“Cień” to zaskakująco świeża, brawurowo dynamiczna kosmiczna opowieść o mrocznych siłach, o zdradzie i szukaniu prawdy, o walce na śmierć i życie.


Cień. Kroniki Kaitanu tom 1Qole Uvgamut jest najlepszą poławiaczką cienia na Alaxaku, prymitywnej i biednej planecie na peryferiach.

Do załogi statku poławiaczy dołącza ładowniczy Nev. Nikt nie wie, że to dziedzic arystokratycznego rodu, który występuje w przebraniu, aby zdobyć zaufanie Qole.

Tajemnica wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy statek zostaje zaatakowany przez niszczyciel. Okazuje się, że nie tylko Nev i jego krewni mają plany wobec młodej Alaxakanki, rywalizujący ród również chce dopaść dziewczynę. Kluczowy jest tutaj cień – substancja, która stanowi niezwykłe źródło energii.

Nev, syn głowy rodu, chce skłonić Qole do wzięcia udziału w badaniach nad cieniem. Po wymknięciu się z rąk wroga poławiaczka zgadza się polecieć z Nevem do siedziby jego rodu i poddać się badaniom prowadzonym przez stryja młodego arystokraty. Na miejscu okazuje się jednak, że ród Dracortów nie ma czystych intencji.

Nev staje przed wyborem: ocalenie Qole lub lojalność wobec rodziny…

***

Kapitalna czytelnicza propozycja nie tylko dla fanów „Gwiezdnych wojen”.

Michael Miller, Adrianne Strickland
Cień. Kroniki Kaitanu tom 1
Przekład: Dorota i Jakub Radzimińscy
Wydawnictwo Uroboros
Premiera: 5 czerwca 2019
 
 

