Narkotyki i subkultura hippisów w przyszłości to główny temat na poły autobiograficznej powieści “Przez ciemne zwierciadło” mistrza science fiction.


Przez ciemne zwierciadło“Przez ciemne zwierciadło” – powieść z roku 1977 z fabułą zawierającą częściowo elementy autobiograficzne, osadzona jest w dystopijnym hrabstwie Orange w Kalifornii, w niedalekiej przyszłości.

Tematy powieści oscylują wokół problemów związanych zażywaniem narkotyków i ich subkulturą.

„Nie jestem postacią występującą w tej powieści. Jestem samą tą powieścią. W tych czasach było nią całe nasze społeczeństwo”.

***

Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku – w Polsce wspominane jako szara i raczej ponura «mała stabilizacja» epoki Gomułki – w Stanach Zjednoczonych były czasem wielkiej społecznej rewolucji. Młodzi ludzie powszechnie odrzucali dotychczasowy, mieszczański model kultury. Ideologowie ruchu hipisowskiego nawoływali do poszerzania świadomości, poszukiwania nowych wymiarów rzeczywistości. Także za pomocą narkotyków. Mekką amerykańskich hipisów stała się Kalifornia. Ściągali tam z całego kraju, przyciągani słońcem i obyczajowym luzem. To za ich sprawą narkomania, przedtem dość ekskluzywny nałóg, przekształciła się w powszechną modę. Przez ciemne zwierciadło to swoista kronika tej radośnie niezobowiązującej epoki. A właściwie opowieść o jej końcu.
– z przedmowy Jacka Inglota

W 2006 roku Richard Linklater zekranizował “Przez ciemne zwierciadło” z Keanu Reevesem, Winoną Ryder i Robertem Downeyem jr. w rolach głównych.

Philip K. Dick
Przez ciemne zwierciadło
Przekład: Tomasz Jabłoński
Dom Wydawniczy Rebis
wydanie 5
Premiera w tej edycji: 9 sierpnia 2016
 
 

