Polska wieś lat 70. oczami dziecka. “Wniebogłos” – powieściowy debiut Aleksandry Tarnowskiej.


Dwunastoletni Rysiek ze wsi Tuklęcz marzy tylko o jednym – by grać i śpiewać w wiejskiej kapeli.

Nie ma jednak ani instrumentu, ani odwagi, żeby porozmawiać o swoim marzeniu z ojcem, grabarzem, z którym popołudniami chodzi na cmentarz przygotowywać groby dla wciąż żyjących członków rodziny.

Gdy po ukończeniu drugiego grobu umiera kolejna osoba, ojciec próbuje zrzucić winę za śmierć na Ryśka, ten bowiem śpiewał przy żywych pogrzebowe pieśni. Chłopiec zaczyna wierzyć w moc swojego śpiewu, nie chce jednak porzucić marzeń o śpiewaniu w kapeli.

Aleksandra Tarnowska
Wniebogłos
Wydawnictwo ArtRAge
Premiera: 31 stycznia 2024
 
 

Rozdział pierwszy

Rysiek nie wiedział, skąd w rodzinie zalęgła się myśl o wyszykowaniu wszystkim grobów na zaś, ale swoje podejrzenia miał. Ojciec niby wspomniał raz, drugi, a może nawet i trzeci, że nieszczęścia sprowadzać na rodzinę by nie chciał, jednak wolny grób na podorędziu dobrze by mieć. Dnia ani godziny nie zna nikt, tłumaczył, a sąsiedzi też tylko czyhają na co lepsze miejsca.
Tak mówił, ale Rysiek nie do końca w te tłumaczenia wierzył. W całym swoim krótkim dwunastoletnim życiu nie widział, żeby ojciec wbił łopatę w cmentarny piasek, zanim człowieka nie wyprawiono w ostatnią drogę, albo żeby się zamartwiał, że zabraknie miejsca na rodzinne groby. Rysiek w kopaniu na zapas wcale nie widział zamysłu ojca, tylko dziadziusiową nieustępliwą wolę, wyszeptaną do ojcowskiego ucha.
Stach Wrona umierał długo, znojną, wlokącą się śmiercią. Schodziły się baby do babci Kazi niby na pogaduszki, ale oczy raz po raz uciekały im na chłopa, który stygł już w pierzynie. Baby kiwały głowami i co rusz któraś mamrotała: „Jak się od czasu do czasu żółci na świat nie wyleje, to na starość od środka wyżre”. W ich słowach jakaś racja musiała być, bo dziadziuś rzeczywiście do najwylewniejszych nie należał. Niby każdy widział, że targa nim gniew, a on tylko ciężko przysiadał na stołku, łokcie opierał na kolanach i patrzył gdzieś przed siebie. Choćby spojrzenie niebieskich oczu, skrytych za sięgającymi brody jasnymi włosami, kierował na miotającą się po izbie żonę, zabeczane dzieci czy obraz Świętego Krzysztofa wiszący obok małżeńskiej fotografii, nie widział ich wcale. Wtedy – jak to baby gadały – tylko żółć się w nim przelewała, z kiszek do serca, z serca do płuc, stamtąd do gardła i z powrotem do kiszek. Kiedy już wcale z łóżka nie wstawał, często prosił do siebie Ryśkowego ojca i szeptał mu coś przy twarzy. Syna Bóg nie dał, to choć zięć wszystkiego się wyuczył i grabarski fach przejął.
Po tym szeptaniu ojciec jechał. Na początku do Brzózek, gdzie ponoć największy cmentarz i najpiękniejsze groby w okolicy. Potem do Zagrobla, skąd brał cegły i cement. Wreszcie wracał z materiałem na tuklęcki cmentarz.
Razem z nim jeździł i Rysiek.
Robotę przy pierwszej z wyszeptanych do ucha mogił zaczęli późną jesienią. Niebo wisiało bure i mokre, huśtał wiatr czyhającej u progu zimy. Ojciec pracował szybko, a w przerwach obsztorcowywał Ryśka, bardziej dla rozgrzewki niż z rzeczywistej przewiny. Przed pierwszym grudniowym przymrozkiem skończyli.
Grób dla dziadziusia wyszedł im całkiem, całkiem. Mama i stryj Józek ze swoją Stasią przyszli obejrzeć skończoną robotę. Pocmokali z uznaniem. Ładny taki, powiedziała ciocia. Porządny, dodał zaraz stryjek. Na pewno się ojcu spodoba, skwitowała mama. Tylko głupie pytanie Ryśka popsuło ogólne zadowolenie.
– Może by tak pobielić jeszcze?
Twarze dorosłych stężały, jakby smagnął je mroźny wiatr.
– Ty co, myślisz, że dziadek gudłaj jaki czy co? – wysyczał ojciec.
