Wybuchowa feministyczna proza. Jedna z najważniejszych hiszpańskich powieści ostatnich lat.


Ángela, Patricia, Marga i Nati to kuzynki z niepełnosprawnością, które mieszkają razem w mieszkaniu komunalnym w Barcelonie. Codziennie muszą walczyć o zachowanie niezależności i swoją godność, starając się nie pozwolić, by państwo decydowało o każdym aspekcie ich życia. Ich strategie oporu to m.in. anarchistyczne zebrania i podziemne ziny, taniec i promiskuityzm.

Wściekle inteligentna i zabawna “Lektura uproszczona” jest oskarżeniem instytucji i języka, który marginalizuje osoby z niepełnosprawnością. To także portret – wyrazisty, żywy i waleczny – współczesnej Barcelony. Ale przede wszystkim powieść Cristiny Morales stanowi celebrację ciała we wszystkich jego formach – to hymn na cześć kobiecych pragnień, queerowej seksualności, a także transgresywnej i rewolucyjnej siły języka.

“Lektura uproszczona”, czwarta powieść Cristiny Morales, została nagrodzona prestiżowymi Premio Herralde i Premio Nacional de Narrativa i stała się bestsellerem w Hiszpanii.

Cristina Morales (Grenada, 1985) – jest magistrą prawa i nauk politycznych oraz członkinią grupy tańca współczesnego Iniciativa Sexual Femenina. Opublikowała jeden zbiór opowiadań i cztery powieści. Ostatnia z nich, Lektura uproszczona, została w roku 2018 nagrodzona Premio Herralde de Novela, w 2019 roku Premio Nacional de Narrativa hiszpańskiego Ministerstwa Kultury, a w roku 2022 Internationalen Literaturpreis des Hauses der Kulturen der Welt Ministerstwa Kultury Niemiec (było to pierwsze hiszpańskie dzieło literackie wyróżnione tą nagrodą). W 2021 roku trafiła na publikowaną przez magazyn literacki Granta listę najlepszych autorów i autorek hiszpańskojęzycznych poniżej 35. roku życia. Jej twórczość, tłumaczoną na kilkanaście języków, adaptowano na potrzeby filmu, teatru i telewizji.

Cristina Morales
Lektura uproszczona
Przekład: Katarzyna Okrasko i Agata Ostrowska
Wydawnictwo ArtRage
Premiera: 26 lutego 2024
 
 


W skroniach mam zamontowane bramki. Zamykają się, zsuwając z obu stron do środka, jak bramki na stacji metra, i zasłaniają mi twarz. Można pokazać to rękami, to jak zabawa z dzieckiem w „a kuku!”. Gdzie mamusia, gdzie mamusia? Tuuutaj! – wtedy dłonie się rozsuwają i maluch wybucha śmiechem. Bramki w moich skroniach są jednak zrobione nie z dłoni, ale z gładkiego, wytrzymałego i przezroczystego materiału, z gumowymi uszczelkami zapewniającymi amortyzację podczas otwierania i zamykania, a także hermetyczność. Czyli w zasadzie są to bramki w metrze. Świetnie widać, co dzieje się po drugiej stronie, jednak są zbyt wysokie i śliskie, żeby dało się przez nie przejść górą, nie można też przejść dołem. Tak samo jest ze mną: kiedy moje bramki się zamykają, twarz zasłania mi twarda, przezroczysta maska, zza której mogę swobodnie patrzeć i mnie także dobrze widać, wydaje się też, że między mną a światem zewnętrznym nic nie ma, ale w rzeczywistości następuje zakłócenie przepływu informacji między obiema stronami i odbywa się wymiana wyłącznie podstawowych bodźców, niezbędnych do przetrwania. Żeby obejść bramki na stacji metra, trzeba się wdrapać na te maszynki do kasowania biletów umieszczone między nimi. Albo kupić bilet, rzecz jasna.
Czasami te moje bramki nie są twardą, przezroczystą maską, lecz szybą wystawową – widzę przez nią rzeczy, których nie mogłabym kupić, albo to na mnie ktoś się patrzy i pragnie mnie sobie kupić. Kiedy mówię o tych bramkach, nie jest to przenośnia. Staram się za wszelką cenę wyrażać się dosłownie, wytłumaczyć działanie pewnego mechanizmu. W dzieciństwie nie rozumiałam tekstów piosenek, bo roi się w nich od eufemizmów, metafor, elips, od całej tej wstrętnej retoryki, wstrętnych, z góry ustalonych ram znaczeniowych, tak że w słowach „kobieta na kobietę” nie chodzi, jak się okazuje, o scysję między dwiema kobietami, ale o seks. Jakie to pokrętne, fałszywe i chore. Gdyby chociaż śpiewali tam „kobieta z kobietą”… Ale nie, trzeba w jak najbardziej zawoalowany sposób przekazać, że to dwie kobitki liżą się po cipach.