Przez ciemne zwierciadło


Rozdział pierwszy

Był sobie kiedyś facet, który przez cały dzień nie robił nic innego, tylko wytrząsał z włosów owady. Lekarz powiedział mu, że we włosach nic nie ma. Facet stał przez osiem godzin pod lejącą się z prysznica gorącą wodą i cierpiał nieustanny ból, który zadawały mu owady. Potem wyszedł spod prysznica, wytarł się, a one wciąż były we włosach; właściwie oblazły go już całego. Po miesiącu miał je w płucach.
Ponieważ i tak nie miał nic innego do roboty, zaczął rozpracowywać teoretycznie ich cykl rozwojowy i z pomocą Encyclopaedia Britannica postanowił ustalić szczegółowo, jaki to gatunek. Było ich już pełno w całym domu. Tak długo czytał o najróżniejszych gatunkach, aż zaczął je widzieć także na dworze, więc doszedł do wniosku, że to mszyce. Kiedy raz tak zdecydował, nigdy już nie zmienił zdania i nie zważał na to, co mówią mu znajomi, a mówili na przykład: mszyce nie gryzą ludzi.
Mówili mu tak, bo ciągłe ukąszenia były dla niego torturą. W sklepie spożywczym 7-11, należącym do sieci obejmującej większą część Kalifornii, kupił środki owadobójcze w aerozolu: raid, black flag i yard guard. Najpierw opryskał dom, a potem siebie. Wydawało mu się, że yard guard zadziałał najlepiej.
Jeśli chodzi o stronę teoretyczną, to wyróżnił trzy stadia rozwoju. Insekty przenieśli na niego – jak ich nazwał – nosiciele, czyli ludzie, którzy nie zdawali sobie sprawy ze swojej roli w ich rozprzestrzenianiu. W tym stadium nie miały jeszcze szczypiec ani żuwaczek (to słowo poznał podczas tygodni spędzonych na badaniach naukowych, co było niezwykle ambitnym zajęciem jak na faceta, który pracuje w warsztacie „Hamulce i opony” i zajmuje się wymianą okładzin bębnów hamulcowych). Dlatego też nosiciele nic nie czuli. Siadywał w odległym kącie living roomu i patrzył, jak wchodzą różni nosiciele – w większości byli to ludzie, których od pewnego czasu znał, chociaż trafiali się i nowi – pokryci mszycami w tej szczególnej, niekąśliwej fazie rozwoju. Wywoływało to na jego twarzy coś w rodzaju uśmiechu, ponieważ wiedział, że ktoś taki jest wykorzystywany przez insekty i nic z tego nie kapuje.
– Czego się tak szczerzysz, Jerry? – pytali.
A on się tylko uśmiechał.
W następnym stadium owadom wyrosło coś na kształt skrzydeł, chociaż nie były to dokładnie skrzydła; w każdym razie pozwalały im polatywać. Przenosiły się rojem z miejsca na miejsce – przeważnie na niego. Było ich pełno w powietrzu; wyglądało to tak, jakby cały living room, cały dom wypełniała mgła. W tym stadium starał się ich nie wdychać.
Najbardziej było mu żal psa. Widział, jak owady siadają na nim, obłażą go i prawdopodobnie dostają się do płuc, tak jak do jego własnych. Prawdopodobnie – przynajmniej tyle podpowiedziały mu jego zdolności empatyczne – zwierzę cierpiało nie mniej niż on sam. Czy powinien je komuś oddać, żeby się nie męczyło? Nie, zdecydował, pies jest już nieodwracalnie opanowany przez insekty i zawlókłby je ze sobą.
Czasami brał go pod prysznic i usiłował oczyścić. Udawało mu się to nie lepiej niż ze sobą. Bolało go, kiedy patrzył, jak pies cierpi. W pewnym sensie to było najgorsze – cierpienie zwierzęcia, które nie może się poskarżyć.
– Co ty, kurwa, robisz cały dzień pod prysznicem z tym cholernym psem? – zapytał pewnego razu jego kumpel Charles Freck, który zaszedł do niego i zobaczył taką właśnie scenę.
– Próbuję spłukać z niego mszyce – odpowiedział Jerry.
Wyniósł spod prysznica psa, który wabił się Max, i zaczął go wycierać. Charles Freck patrzył jak zaczarowany, gdy Jerry wcierał w psią sierść oliwkę dla niemowląt i talk. Po całym domu walały się puszki środków owadobójczych, buteleczki talku i oliwki dla niemowląt. Większość z nich była pusta – zużywał wiele opakowań dziennie.
– Nie widzę żadnych mszyc – powiedział Charles. – Co to są mszyce?
– To coś, co cię w końcu zabije – odparł Jerry. – Takie właśnie są mszyce. Mam je we włosach, na skórze i w płucach i ten cholerny ból jest nie do wytrzymania. Będę musiał pójść do szpitala.