Rysiek nie wiedział, kto to ten gudłaj, i myślał, żeby po powrocie do domu zapytać babcię, ale nie zdążył. Kiedy wrócili z cmentarza, dziadziuś leżał w łóżku sztywny i zimny, jakby od jesieni tylko czekał na skończony grób. Na zamkniętych oczach błyszczały monety. Rysiek nawet ciała nie zdążył obejrzeć, a już babcia Kazia wygnała go z różańcem do sąsiadów, żeby zaniósł wieści. Gdy wrócił, w domu roiło się od ludzi, głównie bab i dzieci, a on w głowie już nie miał żadnych pytań, tylko śpiew.
Głosy zebranych unosiły się pod sufit, brzęczały w garnkach na kuchni, odbijały się od zaparowanych okien. Rysiek przycupnął pod ścianą, obok mamy, cały zasłuchany. Pieśni płynęły, rozlewały się po izbie jak woda w wezbranej Wiśle. Pozwolił, aby rozgrzały go od środka. Może i sam by zaśpiewał, ale muzyka i ciepło zamknęły mu powieki. Śnił, że razem z wielkim, barczystym chłopem śpiewa dla dziadziusia.
Gudłaja przypomniał sobie trzy dni później, na pogrzebie. Mama akurat przestała kasłać w chusteczkę. Na trumnę padła pierwsza gruda żółtej ziemi.
– Mama… – Rysiek pociągnął za szary rękaw. – A gudłaj to co to jest?
Kobieta zmarszczyła jasne brwi i znowu ukryła twarz w chustce. Po chwili spojrzała na syna twardo, tak samo jak ostatniej jesieni, kiedy wyciął z zimowych butów ojca jęzory. Nie było lepszego materiału na proce.
– Nie masz co myśleć. Co Niemce nie wybiły, to uciekło i tyle. – Szturchnęła go tak, że musiał odwrócić się do mogiły. – Lepiej śpiewaj albo słuchaj przynajmniej.
Splótł ręce na piersi, zacisnął usta. Pieśń niosła się leniwie nad ziemią, a choć Rysiek bardzo pragnął zaśpiewać, nie zrobił tego. Ze złości. Chociaż wiedział, że mógłby tak sobie milczeć do rana, a dorośli nawet by nie zauważyli, zajęci pogrzebem i wspominkami. W gruncie rzeczy nikt z żałobników nie rozpaczał nad śmiercią Stacha Wrony. Zmarło mu się, prawda, ale przynajmniej cierpienie się skończyło. Dwie wojny przeżył, a to niemała sztuka. Pogrzeb to też zawsze okazja do spotkania, potem stypa i jeszcze fotografia zebranych na koniec. Można pogadać, napić się darmowej wódki i założyć odświętne ubranie.
Ojciec pękał z dumy, bo na odchodnym chłopy go po plecach klepały, baby rozwiązanymi wódką jęzorami dziwowały się i chwaliły. Taki dobry zięć, taki porządny grób teściowi wyrychtował. Co prawda, to prawda, na ich cmentarzyku jeszcze takiego nie było.
I pewnie gdyby nie te dziadkowe podszepty i sąsiedzkie pochwały, za wytyczanie kolejnych grobów, gdy tylko puściły mrozy, ojciec wcale by się nie wziął.
I pewnie gdyby Rysiek wiedział, że świeży grób jeszcze tego samego dnia przyciągnie na tuklęcki cmentarz nową duszę, choć raz w swoim krótkim życiu postawiłby się ojcu.
I pewnie ojciec, który słuchał tylko sobie równych, puściłby uwagi syna mimo uszu albo starym rodzinnym zwyczajem strzeliłby go w głupi łeb. Tak jak teraz.
Rysiek aż oparł się o kamień, kiedy twarda ręka walnęła go w zaczerwieniony kark.
– Trzymajże równo – warknął ojciec spod czarnych jak mokry pień wąsów.
Rysiek miał tylko naciągnąć linkę, nic więcej. Chwilę kucał z napiętym sznurkiem i patrzył, jak mrówki uwijają się po grudkach ziemi. Wspinały się i opadały, biegały, omijały źdźbła, kamienie. Tuptały po ziarnkach piasku i wybijały niedosłyszalny rytm mrówczej pracy – sakramencko szybki, jak do weselnego mazura. Rysiek pobiegł za nim myślami.
Spojrzał z ukosa na ojca i znowu naprężył sznurek. Niby najprostsza rzecz – ceglane, zalane cementem, prostokątne ramy; pusty dół, nad którym kiedyś ktoś zasadzi kwiaty – a robota i tak szła im nietęgo. Rzadko mieli czas. Rysiek chodził przecież do szkoły, do piątej klasy już, i po południu zawsze się coś pilniejszego znalazło: a to pole, a to przy zwierzętach trzeba się było obrobić, a to pogoda nie sprzyjała. Ojciec też czasem musiał człowieka w ostatnią drogę wyprowadzić, mogiłę wykopać. Dopiero kończyli drugi prostokąt.
