Książka “Grecja. Gorzkie pomarańcze” to osobista opowieść o Grecji, rozszerzone wydanie książki nominowanej do nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.


Grecja. Gorzkie pomarańczePolski reporter z greckimi korzeniami, wychowane w Polsce trzecie dziecko Polki i Greka, szuka odpowiedzi na pytania o kryzys w kraju swoich przodków.

Szuka też czegoś jeszcze – własnej tożsamości i zrozumienia powikłanej historii swojej rodziny. Dzięki tej mieszance reportażu, wspomnień i narracji podróżniczej Sturis jak żaden inny polski autor przybliża rodzimemu czytelnikowi współczesną Grecję.

Ale to coś więcej niż przewodnik po kraju i jego historii.

***

Autor “Gorzkich pomarańczy” choć częściowo obcy, w portretowaniu Grecji po mistrzowsku unika folkloru. Prezentuje ostre spojrzenie i zachowuje dystans konieczny do prawidłowego opisania zbiorowej świadomości, naszych greckich obsesji, stylu życia i trwającej dziejowej transformacji. Sturis konfrontuje się z własną przeszłością, a przed greckimi czytelnikami stawia lustro jednak nie to zaczarowane, które powie nam, że jesteśmy najpiękniejsi na świecie, a zwierciadło, które odbija naszą prawdziwą twarz.
napisał o greckim wydaniu tej książki Tasos Tsakiroglou, recenzent „Efimerida ton syntakton”.

Dionisios Sturis
Grecja. Gorzkie pomarańcze
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 19 czerwca 2019
 
 

Grecja. Gorzkie pomarańcze


Wstęp

Gorycz i słodycz Grecji


 
Grecja. Gorzkie pomarańcze Dionisiosa Sturisa są jedną z tych książek, które dają więcej, niż obiecują. I chyba też jedną z tych, które pisze się raz w życiu. Bo choć jej kośćcem jest reportaż, to nie byłaby tak poruszająca, gdyby nie dwa inne składniki: wątki autobiograficzne i osobisty ton. Mówiąc inaczej i już całkiem wprost: Grecja jest tym, czym jest, ponieważ Sturis napisał ją sobą.
Autor – urodzony w Salonikach i wychowany w Polsce imiennik boga Dionizosa – jest, jak sam opowiada, „dzieckiem dzieci wojny domowej i politycznej emigracji”, która po drugiej wojnie światowej szeroką falą napłynęła z Grecji do gościnnej wówczas Polski. Państwa bloku wschodniego były naturalnym kierunkiem ucieczki dla tysięcy prostych Greków o komunistycznych przekonaniach, którzy ofiarnie walczyli z Niemcami, by potem usłyszeć od nowej, prawicowej władzy, która nie angażowała się w ruch oporu, a czasem nawet kolaborowała z wrogiem, że w powojennym kraju nie ma dla nich miejsca. W ten sposób trafiła do Polski grecka babcia autora i jego ojciec, który później zabrał swoją polską żonę do Grecji, a ona po kilku latach uciekła stamtąd z dziećmi – z powrotem do Polski.