– Czemu ja ich nie widzę?
Jerry postawił na podłodze owiniętego ręcznikiem psa i przyklęknął na włochatym dywaniku.
– Pokażę ci jedną – oznajmił.
Cały dywanik był pokryty mszycami. Skakały we wszystkie strony, niektóre wyżej, inne niżej. Szukał wyjątkowo dużego okazu, bo wiedział, że ludziom trudno je zauważyć.
– Przynieś mi pustą butelkę albo słoik – powiedział. – Są pod zlewem. Złapiemy jakąś, zamkniemy i zabiorę ją ze sobą, kiedy pójdę do lekarza; niech sobie obejrzy.
Charles Freck przyniósł mu pusty słoik po majonezie. Jerry szukał tak długo, aż natknął się na mszycę, która podskakiwała przynajmniej na cztery stopy. Miała ponad cal długości. Złapał ją, przeniósł do słoika, ostrożnie wpuścił do środka i zakręcił wieczko. Triumfalnie uniósł słoik.
– Widzisz? – spytał.
– Nooo – powiedział Charles Freck, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w zawartość słoika. – Ale wielka! Cholera!
– Pomóż mi znaleźć więcej dla lekarza – poprosił Jerry i przyklęknął ponownie na dywaniku, stawiając słoik obok.
– Dobra – odparł Charles Freck.
Nim minęło pół godziny, mieli trzy słoiki pełne owadów. Charles, chociaż nowicjusz, znalazł największe okazy.
Wszystko to działo się koło południa, w czerwcu 1994 roku, gdzieś w Kalifornii, w okolicy zabudowanej identycznymi, tanimi, lecz trwałymi domami ze sztucznego tworzywa, z których już dawno wyprowadzili się normalni ludzie. Jerry spryskał kiedyś wszystkie szyby w oknach farbą w aerozolu, żeby nie wpadało przez nie światło słoneczne. Wnętrze oświetlały palące się dzień i noc reflektorki, które Jerry przymocował do stojaka od lampy. Chodziło o to, by on sam i jego przyjaciele nie odczuwali upływu czasu. To mu się podobało, lubił odsuwać czas na bok. W takich chwilach mógł się bez przeszkód skoncentrować na ważnych sprawach. Na przykład na czymś takim: dwaj mężczyźni klęczą na włochatym dywaniku, łapią mszyce i napełniają nimi słoik za słoikiem.
– Co możemy za nie dostać? – spytał Charles Freck jakiś czas później. – To znaczy czy ten lekarz płaci jakąś premię albo co? Jakąś nagrodę? Jakiś szmal?
– W ten sposób pomogę wynaleźć skuteczny środek, który będzie je zwalczał – powiedział Jerry. Dokuczający mu przez cały czas ból stawał się nieznośny. Nie mógł w żaden sposób do niego przywyknąć i wiedział, że nic się nie zmieni. Ogarniało go nieodparte pragnienie, potrzeba, by znowu wejść pod prysznic. – Słuchaj no – wysapał, prostując się – pakuj je dalej do słoików, a ja pójdę się, no, wysikać. – Ruszył w stronę łazienki.
– Dobra – zgodził się Charles. Długie nogi trzęsły się pod nim, kiedy z dłońmi złożonymi w kształt miseczki sunął w stronę słoika. Ponieważ był kiedyś żołnierzem, zachował jeszcze kontrolę nad mięśniami i udało mu się dojść do celu. Ale potem oznajmił nagle: – Jerry, jakoś się boję tych robali. Nie chcę tu zostać sam. – Wstał.
– Ty skurwysyński tchórzu – powiedział Jerry. Zatrzymał się i z bólu zaczął gwałtownie łapać powietrze.
– Nie mógłbyś…
– Muszę się wysikać! – Jerry zatrzasnął za sobą drzwi łazienki i odkręcił kurki prysznica. Polała się woda.
– Boję się być sam. – W łazience głos Charlesa Frecka ledwo było słychać, choć na pewno głośno krzyczał.
– Pierdol się! – odkrzyknął Jerry i wszedł pod prysznic. Po co, kurwa, człowiek w ogóle ma przyjaciół? – zadał sobie gorzkie pytanie. Nie wiadomo po co! Nie wiadomo!
– Czy te skurwiele gryzą? – zapytał Charles, stojący tuż pod drzwiami.
– No, gryzą – odpowiedział Jerry, wcierając sobie szampon we włosy.
– Tak właśnie myślałem. – Przerwał. – Mogę sobie umyć ręce, żeby się ich pozbyć, a potem poczekać na ciebie?
Zasrany tchórz, pomyślał z wściekłością Jerry. Nie odpowiedział, tylko mył się dalej. Nie warto było gnojowi odpowiadać… To nie Charles Freck był ważny, tylko on sam. Jego własne, podstawowe, nie cierpiące zwłoki, ogromne, pilne potrzeby. Cała reszta mogła poczekać. Nie było czasu, nie było czasu, pewnych spraw nie można odkładać. Cała reszta ma drugorzędne znaczenie. Oprócz psa. Pomyślał o psie, który wabił się Max.