Sznurek z jednej strony przywiązany był do porządnego cmentarnego płotu, kutego w zawijasy przypominające młode pędy fasoli ze zwiniętymi w kółka liśćmi. Drugi koniec sznurka, obok grobu dziadziusia, trzymał Rysiek. Ojciec rozkładał ramiona wzdłuż linki, ciemne, prawie czarne na tle podwiniętych rękawów białej koszuli; wyznaczał szerokość prostokąta. Pochylał się, układał kamień w miejscu, gdzie miał kończyć się jeden i zaczynać następny grób. Oprószone pierwszą siwizną czarne włosy opadały na wąskie oczy, o których Rysiek nigdy nie potrafił powiedzieć, czy patrzą na niego spokojnie, czy już są zmrużone zapowiedzią gniewu. Ojciec poruszał wargami, ale do Ryśka nie dolatywały wypowiadane słowa. Chłopak patrzył prosto w słońce, które staczało się między gałęzie wierzb obsypanych pierwszymi kulkami jaskrawej zieleni. Wyprostował się i silniej naprężył sznurek, jak trzymana na postronku koza, która próbuje dostać się do kępki smakowitej trawy. Chciał biec w pierwsze kwiaty i zioła lgnące do popołudniowego słońca, czuć potrącane palcami wysokie trawy i sztywne, drapiące skórę gałązki. Potem biec jeszcze dalej, nad liżącą żółty piasek wodę. Schłodziłby gorące od biegu stopy, spojrzałby na drugi brzeg, bliźniaczo złoty i piaszczysty na dole, a ciemnozielony w górze.
Kiedyś stanie po drugiej stronie Wisły. Gdzie, jak opowiadał Jasiek od Grywułów, chłopy były tak silne, że najsłabszy bronami na dwadzieścia metrów rzucał. Kobiety zaś takie pierogi lepiły, że jak jeden ze stołu spadał, to kwokę i dwanaście kurcząt potrafił zabić. A jak kto piosenkę zanucił, melodia spódnicami kręciła, aż po majtkach wiało.
Potarł swędzącą stopą o kostkę. Zobaczy to. Usłyszy. Potem pójdzie jeszcze dalej i jeszcze. Gdziekolwiek zajdzie, po domach będzie opowiadał, co zobaczył w drodze, co usłyszał. Zaśpiewa. Tak, przede wszystkim zaśpiewa! Jak się wreszcie nauczy, to i zagra, aż muzyka pod stopy wszystkim wlezie.
Co mu po Tuklęczy? Wieś jak wieś, ale brzydsza od innych. Sporo garbatych lepianek, kilka drewnianych chałup. Stodół, obór i kurników najwięcej. Domy murowane, kryte szarą blachą – na palcach można zliczyć. Tu i tam kilka drzewek, jazgotliwy burek, mendel drobiu, jakieś wiadra, widły, kupa obornika. Ani remizy, ani świetlicy, nic do zabawy dla młodych. Kościół z jednej strony, szkoła i cmentarz z drugiej. Tyle. Żeby przynajmniej elektrykę dociągnęli, to w szkole można by radio założyć. I jeszcze żeby ojciec pozwolił Ryśkowi grać w kapeli.
Mama już z ojcem pogada, niech tylko wrócą do domu. Rysiek nie miał śmiałości sam pytać. Wiedział, że zaraz nie byłoby rozmowy, bo ojciec nie chciał nawet słuchać o śpiewaniu czy instrumencie, a co dopiero o graniu w zespole!
– No, coś ty markotny taki?
Pytanie ściągnęło Ryśka z powrotem na cmentarz. Ojciec właśnie dotarł z mierzeniem do omszałego dębu. Wziął się pod boki i zadowolony spojrzał na syna.
– Dla ciebie też się miejsce znalazło.
Rysiek spuścił wzrok i puścił sznurek, jakby zapomniał, że zaciskał na nim palce.
– Mietek! Mietek!
Ojciec odwrócił się w stronę cmentarnej furtki.
– Mietek! – Stryj Józek, bliźniaczo podobny do ojca, pojawił się między rosnącymi przy płocie brzozami. – Do domu biegnij! Gienka!
– Jest babka?
– No jest! Ale mówi, że trzeba wieźć do szpitala.
Ojciec powiódł spojrzeniem wokół siebie, po mogiłach. Zatrzymał wzrok na dziadziusiowej – ze świeżym piachem, jeszcze nie obrosłą zielskiem – i na tej nowej, z dzisiaj, wciąż pustej.
Stryj Józek zbiegał już wydeptaną ścieżką między suchymi trawami. Na chwilę wpadł między krzaki, które pokryły czerwony sweter gałązkami jak kreskami czarnego tuszu. I zaraz znów stał się wyraźny, choć mniejszy, daleki. Ojciec w końcu otrząsnął się i ruszył za nim.

