniące kielichy, jak srebrzy się młody łan pszeniczny; słuchał skowronków i szpaków, patrzył, jak krowy aldernejskie żują paszę i z wolna machają podobnymi do pędzli ogonami. I każdego z tych pięknych dni bezmierne umiłowanie tego wszystkiego sprawiało mu trochę bólu, gdyż w głębi serca czuł, iż niewiele mu już pozostało czasu, by się tym cieszyć. Myślał, że nie minie dziesięć, a może nawet pięć lat – wcześniej, nim wygaśnie w nim ta zdolność miłowania – kiedy pewnego dnia utraci cały ów świat. Wydawało mu się to pewnego rodzaju niesprawiedliwością, która rzucała cień na jego życie. Jeżeli po życiu tym następuje inne życie, nie będzie w nim tego, czego on pragnie: ani Robin Hill, ani kwiatów i ptaków, ani ładnych twarzy – zbyt mało ich miał nawet teraz dokoła siebie! W miarę upływu lat wzrosła jego odraza do wszelkiego mydlenia oczu; wyzbył się od dawna ortodoksyjnych poglądów, podobnie jak bokobrodów, które nosił w latach sześćdziesiątych po prostu jako objaw bujności temperamentu; zachował szacunek dla trzech tylko rzeczy: piękna, uczciwości i poczucia własności, największą wagę przywiązując teraz do piękna. Zawsze prowadził szeroko rozgałęzione interesy i oczywiście mógł wciąż jeszcze czytać „Timesa”, lecz zawsze był gotów go złożyć, gdy usłyszał śpiewającego kosa. Uczciwość i własność – czemuś były nużące; kosy i zachody słońca nigdy go nie nużyły, tylko przejmowały niepokojącym uczuciem, że nigdy ich nie będzie miał dosyć.
Zapatrzonemu w cichą promienność przedwieczerza i w małe złociste i białe kwiatki na gazonie przyszło na myśl, że ta pogoda jest podobna do muzyki z Orfeusza, której słuchał niedawno w Covent Garden. Piękna opera, niepodobna do Meyerbeera, niezupełnie nawet do Mozarta, ale w swoim rodzaju może nawet milsza; coś klasycznego, coś jakby ze Złotego Wieku, czystego i dojrzałego, a Ravogli był „niemal godny dawniejszych czasów” – najwyższa pochwała, jaką Jolyon mógł kogokolwiek obdarzyć. Żal Orfeusza za pięknem, które tracił, za swą miłością schodzącą do Hadesu, jak w życiu miłość i piękno zwykły odchodzić – żal, rozlewny i wibrujący w złotopłynnej muzyce, niepokoił również w tęsknej piękności świata tego wieczoru. Czubkiem kamasza na korkowej podeszwie Jolyon niechcący dotknął żeber psa Baltazara, który obudził się i natychmiast rozpoczął polowanie na pchły; wprawdzie twierdzono, że Baltazar pcheł nie ma, ale nic nie mogło go o tym przekonać. Skończywszy z tym zabiegiem, pies potarł miejsce, które drapał, o łydkę pana, po czym znów się ułożył, oparłszy pysk na niepokojącym go bucie.