Cień. Kroniki Kaitanu tom 1


I. Nev

Pierwszy raz usłyszałem głos kapitan przez pokładowy komunikator.
– Trzymajcie się, przez chwilę może być nieprzyjemnie.
Miała rację. Siedzący naprzeciwko mnie młody człowiek, Arjan, wyszczerzył zęby, kiedy przygotowywałem się na przeciążenia mające towarzyszyć opuszczaniu orbity przez solidnie zbudowany statek o dźwięcznej nazwie „Dziedzictwo Kaitanu”.
– Widzę, że już wcześniej latałeś – odezwał się.
Wiedział, że byłem nowy w tej branży, więc jego komentarz miał lekko pogardliwy wydźwięk. Miałem nadzieję, że nie będzie wchodził mi w drogę. W zasadzie to już to zrobił – dosłownie − zasłaniając sobą schody. Mógł być w moim wieku, najwyżej rok czy dwa starszy, więc nie miał więcej niż dwadzieścia jeden lat. Był wysoki, z ciemnymi włosami opadającymi na szerokie ramiona, szersze nawet od moich. Pomimo jego postury nie miałbym oporów przed przepchnięciem się obok niego, jeśli tylko miałbym szansę minąć go bez scysji.
Byliśmy sami w ładowni zastawionej paletami z kanistrami. W ścianę wbudowany był zaawansowany panel z zamkiem magnetycznym, za którym – jak się domyślałem – znajdował się zbiornik. Wysoko na ścianie tkwił ekran pokazujący obraz z zewnątrz statku. Obok nas przemykały chmury, muskając burty, na których przez lata zebrał się i zeskorupił brud.
Pokiwałem głową w odpowiedzi. To prawda, z pewnością nie byłem nowicjuszem podróży kosmicznych, dzięki czemu wiedziałem również, że opuszczamy Alaxak w pośpiechu. Nawet jeśli spartańskie wyposażenie jednostki nie obejmowało kompensatorów grawitacji, większość pilotów starała się uciec przyciąganiu planety o wiele delikatniej. Kapitan albo miała ogromną wiarę w swój statek, albo zupełnie inaczej oceniała ryzyko. Kadłub aż drżał z wysiłku, a silniki wyły tak, że musiałem podnieść głos, by zostać usłyszanym.
– Było się tu i tam. Dokąd lecimy?
– Naprawdę nigdy wcześniej tego nie robiłeś? – Arjan potrząsnął głową ze współczuciem.
Ze wszystkich sił starałem się nie zdradzić ze swoją irytacją, zmełłem więc w ustach ripostę. Traktowanie nowych współpracowników z góry na pewno nie przysporzyłoby mi ich sympatii, a mój cel był wart częściowego poświęcenia ego. Co więcej, Arjan był bratem kapitan. Nie poznałem jej jeszcze, ale to z jej powodu się tu znalazłem.
Przemierzyłem, jak mi się zdawało, całą planetę Alaxak wzdłuż i wszerz, by znaleźć kogoś konkretnego: kapitana o wybitnych zdolnościach. Plotki, przypuszczenia i cała rzeka postawionych drinków doprowadziły mnie wreszcie do wioski Gamut, a potem tutaj – na statek nazwany „Dziedzictwo Kaitanu” i do jego kapitan Qole Uvgamut. W jej dialekcie nazwisko to znaczyło „z Gamutu”. Oboje z Arjanem pochodzili z jednej ze starych miejscowych rodzin, które dawno temu osiedliły się na tej planecie. Być może jednej z rodzin, u których długotrwała ekspozycja na niestabilne źródło energii zwane cieniem spowodowała coś więcej niż tylko choroby i śmierć.
Jednak chociaż teoretycznie zwerbowała mnie jako członka załogi, jak dotąd nie udało mi się zbliżyć do niej na tyle, by się choćby przywitać, nie mówiąc już o umieszczeniu na jej skórze skanera biometrycznego.
Zresztą nie byłem nawet pewien, jak miałbym się przywitać. „Cześć, nazywam się Nev i nie, nie mogę ci zdradzić ani mojego nazwiska, ani dokładnie czego od ciebie chcę, ale czy byłabyś tak uprzejma i udała się ze mną?”.
Plotka głosiła również, że Arjan był niemal tak dobrym pilotem jak ona. Toteż kiedy uścisnęliśmy sobie dłonie, umieściłem skaner biometryczny na jego przedramieniu. Jeśli zaś włączany jednym naciśnięciem wyświetlacz na moim nadgarstku mówił prawdę, to – dzięki drobnemu włamaniu, którego dokonałem – dane były właśnie przesyłane kwantową siecią międzyukładową do stryja Rubiona. Zwyczajny system komunikacyjny nie działał na takich dystansach, ale KSM – tak.
Nie miałem pojęcia, ile czasu zajmie stryjowi interpretacja danych. Wiedziałem jednak, że nie pozostało mi go za wiele na „Kaitanie”. Transport miał mnie odebrać ledwie za dwa dni i powinienem się na nim znaleźć z przynajmniej jednym z Uvgamutów.
