“Biały królik. Czerwony wilk” to pełen napięcia, inteligentny thriller o zwodniczości ludzkiego umysłu, prowadzący czytelnika aż do szokującego zakończenia.


Biały królik. Czerwony wilkSiedemnastoletni Peter Blankman cierpi na poważne zaburzenia lękowe.

Sparaliżowany strachem przed codziennymi sytuacjami, które wywołują w nim napady paniki, odnajduje pocieszenie w matematyce, której niezmiennym prawom może w pełni zaufać.

Wsparciem służą mu też bliskie osoby: zajmująca się pracą naukową matka, nieustraszona siostra bliźniaczka Bel oraz jedyna przyjaciółka Ingrid.

Jednak, gdy matka Petera zostaje z nieznanego powodu dźgnięta nożem podczas ceremonii wręczenia nagród naukowych, a jego siostra znika bez śladu, nastolatek zostaje bez ostrzeżenia wciągnięty w pełen przemocy świat szpiegów, o którego istnieniu nie miał pojęcia.

Peter ma do dyspozycji tylko jedną broń – swój niesamowity dar analitycznego myślenia.

Tom Pollock
Biały królik. Czerwony wilk
Przekład: Patryk Gołębiowski
Wydawnictwo YA!
Premiera: 3 kwietnia 2019
 
 

Biały królik. Czerwony wilk


Ta opowieść jest kłamstwem.

TERA2

Mama znajduje mnie w spiżarce. Skulony w kącie wzdrygam się, dostając po oczach światłem zza drzwi. Usta mam pełne krwi i odłamków porcelany.
Najchętniej bym to wypluł, ale nie chcę jej pokazać, że kawałki solniczki zmasakrowały mi dziąsła. Okruchy ciągle wpijają mi się w język i kłują mnie w podniebienie, ale nie mogę przełknąć, żeby nie stanęły mi w gardle. Sól piecze w ranach na języku. Próbuję się uśmiechnąć do mamy, nie poruszając mięśniami twarzy. Kropla śliny sączy mi się z ust i ścieka na czerwono po brodzie.
Mama wypuszcza powietrze, zbiera się w sobie i wpada do spiżarki. Podkłada mi pod usta garść papierowych ręczników.
– Wypluj – poleca. Wypluwam. Przyglądamy się bałaganowi na jej dłoni. Przypomina pobojowisko, krew i odłamki porcelanowych kości – zupełnie jakbym zwrócił pozostałości po bitwie stoczonej przed chwilą w mojej głowie.
Mama trąca resztki palcem.
– A co z liczeniem? – pyta. Wzruszam ramionami. Cmoka z dezaprobatą i wzdycha. – Otwórz.
Waham się, po czym odchylam głowę do tyłu i rozdziawiam usta.
– Aaaa. Eńe ołołanie?
Śmiech mamy trochę mnie rozluźnia. Jej ciepłe dłonie zdecydowanym ruchem ustawiają mi szczękę pod światło. Poważnieje.
– Ech, Petey – mówi cicho – coś ty narobił.
– Aa aak jye?
– Widziałam już gorsze rzeczy. Nie musisz iść do szpitala, ale…
Wyciąga z kieszeni szlafroka i zakłada parę cienkich rękawiczek medycznych.
„Rękawiczki medyczne w szlafroku” – myślę i robi mi się niedobrze. O czwartej rano. Wow, ale jestem przewidywalny.
Sięga mi do ust.
– Gotowy?
Ściskam ją za rękę.
– Trzy, dwa, jeden i… jedziemy.
Krzywię się, kiedy metodycznie wyszarpuje mi z dziąseł i upuszcza resztki porcelany, które brzęczą na podłodze spiżarki. W prawej dłoni ściskam spód solniczki. Rozbita góra wystaje mi znad palców niczym postrzępione blanki, zwierciadlane odbicie zębów, które ją zmiażdżyły. Pamiętam chwilę pęknięcia. Panika jak sprężyna zmuszająca szczęki do zagryzienia porcelany, aż dociera do mnie, że przesadziłem, a w ustach wybucha mi szrapnel.
Kiedy jest po wszystkim, mama ściąga rękawiczki, zwija je w kulkę i kładzie na pustej półce. Z drugiej kieszeni szlafroka wyjmuje mały długopis i czarny notes. Przyglądam mu się nieufnie, choć wiem, że to po prostu jej metoda – jest naukowcem.
– No dobrze – mówi. – Opowiadaj.
– O czym?
Posyła mi spojrzenie numer 4. Jeżeli macie rodziców, to znacie spojrzenie numer 4, które mówi: „W tej chwili, słonko, tkwisz w gównie po kostki, ale spróbuj mnie bardziej wkurzyć, a będzie ci potrzebny sprzęt do nurkowania”.
– Może to tylko twoje rojenia, Peterze Williamie Blankman, ale i tak chcę wszystko usłyszeć – mówi, chowając długopis w dłoni i podnosząc z półki otwieracz do puszek. – Nawet jeśli będę musiała to z ciebie wyciągnąć.
Parskam śmiechem i wspomnienie paniki nieco ustępuje.
– Miałem atak – przyznaję.
– Domyśliłam się. Rozmawialiśmy o tym, że liczenie powinno pomóc.
– Próbowałem.
– I?
Spoglądam na bałagan na dłoni.
– Nie pomogło.
Kolejne spojrzenie, dłuższe i surowsze, zahaczające o numer 5 – „Mamy swoje sposoby, żeby rozwiązać panu język, Herr Blankman” – ale pyta tylko:
– Jak to nie pomogło?
Ostrożnie dotykam językiem poranionych miejsc pod wargami i się krzywię.
– Skończyły mi się liczby.
Jej spojrzenie numer 5 przechodzi w całkowite niedowierzanie.
– Skończyły ci się liczby.
– Zgadza się.
– Peter, w swojej grupie wiekowej jesteś w ścisłej czołówce matematyków w Londynie, może nawet w kraju.
– Nie wiem, czy w kraju. – Wiem, że w kraju też. Jeżeli myślicie, że nie sprawdzam rankingów, to chyba was pogięło. – Ale…
– Kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć, że liczby nie mogą się skończyć. Po prostu dodajesz jeden i voilà! Pojawia się kolejna. Czary.
– Wiem, ale…
– Tylko że to nie są czary – dodaje cierpko. – To matematyka. – Zakłada dłonie na piersi. – Jeżeli udało ci się wyczerpać nieskończony zbiór liczb całkowitych dodatnich, Peter, to moja cierpliwość też ma swoje granice.
Cisza. Zerkam na drzwi do spiżarki i rozważam, czy nie zaryzykować ucieczki.
– Petey – mówi mama bez śladu humoru w głosie. Ma głębokie cienie pod oczami i nagle dociera do mnie, że to nie przelewki i że upływające właśnie sekundy składają się na jej kolejną nieprzespaną noc.
– Dlaczego podjadasz zastawę stołową? Słucham.
Wydymam policzki.
– No więc…