*

Słońce zbierało do snu ostatnie kolory dnia, gdy dotarli do domu. W progu czekała babka Grywułowa, niska i ciemna jak cień, z niedbałym kokiem siwych włosów na szczycie głowy. Na widok Mietka i Józka odwróciła się bez słowa i weszła do środka. Zaraz za nią wbiegł przez niskie, malowane na niebiesko drzwi ojciec.
Przesiąknięty bólem krzyk zatrzymał Ryśka w bramie podwórka. W końcu jednak podszedł pod dom, powoli, na zdrętwiałych nogach. Czy to już? Czy może wejść, żeby zobaczyć dziecko? Stanął w progu i zajrzał do środka. W szarym pokoju kotłowały się kolorowe spódnice i koszule. Górowała nad nimi sięgająca prawie drewnianych belek pod czarnym sufitem głowa ojca. Znienacka cały widok przesłoniła biel.
– Kładź to na wóz – rozkazała babcia Kazia. Ciężką pierzyną wypchnęła wnuka na podwórko. Rysiek zdziwił się, że stryj Józek zdążył już zaprzęgnąć Orzecha. Koń stał przy otwartych na przestrzał wrotach stodoły, potrząsając słomianą grzywą. Był niespokojny, jakby zły, że każe mu się pracować o tak niezwykłej porze.
Rysiek trzymał białą pierzynę wysoko, z dala od błotnistego podwórka. Przy furze oddał ją w wyciągnięte ręce stryja, który ułożył ją na rozrzuconym sianie. W zachodzącym słońcu wyhaftowane na obrzeżach niebieskie jak oczy mamy kwiatki zmieniły kolor i straciły kontury, wyglądały jak brudne plamki.
„Bawić nie ma kogo, to i kwiatki na pierzynie wyszywa” – przypomniał sobie Rysiek zrzędliwy głos babki Grywułowej. Na jej słowa mama tylko zacinała usta. Chusty, obrusy i pierzyny wciąż pokrywały się haftami, gęsto, drobno i starannie. Mama lubiła pokazywać swoje wyszywanki, ale przy babce nigdy nie wyjmowała skrytych na dnie drewnianej skrzyni tych najpiękniej zdobionych dziecięcych sukienek.
Podniesione głosy, szuranie i jęki zmusiły Ryśka do spojrzenia w kierunku drzwi.
– Głową, tłumoki, głową wynośta! – darła się ochryple babcia Kazia.
Mężczyźni obracali się w izbie, żeby ojciec, trzymający mamę pod ramionami, mógł wyjść pierwszy. Grywułowa waliła Józka po plecach pięścią, ze starości drobną i zaschniętą, ale nadal twardą.
– Chłopy jak konie: wielkie a durne! Nie wiedzą, że tylko zmarłe nogami do przodu?!
Stryj i ojciec w milczeniu zanieśli mamę do fury i ułożyli na pierzynie. Rysiek widział tylko okrągłe wybrzuszenie brązowej spódnicy i zawiązaną niedbale czerwoną chustę, spod której wystawały jasne kosmyki.
Ciszę rozdarła komenda ojca i Orzech ruszył przez wieczorną ciemność. Między szczeblami wozu mignęła Ryśkowi skrzywiona bólem twarz i przymknięte oczy. Poczuł ucisk w piersi – nie, nie mógł pozwolić mamie odjechać! Ruszył biegiem za furą.
– A ten gdzie? – Głos stryja wybił się nad mamrotanie kobiet rysujących w powietrzu znak krzyża.
Rysiek złapał za szczeble z tyłu wozu. Biegł, tupiąc ciężko. Choć był najniższy w klasie i chłopaki już kilka razy go wyśmiały, że do dobrego biegania nogi ma i za chude, i za krótkie, to on wiedział, że są silne. Nie raz już tak biegł za wozem, kiedy ojciec jechał na targ albo zwoził ziemniaki z pola.
Tym razem było inaczej, narastający ucisk w piersi nie pozwalał Ryśkowi złapać tchu. Paliły go bose stopy i kurczowo zaciśnięte na szczeblach dłonie. Ojciec powoził zgarbiony, nie odwracał się, żeby nie wypaść z rytmu.
Skręcili w stronę kapliczki ze Świętym Nepomucenem. Za nią kończyła się Tuklęcz i zaczynał gęsty, zarośnięty kłującymi krzakami las, przecięty wąską ścieżką na Brzózki. Ojciec zawsze wstrzymywał konia przed figurą i żegnał się, choćby po nocy jechał.
Teraz ani drgnął.
Każdy oddech bolał coraz mocniej, ale Rysiek jeszcze przyspieszył. Łapał za kolejne szczeble, aż wreszcie zbliżył się do matki. Z trudem nabierała powietrza, jakby biegła razem z nim. Jej ręce leżały na dużym brzuchu, palcami gniotła materiał. W końcu zebrała się w sobie i powiedziała:
– Rysiu, do domu wracaj.
Orzech zaczął zwalniać, a ojca jakby coś trafiło. Wyprostował plecy i huknął:
– Idź, cholero!
Zaciął batem, a Rysiek puścił szczeble. Padł na twarz obok kapliczki.
– Mama! – poszło w pył.