So, what do I love about Greece? I czy ja w ogóle? – zastanawia się Sturis w odpowiedzi na czyjeś pytanie. Greckie korzenie nie są dla niego sprawą prostą. Nie podaje się za Greka, by zyskać na atrakcyjności; nie dręczy czytelników nostalgią za drugą ojczyzną; z całego serca nienawidzi kiczu greckich wakacji. Swoją wyjątkową pozycję „podwójnego agenta” wykorzystuje do tego, by niszczyć łatwe piękno, zdrapywać z Grecji błyszczący lakier – czasem aż do krwi. Bo ta opowieść ma boleć: jego i nas. Chyba tylko mama autora, Zofia Sturis, wychodzi z niej cało – jej zresztą dedykowana jest książka. Mama, ale też inne kobiety z rodziny: tej polskiej i tej greckiej. Gorzkie pomarańcze to piękny hołd dla nich – siłaczek, dzięki którym trwa życie.
Dionisios Sturis buduje mozaikowy portret Grecji z początku kryzysu finansowego, którego długoterminowe skutki powinny być groźnym memento także dla Polski. Kiedy trzeba, razem z demonstrantami na placu Syntagma w Atenach wdycha gaz łzawiący, ale najczęściej wędruje i rozmawia. Efektem tej strategii jest insajderska wiedza o źródłach kryzysu (nieprzyjemna i dla Greków, i dla reszty Europy), a także o prawdziwej cenie „naprawy” narzuconej Grecji przez międzynarodowe instytucje finansowe. Rozmowa z psycholożką z fundacji niosącej pomoc osobom zagrożonym samobójstwem należy do najmocniejszych fragmentów książki, ale Sturis dba o to, by i ten obraz nie zastygł w stereotyp i nie zasłonił bardziej złożonej prawdy. Tak samo w przypadku żyjących w Grecji imigrantów: z Afryki, Azji, Bliskiego Wschodu i… Polski. Jest na ich losy po ludzku wrażliwy, ale potrafi też spojrzeć na nich w historycznym kontekście wielkiej wymiany ludności między Grecją a Turcją z lat 1923–1930. I wciąż przekonuje, że Grecja to znacznie więcej niż antyk. Z nowszej historii zaczerpnął zresztą mnóstwo kapitalnych opowieści – choćby biografię Zygmunta Mineyki (dziadka Andreasa Papandreou), znanej aktorki Meliny Mercouri czy krzepkich stulatków z Ikarii, w których istnienie nie chciała uwierzyć amerykańska firma ubezpieczeniowa. Nowe wydanie jest bogatsze o kilka rozdziałów: tym razem można dowiedzieć się więcej o lewicowej Syrizie i faszystowskim Złotym Świcie, o sytuacji mediów i niezależnym Radiu Bubble, a także – w epilogu – o tym, jak i dlaczego ta książka powstała.
Jest niezwykle zmysłowa i pełna greckich smaków i zapachów; piosenek i tańców; knajpek, do których nie zaglądają turyści; świąt, zwyczajów i niuansów greckiej mentalności, o których nie przeczyta się w żadnym przewodniku. Znajdzie się w niej nawet przepis na konfiturę z gorzkich pomarańczy i magiczna receptura, która gorzkie przemienia w słodkie. Czy nie taki właśnie – wiążący słodycz z goryczą (glykypikron) – jest smak prawdziwej Grecji?

