Andrés Ibáñez w powieści “Księżna jeleń” rozpościera przed czytelnikiem świat wzorowany na średniowieczu, zlokalizowany na pograniczu jawy i nierealności, zaskakując przy tym poetycznością i metaforyką. Jest pięknie i zupełnie inaczej niż w jego bestsellerowym dziele „Lśnij, morze Edenu”.


Księżna jeleńCi spośród czytelników “Księżnej jeleń”, którzy znają już poprzednią powieść Andrésa Ibáñeza “Lśnij, morze Edenu”, mogą być nieco zaskoczeni faktem wejścia przez pisarza w zupełnie inne rejony literatury. “Lśnij, morze Edenu” krytycy hiszpańscy określili jako “prozę głęboko zakorzenioną w hiszpańskiej tradycji klasycznej”, natomiast “Księżna jeleń” to opowieść fantasy, wierna klasyce tego gatunku, zawierająca sporo elementów zaczerpniętych z różnorodnych mitologii, motywów baśniowych i – dość nowatorsko wkomponowane – okruchy science-fiction.

W warstwie fabularnej “Księżna jeleń” to dość typowa opowieść o losach młodego Hjalmara, królewskiego syna z peryferyjnego królestwa, który udaje się do stołecznego miasta Irundast, z nadzieją pasowania na rycerza. Dzięki nieoczekiwanemu splotowi wydarzeń Hjalmar zostanie uczniem czarnoksiężnika, zawrze znajomość z tajemniczą księżną Pasquis i wyruszy na wyprawę ważną dla losów świata. Przy okazji pomiędzy młodzieńcem a królewską córką narodzi się niezwykłe i trudne uczucie, a losy tej dwójki i kilku głównych postaci splotą się z wielkimi wydarzeniami. Brzmi znajomo? Owszem, ale diabeł tkwi w szczegółach.

Ta podróż do krainy konwencjonalnego fantasy w wykonaniu Ibáñeza to wyprawa poetycka, melancholijna i barwna. Czytelnik nie znajdzie tu rozbudowanych, technicznych opisów militarnych: broni, sposobów nakładania pancerza, taktyki walk rycerstwa czy precyzyjnych instrukcji, jak walczyć ze smokiem, w czym lubują się na przykład Brandon Sanderson czy Miles Cameron.

U Ibáñeza dominuje poetycki styl i odkrywcze podejście do gatunkowej narracji. Urzekają czytelnika baśniowe metamorfozy, fantazyjne metafory, fascynujące opisy związków człowieka z przyrodą, wprowadzenie druidów, z ich specyficznymi umiejętnościami i pędem do wiedzy, którzy w kulminacyjnych momentach powieści stają się łącznikiem pomiędzy Ziemią a… mieszkańcami Kosmosu. Andrés Ibáñez włączył także do powieści kilka elementów wyraźnie inspirowanych twórczością Ursuli Le Guin – zwłaszcza w chwilach metamorfoz bohaterów i przejmowania władzy nad zwierzętami czy dziełami Tolkiena, z jego wizją świata elfów czy nieszczęśliwej miłości, jak choćby uczucie Berena i Lúthien – i w tych momentach zabłysnął własnym, niepowtarzalnym stylem splecionym z motywami wykorzystywanymi wcześniej przez innych pisarzy.

Ibáñez z mistrzostwem języka wyczarował opowieść bogatą w literackie smaki

Główny wątek – standardowy temat ucznia maga i odkrywania własnych możliwości, z tłem w postaci wielkiej, globalnej polityki, smoków i innych stworów, brutalnych bitew, i fantastycznych krain – posłużył Ibáñezowi jako podstawa do opowieści o inicjacji i wewnętrznych poszukiwaniach oraz niespełnionej miłości, w której subtelna historia miłosna jest kontrapunktem dla wojny i jej okrucieństw, tortur i niewolnictwa. Czytelnik wiedziony piórem pisarza przemierzy krainę o bogatej historii i zagmatwanej polityce, zajrzy w głąb budzących się wulkanów i przekona się, kto w nich mieszka. Będzie to podróż pełna wrażeń, niezapomniana.

