“Jesień patriarchy” to opowieść pióra Gabriela Garcíi Márqueza o dyktatorze, jego nieograniczonej władzy i trwającej wieczność agonii.


Jesień patriarchyHumor, maestria i gorycz. Absolutne arcydzieło realizmu magicznego, summa latynoamerykańskich dyktatur i narosłej wokół nich literatury.

Wszystko w tej opowieści jest niejednoznaczne, wątpliwe, sprzeczne, wykluczające się, zaskakujące i banalne zarazem. Historia splata się z baśnią, hagiografia z brukową tandetą, pieśni żebracze z symfoniami Brucknera.

Dzieje się tak dzięki niezwykłej, wielogłosowej narracji, w której monolog dyktatora przegląda się w lustrze innych relacji i reakcji, jak choćby wtedy, gdy z początkiem XX wieku opowiada o niezwykłym spotkaniu sprzed wielu lat z dziwnie zachowującymi się załogami trzech karawel, przeświadczonymi, iż odkryli zupełnie nowy ląd…

***

“Jesień patriarchy” Gabriela Garcíi Marqueza doprowadza do skrajności powieściową tendencję ukazywania dyktatora pod postacią karykatury. W ramach właściwego autorowi przekształcania rzeczywistości powszedniej w hiperboliczną baśń powieściopisarz kolumbijski rysuje postać dyktatora, dotkniętego śmiertelną chorobą władzy i samotności, poruszającego się w przerażającym kręgu czasu matuzalemowego. W krąg ten wpisywane są czyny, które mają wykazać jego pożądanie władzy: przejawy niewyczerpanego okrucieństwa, niepowodzenia miłosne, symulowane śmierci, tęskne wspomnienia dzieciństwa, patologiczny kompleks Edypa, wszystko pomieszane i uwikłane w serię niby koncentrycznych kół.
Z eseju Rubena Bareiro Saguier

Gabriel García Márquez
Jesień patriarchy
Przekład: Carlos Marrodán Casas
Wydawnictwo Muza
Premiera: 12 września 2018
 
 

Jesień patriarchy


Jesień patriarchy Gabriela Garcíi Marqueza doprowadza do skrajności powieściową tendencję ukazywania dyktatora pod postacią karykatury. W ramach właściwego autorowi przekształcania rzeczywistości powszedniej w hiperboliczną baśń powieściopisarz kolumbijski rysuje postać dyktatora, dotkniętego śmiertelną chorobą władzy i samotności, poruszającego się w przerażającym kręgu czasu matuzalemowego. W krąg ten wpisywane są czyny, które mają wykazać jego pożądanie władzy: przejawy niewyczerpanego okrucieństwa, niepowodzenia miłosne, symulowane śmierci, tęskne wspomnienia dzieciństwa, patologiczny kompleks Edypa, wszystko pomieszane i uwikłane w serię niby koncentrycznych kół.
W ten sposób zacierają się granice chronologii; panuje czas martwy i nieruchomy, tym bliższy nieskończoności, że akcja rozpoczyna się w momencie starości osobliwie długowiecznego tyrana. Chęć uogólnienia idzie jeszcze dalej w integralnym złączeniu fikcji z wydarzeniami historycznymi, od czasów odkrycia Ameryki do czasów „ładu i postępu”. Generalizacji podlega również pojęcie przestrzeni, która, jak w poprzednich powieściach, pozbawiona jest dokładnych odniesień geograficznych, poza pewnymi wskazówkami określającymi atmosferę i środowisko tropiku.
García Márquez zamierzał zrealizować wielką mityczną i hiperboliczną parabolę dyktatora latynoamerykańskiego, rozwijając w tym celu zdumiewającą mnogość środków wyrazu i wykazując niezrównane opanowanie rzemiosła pisarskiego. Stworzenie mitu zmierza tutaj do odebrania tematowi mitycznych właściwości.
Z eseju Rubena Bareiro Saguier
Temat dyktatury w powieści
Ameryki Łacińskiej
„Literatura na Świecie” 9/79