Moje bramki to nie jest żadna metafora, obrazowe opisanie psychologicznej bariery oddzielającej mnie od świata. Te bramki widać gołym okiem. W obu skroniach mam wysuwane zawiasy. Od skroni aż do żuchwy biegną szczeliny, z których skrzydła bramek wysuwają się, a następnie w nich znikają. Gdy są otwarte, bramki chowają się w mojej twarzy i każda zajmuje swoją połowę, identyczną, tylko w lustrzanym odbiciu: pół czoła, jedno oko, pół nosa i jedna dziurka, jeden policzek, pół ust i pół podbródka.
Ostatnio bramki zamknęły się przedwczoraj, podczas zajęć z tańca współczesnego. Prowadząca najpierw zatańczyła dla siebie, przez jakieś sześć, siedem zawrotnych, rozkosznych sekund, a potem powtórzyła układ dla nas, trochę wolniej, bo musiałyśmy go zapamiętać i powtórzyć. Znowu wcisnęła PLAY i stanęła przed lustrem, żebyśmy naśladowały jej ruchy. Przychodzi mi to bez trudu, o ile wykonuje układ powoli. Naśladuję kolejne ruchy z góra sekundowym opóźnieniem, które pozwala mi zerknąć na nią kątem oka i zapamiętać, co będzie potem, ale wykonuję je dokładnie i zdecydowanie, co sprawia mi satysfakcję i pozwala uważać się za dobrą tancerkę. Jestem dobrą tancerką. Ale tym razem prowadząca wolała tańczyć niż uczyć i nie mogłam za nią nadążyć. Odliczyła: pięć, sześć, siedem, osiem, i wystartowała. Włosy powiewały jej na wietrze wytworzonym przez jej własny ruch. Nazywała kolejne kroki, przekrzykując muzykę i ani na chwilę nie zwalniając. Uruchomiły się zawiasy, poliuretanowe szyby gładko i bezgłośnie wysunęły się z mojej twarzy i szczelnie zamknęły. Teraz nie tańczę, tylko miotam się nieporadnie. Jedne kroki wykonuję do połowy, inne pomijam, naśladuję sprawniejsze koleżanki, próbując wskoczyć w rytm, a w końcu daję sobie spokój i podczas gdy reszta uczestniczek tańczy, opieram się o ścianę i tylko na nie patrzę. Mogłoby się wydawać, że przyglądam się im uważnie, żeby nauczyć się układu, ale nic podobnego. Nie próbuję rozplątać kłębka złożonego z sekwencji kroków, nie chwytam za końcówkę nici, żeby nie zgubić się w labiryncie tańca. Raczej bawię się tym kłębkiem jak kotka, skupiając uwagę na wyglądzie ciał i strojów moich koleżanek z zajęć.
Wśród siedmiu czy ośmiu uczestniczek jest też jeden uczestnik. To mężczyzna, ale przede wszystkim samiec, który nieustannie demonstruje swoją męskość na tle grupy kobiet. Chodzi w spranych ciuchach, ma długie włosy i zaniedbany zarost, ciągle peroruje o znaczeniu kultury i społeczności. Słowem: faszysta. Faszysta i samiec to dla mnie synonimy. Tańczy strasznie sztywno, jak drewniana kukła. Nie należy go za to krytykować, tak jak mnie za moje bramki, które wszystkie uczestniczki zauważyły, ale zostawiły mnie w spokoju. Samiec udawał jednak, że ich nie widzi, więc kiedy skończył się układ, od którego się odłączyłam, podszedł do mnie, żeby mi wytłumaczyć, gdzie się pomyliłam, i zaoferować, że skoryguje moje błędy. Nie tylko ciało ma z drewna, ale mózg chyba też, a to już akurat podlega krytyce. No, tak, mhm, aha – odpowiadałam, nie ruszając się z miejsca. Jeśli będziesz miała jakieś wątpliwości, możesz mnie zawsze spytać – podsumował z uśmiechem. Matko kochana, całe szczęście, że bramki były zamknięte i ta jego samczość docierała do mnie stłumiona przez całkowity brak zainteresowania otoczeniem. To świetny przykład sytuacji, gdy bramki pełnią funkcję szyby wystawowej, za którą jestem nietykalna.
Nie chodzi o to, że przedwczoraj nie umiałam naśladować układu, po prostu nie chciałam tego robić, po prostu nie miałam ochoty tańczyć w skoordynowany sposób z siedmioma obcymi babami i jednym samcem, nie miałam ochoty ułatwiać prowadzącej masturbowania się niespełnionymi marzeniami o występach w balecie, po których została jej tylko posada nauczycielki tańca w dzielnicowym domu kultury, i nie miałam ochoty odgrywać szopki, że tańczymy na poziomie profesjonalnego zespołu baletowego, podczas gdy w rzeczywistości jesteśmy tylko zbieraniną kobitek w świetlicy dla dorosłych, a ludzie po prostu nie rozumieją, że można z własnej woli czegoś nie robić.