Ibáñez z mistrzostwem języka wyczarował opowieść bogatą w literackie smaki – plastyczne opisy, archaizmy, wplecione w fabułę stylizowane wiersze i pieśni. Za ich pomocą przedstawił czytelnikom uniwersalną opowieść o miłości i prawdzie, wartościach aktualnych w każdych czasach. Krótko mówiąc, to piękna powieść, która zachwyci nie tylko miłośników klasycznej fantasy, ale także wszystkich szukających dobrej literatury prowokującej do głębszej refleksji. Robert Wiśniewski

Andrés Ibáñez, Księżna jeleń, Przekład: Barbara Jaroszuk, Seria: Salamandra, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 16 października 2018
 

konkurs

 

Księżna jeleń

Andrés Ibáñez
Księżna jeleń
Przekład: Barbara Jaroszuk
Seria: Salamandra
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 16 października 2018
 

KAWALER HUTTA

Trzy wielkie armie walczyły z Volsungami. Na północnym wschodzie Skimilgowie i Sikvardowie posuwali się w stronę Dzikiej Krainy albo Serca Puszczy, gdzie leżała Tartamunda, mityczna volsuńska stolica. Od północnego zachodu szły zjednoczone zastępy pod wodzą dziedzica tronu Arnheim, Salmeta, który prowadził Zakon Krwi, wojska wszystkich krain Inglundu oraz oddziały Bronðinara, króla Skilfingów. Skaldom i Juptom przypadło atakowanie od południa, przy czym ich siły uległy rozdzieleniu, w związku z czym Juptowie zostali sami na równinie Armentii, gdzie musieli stawić czoło potężnej kompanii Volsungów.
Zamysł był taki, żeby zepchnąć tych ostatnich w dzikie ostępy Serca Puszczy, zadając jak najwięcej szkód, a później połączyć wszystkie trzy armie nad rzeką Danaeus i wspólnie ruszyć na Tartamundę. Kiedy powstawał Sojusz Północny, wszyscy królowe, książęta i pomniejsi pankowie sądzili, że wojna będzie krótka i przeciwnik od razu ulegnie niezliczonym oddziałom sprzymierzonych. Nikt jednak nie przewidział odwagi i furii, z jakimi Volsungowie przystąpili do walki, nie wziął pod uwagę niesłychanej siły wojowników-niedźwiedzi ani warunków geograficznych, które nie sprzyjały najeźdźcom. Z ciemnych wąwozów Serca Puszczy wylewały się wciąż nowe hordy żołnierzy, niedźwiedzi oraz żołnierzy-niedźwiedzi, uzbrojone w topory, maczugi i lance.
Dlatego doszło do starcia w Armentii. Juptowie, zostawiwszy Skaldom plądrowanie miast i osad położonych w górnym biegu rzeki Danaeus, powędrowali na północ, by dołączyć do Salmeta i Bronðinara, ale na armentyjskiej równinie dali się zaskoczyć volsuńskiej formacji złożonej z ludzi i niedźwiedzi. Wielu historyków miało później twierdzić, że bitwa w Armentii przesądziła o wyniku całej wojny i że gdyby Volsungowie zdołali tam pokonać Juptów, bez problemu rozgromiliby też słabo zorganizowanych i skupionych na łupach Skaldów, po czym spokojnie przygotowaliby się do rozprawy z wrogami nacierającymi od północy.
Jednakże to Juptowie zwyciężyli w bezlitosnej bitwie, która trwała od świtu do zmierzchu i przetrzebiła także ich szeregi.