Pod koniec tygodnia sępy wdarły się przez balkony pałacu prezydenckiego, uderzeniami dziobów rozszarpały oczka drucianych siatek w oknach, skrzydłami poruszyły czas zastały wewnątrz i w poniedziałek o świcie miasto zostało przebudzone z wiekowego letargu ciepłym i świeżym podmuchem wielkiego zmarłego i zgniłej wielkości. Dopiero wówczas odważyliśmy się wejść, bez szturmowania kamiennych murów twierdzy, jak chcieli najzuchwalsi, i bez wyważania wołowymi zaprzęgami głównej bramy, jak proponowali inni, wystarczyło bowiem pchnąć, by ustąpiły zawiasy opancerzonych wrót, które w bohaterskich czasach oparły się bombardom Williama Dampiera. Jakbyśmy zapuszczali się w głąb innej epoki, bo powietrze w studziennych zwaliskach ruin nory władzy było rozrzedzone, cisza porażała, a rzeczy były ledwie dostrzegalne w zwiędłym świetle. Idąc przez pierwszy dziedziniec, którego płyty uległy podziemnemu natarciu chwastów, zobaczyliśmy posterunek opuszczony w popłochu przez uciekające straże, broń porzuconą w stojakach, długi stół z surowych desek z resztkami przerwanego w panice niedzielnego posiłku, zobaczyliśmy w półmroku szopę mieszczącą kiedyś urzędy państwowe, pełną różnobarwnych grzybów i bladych irysów wyrastających spośród niezałatwionych podań, których bieg służbowy wolniejszy był od najbardziej jałowego życia, zobaczyliśmy pośrodku dziedzińca kadź chrzcielnicy, nad którą z wojskową pompą udzielono chrztu więcej niż pięciu pokoleniom, zobaczyliśmy w głębi dawną stajnię wicekrólów przemienioną w powozownię i wśród kamelii i motyli zobaczyliśmy berlinkę z czasów hałasu, furgon zarazy, karocę z roku komety, karawan postępu w ramach ładu, lunatyczną limuzynę z pierwszego wieku pokoju, wszystkie powozy w dobrym stanie, pokryte zakurzoną pajęczyną, i wszystkie w narodowych barwach. Na przyległym dziedzińcu, za żelazną kratą, rosły różane krzewy ośnieżone księżycowym pyłem, w których cieniu w czasach wielkości pałacu spali trędowaci, które tak rozrosły się w zapomnieniu i opuszczeniu, iż zachowała się ledwie bezwonna luka w tym różanym powietrzu zmieszanym z odorem dochodzącym nas z głębi ogrodu, fetorem kurnika oraz smrodem łajna i fermentem krowich i żołnierskich szczyn z kolonialnej bazyliki przemienionej w oborę. Torując sobie drogę poprzez duszącą woń zarośli, zobaczyliśmy krużganek z arkadami, zastawiony doniczkami goździków, pełen liści alstremerii i bugenwilli, gdzie stały baraki konkubin, i na widok takiej różnorodności domowych odpadków i tylu maszyn do szycia wydało nam się prawdopodobne, że żyło tam ponad tysiąc kobiet i sfory ich wcześniaków, potem zaś zobaczyliśmy wojenny rozgardiasz w kuchniach, zetlałą na słońcu bieliznę w kadziach do prania, odkryte szambo wspólnego dla konkubin i żołnierzy sracza, a w głębi zobaczyliśmy wierzby babilońskie, przewiezione z Azji Mniejszej w gigantycznych morskich szklarniach z własną ziemią, sokami i mżawką, a za wierzbami zobaczyliśmy prywatną rezydencję, olbrzymią i smutną, przez której wyłamane żaluzje nieustannie wlatywały sępy. Nie trzeba było, jak zamierzaliśmy, wyważać drzwi, bo frontowe skrzydła zdawały się otwierać już pod naciskiem głosu, weszliśmy więc na pierwsze piętro po kamiennych schodach wyłożonych operowymi dywanami, rozszarpanymi przez krowie racice, i po drodze, od pierwszego westybulu aż do ostatniej sypialni, widzieliśmy zrujnowane urzędy i sale reprezentacyjne, po których bezceremonialnie włóczyły się krowy, przeżuwając aksamitne zasłony i ogryzając atłas