***

To był w istocie błąd taktyczny, wtopa. Ten atak był do przewidzenia; powinienem był się przygotować.
Była trzecia dwadzieścia dziewięć w nocy, a ja wciąż nie spałem. Oczy uwierały mnie jak kamyki, kiedy gapiłem się w sufit, który zdawał się wyginać i falować jak powierzchnia pomalowanego na kremowo oceanu.
„Nadchodzi wielki dzień” – pomyślałem. Wielki dzień, który miał się zacząć za trzy godziny i trzydzieści jeden minut, więc genialnie byłoby zamknąć oczy i się przespać. Marzenie ściętej głowy – za bardzo zżerały mnie nerwy na myśl o tym, że za trzy godziny i trzydzieści jeden minut muszę wstać.
Nadchodzi wielki dzień, Petey. Wielgachny, największy dzień twojego bezapelacyjnie publicznego wystąpienia. Jedno niewłaściwe posunięcie skończy się klapą nie tylko dla ciebie, ale dla całej rodziny, więc naprawdę, ale to naprawdę powinieneś uderzyć w kimono.
Wpatrywałem się w sufit. Wpatrywałem się w zegar. Trzy godziny i dwadzieścia dziewięć minut. Warunki były doskonałe.
Peter, tu kontrola lotu. Najwyższa gotowość bojowa. Masz zielone światło. Masz zezwolenie, powtarzam, masz zezwolenie na wkurw totalny.
Zaczęło się tak, jak się zawsze zaczyna: ssaniem w żołądku, którego, choć przypomina głód, nie da się pokonać jedzeniem.
Trzy godziny i piętnaście minut. Trzy godziny i czternaście minut i pięćdziesiąt trzy sekundy, pięćdziesiąt dwie sekundy, pięćdziesiąt jeden… Zostało jedenaście tysięcy sześćset dziewięćdziesiąt sekund. Nie dam rady.
Czujesz? Robi ci się niedobrze. Rozpierające brzuch mdłości czekają tylko, aż zamkniesz oczy, a to dopiero początek. Będziesz żywym trupem, a musisz być w doskonałej formie. Cokolwiek poniżej perfekcji i będziesz miał atak tam. Nie tu, w domu, gdzie Mama i Bella mogą się tobą zająć, ale tam, przy wszystkich, na oczach ludzi, ludzi z telefonami, którzy to nagrają. A potem trafisz na YouTube, gdzie cyfrowe rekiny wyczują twoją krew. Plama rozejdzie się wszędzie. I wszyscy zobaczą i skomentują, i się dowiedzą.