Krzyki bólu niosły się po całej równinie. Ciężko rannych Volsungów dobijano toporami, rannych zaś Juptów przewożono do prowizorycznych lazaretów, gdzie w rękach chirurgów czekał ich los niewiele lepszy. Wnętrzności wpychano do rozprutych brzuchów gołymi rękami, porozrywaną skórę szyto grubymi igłami i szorstkimi nićmi. Krwawiące rany opatrywano byle jak, uszkodzone kończyny dla uniknięcia gangreny obcinano zwykłymi piłami, kikuty przypalano na żywca. Kopano wielkie doły tylko po to, by wrzucać do nich amputowane ręce i nogi, nie pozwalając pożywiać się nimi psom. Kubły ciemnej krwi lały się na zieloną trawę.
Juptowie nie byli ludem okrutnym i bynajmniej nie pastwili się nad wrogiem. Ich wódz, Madajutta, wyraźnie tego zakazał i polecił dobijać jedynie najciężej rannych. Nie dotyczyło to jednak niedźwiedzi oraz wojowników-niedźwiedzi, albowiem Madajutta czuł przemożny wstręt do volsuńskich aberracji. Przy czym w praktyce trudno było odróżnić ludzi od nieludzi, ponieważ Volsungowie są mocno zarośnięci, dla większego efektu malują sobie twarze na czarno i, podobnie jak wojownicy-niedźwiedzie, noszą skomplikowane fryzury z warkoczy przeplatanych kośćmi i ozdobami ze srebra lub brązu, jak również hełmy, do których przymocowują skrzydła orłów i łabędzi albo też bycze lub jelenie rogi.
Dlatego wielu ludzkich wojowników omyłkowo padło ofiarami toporów, nim Madajutta kazał zakończyć tę jatkę. Prawdziwe niedźwiedzie najczęściej zabijano lancami, gdyż Juptowie bali się podchodzić bliżej do tych bestii wyposażonych w ostre jak noże pazury. Przy czym nawet niedźwiedzie nie były tak naprawdę zwierzętami, bo, zranione, krzyczały ludzkim głosem, płacząc i wzywając swego boga, którym okazywał się nie kto inny niż Oden, dawny Oden, nieznający litości i żądny ludzkich ofiar.
Trzeba było naprędce tworzyć obozy dla pojmanych, w bezlitośnie padającym deszczu, który zamieniał łąki Armentii w błotniste bajora i nie ustawał ani na chwilę, zupełnie jakby niebo chciało jak najszybciej zmyć ślady po tym straszliwym rozlewie krwi. Co ważniejszych jeńców zamierzano później wymienić na okup, zwykłych zaś żołnierzy – sprzedać w niewolę. Segeris Remite, falasyjski handlarz żywym towarem, miał zadbać o ich transport do krainy Juptów. Z pozostałymi jakimś cudem przy życiu niedźwiedziami i wojownikami-niedźwiedziami nikt nie wiedział, co zrobić.
Madajutta zarządził kilkudniowy wypoczynek. Do pobliskich osad, gdzie mogły się jeszcze kryć niedobitki Volsungów, wysłał kilka oddziałów z wozami, by zaopatrzyć swą armię w świeże jadło, bukłaki wina oraz baryłki piwa, obiecując miejscowym, że dobrowolna pomoc oszczędzi im plądrowania i gwałtów. Obietnice te wszakże pozostały w wielu wypadkach niespełnione, gdyż nie dało się przeszkodzić żołdakom w porywaniu kobiet, które witano w obozie radosną wrzawą, jest bowiem rzeczą wiadomą, że po okrutnej walce przychodzi pora na nie mniej okrutne rozrywki.