Renata Lis

1

Na klatkach panował przyjemny chłód emanujący z marmurowych ścian i posadzek. Przyjemnie było się weń zanurzyć, dać mu się opatulić, gdy jeszcze przed chwilą było się we władaniu lipcowego żaru.
Do obowiązków mojej mamy należało wytrzepać wycieraczki, zamieść klatkę od góry do dołu, włącznie z windą, umyć podłogi, przetrzeć poręcze, a raz w miesiącu dodatkowo umyć małe okienka na półpiętrach. Dozorcy lub dozorczynie zawsze na czas przygotowywali wiadro z gorącą wodą, płyny, ścierki, miotły i szmaty. Zostawiali cały ten sprzęt przy drzwiach. Robota szła sprawnie i szybko. Dobrze jej za to sprzątanie płacili. Na tyle dobrze, że bez najmniejszych podejrzeń ze strony ojca mogła część pieniędzy odkładać na „nowy początek”. Odkładała i sukcesywnie zamieniała na dolary. Zamieniała i ukrywała.
Przy trójce małych dzieci nie miała szans na inną pracę. Cztery dni w tygodniu. Jeden blok rano i jeden wieczorem. Na drugim końcu Salonik. Był rok 1984.
To wtedy moja mama nauczyła się jednego jedynego zdania po grecku. Poza nim znała jeszcze tylko: dzień dobry, dziękuję, przepraszam, dobranoc oraz pojedyncze wyrazy: mleko, mąka, jabłka, ręcznik, wymioty, gorączka. Wymawiała je niechętnie, niedbale, niewłaściwie akcentując, jedynie wtedy, gdy musiała, czyli na zakupach lub u lekarza. Wszyscy naokoło mówili po polsku: ojciec, ciotki, moja babcia, kilka znajomych Polek, które, tak jak moja mama, wydały się za „polskich Greków”. Nikt nie miał ochoty ani czasu, żeby ją uczyć. Niby z czasem sama miała podłapać. Nic z tego – nie podłapałaby, nie miała talentu do języków.
SEPARAKALOANIKSITINPORTA – wyrzucała do domofonu po naciśnięciu guzika. Na pojedynczym tchu, jak jeden długi wyraz, szybko, bez żadnej słyszalnej intonacji. Choć powinno być: sas parakalo i anikste – inaczej jest dość niegrzecznie i niegramatycznie. „Proszę, otwórz drzwi” – jak do koleżanki, zamiast „Proszę, otwórzcie mi drzwi” – jak do nieznanych państwa. Państwo jednak wiedzieli – najczęściej ubrana na czarno dozorczyni i siwy dozorca – że mają do czynienia z cudzoziemką, biedaczką, która cudem jedynie wyrwała się z tego całego komunizmu. Państwo się litowali i otwierali drzwi swoich bogatych bloków, a moja mama wchodziła do środka i sprzątała.
Gdy uciekniemy do Polski, będą mieli kłopot. Po dwóch tygodniach piasek na niepozamiatanej podłodze zacznie skrzypieć pod butami. Nie będą wiedzieli, co się stało, dlaczego ta cicha i sympatyczna blondynka z Polski nagle przestała przychodzić. Moja mama nie będzie miała jak ich uprzedzić ani znaleźć zastępstwa, bo wyjazd wypadnie nagle, gdy nadarzy się okazja…
Kiedy ojciec zrozumiał, że nie wyjechaliśmy na wakacje i że do Grecji nie wrócimy, zaczął dzwonić i przyrzekać poprawę. Przestanie pić, bić i chodzić do tej kobiety. „Jak Boga kocham! Zosiu, uwierz! Zosiu, przysięgam!” Raz nawet przyjechał. Całą drogę z Salonik do Osetnicy, do domu dziadków, w którym wtedy mieszkaliśmy, żeby osobiście przekonać mamę do powrotu. Na próżno. Wrócił do Grecji, wniósł sprawę o rozwód, a gdy tylko go uzyskał, ożenił się. Z tą kobietą. Kontaktów z nami zaniechał. Alimentów ani listów nie przysyłał.
Miałem wtedy dwa lata, bliźniaki pięć – grecki wyparował z naszych głów niepostrzeżenie. Na dobrych kilka lat, by pojawić się znów za sprawą kolorowych reklamówek z dziwnymi napisami, których nie umieliśmy nawet przeczytać. Przychodziły po kilkadziesiąt – nowiuteńkie, z supermarketów, razem z wafelkami, rurkami z kremem kakaowym i masłem czekoladowym (merendą) w urodzinowych paczkach od ciotki Sultany, siostry ojca. Nikt nie miał takich na całym osiedlu, a może i w całej Polsce.
– Greckie? – pytali sąsiedzi.
– Greckie – odpowiadałem, a oni kiwali głową z uznaniem.
Otwierałem encyklopedię na końcowych tabelach, znajdowałem grecki alfabet, rozkładałem na kuchennym stole kilka kolorowych siatek i próbowałem tłumaczyć greckie hieroglify. Alfy, epsilony, kappy i omikrony wyglądały dość znajomo i przyjaźnie. Dużo większy kłopot stanowiły za to omegi, zity, wity i thity. Sigma była gdzieś pomiędzy, bo niby podobna do s, ale na końcu jakby trochę rozjechana. Nijak nie układała mi się z tego nazwa sklepu (μαρινόπουλος) i życzenia udanych zakupów (σας ευχόμαστε καλά ψώνια).
– No, weź coś powiedz! – nalegali na przerwach koledzy z podstawówki. – Znasz jakieś przekleństwo? Jak jest dupa?
Dla nich było jasne, że skoro urodziłem się w Grecji, a nie jak reszta klasy w Złotoryi, skoro mój ojciec jest Grekiem, skoro noszę imię greckiego boga, a moje nazwisko nie kończy się na „-ski”, to na pewno mówię po grecku. Nie tłumaczyłem, że jest inaczej, że ojciec się na nas wypiął, że się z mamą rozwiedli, że o Grecji wiem mniej więcej tyle, ile oni o Brazylii. Wolałem udawać. Poprosiłem mamę, by nauczyła mnie czegoś, ale pamiętała jedynie to zdanie z błędami o otwieraniu drzwi.
– No dooobra – odpowiadałem niby to z wielką łaską i rzucałem szybkie separakaloaniksitinporta, za każdym razem wymyślając inne znaczenie.