I nagle na powierzchnię myśli starego Jolyona wypłynęło wspomnienie – twarz osoby widzianej w operze przed trzema tygodniami – twarz Ireny, żony tego gagatka, jego bratanka Soamesa, tego „posiadacza”! Chociaż Jolyon nie widział Ireny od dnia przyjęcia w starym domu na Stanhope Gate wydanego dla uczczenia nieszczęsnych zaręczyn jego wnuczki June z młodym Bosinneyem, przypomniał ją sobie od razu, gdyż zawsze ją podziwiał – była bardzo piękna. Słyszał, że po śmierci młodego Bosinneya, którego kochanką została w tak oburzających okolicznościach, opuściła natychmiast Soamesa. Bóg raczy wiedzieć, co się od tego czasu z nią działo. Zarys jej twarzy widzianej z profilu w rzędzie krzeseł przed nim był dla Jolyona dosłownie jedynym w ciągu tych trzech lat znakiem, że Irena jeszcze żyje. Nikt nigdy o niej nie wspominał. A jednak Jo powiedział raz o niej coś, co ojca wzburzyło do głębi. Chłopak widocznie dowiedział się o tym od Jerzego Forsyte’a, który widział Bosinneya we mgle w owym dniu, kiedy został przejechany; w świetle tej wiadomości rozpacz młodzieńca stawała się zupełnie zrozumiała. Wiadomość dotyczyła pewnego postępku Soamesa w stosunku do żony – oburzającego postępku! Jo widział ją także tego popołudnia, kiedy już rozeszła się wieść o śmierci Bosinneya, widział przez jedną chwilę, a wedle jego słów, które na zawsze wryły się Jolyonowi w pamięć, wyglądała jak „błędna i nieprzytomna”. Nazajutrz June pojechała do Soamesów – stłumiła swoje uczucia i pojechała. Od zapłakanej służącej dowiedziała się, że jej pani wymknęła się w nocy z domu i znikła. Naprawdę tragiczna historia! Jedno w tym wszystkim nie ulegało wątpliwości: Soames nigdy nie zdołał ponownie zawładnąć Ireną. Zamieszkał w Brighton i dojeżdżał do miasta – dobrze mu tak, temu „posiadaczowi”! Bo kiedy raz stary Jolyon powziął do kogoś antypatię, jak w tym wypadku do swego bratanka – to już na zawsze. Dobrze pamiętał, z jakim uczuciem ulgi posłyszał o zniknięciu Ireny; nie do zniesienia była dlań myśl, że jest uwięziona w tym domu, do którego – w dniu, gdy Jo tam ją zobaczył – musiała wrócić, przeczytawszy na ulicy o „tragicznej śmierci architekta”, wrócić na chwilę, jak ranne zwierzę wraca do swego legowiska. Owego wieczoru w teatrze twarz jej zrobiła na Jolyonie szczególne wrażenie – piękniejsza od tej, którą zachował w pamięci, przypominała maskę, pod którą coś się ukrywa. Była jeszcze młodą kobietą, mogła mieć ze dwadzieścia osiem lat. Ach, cóż! Prawdopodobnie ma teraz innego kochanka. Lecz na tę perwersyjną myśl – gdyż mężatki nie powinny nigdy kochać, nawet raz to za wiele – stopa jego drgnęła, a wraz z nią i głowa psa Baltazara. Mądre zwierzę wstało i spojrzało staremu Jolyonowi w oczy. „Na spacer?” – zdawało się pytać, a stary Jolyon odpowiedział:
– Chodź, stary przyjacielu!
Powoli, jak to było ich zwyczajem, przeszli wśród konstelacji jaskrów i stokrotek i znaleźli się wśród paproci. Zakątek ten, w którym mało co rosło dotychczas, był celowo obniżony poniżej poziomu trawnika, a dalej wznosił się do poziomu innego trawnika, tak by wywołać wrażenie nieregularności, ważne w sztuce ogrodniczej. Obfitujący w kamienie teren paprociarni stanowił ulubione miejsce harców psa Baltazara, który czasem znajdował tam krety. Stary Jolyon umyślnie chadzał tamtędy, bo choć w zakątku tym nie było jeszcze ładnie, chciał do tego doprowadzić. Muszę ściągnąć tu Varra – myślał nieraz – by się temu przyjrzał; zna się lepiej od Beecha. Gdyż rośliny, jak domy i jak ludzkie dolegliwości, wymagają rady najlepszego eksperta. Paprociarnię zamieszkiwały liczne ślimaki. Spacerując z wnuczętami, Jolyon zwykł im wskazywać ślimaka i opowiadać historię o chłopczyku, który prosił: „Ślimak, ślimak, pokaż rogi, dam ci sera na pierogi”. A na pytanie dzieci, czy ślimaki naprawdę jedzą pierogi, Jolyon mrugał filuternie.