Świadkami tych wydarzeń stali się dwaj juptyjscy zbrojni. Pierwszy miał jasne, kręcone włosy, a ubierał się w białą, juptyjskim zwyczajem lamowaną na srebrno tunikę. Drugi był człowiekiem niezwykle wysokim, niemal olbrzymem, i nosił gęstą czarną brodę, która upodabniała go bardziej do drwala niż do rycerza. Blondyna, który nosił przypasany do tuniki miecz, zwano kawalerem Huttą z Frage. Olbrzym, który był zwykłym szeregowcem i walczył toporem oraz lancą, miał na imię Skälf. Obaj zaciągnęli się do wojska w niewielkim garnizonie na południu krainy Juptów. Obaj pochodzili z ludu: ojciec Skälfa łowił ryby, a ojciec Hutty garbował skóry, tyle że Hutta dzięki swej odwadze i skuteczności w boju szybko awansował na Kawalera Walecznego, podczas gdy Skälf wciąż służył jako prosty żołnierz. Kawalerów Walecznych powoływała juptyjska królowa w razie wojny lub szczególnego zagrożenia dla kraju. Niemal wszyscy wywodzili się z nizin społecznych i pasowano ich na rycerzy bez większych ceremonii, oczekując, że spiszą się w walce. Jeśli odznaczyli się szczególnie, otrzymywali prawdziwy tytuł i ziemie, jeśli zaś nie – odbierano im miano Walecznego.
Choć jednak Hutta był teraz przełożonym Skälfa, nadal łączyła ich głęboka przyjaźń, ledwie maskowana ze względu na różnicę stopnia.
– Wszystko to głęboko mnie zawstydza – oświadczył Hutta.
Szli we dwóch przez obóz i patrzyli, jak żołdacy rzucają się na nadjeżdżające wozy pełne kobiet, które następnie rozdzielają między siebie, grając w karty, albo po prostu obalają na ziemię, obdzierają z ubrań i jeden po drugim gwałcą. Niektóre z ofiar krzyczały albo płakały, inne leżały z zamkniętymi oczyma i zaciśniętymi zębami. Hutta i Skälf widzieli, że jedną, która próbowała uciekać, dla czystej zabawy zastrzelono z łuku jak sarnę. Po tym, jak trzydzieści strzał przeszyło jej ciało niemal na wylot, żadna więcej Volsunka nie ryzykowała ucieczki.
W jednej z grupek były dwie mniej więcej jedenastoletnie dziewczynki. Hutta podszedł i wziął obie za rękę, chcąc je stamtąd zabrać. Mężczyźni wokół zaczęli go wyzywać, nie zważając na rangę, tak byli już pijani od piwa, gorzałki i zwycięstwa. Zignorował ich, a gdy ukrył dziewczynki w swoim namiocie, zawrócił, by ratować inne, zmuszony niekiedy kopniakami strącać z nich gwałcicieli. W ten sposób ocalił tyle młodocianych ofiar, ile zdołał; wszystkie prowadził do swego namiotu, aż zaczął się obawiać, że za bardzo zwraca na siebie uwagę, ściągając na nie niebezpieczeństwo. Było ich w sumie piętnaście, w wieku od dziesięciu do czternastu lat, bosych i brudnych, ubranych w zgrzebne koszule. Ich ojcowie zostali zabici, ich matki nadal zbiorowo gwałcono. A one patrzyły na swego obrońcę ze strachem, zastanawiając się, co zamierza z nimi zrobić.