2

Byłem tak strasznie wkurwiony, że natychmiast musiałem zjeść coś słodkiego. Szedłem już kawał drogi – spocony, zmęczony i wściekły. W końcu znalazłem się w dzielnicy z czynnymi sklepami i kawiarniami, z kursującymi autobusami i trąbiącymi taksówkami. W pierwszej lepszej cukierni poprosiłem o bugatsę. Z cukrem pudrem i cynamonem. Na ciepło.
Pałaszowałem ciasto łapczywymi kęsami. Było idealne: tłuste, sycące i słodkie. Klejące się palce wytarłem w spodnie. Usiadłem na murku i próbowałem pozbierać myśli. Była niedziela, wieczór – 12 lutego 2012 roku.
Do Aten przyjechałem kilka dni wcześniej, po tym jak rząd premiera Papadimosa – nie wiadomo który już raz – ogłosił, że pomylił się w przewidywaniach co do kryzysu. Było gorzej, niż myśleli premier i minister finansów, gorzej, niż prorokowali unijni inspektorzy nadzorujący greckie finanse. Było dużo gorzej. Kolejne recepty okazywały się nieskuteczne. Konieczne znów okazało się zaciśnięcie pasa, ale tym razem porządnie. Po takim komunikacie nie mieliśmy w radiu wątpliwości, że – choć zima – w Atenach znów będzie gorąco.
– Dionis, bukuj bilety. Lecisz.
Około szesnastej na plac Syntagma (Konstytucji) zaczęli schodzić się ludzie. Grupki znajomych dyskutowały, paląc cienkie skręty i popijając kawę z plastikowych kubków. Dużo dzieciaków, w wózkach i trzymanych za ręce przez rodziców. Handlarze popychali swoje kramy i zajmowali pozycje. Sprzedawali maski chirurgiczne, wodę w butelkach i gwizdki. Z szerokiej jezdni oddzielającej plac od siedziby parlamentu zniknęły samochody i trolejbusy, a na jej obrzeżach pojawili się policjanci. Ktoś na latarni zawiesił szubienicę, ktoś inny miarowo walił w bęben. Obok rozwijano wielkie transparenty z czarnymi i czerwonymi napisami – same drukowane litery. Po porannym deszczu zza chmur zaczęło wyglądać słońce.
Bezdomne psy biegały w zadziwieniu wokół trzech młodych chłopców i dwóch dziewczyn z amatorskiej trupy teatralnej, którzy najpierw oblali się czerwoną farbą, a później ułożyli w afektowanych pozach na ulicy – krwawią, jak cała Grecja pod ciężarem zagranicznych długów. Zamknięte oczy, wstrzymywane oddechy. Spóźnieni fotoreporterzy prosili ich, by nie wstawali jeszcze przez chwilę – cykali zdjęcia pod różnymi kątami, tak żeby zmieścić na nich również pęczniejący tłum oraz budynek parlamentu z zamkniętymi okiennicami i wielką biało-niebieską flagą powiewającą na dachu.

A w parlamencie debata – nad programem oszczędnościowym, w którym zatwierdza się obniżenie pensji minimalnej i masowe zwolnienia w administracji, ponoć konieczne, bo kryzys ciągle postępuje. Publiczne media krzyczą, że bez tego Bruksela zakręci kurek z pieniędzmi, a kraj zbankrutuje. Partie PASOK i Nowa Demokracja zarządzają dyscyplinę przed wieczornym głosowaniem, ale kilkoro posłów się wyłamuje, za co grozi wyrzucenie z partii. Do końca nie będzie wiadomo, co zrobią. To już kolejne takie przesilenie w ostatnim czasie.