Nie wiem, czy było mi lepiej za czasów totalitarnej władzy państwa, ale pierdolić totalitaryzm rynku – mówi moja kuzynka, która rozpłakała się dziś na spotkaniu PAH[1], bo dowiedziała się, że wynajem mieszkania socjalnego przysługuje osobom zarabiającym co najmniej 1025 euro miesięcznie. Nie płacz, Marga – powiedziałam, podając jej chusteczkę. Pociesz się, że teraz przynajmniej rynek nosi żeńskie imię: to totalitaryzm Mercadony, gdzie kamery monitoringu znajdują się nie w alejkach supermarketu, ale nad głowami pracowników, dzięki czemu możemy zwinąć dezodorant i podpaski, a nawet powyjmować prezerwatywy z opakowań z etykietami antykradzieżowymi, i wynieść wszystko w kieszeniach. Mówiłam już Margaricie, żeby przerzuciła się na kubeczek menstruacyjny, to nie będzie musiała już więcej kraść tamponów i podpasek, dzięki czemu zostanie jej w kieszeniach miejsce na inne rzeczy, na przykład miód czy tak drogie colacao. Ona mi na to, że kubeczek kosztuje trzydzieści euro, a ona nie ma takich pieniędzy, poza tym tych kubeczków nie sprzedają w supermarketach, tylko w aptekach, a w aptekach trudno jest kraść, bo tam akurat kamery są skierowane na klientów, poza tym dzwonek przy drzwiach brzęczy za każdym razem, kiedy ktoś wchodzi albo wychodzi. Chciałam ukraść kubeczek dla koleżanki na urodziny i naprawdę nie mogłam nigdzie znaleźć, nawet w El Corte Inglés, a w aptekach za bardzo pilnują. No a w jakiejś dyżurnej aptece w nocy i kiedy za ladą stoi stary dziadek? Ty za to powinnaś przestać kraść kondomy i przerzucić się na pigułki – mówi ona – bo odpakowywanie tych pudełek z czterdziestu warstw folii zajmuje ci wieki i strasznie się rzuca w oczy. Mowy nie ma, nie zamierzam się szprycować hormonami, nie będę łykać prochów tylko po to, żeby jakiś samiec mógł sobie skończyć w środku. Za chuja nie rozumiem, co jest takiego emancypującego w pigułkach. Dermatolodzy przepisują je dziewczynkom, żeby nie miały pryszczy, bo przecież trądzik młodzieńczy jest chorobą, a nie po to, żeby ładniej wyglądały albo żeby były zbiornikami na spermę. Nie rozumiem tego, przecież tu chodzi o zdrowie naszej młodzieży. Nie można się ruchać na prawo i lewo bez prezerwatyw, Marga, przecież są jeszcze choroby przenoszone drogą płciową. Aha, czyli to niby są prawdziwe choroby, tak? – pyta. A nie? – odpowiadam pytaniem. Przecież AIDS nie istnieje, Nati, co ty opowiadasz. Mniej niż jeden procent populacji. Każdego roku w Hiszpanii więcej osób popełnia samobójstwo, niż dostaje diagnozę AIDS. Tyle że ja się nie rucham z Hiszpanami, Marga, bo to wszystko są faszyści. Ja pierdolę, Nati, jesteś świętsza od papieża. A ty jesteś hipiską, obetnijże se wreszcie te kudły.
Na kolejnych zajęciach w świetlicy dla dorosłych (ŚWID) na Barcelonecie inna nauczycielka tańca współczesnego kazała nam zdjąć skarpetki. Miałyśmy ćwiczyć piruety, więc nie chciała, żeby ktoś się poślizgnął. Wszystkie zdjęły skarpetki poza mną, bo na paluchu prawej stopy miałam gojący się pęcherz. Nauczycielka powtórzyła zakamuflowany rozkaz. Zakamuflowany z dwóch powodów. Po pierwsze, nie powiedziała „zdejmijcie skarpetki”, ale „zdejmujemy skarpetki”, czyli nie wydała rozkazu, tylko oznajmiła jego rezultat, unikając tym samym konieczności użycia nieprzyjemnego trybu rozkazującego. Po drugie, kamuflaż polegał na tym, że nie zwróciła się do nas jako do odrębnej grupy, którą stanowimy na każdych zajęciach, czy to z tańca, czy z prawa administracyjnego, uczestniczki kontra prowadząca. Powiedziała „zdejmujemy skarpetki”, a nie „zdejmijcie skarpetki”, włączając siebie do odrębnej grupy, a tym samym eliminując odrębność, tworząc fałszywe „my”, w którym prowadząca i uczestniczki zlewają się w jedno.
Powtórzyła swój zakamuflowany rozkaz, nadal go kamuflując: jako jedyna osoba na sali wciąż miałam na stopach skarpetki, ale zamiast powiedzieć „zdejmij skarpetki”, powtórzyła wersję w pierwszej osobie liczby mnogiej – „zdejmujemy skarpetki”. Ukrywała już nie tylko tryb rozkazujący i drugą osobę, lecz także fakt, że raptem jedna jedyna uczennica wykazała się nieposłuszeństwem. Gdyby więcej osób zostało w skarpetkach, prowadząca zrozumiałaby, że istnieje jakiś powód, istotny choćby dla najmniejszej mniejszości, który kazał im zachować się inaczej niż reszta, i zaakceptowałaby tę odmienność. Nieposłuszeństwo grupy mniejszościowej może zostać uszanowane. Nieposłuszeństwo jednostki – nie. Wszyscy patrzyli na gołe stopy pozostałych. Jestem krótkowidzką, a do tańca zdejmuję okulary, więc nie mogę potwierdzić z całkowitą pewnością, że wszystkie spojrzenia skupiły się na moich skarpetkach. Na szczęście szyby w mojej bramce są jak szkła korekcyjne, 2,25 dioptrii w prawym skrzydle i 3,10 w lewym, tak że wyraźnie dostrzegam faszyzm, przed którym mnie chronią.