Waham się. Długopis mamy czeka nad notesem.
– Typowe objawy? – docieka.
– Ucisk w klatce piersiowej – potwierdzam, odhaczając je na palcach. – Przyspieszone tętno. Zawroty głowy.
– Dłonie?
– Spocone jak wkładka rowerowa Lance’a Armstronga.
Spojrzenie numer 4 powraca.
– Oszczędź mi sugestywnych porównań, Peter.
– Przepraszam. – Zamykam oczy, żeby sobie przypomnieć. – Próbowałem trzech linii obrony, tak jak kiedyś się umawialiśmy…
PO PIERWSZE: Ruchy.

Zwlokłem się z łóżka i uciekłem na schody. Ruch pomaga: pobudza krążenie w żyłach i w mięśniach. Pozwala zaczerpnąć powietrza pomimo zapartego tchu w piersi.

PO DRUGIE: Słowa.

Byłem szybkowarem, a moje usta – gwizdkiem. Przez zaciśnięte zęby wypuściłem na świat chaotyczny bełkot, który szalał mi w mózgu. Czasami jeśli usłyszę pojebane myśli, które chodzą mi po głowie, to łatwiej mi uwierzyć, że to nieprawda.
– Będziesz miał publiczne zejście, taką megaawarię, że głowa mała. Pojedziesz wiralem. Chuj z wiralem, to będzie pandemia. Filmiki z reakcjami dzieciaków na reakcje dzieciaków na twój widok zainkasują setki milionów odsłon. Trzeba będzie pozmieniać słowniki. „Awarię” zastąpi „Petey” – ściśle rzecz biorąc, „beka z Peteya”. Następnym razem, kiedy tajfun rozniesie jakąś biedaelektrownię na uran, pręty z cyrkonu popękają, a promieniowanie gamma wychynie, żeby zmasakrować pobliskie miasta rakiem, każda strona z newsami w necie ogłosi, że nastąpił „atomowy Petey”!
No dobrze, to lekka przesada. Trochę się uspokoiłem.
– Sfajdasz się na oczach wszystkich, i to nie jest figura retoryczna.
Potknąłem się o najniższy stopień. To natomiast było przerażająco realne.
Wpadłem do kuchni, wdrapałem się na róg blatu niczym kaleka baletnica i rozglądałem się rozpaczliwie, poszukując czegoś do stłumienia ataku paniki. Ale zobaczyłem tylko półki wypełnione po brzegi pudełkami płatków i makaronu, szafki z sosnowymi drzwiczkami, wielką srebrną lodówkę i moje rozmyte, potworne odbicie. Cyfry na zegarze kuchenki biły zielenią: 03:59.
Dziesięć tysięcy osiemset jedna sekunda.

PO TRZECIE: Liczby.