*

Rysiek poprowadził krowę w trawę, a Jasiek czekał na niego z długim leszczynowym badylem. Pilnował gęsi. Kiedy za bardzo się oddalały, biegł za nimi przez wysoką trawę, smagał po białych piórach, po czym wracał powoli na pochyły pień starej wierzby. Rozsiadał się nisko na szarej korze jak w kolebce splecionej z grubego sznura.
Kiedy Rysiek wrócił, razem pobiegli do szpaka, którego znaleźli w drodze na gromadzką łąkę. Jasiek trącił ptaka badylem. Pióra sterczały nastroszone na znak niespokojnej śmierci. Rysiek kucnął obok szpaka. Wcześniej, przy ciele dziadziusia i na pogrzebie nie potrafił śpiewać. Ale kiedy Jasiek dźgnął patykiem kropkowane skrzydło, słowa pieśni same przyszły na język.
– Zrobimy mu pogrzeb – postanowił Rysiek.
Chłopcy zabrali się do pracy.
Jasiek znalazł na ścieżce pod drzewami krótki, gruby patyk, w sam raz do wygrzebania dołka. Krowa spokojnie skubała trawę, od czasu do czasu podnosiła łeb i potrząsała uszami. Trzeba jeszcze było obłożyć dołek kamieniami.
Kiedy kończyli, powiało mocniej. Chmury wbiegły na niebo jak ptaki. Zbierało się na deszcz. Grób był gotowy.
– Dobra, to ty ciało niesiesz, a ja będę śpiewał – zdecydował Rysiek.
Wziął głęboki oddech i zmrużył oczy. Wróciły do niego zapach atramentu, ból palców i szelest papieru. Przypominał sobie słowa pieśni pisane powoli, równo z jękliwym głosem babki.

Czemu tak rychło, Panie,
Bierzesz mnie ze świata?

Głos Ryśka niósł się szeroko w dusznym powietrzu. Jasiek szedł pierwszy, niosąc zwłoki szpaka w wyciągniętych wysoko rękach. Okrążali dołek.

Czemu tak prędko znikły
Moje młode lata?