Miałem nadzieję, że będzie to Qole; nie tylko ze względu na niesamowite opowieści krążące na temat jej zdolności związanych z cieniem.
– Obawiam się, że w tym akurat jestem nowicjuszem – odparłem. – Ale szybko się uczę. Czy mógłbyś pokrótce określić, na czym polegają moje obowiązki?
Arjan rzucił mi kpiący uśmieszek.
– Twoje obowiązki? Cóż, mój panie – powiedział, imitując mój akcent – oto skrócona wersja: kiedy zaczynamy rajd, Qole i ja oplatamy cień i zbieramy go do zbiornika. – Wskazał dłonią na zamek magnetyczny. – Twoim zadaniem jest przelewać go do tych pojemników. – Tu wskazał wypełniające całą ładownię góry kanistrów. – No i postarać się pozostać przy życiu.
Cień. Sama myśl o znalezieniu się w jego pobliżu napawała mnie niepokojem. Poza spekulacjami, czy to on był przyczyną Wielkiego Upadku, wiedziałem tylko, że używa się go jako paliwa w nowoczesnych urządzeniach przemysłowych. Cóż, wszyscy inni byli tu, by „poławiać”, jak to ujmowali miejscowi, niestabilną substancję, podczas gdy ja chciałem zobaczyć, co ktoś posiadający odpowiednie warunki biologiczne jest w stanie z nią zrobić. Oczywiście Arjan nie miał o tym pojęcia, więc wyglądało na to, że w tym czasie, żeby nie wzbudzać podejrzeń, będę musiał wykonać trochę pracy.
Musiałem się powstrzymać od grymasu.
– Co może się stać, jeśli nie będę dość szybki?
– Cień może przegryźć się przez izolację zbiornika, a wówczas wszyscy zginiemy.
„Świetnie”.
– Czy izolacja nie powinna być na tyle odporna, by wytrzymać takie oddziaływanie? No, chyba że ma już swoje lata.
Twarz Arjana stężała.
– Po co płacić astronomiczne kwoty za nową izolację, kiedy wystarczy szybki ładowacz, który przeleje cień do bezpieczniejszych, tańszych kanistrów? – zapytał i poklepał jeden z pojemników, wydobywając z niego metaliczny pogłos. – Wszyscy tutaj sobie tak radzą.
Chciałem już zacytować powiedzenie, które powtarzała moja matka, żeby nie stać pod lądującym statkiem tylko dlatego, że twoi znajomi tak robią, ale się powstrzymałem. Zawsze mi się wydawało, że nieobce jest mi ryzyko, ale im dłużej przebywałem na tym zimnym pograniczu, tym bardziej uświadamiałem sobie, że „akceptowalne ryzyko” oznacza tutaj zgoła coś innego niż tam, skąd pochodziłem.
– A jak długo to może potrwać?
Arjan tym razem roześmiał mi się prosto w twarz.
– O rety, ty naprawdę nigdy tego nie robiłeś. Skończysz, kiedy ona skończy – powiedział, wskazując na sufit, nad którym jak się domyślałem, znajdował się mostek, a na nim kapitan Qole. – Jeśli oczywiście coś jeszcze z ciebie zostanie.
„Cholera jasna” − pomyślałem, ale się uśmiechnąłem.
– Jestem pewien, że dam sobie radę.
Mój towarzysz tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– A co z resztą załogi? – spytałem, chcąc go czymś zająć. – Co oni robią?
– Chodź – powiedział, na moje szczęście kierując się w stronę wyjścia z ładowni, i skinął na mnie. – Zafunduję ci darmowe zwiedzanie statku z przewodnikiem, póki jeszcze możesz się ruszać.
Ciąg schodów, niewiele szerszych ode mnie, korytarz z drzwiami po obu stronach i kolejne schody doprowadziły nas do stanowisk załogi. W pomieszczeniu znajdowały się umieszczone na planie krzyża cztery konsole z mnóstwem monitorów, oddzielone od siebie korytarzykami.
„Kaitan” nie był tym, do czego przywykłem. W przeciwieństwie do statków w wewnętrznych podukładach nie było tutaj jarzących się ścian i lewitujących ekranów. Zamiast tego wszędzie znajdowały się części mechaniczne – zakładam, że w celu ułatwienia napraw, jako że wiele z tych urządzeń wyglądało na bardzo leciwe. Załoga była równie nietypowa. Kiedy wchodziliśmy, usłyszałem śmiech i końcówkę prowadzonej rozmowy.
– Jego mina, kiedy zrozumiał, że nie zamierzasz mu sprzedać, była naprawdę warta uwiecznienia, Basra. Myślałam, że doprowadzisz gościa do łez w rekordowym czasie.