Po mojej dwukrotnej odmowie spełnienia zakamuflowanego rozkazu szwedzka nauczycielka tańca Tina Johannes najwyraźniej doszła do wniosku, że oprócz krótkowzroczności cierpię też na głuchotę albo nie mówię po hiszpańsku. Włączyła muzykę i kiedy zaczęłyśmy ćwiczyć piruety, ona, wiedziona empatią i odruchem serca, podeszła do mnie i przerywając mi w połowie niezgrabnego obrotu, zwróciła się do mnie tym razem już we właściwej osobie gramatycznej.
– Dobrze się czujesz?
– Co?
– Rozumiesz po hiszpańsku?
– Tak, tak.
– Ale nie zdjęłaś skarpetek.
– Bo mam skaleczoną stopę.
– Ach, jasne, jasne – odparła, cofając się o krok i unosząc ręce w geście przeprosin, geście zażegnania konfliktu, geście mówiącym: nie mam żadnej broni ukrytej w legginsach.
I chuj strzelił piruety. Teraz już mogłam wyłącznie przyglądać się uważnie otoczeniu, obserwować pozostałe uczestniczki zajęć, Tinę Johannes, siebie samą. Szlag trafił złudzenie, że uczę się tańczyć. Szlag trafił cztery euro za godzinę, bo tyle płacę ze zniżką dla bezrobotnych. Te cztery euro mogłabym wydać na pociąg na uniwerek i z powrotem i na uczelnianej sali prób sama tańczyć mambo, nago. Te cztery euro mogłabym wydać na cztery piwa w ogródku u Chińczyka i tym sposobem albo zacząć imprezę, albo skończyć nieprzytomna w łóżku, nie myśląc o śmierci. Jestem w świetlicy dla dorosłych (ŚWID). Wszyscy poza mną głosują na lewicową Podemos albo separatystyczną CUP. Tina Johannes jest autorytetem. Ja jestem bękartystką, ale z bowarystyczną przeszłością, i przez to pieprzone dziedzictwo wciąż jeszcze myślę o śmierci, co oznacza, że już jestem martwa.
Nie możesz przeskoczyć przez bramki na dworcu, żeby pojechać na uniwerek? To bardzo ryzykowne, podróż trwa długo i trzeba przez dwanaście stacji uważać na konduktora, żeby zdążyć przed nim uciec, a przez to kotłuje mi się w brzuchu z nerwów i chce mi się srać, i przez te dwanaście stacji muszę się powstrzymywać. Zaczynam po cichu puszczać bąki, wiercąc się na siedzeniu i zaciskając dupę, żeby nie było słychać, i wstydząc się tego smrodu. Kiedyś dojechałam na uniwerek z obsranymi majtkami. Kiedy już wypuści się trochę gówna, łatwiej jest wytrzymać, ale trzeba przejechać jeszcze sześć stacji ze smużką kupy na tyłku. W pociągu nie ma toalety? Nie, w krótkobieżnych pociągach kolei katalońskich nie ma toalet. Sikanie, sranie i ruchanie trzeba załatwić przed podróżą. W pociągach zarządzanych bezpośrednio przez koleje państwowe i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych – owszem, są toalety. Na trasie z Kadyksu do Jerez, porównywalnej długości co ta z miasta na uniwerek, można się bzyknąć w kiblu. Wniosek może być tylko jeden: brak łazienek to kolejne narzędzie opresji, a w kwestii toalet w pociągach Generalitat[2] jest bardziej totalitarna niż państwo hiszpańskie.