– A co wy tu? – Głos babci Kazi rozerwał słowa pieśni.
Truchło szpaka spadło głucho na ziemię. Jasiek nie czekał na dalsze pytania. Odwrócił się i popędził do swoich gęsi. Rysiek został sam na sam z babcią Kazią, zgarbioną, z głową wysuniętą mocno w przód, jak węszący za czymś pies. Patrzyła za uciekającym Jaśkiem.
– To diabeł! Że Grywułowa takiego wnuka doczekała. Tyś tak samo durny! – Skrzywiła się nieprzyjemnie. – Ludziom się śpiewa na chowanie, nie zwierzętom. – Pokręciła głową. – Śmierć tak tylko sprowadzasz. Śmierć, rozumiesz ty to?
Nie rozumiał, ale strach ucisnął mu brzuch. Podniósł oczy ku ciemnym chmurom, kiedy na jego ramię spadła pierwsza zimna kropla.
– Tylko Burą wydoję i idziem. – Babcia Kazia potrząsnęła metalowym wiadrem i też zwróciła twarz ku niebu. W końcu spojrzała na Ryśka i bezzębnie się uśmiechnęła. – Ale głosisko to masz. – Zmrużyła oczy. – Ciesz się, że to ja cię widziałam, a nie ojciec.
Uwinęli się szybko, deszcz nawet nie zdążył obmyć krowiego grzbietu. Rysiek zagonił Burą do obory i popatrzył za babcią. Nisko przygięta, z każdym krokiem jedną ręką energicznie zamiatała w powietrzu, aby utrzymać stałe tempo marszu. Wiadro, dźwigane w drugiej ręce, kołysało się lekko, jak w dzień, kiedy ojciec przywiózł mamę ze szpitala.
Rysiek pamiętał jeszcze tę gęstą szarość i wilgoć poranka, kiedy czekał na nich przed domem. Z początku babcia Kazia uspokajała go ze zmarszczoną twarzą, żeby już tylko przestał pytać i siadł spokojnie na jednym miejscu. Tak, ojciec z mamą na pewno niedługo wrócą. Tak, przywiozą ze sobą dziecko. Na kolejne pytanie w końcu machnęła ręką i poszła do obory wydoić Burą. Ale Rysiek nie mógł uspokoić rozdygotanych myśli.
Rodzice przywiozą dziecko, a to oznaczało, że wreszcie znajdzie się okazja, żeby zaśpiewać. Przed ojcem też, choć on akurat nie bardzo lubił słuchać. Całą zimę narzekał, kiedy babcia Kazia z Grywułową wieczorami przychodziły do nich z zeszytem. Babki śpiewały, a Rysiek powtarzał zwrotki i refreny na głos i wszystko spisywał w nowym, niebieskim brulionie z brązową taśmą z boku. Linijka po linijce, pieśń po pieśni, żeby później babcia Kazia miała z czego śpiewać przy czuwaniach nad ciałem. Bo pamięć już nie ta.
Mama siadywała wtedy na łóżku, plecami oparta o ścianę. Słuchała, głaszcząc się po okrągłym brzuchu. Uśmiechała się. Chyba wiedziała, że Rysiek, choćby i dla truposzy śpiewał, dodawał do pieśni coś z siebie, z trzewi, coś, co miał tylko on jeden. Ojciec zaraz naciskał czapkę na głowę i wychodził do stryjka. Narzekał, że tego wycia nie idzie wytrzymać.