Mówiąca to młoda kobieta była jedną z dwóch osób obecnych przy stanowiskach. Połowę jej twarzy zakrywały smoliście czarne włosy, spomiędzy których ledwie wyzierały okalające oko tatuaże. Podobnie jak Arjan miała śniadą skórę, właściwą dla rdzennych mieszkańców Alaxaku. Ze względu na oddalenie planety rzadko mieszali się z innymi ludźmi. Kiedy dojrzała nas w wejściu, natychmiast urwała i zmierzyliśmy się nawzajem wzrokiem.
Po chwili ciszy drugi z członków załogi wstał, swobodnie podszedł do mnie i podał mi rękę.
– Basra – przedstawił się.
Uścisnąłem dłoń i potrząsałem nią odrobinę dłużej, niż było to bezwzględnie konieczne. Z pewnością nie pochodził stąd, choć nie potrafiłem wskazać skąd. Nie mogłem też rozstrzygnąć, czy miły głos i smukła sylwetka należały do mężczyzny, czy do kobiety. Fryzura, szopa brązowych loków opadająca na podgolony kark, a także delikatne, choć wyraziste rysy twarzy o miedzianym odcieniu również na nic nie wskazywały. Stwierdziłem, że na razie dla własnej wygody będę myśleć o nim jako o mężczyźnie
– Nev. Miło cię poznać – odparłem po niezręcznej chwili przerwy.
Basra równie swobodnie powrócił do swojej konsoli, nie przyglądając mi się uważniej, jak się tego spodziewałem. Nie byłem pewien, czy zdołał otaksować mnie wzrokiem o wiele szybciej, niż podejrzewałem, czy po prostu miał ważniejsze sprawy na głowie.
W odróżnieniu od swojego towarzysza młoda kobieta nie wstała ze swego miejsca. Siedziała w zblazowanej pozie, z nogami założonymi na konsolę. Świdrowała mnie wzrokiem.
– Cześć – powiedziała.
– Cześć. Ja, cóż, cały czas jestem Nev. Nowy ładowacz. A ty czym się zajmujesz?
Uniosła brwi i szybko ściągnęła usta.
– Telu. Hakerka. – Na dowód swoich słów wskazała palcem na konsolę, która jak szybko zauważyłem, była jedynym nowoczesnym sprzętem na tej jednostce. – Jak na ładowacza to czysty jesteś.
Pokiwałem głową i przerzuciłem torbę z jednego ramienia na drugie, intensywnie usiłując wymyślić odpowiednio skromną odpowiedź.
– Jest nowy na planecie – wyjaśnił Arjan. – Długo nie wytrzyma.
Jakakolwiek skromność wyparowała ze mnie w jednej chwili i posłałem mu ponure spojrzenie.
Telu się roześmiała. Wtedy statkiem szarpnęło. Dziewczyna natychmiast usiadła prosto i zaczęła sprawdzać odczyty na swojej konsoli. Jej palce zwinnie przemieszczały się po ekranach z informacjami.
– Wygląda na to, że się zbliżamy, zwłaszcza że kapitan prowadzi nas prosto do celu, nie zważając na wszelkie zawirowania grawitacyjne.
Ożywiłem się, kiedy dojrzałem po drugiej stronie pomieszczenia kolejny ciąg schodów.
– Może powinienem się przywitać, zanim dolecimy na miejsce?
– Pewno. – Arjan wzruszył ramionami. – Prosto przed siebie.
Nie byłem pewien, czy próbuje mnie zniechęcić, czy wręcz przeciwnie. Tak czy owak, zanim jeszcze skończył mówić, skierowałem się w stronę schodów.
„Nie teraz” − usłyszeliśmy, kiedy się zbliżyliśmy. Po chwili u szczytu schodów pojawiła się najpierw para ciężkich butów, a potem reszta sylwetki. Mój wzrok powędrował wyżej… i wyżej. Tam powitała mnie blada twarz, podobnie jak cały statek nosząca ślady ciężkich przejść. Pobrużdżoną skórę przecinały dziesiątki blizn, a krzaczaste brwi i krótko przystrzyżone włosy od razu powiedziały mi, że z tą osobą nie ma żartów. W przeciwieństwie do pozostałych członków załogi ten olbrzym nie miał oporów, by mierzyć mnie wzrokiem, jakbym był co najmniej zabójcą przekradającym się do królewskiej sypialni.
– Eton, to Nev, nasz nowy ładowacz – przedstawił mnie Arjan i chociaż stał za mną, po jego głosie wiedziałem, że szeroko się uśmiecha. – Nev, to Eton, nasz specjalista od broni. Robi też za osiłka, kiedy zajdzie taka potrzeba.
– Czołem, miło mi poznać. – Wyciągnąłem do niego rękę.
Mile mnie zaskoczył, kiedy podjął podaną mu dłoń, ale po chwili tego pożałowałem, kiedy zaczął zgniatać ją na miazgę w swoim wielkim jak bochen łapsku.
– Poznamy się później. Może. – Pokiwał głową i skrzyżował grube jak konary ramiona na piersi. – Zaraz zaczynamy rajd, więc zasuwajcie na swoje stanowiska.
Byłem całkiem pewien, że to nie on wydaje tutaj rozkazy, ale mimo to przykleiłem na twarz przyjazny uśmiech, zamiast pielęgnować moją biedną zmiażdżoną dłoń i wrzeszczeć, że nie mam na to czasu.
– Oczywiście. Zaraz się tym zajmę.