Powiedz no mi, Angelito, czytam ci w myślach, ale chciałabym to od ciebie usłyszeć: Tina Johannes prosiła, żebyś zdjęła skarpetki dla własnego dobra (Angelita nie powiedziała „Tina Johannes”, tylko „nauczycielka”). Żebyś się nie poślizgnęła. Nie przewróciła i nie zrobiła sobie krzywdy. Żebyś lepiej tańczyła. Tak jak tamten chłopak na innych zajęciach, kiedy pogubiłaś się w układzie (nie powiedziała „w układzie”, tylko „w tańcu”). Zawsze przesadzasz. Nie masz ani krztyny empatii (wcale tak nie powiedziała, powiedziała: „Nie potrafisz postawić się na czyimś miejscu i jesteś samolubna”). Zapłaciłaś za kurs tańca współczesnego, więc zapłaciłaś za to, żeby wykonywać rozkazy (tego też nie powiedziała, powiedziała: „Po co zapisywać się na zajęcia z tańca, skoro nie chcesz się nauczyć kroków?”). Chciałabyś (tu akurat cytuję dokładnie) mieć ciastko i zjeść ciastko, Nati, a poza tym zachowujesz się trochę jak hiszpańska nacjonalistka. Na to właśnie czekałam, Angelito! Właśnie to chciałam dziś wydrukować sobie na koszulce i wyjść na miasto. Dzięki, dzięki, dzięki! (Naburmuszyła się, bo zwróciłam się do niej pierwotnym hiszpańskim imieniem, a nie nowo przyjętym katalońskim, Àngels, do tego użyłam zdrobnienia). Nati, ludzie wybaczają ci twój reakcjonizm tylko dlatego, że jesteś niebrzydka (w rzeczywistości powiedziała: „Zachowujesz się jak rozpuszczony bachor, ale nikt nie powie ci złego słowa, bo jesteś laską”). Gdybyś była brzydsza albo w ogóle paskudna, to wszyscy traktowaliby cię jak trędowatą (czy raczej: „Gdybyś była brzydka, stara albo tłusta, byłoby im cię żal i nie zwracaliby na ciebie uwagi”). Mylisz się – odpowiedziałam. Grubo się mylisz. Niebrzydka dziewczyna – nie zagłębiajmy się, czy tylko ładna, czy wręcz piękna – nie ma prawa do radykalizmu. Na co taka ładna dziewczyna miałaby się uskarżać? Jak to możliwe, żeby z takim wyglądem była niezadowolona z życia? Jak mogłaby z tak piękną twarzą rzucać mięsem, przecież to takie nieładne, zwłaszcza u ładnej dziewczyny. Jak ona śmie potępiać moje gwizdanie czy zaczepianie na ulicy, skoro ja tylko chcę dziwkę skomplementować? Inna odmiana cenzurowania radykalizmu ładnych dziewczyn jest zbliżona do tego, co sama właśnie powiedziałaś: krytykują, bo są ładne, mogą sobie na więcej pozwolić, bo są ładne, a skoro są ładne, skoro stanowią ładne opakowanie dla kontestacji, ludzie ich słuchają. Ale ostrożnie, Angelito, bo to jest gówno warte, nie więcej niż te nędzne drobniaki, które mamy przy sobie! Takie bzdury wygadują dwudziestoparoletnie hipiski z kwiatami we włosach, o wymiarach modelek, które pokazują cycki w parlamencie i Watykanie, a zamiast Femen powinny się raczej nazywać Spermen, na cześć nocnych polucji, które wywołują u orędowników patriarchatu, rzekomo z nim walcząc.
Uwielbiam pić z Ángelą, bo chociaż nie widać tego z zewnątrz, to w środku rozpędzamy się do zawrotnych prędkości, gadamy jak najęte, ona coraz bardziej się jąka i w końcu spychamy na margines trzecią uczestniczkę naszych małych spotkań, bo niemal zawsze bierze w nich udział ten sam skład: Ángela, Marga i ja. Czasem dołącza do nas też moja przyrodnia siostra Patricia z koleżankami, dziewczynami ze Spermenu, albo z kolegami, ale nie wiem, czy są maczo, bo nie są z Hiszpanii, a poza tym nigdy z żadnym nie rozmawiałam dłużej niż kwadrans, bo są z bohemy, a więc jeszcze bardziej nieznośni niż dziewczyny ze Spermenu, ich naturalne towarzyszki broni. Ale jedyny raz, kiedy moja przyrodnia siostra pokazała publicznie swoje maciupkie cycki, sutki jak żółtka jajka sterczące z płaskiej klatki piersiowej, był przy kasie z biletami na spektakl pornoterrorystów, za namową kasjerki, która powiedziała jej, że jeśli pokaże cycki, to wejdzie za darmo.

[1] Plataforma de Afectados por la Hipoteca (Platforma Ofiar Kredytów Hipotecznych) – stowarzyszenie powstałe w 2009 roku, aby nieść pomoc osobom mającym trudności ze spłatą kredytu hipotecznego wskutek kryzysu na rynku nieruchomości, a także walczyć o konstytucyjne prawo do mieszkania dla wszystkich [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczek].

[2] Generalitat de Catalunya – władze regionu autonomicznego Katalonii.

Marga w ogóle nic nie czyta, ani gazet w poczekalni, ani nawet tych kolorowych magazynów u fryzjera, w których są tylko zdjęcia różnych cięć i stylizacji, tak że wykazała się naprawdę wielką wspaniałomyślnością, kiedy pofatygowała się, żeby przynieść mi fanzin z kolektywu anarchistycznego, do którego skierowali ją w PAH. Autorzy fanzinu przywołują tę szczęśliwą chwilę, w której Boliwijka María Galindo ukuła koncepcję bękartyzmu i przedstawiła ją na stronach 106 i 107 swojej książki Feminismo urgente. ¡A despatriarcar!, wydanej w 2013 roku w Buenos Aires:
Jako że pożądanie nigdy nie krążyło ani nie krąży swobodnie w społeczeństwie, gdyż dyscyplinowano je kolonialnym kodeksem dominacji, nie możemy mówić o metysażu.