Muszę szybko zająć czymś myśli. Rozbić atak na policzalne kawałki, pojedyncze drewienka dryfujące na falach czasu. Skoncentrować się na utrzymywaniu głowy nad wodą, aż dotrę do kolejnej deski.
– Jeden – powiedziałem. – Dwa. – Ale mój prawdziwy, słyszalny głos zabrzmiał słabo i bezradnie na tle odliczania w mojej głowie.
Zostało dziesięć tysięcy siedemset dziewięćdziesiąt sekund…
– Trzy… cztery… – wydusiłem z siebie, ale na darmo. Inna część mojego mózgu przejęła odliczanie, podczas gdy panika trwała w najlepsze, niepowstrzymana i niezagłuszona. Potrzeba mi było czegoś innego, zmyślniejszej zagadki, żeby zająć czymś myśli krążące wokół nieznośnego ściskania w brzuchu.

I wtedy – wyjaśniam mamie – zawaliłem sprawę.
– Tak?
– Przeszedłem z liczb całkowitych na ich pierwiastki kwadratowe.
Mama mierzy mnie wzrokiem.
– Ile miejsc po przecinku? – pyta w końcu.
– Sześć.
Krzywi się.
2,828427, 3, 3,162278, 3,316… – Zawahałem się, sylaby ciążyły mi w ustach jak kamyki, dłonie i plecy miałem lepkie od potu. Ponowiłem próbę: – 3,316…
Ale to na nic: skończyły mi się liczby.
Rozejrzałem się rozpaczliwie za czymś – czymkolwiek – czym mógłbym uspokoić panujący w głowie chaos. Oczy mnie piekły, a serce łomotało mi szaleńczo między żebrami. W bladym blasku latarni kuchnia zdawała się kurczyć, a ściany jakby się zapadały. Przez chwilę wydawało mi się, że słyszę skrzypienie belek.
Czasami, kiedy jest bardzo źle, widzę i słyszę rzeczy, których nie ma. Kurde. Jak to mi się mogło aż tak wymknąć spod kontroli? Przełknąłem głośno ślinę i sięgnąłem po ostatnią technikę zachowania resztek zmysłów, tę z gatunku „w przypadku zagrożenia rozbić szybę”.

PO CZWARTE: Żarcie.