foteli, zobaczyliśmy bohaterskie obrazy świętych i wojskowych, walające się po podłodze wśród zniszczonych mebli i świeżej mazi krowiego łajna, zobaczyliśmy zjedzoną przez krowy jadalnię, salę koncertową sprofanowaną przez krowie odchody, łąki stołów bilardowych wyskubane przez krowy, połamane stoliki do gry w domino, zobaczyliśmy porzuconą w kącie maszynę do wichrów, podrabiającą każde zjawisko możliwe w czterech kwadrantach róży wiatrów, by ludzie z pałacu zaspokoili tęsknotę za morzem, które odeszło, zobaczyliśmy ptasie klatki porozwieszane wszędzie, jeszcze przykryte nocnymi zasłonkami, od czasu pewnej nocy ubiegłego tygodnia, i zobaczyliśmy przez mnóstwo okien olbrzymie śpiące zwierzę miasta, jeszcze nieświadome historycznego poniedziałku wchodzącego w życie, i dalej, za miastem, zobaczyliśmy ponure księżycowe popioły bezkresnej równiny, aż po horyzont, gdzie kiedyś było morze. W tym zakazanym miejscu, które bardzo niewielu uprzywilejowanych zdołało poznać, po raz pierwszy doszedł nas sępi odór ścierwa, tysiącletnia astma i nieomylny instynkt ptaszysk, i kierując się gnilnym podmuchem ich skrzydeł, natknęliśmy się w sali audiencyjnej na stoczone robactwem krowie czerepy, poćwiartowane, po kobiecemu krągłe zady wielokrotnie odbite w lustrach, i wtedy pchnęliśmy boczne drzwi prowadzące do zamaskowanego w murze gabinetu, i tam leżał on, w płóciennym mundurze bez dystynkcji, w sztylpach, ze złotą ostrogą na lewym obcasie, starszy od wszystkich ludzi i wszystkich starych zwierząt lądowych i wodnych, zobaczyliśmy go rozciągniętego na podłodze twarzą do ziemi, z prawym ramieniem wsuniętym pod głowę tak, by służyło mu za poduszkę, w tej samej pozycji, w której spał noc w noc, przez wszystkie noce swego, tak długiego, życia samotnego despoty. Dopiero gdy go odwróciliśmy, by przyjrzeć się twarzy, zrozumieliśmy, że nawet gdyby nie rozdziobały go sępy, nie sposób byłoby rozpoznać go, bo nikt z nas nigdy go nie widział, i choć jego profil widniał na obu stronach każdej monety, na znaczkach pocztowych, na etykietach środków przeczyszczających, na bandażach przepuklinowych i na szkaplerzach, choć jego litografia z piersią przepasaną wstęgą sztandaru z narodowym smokiem wisiała o każdej dobie i na każdym miejscu, wiedzieliśmy, że były to kopie kopii portretów uznawanych za fałszywe już w czasach komety, gdy nasi właśni rodzice wiedzieli, kim on jest, bo słyszeli to od swoich rodziców, tak jak ci od swoich, i już od dziecka wpoili w nas wiarę, że on żyje w siedzibie najwyższej władzy, bo ktoś widział zapalające się klosze lamp którejś świątecznej nocy, bo ktoś opowiedział, że widział smutne oczy, blade usta, zamyśloną dłoń, która słała niczyje pożegnania zza mszalnych ornamentów prezydenckiej limuzyny, bo pewnej niedzieli przed wielu laty zabrali ślepego żebraka recytującego za pięć centawów wiersze zapomnianego poety Rubena Darío i odstawili go z powrotem, szczęśliwego, z prawdziwą złotą uncją, którą otrzymał za recital wyłącznie dla niego, chociaż jego samego, oczywiście, nie zobaczył, wcale nie dlatego, że był ślepy, lecz dlatego, że żaden śmiertelnik nie widział go od czasów czarnej zarazy, a mimo to wiedzieliśmy, że jest tutaj, wiedzieliśmy, bo świat trwał, życie trwało, poczta przychodziła, miejska orkiestra grała sobotnie wiązanki głupich walców w cieniu zakurzonych palm i smutnych latarń z placu Broni, a zmarłych muzyków zastępowali w orkiestrze inni starzy muzycy. W ostatnich latach, gdy z wnętrza nie dochodziły