Właśnie z powodu tej kolonialnej domestykacji seksualnego pożądania zamiast o metysażu wolę mówić o bękartyzmie. Owszem, doszło do zmieszania ras i kultur, owszem, proces ten był tak powszechny, że objął całe społeczeństwo, ale nie przebiegał on swobodnie ani horyzontalnie, lecz było to mieszanie wymuszone, narzucone, brutalne lub potajemne, a jego prawowitość opierała się na szantażu, inwigilacji i poniżaniu. Metysaż to półprawda, a kiedy odrzeć ją z zasłony wstydu i hipokryzji, zostanie bękartyzm. Półprawda, która po zmyciu makijażu i zrzuceniu przebrania nazywa się bękartyzmem.
Metysaż to półprawda o pewnym zjawisku społecznym, brutalnie skonfliktowanym, dotkliwie nierozwiązanym, żarliwie nieprawowitym i po stokroć zakazanym. Możliwość nazwania tego zjawiska po imieniu jest niezwykle wyzwalająca, podobnie jak powiedzenie, że tu nie ma żadnych Metysek, tylko bękartki. Status białych kobiet, tak samo jak status Indianek, stanowi wyłącznie coś w rodzaju fikcyjnej osłony, która ma zakryć coś znacznie nieprzyjemniejszego, a mianowicie pozostające bez odpowiedzi pytanie o pochodzenie.
Można by powiedzieć, że wyznaję ideologię bękartyzmu, choć autorka tego terminu gardzi koncepcją ideologii, gdyż uważa ją za zbyt awangardową i akademicką, a więc opartą na hierarchicznych, patriarchalnych strukturach. Zresztą María Galindo ani słowem nie wspomina o bękartystkach, mówi tylko o najzwyklejszych bękartkach. To ja wymyśliłam określenie „bękartystka”, z charakterystyczną końcówką „-ystka”, określającą kogoś, kto wyznaje jakąś ideologię.
Kilka miesięcy temu miałam przyjemność wysłuchać wykładu Galindo w Muzeum Sztuki Współczesnej w Barcelonie i te kilka miesięcy wystarczyło, żeby jej książki, nie do dostania w Hiszpanii i dlatego przywiezione przez nią z Boliwii, zostały przedrukowane w formie fanzinów i rozdystrybuowane w kręgach anarchistycznych. Chociaż są bardzo tanie (dziesięć euro za liczące ponad dwieście stron książki z kolorowymi fotografiami, a nawet z załączoną płytą DVD), nie mam pieniędzy, a nie zamierzałam kraść książek autorki, której wykład poruszył mnie do łez. Z początku sądziłam, że płaczę z tego samego powodu, z jakiego płaczą nowo narodzone dzieci: z powodu przejścia z jednego życia w drugie, przejścia z ciemności do światła. Taki płacz świadczy jednak o bólu, a słowa Galindo nie zrobiły mi krzywdy, nie, one mnie pogłaskały, przytuliły, kochały się ze mną, tak jak wyrozumiała, bardziej doświadczona kochanka kocha się z mniej doświadczoną, a może nawet z dziewicą. Byłam dziewicą w kwestii świadomości bękarckiej. Galindo nie upatruje w bólu i traumie źródła wyzwolenia. Płakałam więc z rozkoszy. W tym konkretnym przypadku z rozkoszy upolitycznienia czy też z przyjemności związanej z wyrwaniem się z bagna podporządkowania. Z rozkoszy znalezienia swojego palca wskazującego, wyciągnięcia go i wskazania nim tego, który mnie sobie podporządkował. Nauczyć się wskazywania palcem, z ofiary zmienić się w podmiot – to właśnie taka rozkosz. Upolityczniłam się błyskawicznie, w ciągu tych zaledwie pięćdziesięciu minut wykładu Maríi Galindo.
Osoba o poglądach lewicowych, ale eurocentrycznych, mogłaby powiedzieć, że Galindo mówi o społeczeństwie Boliwii, a kontekstu tego nie da się przełożyć na moją barcelońską sytuację opresji. Na takie białocentryczne zarzuty należy odpowiedzieć następująco: A czy ty żyłaś w Anglii w 1848 roku? I nie odwołujesz się przypadkiem do dziadziusia Marksa za każdym razem, gdy mówisz o klasach społecznych? A może siedziałaś w latach trzydziestych w gułagu? I co, przeszkadza ci to powoływać się na autorytarnego Trockiego? A może nie zbudowałaś sobie w domu świeckiego ołtarzyka dla Simone de Beauvoir i Simone Weil, tych rozkosznych burżujek, choć przecież nie urodziłaś się w międzywojennym Paryżu ani Berlinie? Taka lewaczka najwyraźniej uważa za uniwersalne wyłącznie teorie polityczne pochodzące z globalnego Zachodu, w nich taka feministka-faszystka nie dopatruje się problemów z kontekstem. Trzeba tej dzbanicy przypomnieć, że na peryferiach postępu także formułuje się teorie, pisze się o nich prace naukowe i stosuje się je w praktyce, a jeśli nie jest ona prozachodnią smarkulą, będzie potrafiła dostrzec moc promieniującą z tych peryferii postępu aż do naszych przedmieść. Mówię o bękartyzmie, a nie o bękartkach, żeby uczynić z niego teorię, która wykracza poza lokalny kontekst, co proponuje zresztą sama María Galindo, i która przemówiła do mojej duszy mimo dziewięciu tysięcy kilometrów dzielących mnie od miejsca jej powstania.