Hutta odwzajemniał ich spojrzenia, nie bardzo rozumiejąc całą tę sytuację, zupełnie jakby to nie on był jej inicjatorem. Patrzył na te dzieci, zastanawiając się, co mu właściwie strzeliło do głowy – dlaczego wyratowanie paru chłopskich córek od gwałtu wydało mu się znienacka aż tak ważne. Te małe bały się go do tego stopnia, że z pewnością marzyły o ucieczce i w razie czego bez wahania potraktowałyby go nożem. Musiał z nimi porozmawiać. Odchrząknął niepewnie, albowiem nigdy nie wdawał się w rozmowy z dziećmi, po czym wyjaśnił, posługując się swoim nader ubogim volsuńskim, że jeśli chcą ujść z życiem, muszą być cicho, nie wolno im płakać, krzyczeć ani próbować ucieczki, i że nad ranem, kiedy żołnierze posną, będą mogły wrócić do siebie.
Pewna trzynastolatka oświadczyła na to, że gotowa jest się ofiarować dzielnemu juptyjskiemu wojownikowi, żeby zrobił z nią, co zechce, byle tylko nie krzywdził jej sióstr. Hutta spytał ją, jak się nazywa, a ona odparła, że na imię ma Aswen. Przez cały czas patrzyła mu prosto w oczy. Miała delikatne ręce, duże blade usta i niedojrzałe piersi, które ledwie zaznaczały się pod koszulą. Była niezwykle piękna z tą swoją białą jak śnieg skórą i jasnymi jak zboże włosami. Coś w jej oczach kojarzyło się Hutcie z morzem – ze spokojem, ogromem i ciszą morza.
– Aswen – rzucił – czyją jesteś córką?
– Freidla, kowala z Hundertwasser.
– Ja nie zwykłem niewolić kobiet – oznajmił Hutta. – A już zwłaszcza małych dziewczynek. Nie musisz się mnie obawiać.
– To po co nas tu przyprowadziłeś?
– Żebyście były bezpieczne.
Dziewczynka przez chwilę uważnie przypatrywała się jego twarzy. Potem pochyliła się i ucałowała jego dłonie.
– Jesteś Juptem, ale dobry z ciebie człowiek – powiedziała.
– Juptowie to ludzie szlachetni i sprawiedliwi – odrzekł Hutta, cofając ręce, jakby się bał, że mała go podrapie.
– Nie – zaprotestowała. – Zabili mojego ojca i uprowadzili matkę. Spalili nasz dom, zamordowali moich braci. Są jak dzikie zwierzęta. Są gorsi niż wilki i krucy. Tylko ty jesteś inny.
W tym momencie do namiotu wszedł Skälf i aż westchnął na widok stłoczonych w nim dziewczynek, siedzących lub klęczących na ziemi. Położył na stole połowę pieczonego łabędzia, którego przyniósł ze sobą, i patrzył na Huttę szeroko otwartymi oczyma, nie wiedząc, co mówić. Wygłodniałe Volsunki łypały na pieczyste pożądliwie. Niektóre wręcz wstały, nie dlatego, że spodziewały się poczęstunku, lecz by poobserwować, jak mężczyźni będą jedli, albowiem dla głodującego już sam taki widok bywa atrakcją. Kawaler Hutta podzielił więc tłuste, złociście przypieczone i gorące jeszcze mięso i wręczył każdej po kawałku. Wkrótce z łabędzia pozostały same kości.
Później Hutta i Skälf wyszli poszukać jakiejś strawy dla siebie, powtarzając dziewczynkom, że dla własnego dobra powinny siedzieć w namiocie. Po powrocie Hutta stwierdził jednak, że trzy mimo wszystko uciekły. Dwanaście par oczu wciąż wpatrywało się w niego ze strachem. Gestem nakazał swoim podopiecznym milczenie i ułożył się do snu.
Aswen zbliżyła się i znów pocałowała go w rękę. Reszta dziewczynek szeptała coś między sobą, póki córka Freidla z Hundertwasser nie ucięła tego, mówiąc, że muszą temu dziwnemu Juptowi zaufać, bo inaczej przepadły z kretesem.