żadne ludzkie odgłosy ani śpiew ptaków i na zawsze zamknęły się opancerzone wrota, wiedzieliśmy, że ktoś przebywa w cywilnej rezydencji, bo nocą przez wychodzące na morze okna widać było światła podobne do świateł nawigacyjnych, a ci, co odważyli się podejść, słyszeli zza ufortyfikowanych murów gromy racic i westchnienia ogromnego zwierzęcia, a pewnego styczniowego popołudnia zobaczyliśmy na prezydenckim balkonie krowę zapatrzoną w zmierzch, proszę sobie wyobrazić, krowa na pierwszym balkonie ojczyzny, co za okropność, co za gówno nie kraj, ale zaczęto snuć tyle domysłów, że jak to możliwe, by krowa dostała się aż na balkon, skoro wszyscy wiedzą, że krowy nie chodzą po schodach, tym bardziej po kamiennych, a zwłaszcza gdy wyłożone są dywanami, że w końcu sami już nie wiedzieliśmy, czy gdy przechodziliśmy wieczorem przez plac Broni, nie przywidziała nam się ta krowa na prezydenckim balkonie, na którym nic nie widziano i nie miano ujrzeć przez wiele lat, aż do świtu tego ostatniego piątku, gdy zaczęły zlatywać się pierwsze sępy, poderwawszy się do lotu z gzymsu szpitala dla ubogich, gdzie zawsze drzemały, nadleciało ich więcej z głębi lądu, nadleciały fala za falą znad horyzontu morza pyłu, gdzie niegdyś było morze, cały dzień krążyły wolno nad siedzibą władzy, dopóki król w pierzastym welonie panny młodej z czerwoną krezą nie wydał milczącego rozkazu, wtedy zaczął się ten brzęk wybijanych szyb, ten powiew wielkiego zmarłego, nieustanne wlatywanie i wylatywanie sępów przez okna, dopuszczalne tylko w domu pozbawionym gospodarza, aż w końcu i my odważyliśmy się wejść i natrafiliśmy w bezludnym sanktuarium na ruiny wielkości, na rozdziobane ciało, gładkie dziewczęce dłonie z pierścieniem władzy na kości palca serdecznego, na to ciało z odrostami drobnych liszajów i morskich pasożytów, zwłaszcza pod pachami i w pachwinie, i ujrzeliśmy, że nosi bandaż przepuklinowy na chorym jądrze, jedynej części ciała nietkniętej przez sępy, mimo iż było wielkie jak wołowa nerka, ale nawet wtedy nie odważyliśmy się uwierzyć w jego śmierć, bo już po raz drugi znajdowano go w tym gabinecie samego, ubranego i zmarłego na pozór śmiercią naturalną w czasie snu, jak to przepowiadały od wielu lat prorocze wody w saganach wieszczek. Gdy znaleziono go po raz pierwszy na początku jego jesieni, naród miał jeszcze w sobie dość życia, by on, nawet w samotności swojej sypialni, czuł groźbę śmierci, a mimo to rządził tak, jakby miał się za obdarzonego łaską nieśmiertelności, wówczas pałac ten nie wydawał się bowiem prezydencką siedzibą, lecz targowiskiem, gdzie trzeba było w korytarzach torować sobie przejście wśród bosych ordynansów, wyładowujących z osłów warzywa i klatki z kurami, skakać przez baby, które stłoczone obok swych zgłodniałych chrześniaków spały na schodach w oczekiwaniu na cud oficjalnego miłosierdzia, trzeba było omijać potoki brudnej wody po aroganckich konkubinach wymieniających w wazonach nocne kwiaty na świeże, szorujących podłogi i śpiewających na balkonach piosenki o złudnych miłościach w rytm trzepania dywanów suchymi gałęźmi, a wszystko pośród awantur dożywotnich urzędników, znajdujących kwoki składające jaja w szufladach biurek, pośród przetargów kurw i żołnierzy w ubikacjach, ptasiego harmidru i jazgotu kundli walczących na ulicy w kulminacyjnym momencie audiencji, nikt bowiem nie wiedział, kto był kim i z czyjego polecenia w tym pałacu otwartych drzwi, w którego potwornym bałaganie nie sposób było ustalić, gdzie jest rząd.