Wyszedłszy spośród paproci, otworzył furtkę w żywopłocie wiodącą na najbliższą łąkę, szeroką, wolną przestrzeń o charakterze parkowym, pośród której widniał otoczony ceglanym murem ogród warzywny. Stary Jolyon ominął tę drogę, nie mając w danej chwili ochoty nią iść, i ruszył zboczem wzgórza ku stawowi. Baltazar, który schwytał tu już niejednego szczura wodnego, kręcił się przed panem w sposób charakterystyczny dla starego psa odbywającego co dzień ten sam spacer. Doszedłszy do samego brzegu, stary Jolyon stanął, przypatrując się lilii wodnej, która rozkwitła od wczoraj; chciałby ją nazajutrz pokazać Holly, kiedy „jego maleńka, słodka dziewczynka” przyjdzie do siebie po tym pomidorze, który zjadła na drugie śniadanie – cały jej organizm jest taki delikatny. Teraz, kiedy Jolly poszedł do szkoły – był to pierwszy rok jego nauki – Holly trzymała się dziadka prawie cały dzień i strasznie mu jej dziś brakowało. Poczuł także ten ból, który często mu teraz dokuczał, to lekkie ciągnięcie w lewym boku. Spojrzał za siebie na wzgórze. Naprawdę, temu biedakowi, młodemu Bosinneyowi, niezwykle ten dom się udał; wybiłby się na pewno, gdyby żył! A gdzie jest teraz? Być może wciąż tu się błąka, nawiedzając miejsce swej ostatniej budowy, scenę swej tragicznej miłości. A może duch Filipa Bosinneya rozpłynął się we wszechświecie? Któż to mógł wiedzieć? Ależ ten pies ubłocił sobie łapy! Jolyon ruszył dalej ku zagajnikowi. Rosły tam zawsze cudowne dzwonki, a on znał miejsca, w których spotykało się je i teraz, podobne do skrawków nieba spadłych w cień między drzewa. Minął wybudowane tu obory i kurniki i podążał wąską ścieżką w gąszcz młodych drzewek, ku jednej z kęp dzwonków. Nagle Baltazar, który znów biegł przodem, zawarczał głucho. Stary Jolyon popchnął go nogą, ale pies nie ruszył się, zajmując całą ścieżkę i nie pozostawiając miejsca na przejście, a sierść jeżyła mu się z wolna wzdłuż wełnistego grzbietu. Czy to na widok warczącego i zjeżonego psa, czy na skutek uczucia, którego często człowiek doznaje w lesie – dość, że Jolyona przeszły ciarki. Potem za zakrętem ścieżki ujrzał stary, mchem porosły zwalony pień, a na nim siedzącą kobietę. Twarz miała odwróconą, lecz zanim zdążył pomyśleć: To prywatne grunta – muszę umieścić tablicę z ostrzeżeniem, że tu chodzić nie wolno! – zwróciła się ku niemu. Wielkie nieba! Twarz, którą widział w operze – kobieta, o której dopiero co myślał! W tym momencie, pełen skłóconych uczuć, zobaczył wszystko za mgłą, jak gdyby była widmem; dziwne wrażenie – może skutek gry światła słonecznego padającego ukośnie na jej szarofiołkową suknię! Ona zaś wstała i czekała z uśmiechem, przechyliwszy głowę nieco na bok. Stary Jolyon pomyślał: Jaka ona ładna! Nie odezwała się ani też on się nie odezwał; z pewnego rodzaju podziwem zdał sobie sprawę, dlaczego ona milczy. Przyszła tu najprawdopodobniej pod urokiem jakiegoś wspomnienia i nie chciała szukać wykrętów ni dawać banalnych wyjaśnień.
– Uważaj, żeby pies nie pobrudził ci płaszcza – powiedział Jolyon. – Ma ubłocone łapy. Pójdź tu, do nogi!
Ale pies Baltazar podbiegł do przybyłej, która pogłaskała go po głowie. Stary Jolyon powiedział szybko:
– Widziałem cię w operze któregoś wieczoru. Tyś mnie nie zauważyła.
– Ależ tak, zauważyłam.
Poczuł subtelne pochlebstwo w tej odpowiedzi, jak gdyby dodała: „Czyż stryja można nie zauważyć?”.
– Wszyscy są w Hiszpanii – dorzucił nagle. – Jestem sam. Pojechałem na operę. Ravogli jest doskonały. Czy widziałaś tę oborę?
W sytuacji tak przesiąkniętej tajemnicą i czymś, co było niemal wzruszeniem, instynktownie skierował kroki ku tej części posiadłości. Irena zaś szła za nim. Postać jej kołysała się z lekka, rzekłbyś, sylwetka z francuskiego żurnalu w najlepszym stylu; miała na sobie szarą suknię o liliowym odcieniu. Dostrzegł kilka srebrnych nitek w jej włosach koloru bursztynu, włosach dziwnych u kobiety o ciemnych oczach i bladokremowej cerze. Szybkie, ukośne spojrzenie tych aksamitnych, brunatnych oczu zmieszało go; zdawało się płynąć z jakiejś głębiny, z daleka, z innego niemal świata, a w każdym razie zdawało się należeć do istoty ludzkiej biorącej niewielki udział w sprawach tego świata. I machinalnie zapytał:
– Gdzie mieszkasz teraz?