***

Osiemnaście godzin później definitywnie nie było mi do śmiechu.
„Dziedzictwo Kaitanu” stało na obrzeżu szerokiej chmury cząsteczkowej. Dzięki monitorowi zamontowanemu w ładowni, który miał ułatwiać mi współpracę z Arjanem operującym w ścigaczu – małym pomocniczym stateczku, którego używano do obsługi sieci, kiedy nie była zacumowana do „Kaitanu” – miałem miejsce w pierwszym rzędzie. Krawędzie chmury zdawały się zastygłe w czasie mimo szarpiących nimi sił odśrodkowych. Serpentyny gazów wystrzelały z niej we wszystkich kierunkach, pomarańczowe, fioletowe i zielone, jak na płótnie jakiegoś szalonego malarza. Ich palce sięgały niemal do nas, na sam skraj kosmicznego rumowiska, Morza Asteroid Alaxaku.
A jednak nieskończony przestwór roziskrzonego gwiazdami nieba bladł w porównaniu z pierwszym spojrzeniem na przebieg połowu cienia. Zewsząd otaczała nas płynna ciemność poprzetykana drobinkami światła, które zmierzały ku nam na podobieństwo ławicy kosmicznych ryb. Widok zapierał dech w piersi i hipnotyzował. Nieobeznani z nim poławiacze nie mogli powstrzymać się przed gapieniem się w zadziwieniu. Ja również podczas pierwszego rajdu uległem mocy tego obrazu. Teraz, wiele dni później, nie robił już na mnie takiego wrażenia. Byłem przemarznięty i wyczerpany. Sam Wielki Unifikator mógłby wyciągnąć palec i stworzyć obok nowy wszechświat, a ja miałbym ochotę wyłącznie się zdrzemnąć, wdzięczny, że nie musimy zaraz wracać na kolejny połów.
Jednak kapitan Qole nie zamierzała spać. Z dobiegającej z komunikatora rozmowy udało mi się wywnioskować, że natknęliśmy się na wyjątkowo bogate złoże cienia, więc kapitan zamierzała wrócić, gdyż łów zapowiadał się niezmiernie obficie.
Wyglądało na to, że przybyłem w środku intensywnego połowu cienia. Uznałem więc, że proszenie, by przerwała to, co robi, wysłuchała mnie i udała się ze mną, mimo że nie mogłem podać jej nawet swojego nazwiska, nie zostałoby najlepiej przyjęte, nawet jeśli obiecałbym jej bezpieczeństwo i sporą sumę pieniędzy. Najpierw musiałem zdobyć jej zaufanie. Nie do końca wiedziałem jednak, jak się do tego zabrać – zwłaszcza z wnętrza ładowni, gdzie wystarczająco wiele wysiłku kosztowało mnie przeżycie.
„Kaitan” unosił się w przestrzeni, jakby kontemplując rozciągające się przed jego dziobem morze cienia. Potem jednak statek zadrżał, silniki zaszumiały, budząc się do życia, i wnet pomknęliśmy prosto ku dziesiątkom miliardów ton kosmicznego gruzu składającego się na pas asteroid. Cień pędził ku nam prędzej niż jakiekolwiek skalne odłamki, potem jednak rozstąpił się, a tysiące świetlnych punkcików skryły się z powrotem pomiędzy asteroidami.
Na ekranie zobaczyłem krawędzie ożywających magnetycznych sprzęgów, a zamocowany na górnej części kadłuba wysięgnik wysunął się w bok. Korba odwinęła dwa spolaryzowane kable ograniczające sieć na górze i na dole, które ciągnęły się za ścigaczem Arjana, do którego były przymocowane.