SEGERIS REMITE

Nazajutrz rano, gdy Hutta się obudził, małych Volsunek już jednak nie było. Znikł nawet ich zapach, zastąpiony inną, mocną wonią – mieszaniną zapachów skóry, rycyny i potu. Hutta obrócił się, zaniepokojony, i ujrzał, że na jego krześle siedzi Segeris, handlarz niewolników. Był to mężczyzna wysoki i otyły, o ciemnej karnacji i dzikiej, zarośniętej twarzy. Jego nieufne, skryte pod gęstymi brwiami oczka lśniły twardo jak diamenty. W uszach miał miedziane kolczyki w kształcie obręczy, na głowie zaś skórzany hełm zdobiony złotem. Kilka naszyjników z tego samego kruszcu splatało mu się na piersi. Pod wielkim, obwisłym brzuchem krył się skórzany pas, u którego przytroczone były dwa zaklejone woskiem bycze rogi oraz szczelnie zawiązana sakiewka. Obok połyskiwał zakrzywiony nóż o długiej, szerokiej rękojeści, w rodzaju tych, którymi posługują się rzeźnicy. Grube i włochate palce handlarza żywym towarem ledwie wystawały spod masy pierścieni ze złota, srebra i brązu, częściowo wysadzanych drogimi kamieniami. Paznokcie pomalowane były na czerwono.
– Pozdrawiam cię, kawalerze – odezwał się gość głośnym, piskliwym głosem, nieskończenie wulgarnym i obcesowym. – Chcę, żebyśmy jako ludzie honoru porozmawiali o interesach. Czy nie należałoby się z tej okazji czegoś napić?
– Mam jedynie deszczówkę – odparł Hutta, rozglądając się nerwowo dookoła i zachodząc w głowę, co się stało z volsuńskimi dziewczynkami.
– Czy to deszczówkę widzę w tym gąsiorku? – spytał Segeris, wskazując naczynie do połowy wypełnione winem.
– Pij – rzucił gospodarz, wdziewając buty. – I mów, z czym przychodzisz.
– Z interesem! – powtórzył handlarz, ciężko dźwigając się z krzesła i podchodząc do stołu. – Nieźle mi się powodzi, nieźle, przyznaję, chociaż trosk nigdy nie brakuje. Choroby dziesiątkują mi moich podopiecznych, o których trzeba dbać jak o rodzone dzieci. Jak o rodzone! Pracując z żywym towarem, człowiek staje wobec najrozmaitszych wyzwań, szlachetny panie. A już z kobietami… Ach, te kobiety! Czasem jesteśmy zmuszeni zaprowadzić porządek… Bywa, że kara uszkodzi ten lub inny egzemplarz, ale niekiedy to konieczne, smutne i konieczne, tak bym rzecz ujął…
– Czemu mi to wszystko opowiadasz? – spytał Hutta. – Czego ode mnie chcesz?
– Oczy Walecznego Kawalera wędrują wciąż z miejsca w miejsce. – Segeris uśmiechnął się kpiąco, odkorkowując karafkę i z braku kielicha lub kubka podnosząc ją bezpośrednio do ust. – Młody rycerz chciałby wiedzieć, co się stało z jego dwunastoma gołąbeczkami. Dajże spokój, kawalerze, czyżbyś zamienił się teraz w histriona? Kręcisz głową, marszczysz czoło, brwi unosisz jakby w zdumieniu lub oburzeniu…
Segeris wrócił na krzesło, sięgnął po jeden z byczych rogów wiszących mu u pasa i pomachał nim w stronę Hutty.
– Mogę zapłacić ci monetami albo, jeśli wolisz, złotym proszkiem, który tu trzymam. W ten sposób dobijemy targu i wszystko odbędzie się zgodnie z prawem.
– Jakiego targu? – rzucił Hutta. – O czym ty mówisz?
– O twoich dwunastu gołąbeczkach – odrzekł Segeris. – Są u mnie. Wczoraj usiłowały stąd uciec, ale daleko nie zawędrowały. Starannie skrępowane siedzą w klatce. Dziś po południu naznaczę je żelazem.
– Nie możesz tego zrobić – zawołał Hutta, czując, jak ogarnia go ślepa furia. – To nielegalne. Zgodnie z juptyjskim prawem napiętnować niewolnika wolno tylko wtedy, gdy dopuści się kradzieży, spróbuje ucieczki albo celowo wyrządzi krzywdę człowiekowi wolnemu.
– Daj spokój – mruknął Segeris. – Muszę naznaczyć to, co do mnie należy. Poza tym nie jesteśmy w kraju Juptów. A te dziewczyny to barbarzynki. Nie odczuwają bólu tak jak my. No, ale muszę ci zapłacić, żeby legalnie zostać ich właścicielem, rozumiesz?
– One nie są niewolnicami – protestował Hutta. – Gdzie je trzymasz? Masz je wypuścić!
– To Volsunki – podkreślił handlarz, krzywiąc się z obrzydzeniem. – Oczywiście, że są niewolnicami.