Wcześniej, bez żadnej ceremonii otwarcia, założyłam Klub Bowarystek, zwanych też Bowariatkami, wyznających bowaryzm lub bowariactwo, w zależności od stopnia głupoty, z jaką oddawałyśmy się uniesieniom miłosnym. Było nas cztery, z czego tylko jedna przeczytała Panią Bovary, ja za to jako jedyna widziałam obie ekranizacje, ale przez książkę nie przebrnęłam, bo mimo ogromnego zapału i żarliwego szacunku dla historii literatury utknęłam na czternastej stronie. Tymczasem ekranizacje okazały się ciekawe i inspirujące. W jednym z filmów pani Bovary jest blondynką, w drugim brunetką. Pozostałe dwie członkinie klubu cierpiały na syndrom bowarystyczny w mniejszym i większym stopniu, a o Pani Bovary wiedziały tylko tyle, ile opowiedziałyśmy im ja i jedyna wśród nas czytelniczka książki. Uważam, że przejście od bowaryzmu do bękartyzmu jest czymś normalnym i świadczy o dojrzałości. Uważam także, że niedokończenie lektury Pani Bovary również świadczy o dojrzałości i stanowi pierwszy krok na ścieżce bękartyzmu.
Okres bowaryzmu w moim życiu przypadł na czas studiów, apogeum osiągnął, kiedy zrobiłam magisterkę, dobiegł zaś końca, gdy dołączyłam do grupy badawczej, żeby zrobić doktorat. Teraz, patrząc z perspektywy czasu, zauważam, że bardzo wcześnie zaczęłam słyszeć podszepty sumienia na temat świadomości bękarckiej. Pamiętam, jak któregoś popołudnia uczyłam się do egzaminu z baletu na koniec trzeciego roku i po raz pierwszy odczułam na własnej skórze, co znaczy alienacja. A w zasadzie po raz drugi. Pierwszy miał miejsce cztery lata wcześniej, kiedy jako szesnastolatka brałam udział w manifestacjach antywojennych w związku z drugą inwazją USA na Irak. Tak jak w przypadku czytania Pani Bovary, po kwadransie maszerowania w tłumie poczułam, że muszę wyjść. Niewątpliwie bękartystyczne posunięcie.
Alienacja może być dwojaka: pierwotna, opisana przez dziadka Marksa, oraz oparta na niej, ale dostosowana do osobistych okoliczności ucisku każdej z nas. Według dziadziusia Karola alienacja polega na oddzieleniu robotnika od przedmiotu, który wytwarza. Według mnie alienacja oznacza utożsamienie naszych pragnień i interesów z pragnieniami i interesami władzy. Nie chodzi jednak o to utożsamienie, z którym przecież nieustannie mamy do czynienia w demokracji: wierzymy, że udział w wyborach przyniesie nam korzyść, więc głosujemy. Wierzymy, że zyski przedsiębiorstwa przełożą się na nasze zyski, więc pracujemy wydajnie. Wierzymy, że recykling jest dla nas dobry, więc mamy cztery osobne worki na śmieci na trzydziestu metrach kwadratowych. Wierzymy, że pacyfizm jest najlepszą odpowiedzią na przemoc, więc tachamy bębny przez dziesięć kilometrów, grając batucadę na manifestacji. Nie chodzi o to żenujące życie obywatelskie, ale uświadomienie sobie, że od momentu, gdy wstaniemy z łóżka, do momentu, kiedy położymy się spać, robimy to, co nam każą, ba, nawet w nocy jesteśmy posłuszne, bo śpimy siedem lub osiem godzin w tygodniu i dziesięć lub dwanaście w weekendy, przesypiamy całą noc, nie pozwalając sobie na bezsenność, śpimy w nocy, nie pozwalając sobie na sjestę, a niespanie w wyznaczonych godzinach lub spanie w niewyznaczonych uważane jest za defekt: bezsenność, narkolepsję, lenistwo, depresję, stres. W obliczu tej wszechobecnej obywatelskiej radości mogą zdarzyć się trzy rzeczy. Pierwsza możliwość jest taka, że nie orientujesz się, jak bardzo jesteś posłuszna, toteż nigdy nie odczujesz alienacji. Będziesz obywatelką o określonych preferencjach wyborczych i seksualnych. Innymi słowy, będziesz się nadal uczyła do egzaminu z baletu na koniec trzeciego roku, bo taki masz obowiązek i dali ci stypendium. Nadal będziesz też krzyczała na demonstracjach, że dość przelewu krwi za ropę, że ratujmy opiekę zdrowotną, że nie-pod-leg-łość, bo przecież żyjesz w systemie demokratycznym i masz prawo do wolności wypowiedzi.