Wtedy rozpoczął się pokaz świateł. Na moment, kiedy po kablach przebiegło wyładowanie i przewody się namagnesowały, rozbłysło całe ramię. Po chwili zaś pomiędzy kablami pomknęły światełka i zalśniła rozciągnięta między ścigaczem a statkiem świetlista sieć.
Gdziekolwiek podążył ścigacz, kable ciągnęły się za nim. Manewry Arjana określały rozmiar i kształt powstającej sieci.
Kiedy tylko strzęp cienia przepływał obok nas i uderzał w lśniącą barierę, która powiewała jak zasłona na wietrze, rozbłyskał milionem barw – fioletów, czerwieni, żółci – a potem płynął wartkim strumieniem wzdłuż linii pola magnetycznego w stronę śluzy prowadzącej do zbiornika.
Po kolejnym zalewie cienia statkiem rzuciło i zaczęło nim miotać niebezpiecznie między asteroidami. Z początku nie wiedziałem w ogóle, co się dzieje, dopóki nie zobaczyłem jednej z nich na monitorze. Statek zatrząsł się gwałtownie, a rzeka cienia migała dość rytmicznie wokół nas, jak podczas serii szybkich beczek. We wnętrzu jęczały i skrzypiały stabilizatory grawitacyjne; kilka razy poczułem chwilową dezorientację spowodowaną nieważkością.
Jakimś sposobem Arjan był jednak w stanie dotrzymać „Kaitanowi” kroku i pędzić swoim ścigaczem równolegle do statku.
Komunikator zatrzeszczał i popłynął z niego głos kapitan Qole. Biły z niego opanowanie, pewność siebie i czujność kogoś, jest się w swoim żywiole.
– Rób swoje, Arjanie.
Trójkątna sylwetka ścigacza ostro odcinała się na tle rozświetlonego nieba. Stateczek skakał i wił się, by uniknąć zderzenia ze skałami, a także by uchronić sieć przed uszkodzeniem większymi okruchami. Zatoczył wielki łuk, przewidując, gdzie popłyną fragmenty cienia.
– Gotowi? – dobiegł mnie jego głos, tak spokojny, jakby wcale nie otarł się przed chwilą o śmierć.
– Policz do dwóch i zaczynaj. – Głos Qole cechowało to samo opanowanie.
Zadanie Arjana było trudne, ale miał do dyspozycji o wiele zwinniejszą jednostkę. To, co robił, było zadziwiające, ale nie niewiarygodne. Qole jednak pilotowała „Kaitan” w sposób, który wydawał mi się niemożliwy. Wykorzystywała każdy silnik, by wić się między przeszkodami i rzucać w stronę cienia ze zwinnością, jakiej mógłby pozazdrościć jej pilot gwiezdnego myśliwca siedzący za sterami czterokrotnie mniejszej jednostki. W innych podukładach byłaby słynna: bohaterka wyścigów i ryzykownych pokazów pilotażu. Tutaj jednak była zaledwie kapitanem jednostki poławiającej cień. Najlepszym i pochodzącym z jednej z najstarszych rodzin na Alaxaku, ale jednak.
Kilka tygodni temu, wkrótce po dotarciu na planetę, zrozumiałem, jak niewielu członków najstarszych rodzin poławiaczy cienia pozostało przy życiu. W każdym razie tych wciąż przy zdrowych zmysłach. Przybyłem na Alaxak wiedziony pogłoskami o nadnaturalnych zmysłach, niewiarygodnych umiejętnościach i refleksie pilotów, a znalazłem głównie śmierć i szaleństwo. Qole jednak nie potwierdzała tej reguły. Była żywym dowodem na to, że moja wyprawa nie poszła na marne.