Hutta najchętniej złapałby za miecz i przeszył nim brzuszysko Segerisa, wiedział jednak, że jeśli to zrobi, zostanie oskarżony o morderstwo. Handlarz żywym towarem był człowiekiem powszechnie szanowanym i wpływowym, miał znajomości na wszystkich szczeblach władzy, a jego wielce dochodowa działalność nie tylko nie kłóciła się z prawem, lecz stanowiła przedmiot powszechnej zawiści. Aby wejść w posiadanie volsuńskich jeńców, musiał zapłacić trybut Madajutcie, pomnażając jeszcze jego fortunę. Obrazić Segerisa znaczyło więc obrazić bożka złota, wiadomo zaś, że temu, kto tak czyni, nie ujdzie to na sucho.
Hutta wypadł ze swego namiotu i popędził ku tej części obozowiska, gdzie trzymano niewolników. Pojmani volsuńscy możni, w liczbie około trzydziestu, przebywali osobno, w dwóch wielkich namiotach. Jak to zwykle na wojnie bywa, spodziewano się otrzymać za nich wysoki okup. Dalej tłoczyli się zwykli Volsungowie, w tym wielu rannych. Opatrywano ich nawet, ale tylko ze względów finansowych, albowiem chory lub okaleczony niewolnik traci całą swoją wartość, chyba że jest lekarzem, muzykiem lub filozofem. Ponieważ brakowało dla wszystkich klatek, najczęściej wiązano biedaków po dwóch lub po trzech, żeby nie uciekli. Czasem przywiązywano ich też do drzewa, najodważniejszych zaś od razu skuwano, obciążając ich stopy kulami z żelaza. Uzbrojeni po zęby pomagierzy Segerisa przechadzali się w tę i z powrotem. Nosili podobne do katowskich kapturów skórzane nakrycia głowy, które nie zasłaniając im twarzy, oczy kryły w cieniu. Do ich wyposażenia należały przytraczane do pasa miecze, sztylety, żelazne obręcze i garoty, ukryte w pochwach i skrzyżowane na piersi zakrzywione noże oraz straszliwe pejcze z niewyprawionej końskiej skóry i nabijane gwoździami bicze „o dziewięciu ogonach”. Nawet u kogoś takiego jak Hutta, zaprawionego wszak w bojach, widok tych bezlitosnych mężczyzn, nawykłych do zadawania bólu i upokorzeń, wywoływał dreszcze. Hutta wyczuwał w tych osobnikach siłę, której brak rycerzom i wodzom z ich ceremoniami; siłę znacznie bardziej rozwibrowaną, mroczną i tajemniczą, a zarazem dużo prostszą, pierwotną jak ogień czy woda. I słońce. Wszyscy mieli wytatuowane ramiona, pociemniałą od życia na wolnym powietrzu skórę i twarze jak wykute z kamienia. Mówili mało, na niewolników patrzyli zaś jak na bydło. Wyglądali tak, jakby nie czuli zimna ani bólu, żadnych chęci bądź niechęci. Poruszali się wolno, z wystudiowaną flegmą, ale jeśli przyszło im zakatować człowieka na oczach innych, dla postrachu, robili to bez wahania. Poza tym zostawiali jeńców w spokoju, a już zwłaszcza nie tykali kobiet: pod tym względem obowiązywał surowy zakaz. Skąd się brała ta ich siła, to nieprzejednanie? Czy mieli rodziny? Dzieci? W cieniu jednego z pobliskich wiązów ustawili kilka ławek, na których jedli i odpoczywali. Po trawie dookoła walały się ogryzione koźle kości oraz opróżnione flaszki po winie. Z gałęzi w górze zwisały łańcuchy.
A obok wisiały ludzkie szczątki. Osobno ramiona, głowa, nogi, stopy. Po co je tam umieścili? Zapewne ku przestrodze innym rwącym się do ucieczki śmiałkom. I teraz jedli i pili pod tym makabrycznym drzewem, obleganym już przez kruki i owady. Ani straszny widok, ani fetor zdawały się nikomu nie przeszkadzać.
Nigdzie nie widząc niedźwiedzi, Hutta zastanawiał się, co się z nimi stało. Co do wojowników-niedźwiedzi, to okazali się ludźmi. Nie istniała ludzko-niedźwiedzia krzyżówka. Tak upadał kolejny mit.
Wśród niewolników było oczywiście dużo kobiet, porwanych z okolicznych wiosek i często niemal nagich po nocnych, pełnych przemocy orgiach. Hutta zobaczył, że niektórzy współwięźniowie oddają im swoje koszule. Ten z pozoru nieistotny szczegół świadczył o tym, że wciąż są ludźmi. Co miało się zmienić – później, gdy zostaną naznaczeni rozpalonym żelazem, poznają dotyk pejcza i trudy niekończącego się przemarszu. Wtedy nie będą już mieli tyle współczucia, a ich towarzyszki wyzbędą się wstydu. Coraz bardziej podobni do zwierząt spojrzą na świat oczami, w których przygaśnie światło.