Rzuciłem się na lodówkę i wyszarpnąłem plastikowy pojemnik z wczorajszym curry. Lepka brązowa maź zmroziła mi palce, którymi zacząłem pakować ją sobie do ust. Zaciekłe przeżuwanie było bezskuteczną formą obrony przy świadomości, że nie mam szans zapełnić ziejącej we mnie pustki, w nadziei, że sama masa jedzenia uspokoi wzbierającą mi w żołądku panikę.
A potem było już tylko gorzej.
Mama marszczy brwi i coś zapisuje. Jej sporadyczne notatki tyczą się wyłącznie istotnych szczegółów, które mogą się później przydać.
– Dobrze – mówi. – Skończyły ci się liczby i dorwałeś się do jedzenia. Nie najlepiej, ale kiedy cię przyciśnie, to nie ma innego wyjścia. Zarazem – wskazuje skinieniem połowę solniczki w mojej pięści – to chyba dość przeciętna przekąska.
Patrząc mi prosto w oczy, wyciąga solniczkę z mojego uścisku, zastępując ją swoją dłonią. Jej palce ściskają moje. Otwiera pchnięciem drzwi spiżarki i wyprowadza mnie z kryjówki.
Kuchnia wygląda jak po burdzie kiboli. Szafki wiszą otwarte na oścież, wyszarpnięte szuflady leżą przewrócone na podłodze obok kartonów i słoików po korniszonach, toreb i skórek, kawałków zaschniętego makaronu. Wszystko przyprószone mąką jak nieśmiałym angielskim śniegiem.
– Skończyły mi się liczby – mamroczę otępiały. Nie pamiętam nawet, żeby to była moja sprawka. – A potem… – Wstyd, który trawił mnie jak płomień kartkę, w końcu się rozpala. – Skończyło mi się jedzenie.
Mama uderza językiem o zęby. Zamyka notatnik, chowa go do kieszeni, a potem przykuca na pobojowisku i zaczyna sprzątać kuchnię.
– Mamo – zaczynam cicho. – Ja to zrobię.
– Peter, wracaj do łóżka.
– Mamo.
– Musisz się położyć.
– A ty nie musisz? – Wręcz wyszarpuję jej z rąk szufladę. – To ty odbierasz za siedem godzin nagrodę. Musisz wygłosić przemówienie. – Nie umiem sobie wyobrazić niczego bardziej przerażającego niż publiczne przemówienie. A poświęcam mnóstwo czasu na rozmyślanie o przerażających sprawach.
Mama się waha.
– Proszę cię, mamo. Pozwól mi się zająć tym bałaganem. To mi pomoże.
Widzi, że mówię serio. Całuje mnie w czoło i się podnosi.
– No dobrze, Peter. Kocham cię, jasne?
– Jasne.
– Jakoś z tego wybrniemy. Damy radę.
Nie odpowiadam.
– Pete? Damy radę. We dwoje.
– Pewnie, że tak – kłamię.
Mama ostrożnie wymija pogruchotane szkło i plamy rozlanego soku. Przed wyjściem pochyla się i podnosi z podłogi obrazek, czyści go i odstawia na lodówkę. To czarno-białe zdjęcie Franklina D. Roosevelta z podpisem: „Strach to jedyne, czego trzeba się bać”. Ten slogan dodaje mamie otuchy; mnie tak sobie. Ledwie osiemnaście dni po tym, jak Roosevelt go wygłosił, naziści otworzyli pierwszy obóz koncentracyjny w Dachau.
Yyy… panie prezydencie? Kilku niemieckich Żydów ma panu coś do powiedzenia na temat pańskiej teorii.
Wpycham szuflady z powrotem na miejsce, kładę trzydziestego drugiego prezydenta Stanów Zjednoczonych twarzą do blatu i sięgam po szczotkę.
„Skończyło mi się jedzenie”. To była prawda – niepełna, ale prawda – a mama mi uwierzyła. Nie powiedziałem jej za to, że napychając się curry, uciekałem wzrokiem od noży i nożyczek, i ostrych rogów blatu; że kiedy wgryzłem się w solniczkę, miałem poczucie, że to początek koszmaru, nie jego finał.
Co jakiś czas muszę pędzić do ubikacji, żeby zwymiotować. Mój brzuch może i jest w stanie utrzymać do czterech litrów ściśniętego jedzenia, ale nie w nieskończoność. (Tak przy okazji: sok żołądkowy w pokiereszowanych ustach sytuuje się na diagramie Venna perfekcyjnie na przecięciu zbiorów „ble” i „aua”). Czuję się przenicowany, jakbym nosił przemoczony sweterek uszyty ze ścian własnego żołądka.
Zmywam rozlane mleko z półek lodówki, kiedy słyszę ciche popiskiwanie; dobiega z leżącej na blacie słuchawki. Mama – jedyna znana mi osoba używająca telefonu stacjonarnego – musiała z niego korzystać i się nie rozłączyła. Z kim mogła rozmawiać o 4:29 rano?
Szuranie kopniętej po płytkach puszki. Podrywam się i obracam, ale nie ma powodu do obaw. To Bel.
Nie jesteśmy, rzecz jasna, identyczni, ale podobieństwa są uderzające: ten sam kolor skóry pokrytej piegami i latem, i zimą; takie same ciemnobrązowe oczy; ten sam spiczasty nos i wyrazista szczęka; i… cóż, pewnie jeszcze jakieś cechy po tacie. Są też różnice, oprócz tych oczywistych – ona farbuje włosy na rudo; ma większe dołeczki, kiedy się uśmiecha; aha, i tylko ja mam nad lewym okiem wgłębienie cztery na dwa centymetry. Zupełnie jakby nieuważny garncarz zostawił na mnie odcisk palca przed włożeniem do pieca. Mój osobisty defekt.
Tylko że wcale nie jest osobisty, ani trochę.
Człapiąc, moja siostra wchodzi zaspana do kuchni, drapie się po głowie. Mierzy wzrokiem pobojowisko, zbywa je wzruszeniem ramion, jakby to nie było nic takiego, i klęka na podłodze. Podbiegam do niej i zabieramy się razem do pracy, układania i sprzątania, odbudowy i naprawy.
Nie proszę Bel, żeby przestała. Nie mam wyrzutów sumienia. Przy niej nigdy ich nie mam. Niezła z nas ekipa.
Nie zakręciłem porządnie kranu. Odgłos skapującej do zlewu wody jest jak stukanie ptaka w okno.