Charles Freck zadzwonił do kogoś, kto – jak się spodziewał – mógł mieć towar.
– Możesz mi podrzucić jakieś dziesięć działek Agonii?
– Rany boskie, jestem zupełnie spłukany. Sam próbuję załatwić. Daj mi znać, jakbyś coś miał, przyda się.
– Co się stało z dostawami?
– Pewnie kogoś przymknęli.
Charles Freck odwiesił słuchawkę i wyszedł z budki telefonicznej – w sprawie kupna nigdy nie należało dzwonić z domowego telefonu. Kiedy, słaniając się, szedł w stronę miejsca, gdzie zaparkował swojego chevroleta, wyświetlił sobie w głowie fantastyczną scenkę. W tej scence przejeżdżał obok olbrzymiej wystawy Thrifty Drugstore, na której stały buteleczki, puszki, słoiki, wanny, beczki i półmiski wypełnione Agonią, miliony kapsułek, tabletek i działek Agonii. Agonia wymieszana z amfetaminą, z heroiną, z barbituratami, psychodelikami, w każdej postaci, a do tego ogromny szyld: TU KUPISZ NA KREDYT. Nie wspominając już o innym: BARDZO NISKIE CENY, NAJNIŻSZE W CAŁYM MIEŚCIE.
Tak naprawdę na wystawie Thrifty Drugstore zwykle nie było nic: jakieś grzebienie, buteleczki z naftą, dezodoranty, takie tam bzdety. Mogę się założyć, że na zapleczu trzymają pod kluczem Agonię w nieskalanej, czystej formie, bez żadnych domieszek, pomyślał, wyjeżdżając z parkingu przy Harbor Boulevard i włączając się do popołudniowego ruchu, taki pięćdziesięciofuntowy worek.
Zastanawiał się, o której godzinie i w jaki sposób wnoszą co rano ten pięćdziesięciofuntowy worek z Substancją A do Thrifty Drugstore i skąd go przywożą. Bóg jeden raczy wiedzieć – może ze Szwajcarii, a może z jakiejś innej planety, na której żyje rasa rozumnych istot. Przyjeżdżają pewnie bardzo wcześnie i mają ze sobą uzbrojonych strażników – Policjantów, którzy stoją dookoła z laserowymi karabinami i patrzą groźnie, jak to Policjanci. Niech no tylko ktoś spróbuje mi ukraść Agonię, pomyślał tak, jak myśli Policjant, to go załatwię.
Prawdopodobnie Substancja A stanowi składnik wszystkich sprzedawanych oficjalnie leków, które mają jakąkolwiek skuteczność, pomyślał. Szczypta tu, szczypta tam – według tajnej formuły macierzystego laboratorium w Niemczech albo w Szwajcarii, które ją odkryło. Tak naprawdę wiedział, że jest inaczej: władze zabijają albo zamykają każdego, kto sprzedaje, transportuje lub używa Substancji A. W tym wypadku oznaczałoby to, że Thrifty Drugstore – miliony sklepów Thrifty Drugstore – należałoby zastrzelić, wysiudać z interesu albo posłać do więzienia. Najprawdopodobniej do więzienia. A w ogóle to jak można zastrzelić sieć drugstore’ów? Albo zamknąć w więzieniu?
Pewnie sprzedają tylko zwykłe kosmetyki, doszedł do wniosku, jeżdżąc bez celu w kółko. Czuł się fatalnie, bo miał już tylko trzysta tabletek Agonii odłożonych na boku. Były zakopane w ogródku za domem pod krzakiem kamelii – krzyżówki z fajnymi dużymi kwiatami, które nie brązowieją nawet wiosną. Starczy tego najwyżej na tydzień, pomyślał. A co potem, kiedy się skończą? Cholera.
Przypuśćmy, że wszystkim w Kalifornii i w części Oregonu tego samego dnia wyschłoby źródełko. Ale by się porobiło.