Kiedy ojciec jednak stanie przy kołysce, w dziecko zapatrzony, to nasłucha się, jak Rysiek kołysanki śpiewa. Przez pierwsze dni pocierpi, pocierpi, a potem się przyzwyczai. Wtedy mama z drugiej strony zagada. Opowie ojcu o wszystkim: że Rysiek tak bardzo kocha śpiewać, głos ma jak najsłodszy ptaszek, a pieśni zna tyle, ile żadna śpiewaczka w okolicy, i że tylko jednego Ryśkowi brakuje – melodii pod palcami, co by przy śpiewaniu towarzyszyła, instrumentu mu trzeba. „Niech gra już chłopak, jak tak bardzo chce, co tym komu szkodzi, Mieciu? Przecież do szkoły chodzi, uczy się, a że grać chce, to grajkiem na całe życie nie musi być. Dobry chłopak, niech ma”.
Zadzwoniło metalowe wiadro, stuknęły drzwi obory i kulawym krokiem wyszła na podwórze babcia Kazia. Rysiek przerzucił na nią zadumany wzrok. Chusta w czerwone kwiaty zsunęła się na ramię, napięte pod ciężarem wiadra pełnego mleka. Grzechotała blaszana pokrywka. Zza tego metalowego klekotu przebijał wyraźniejszy dźwięk: turkot kół.
Babcia Kazia zatrzymała się i odstawiła wiadro na ziemię. Chwyciła za kraj spódnicy i trzy razy przetarła niskie czoło, jak czyniła zawsze, gdy chciała wygonić z ciała ból.
Ojciec szedł, prowadząc Orzecha za lejce. Rozszczekał się Słońce, kiedy fura stanęła u bramy. Rysiek opuścił stopy na ziemię, by pobiec do wozu.
– Zanieś mleko do Józków. – Słowa babci Kazi zatrzymały chłopaka na środku podwórka.
Podreptał w miejscu, ociągając się.
– Ale to nasze mleko od Burej, nie Józków – mruknął Rysiek i już miał przejść obok babci w stronę wozu, lecz twarda ręka szarpnęła go za rękaw.
Widział, że babcia się waha. Strach walczył z gniewem na jej twarzy. Już otwierała usta, ale właśnie z jękiem rozwarła się brama. Babcia Kazia rzuciła spłoszonym wzrokiem na wóz, który wjeżdżał na podwórze.
– Bierz mleko, bo dupsko złoję! – wrzasnęła.
Było w tym krzyku coś, co zaraz zagnało Ryśka do domu stryja, Józka Kowalika przywołało do płotu, a jego żonę, Stasię, zwabiło do okna.
Krzyk wcale nie musiał nieść się daleko – ojciec ze stryjem pobudowali się przecież płot w płot, obora w oborę; zastał ciocię Stasię nad sennikiem. Potrząsając grubymi jak u postawnego mężczyzny ramionami, odczytywała właśnie znaczenie niespokojnego snu. Wyjrzała przez okno. Mignęła biała koszula Ryśka i zaraz w kuchni ze stukiem stanęło wiadro pełne mleka. W nagłym olśnieniu wróciła do odczytanego przed chwilą hasła. Wpatrywała się w tekst z radosną myślą, że przeczucie jej nie myliło. Aż zrozumiała, co właściwie oznaczało. Opadła na ławę.
– Czekaj no. Sen miałeś jakiś? – spytała nieprzytomnie.
– Sen? – Rysiek stał w drzwiach, gotowy od razu wybiec. – Mama mi się śniła. Czesałem jej włosy, były takie długie, że z domu to aż na cmentarną drogę wychodziły.
Ciocia Stasia pośliniła bulwiasty palec i zaczęła przerzucać kartki. Rysiek wpatrywał się w szeleszczący papier, marszcząc brwi.
– Potem dała mi nożyce, te do owcy, to ściąłem. Mama zaczęła zbierać włosy i wyszła na drogę. – Rysiek zatrzymał się i zbłądził wzrokiem na sufit, jakby szukał podpowiedzi między pajęczymi nićmi. – Jeszcze mnie prosiła.
Ciocia Stasia podniosła na niego wyłupiaste jak u ryby oczy.
– O co?
– Żebym jej w drodze zaśpiewał.