Druga możliwość: orientujesz się, jak bardzo jesteś posłuszna, ale się tym nie przejmujesz. Nie czujesz alienacji, bo usprawiedliwiasz narzucone ci posłuszeństwo. Podpisujesz się pod stwierdzeniem, że lepszego systemu jeszcze nikt nie wymyślił, a w wyborach zawsze można głosować na mniejsze zło. Zawsze stoisz na straży wspólnego dobra. Nadal studiujesz balet, bo nie masz innego wyjścia, bo to lepsze niż stanie za barem, bo w przyszłości chcesz mieć porządną pracę. Nadal krzyczysz na demonstracjach, że chodniki dla pieszych, że ratujmy edukację, że je-bać ka-pi-ta-lizm, bo wierzysz, że trzeba wyjść na ulice, które przecież należą do ciebie.
Trzecia możliwość: orientujesz się, jak bardzo jesteś posłuszna, i nie możesz tego znieść. Wówczas odczuwasz alienację. Gratulujemy! Nie znosisz ustawiać się w kolejce do płacenia. Kazać ludziom ustawiać się w kolejce do płacenia, podczas gdy to tamci powinni się ustawiać w kolejce do pobierania opłat, to szczyt alienacji! Nie znosisz niedziel wyborczych. Elektorat zakłada odświętne stroje, spotyka się z sąsiadem i mówi, na kogo głosuje i dlaczego, dokładnie czyta karty do głosowania, pozwala sobie na minimalny cień wątpliwości co do swojego wyboru, ale w końcu i tak głosuje na kandydata, którego upatrzył sobie już wcześniej. Wyborcy przychodzą z dziećmi, dzieci bawią się z innymi dziećmi, biegają, rodzice biorą je na ręce, żeby to one mogły wrzucić kartę do urny, a jeśli są już podrośnięte, to wrzucają ją bez niczyjej pomocy. Niektórzy nawet biorą sobie na pamiątkę po jednej karcie do głosowania, bo je kolekcjonują. Potem wychodzą i idą gdzieś na piwo, jeśli jest ładna pogoda, to siadają w ogródku knajpy. Święto demokracji! Nieważne, kto wygra, zawsze zwycięży demokracja! Podczas ostatnich eurowyborów poszłam do komisji wyborczej, żeby utwierdzić się w obrzydzeniu do całej tej szopki, i wszyscy gapili mi się na cycki. Byłam w obcisłej koszulce bez stanika. Porządni obywatele i obywatelki, radośni uczestnicy demokratycznego procesu, prowadzili ożywione niedzielne pogaduszki, pierdolili kocopoły, a tymczasem ich wzrok odrywał się od twarzy rozmówcy i wędrował na moje sutki, odrywał się od karty do głosowania i wędrował na moje sutki, pruderyjni beneficjenci i pruderyjne beneficjentki prostytucji, choć oni oczywiście nigdy by nie poszli na dziwki (co oczywiście nie przeszkadzało im regularnie rżnąć swoich żon i narzeczonych, kiedy one wyraźnie nie miały na to ochoty), a one w życiu nie przyjęłyby wprost zapłaty za seks (co oczywiście nie przeszkadzało im pozwalać się rżnąć swoim mężom i narzeczonym, kiedy wcale nie miały na to ochoty, ale czuły się zobowiązane z uwagi na zawartą umowę o świadczenie usług seksualno-miłosnych). Oni, dziwkarze. One, kelnerki podające dziwkarzom kolację. Ja nie byłam prostytutką ani jej nie reprezentowałam, wystarczyło im samo moje istnienie. Milczałam, nikogo nie opieprzyłam, wyszłam, gdy tylko poczułam, że zaczynają się uruchamiać moje bramki. Prostytutka, a więc istota, którą można zdominować, zniknęła. Nie potrzeba dziwki w komisji wyborczej, bo polityczna misja wyborcy, tak mistyczna i symboliczna, nie wymaga obiektu, który trzeba by zdominować. W odróżnieniu od politycznej misji tyrana czy gwałciciela, która wymaga obiektu jego działań oraz doświadczenia dominacji, wyborcy wystarcza iluzja władzy, myśl, że trzyma w ręku czyjś los, zapisany na tym karteluszku. Święto demokracji jest jak msza, podczas której celebracja ogranicza się do jednego konsekrowanego opłatka na głowę. Nic więc dziwnego, że wyborcy nie zaspokoili apetytu na dominację i dlatego pożerali wzrokiem moje sterczące sutki. Wzrokiem i oczywiście tylko wzrokiem. Nie rucham się ani z Hiszpanami, ani z nikim, kto zagłosował w ostatnich wyborach, czy to lokalnych, czy regionalnych, czy ogólnokrajowych, czy europejskich, w wyborach przedstawicieli związkowych, prawyborach, w referendach niepodległościowych, w sprawie podpisania traktatu pokojowego, w sprawie przedłużenia kadencji prezydenckiej, w sprawie zmiany konstytucji, w sprawie odrzucenia pakietu pomocowego albo w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej – czyli z debilami.

 
Wesprzyj nas