*

Przypomina mi się wielki protest z lata 2011 roku. Wszystko przebiegało według tego samego scenariusza. Minister finansów wychodzi na mównicę ze strapioną miną i ostrzega:
– Kiries kai kiroi vouleutes, panie i panowie posłowie. Grecja upadnie, jeśli odrzucicie dzisiaj wieloletni plan budżetowy. Bolesne cięcia i oszczędności są nieuniknione. Zachowajcie się rozsądnie, bo stoimy nad przepaścią. A jak w nią spadniemy, to będziemy się podnosić długie dekady – poles dekaeties!
Związki zawodowe protestują – na weekend zapowiadają strajk generalny, i to od razu dwudniowy. Tłum zagranicznych dziennikarzy ciągnie do Aten – węszymy zawieruchę. Mój samolot ląduje jako ostatni – kolejne będą zawracane, bo kontrolerzy lotów rozpoczęli protest wcześniej, niż zapowiadano. Port w Pireusie nieczynny, nie jeżdżą autobusy, tramwaje ani metro. Taksówkarze mają niespodziewane żniwa. Całe centrum jest zamknięte dla samochodów. Kierowca wysadza mnie na tyłach ateńskiego uniwersytetu. Z radia dzwonią, że część ustaw już przeszła i że wybuchły zamieszki, że ludzie biją się z policją, że ogień i huk, tłuczone szyby, przed samym parlamentem i kilka ulic dalej, że koktajle Mołotowa lecą w stronę banków, że mam uważać, że chmura gazu łzawiącego. Chmura? Faktycznie, właśnie w nią wchodzę. Mówią, żebym się nie rozłączał, że za chwilę będziemy na antenie, na żywo w popołudniowym programie. Prowadzący pyta, co widzę, a mnie głos więźnie w gardle. Zaczynam kaszleć, pocić się, krztusić. Z oczu ciekną mi łzy. Na antenie słychać odgłosy wybuchów i syreny karetek. Próbuję opisać energię, która wypełnia teren wokół mnie. Wchodzę na murek i widzę setki osób w maskach gazowych, maseczkach chirurgicznych lub maskach do nurkowania. Tłum zaczyna biec w stronę Biblioteki Narodowej. Policjanci wystrzelili kolejne pociski z gazem. Chowamy się w bocznych uliczkach.

Ludzie widzą moją walizkę na kółkach i podchodzą, chcą pomóc. Biorą mnie za zbłąkanego turystę.
– Gdzie twój hotel? Uciekaj, tu jest niebezpiecznie – przekonują mnie dwie piękne studentki. Policzki i nos mają wysmarowane białą mazią – maaloxem, pomaga na ból brzucha, ale łagodzi też skutki działania gazu. Dziennikarzom nie ufają, do mikrofonu nic mi nie powiedzą, ale proszą, żebym na siebie uważał. W końcu wydostaję się poza centrum, wsiadam do taksówki i jadę na Vironas zostawić walizkę w mieszkaniu mojej kuzynki Marysi.
Kiedy wrócę po dwóch godzinach, zastanę krajobraz po bitwie. Wybite szyby sklepów i banków, tlące się śmietniki, obłupany marmur na schodach ekskluzywnych hoteli i ten cholerny gaz, który będzie się unosił nad centrum miasta jeszcze przez dwa dni.
„Policjanci przesadzili” – stwierdzi prokurator generalny i zarządzi w tej sprawie śledztwo; rozpylili chemikalia nawet na stacji metra, gdzie lekarze urządzili szpital polowy dla rannych w zamieszkach. Greccy Oburzeni – Aganaktismenoi – biorący przykład z hiszpańskich protestujących z ruchu Indignados – naprawiają swoje namioty, które ucierpiały podczas zadymy. Polewają marmurowe płyty na placu Syntagma wodą z fontanny i na nowo rozwieszają swoje antyrządowe i antykapitalistyczne transparenty. Przez kilka kolejnych sobót będą mobilizowali do demonstracji setki tysięcy osób. Aż władze Aten zarządzą likwidację ich obozowiska – policja przyjdzie nad ranem.