*

Ciocia Stasia szła do Mietków, machając rękami na boki, jakby ktoś nią chybotał od środka albo zaczęła dzień od kieliszka i szukała w powietrzu podparcia, żeby nie runąć znienacka na ziemię. Mieliła w ustach jakieś słowa, ale Rysiek przysłuchiwał się już innym głosom.
Przez krzywe sztachety płotu dojrzał ojca i babcię Kazię. Nachylali do siebie twarze, jak dwa rozsierdzone koguty łby, i raz po raz wyrzucali gniewne słowa. Między nimi, z kapeluszem w dłoniach, stał stryj Józek. Rysiek wiedział, że kłótnia mogła oznaczać coś naprawdę paskudnego, a już na pewno tyle, że lepiej dorosłym w oczy ani pod ręce się nie pchać. Obszedł kurnik, stodołę i pojawił się przed domem z drugiej strony, pod ulubioną morwą. Podskoczył, żeby zerwać dopiero co rozwinięty z pączka pomięty listek. Kiedy rozwarł dłoń, mokrą od soczystej, świeżej zieloności, zaraz pożałował. Taki był mały, nawet nie zdążył zatrzepotać.
Zbliżył się do wozu. Zaszedł od tyłu, ale stąd widział tylko białą pierzynę. Ktoś pod nią leżał.
– Mama, śpisz? Pytałaś tatę o instrument? Gdzie dzidziuś?
Postawił stopę na furze, podciągnął się, ale zaraz coś chwyciło go za koszulę. Spadł na tyłek.
– Wynocha mi stąd!
Spojrzał w górę. Wąskie oczy były tym razem opuchnięte i czerwone. Jakby krew, którą ojciec w chwilach wściekłości tak często wypominał, rzeczywiście go zalała. Wychodziła z oczu na policzki, plamami wypływała na szyję.
I może gdyby nie ta czerwoność, Rysiek zdołałby wstać i znów, mimo protestów ojca, wdrapać się na wóz. Przylgnąć do mamy.
I może gdyby położył się obok niej, przytulił, ojciec pozwoliłby mu tak zostać.
I może gdyby ojciec pozwolił Ryśkowi zostać przy mamie, zgodziłby się także na śpiewanie przy ciele.
– Wynocha, mówię! To wszystko przez was, przez to cholerne wycie! Wynocha!
Rysiek był dobrym dzieckiem, więc posłuchał.

 
Wesprzyj nas