Przez głowę przeleciała mu najczarniejsza wizja, jaka może nawiedzić ćpuna. W całej zachodniej części Stanów Zjednoczonych w tej samej chwili kończy się towar i wszyscy padają tego samego dnia, pewnie gdzieś około szóstej rano w niedzielę, kiedy normalni ludzie ubierają się, żeby pójść do zasranego kościoła.
Miejsce akcji: Pierwszy Kościół Episkopalny w Pasadenie, 8.30, niedziela, Dzień Katastrofy.
– Umiłowani w Panu, módlmy się, aby Bóg ulżył w cierpieniu tym wszystkim, którzy są w tej chwili na głodzie i rzucają się na łóżkach.
– Módlmy się – przytakują parafianie.
– Lecz zanim Pan ześle im świeżą dostawę…
Załoga policyjnego samochodu musiała zauważyć w jego sposobie jazdy coś, na co on sam nie zwrócił uwagi. Radiowóz wyjechał z parkingu i podążał za nim, na razie bez włączonych świateł i syreny, ale…
Może jadę zygzakiem, pomyślał. Zasrana suka. Musieli zobaczyć, że coś spierdoliłem. Ciekawe co?
GLINA: Pana nazwisko.
– Moje nazwisko? (NIE PRZYCHODZI MI DO GŁOWY ŻADNE NAZWISKO).
– Nie wiesz pan, jak się nazywasz? – Gliniarz daje znak swojemu kumplowi, który siedzi w samochodzie. – Ten facet jest nieźle naćpany.
– Nie strzelajcie – mówi Charles Freck w wizji wywołanej widokiem radiowozu. – Zabierzcie mnie przynajmniej na posterunek i tam zastrzelcie, żeby nikt nie widział.
Żeby przeżyć w tym faszystowskim państwie policyjnym, pomyślał, człowiek zawsze musi pamiętać, jak się nazywa. Cały czas. Wystarczy, że nie pamiętasz swojego zakichanego nazwiska, a oni od razu wiedzą, że jesteś naładowany.
Wiem, co zrobię, zdecydował. Jak tylko zobaczę wolne miejsce do parkowania, to sam zjadę na pobocze, zanim włączą koguta, a jak się zatrzymają obok, to im powiem, że mam kłopoty z kołem albo co.
Policjanci zawsze są zadowoleni, kiedy człowiek się poddaje i nie może jechać dalej. Jak zwierzę, które pada na ziemię i odsłania miękkie, niczym nie chronione, bezbronne podbrzusze. Muszę tak zrobić.
Zjechał na prawo i uderzył przednimi kołami w krawężnik. Radiowóz przejechał obok niego, nie zatrzymując się.
No i zupełnie bez sensu stanąłem, stwierdził. Teraz będzie trudno wjechać znowu na ulicę, przy takim ruchu. Wyłączył silnik. Posiedzę sobie chwilę w samochodzie, zdecydował, i pomedytuję albo wejdę w trans. W tym celu najlepiej popatrzeć na panienki. Ciekawe, czy produkują takie ustrojstwa, które mierzą podniecenie. Takie jak te, które mierzą fale alfa. Fale podniecenia – najpierw są bardzo krótkie, potem dłuższe, większe, coraz większe, aż zupełnie wychodzą z ekranu.
To na nic, zdał sobie sprawę. Powinienem pochodzić i poszukać kogoś, kto ma towar. Muszę coś załatwić, bo niedługo zacznę świrować, a wtedy już nic nie będę mógł zrobić. Nawet siedzieć w samochodzie, jak teraz. Nie będę wiedział, kim jestem, gdzie jestem ani co się w ogóle dzieje.
A co się w ogóle dzieje? – zapytał sam siebie. Jaki dzisiaj dzień? Gdybym wiedział, jaki to dzień, to reszta sama poskładałaby się do kupy. Kawałek po kawałku.