Graham Allison w książce “Skazani na wojnę?” umiejętnie przybliża najpoważniejsze dylematy polityki zagranicznej Ameryki nie tylko ekspertom, ale i zwyczajnym obywatelom.


Skazani na wojnęChiny i Ameryka zmierzają do wojny, której tak naprawdę nikt nie chce. Gdy rosnący w siłę kraj zaczyna zagrażać aktualnemu hegemonowi, ich rywalizacja najczęściej kończy się wojną. Czy tak będzie tym razem? Dawno nie było tak wnikliwej analizy polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

***

Jedna z najbardziej wnikliwych i dających do myślenia analiz, jakie do tej pory czytałem na temat najważniejszej relacji we współczesnym świecie – między Chinami a Ameryką. Jeśli Graham Allison ma rację – a tak moim zdaniem jest – Państwo Środka i Stany Zjednoczone muszą uważnie prześledzić lekcje, jakie dała nam historia, aby uniknąć wojny, z której żadna ze stron nie wyjdzie zwycięsko.
David Petraeus, generał w stanie spoczynku, były dyrektor CIA.

Graham Allison umiejętnie przybliża najpoważniejsze dylematy polityki zagranicznej Ameryki nie tylko ekspertom, ale i zwyczajnym obywatelom. Dlatego właśnie wielokrotnie korzystałem z jego rad, zarówno jako senator, jak i wiceprezydent.
Joe Biden, były wiceprezydent USA.

Każdy, kto chce rozumieć przyszłą politykę i gospodarkę międzynarodową, powinien obserwować aktualne relacje Chin i USA, bowiem to właśnie one i ich temperatura będą decydowały o losach świata.
Sławomir S. Sikora, Prezes Zarządu Banku Handlowego w Warszawie S.A.

Przeczytałem tę książkę z wielkim zainteresowaniem. Mogę tylko mieć nadzieję, że konflikt Ameryki i Chin będzie siedemnastym w historii nowożytnej rozwiązanym na drodze pokojowej, a nie trzynastym zakończonym wojną.
Henry Kissinger, były amerykański sekretarz stanu

Graham Allison – uznany teoretyk i praktyk w dziedzinie współczesnego bezpieczeństwa narodowego, ekspert historii stosowanej. Pełnił funkcję asystenta sekretarza obrony i doradzał sekretarzom obrony kilku amerykańskich prezydentów, od Ronalda Reagana po Baracka Obamę.

Graham Allison
Skazani na wojnę?
Czy Ameryka i Chiny unikną pułapki Tukidydesa?
Przekład:
Wydawnictwo Pascal
Premiera: 5 września 2018
 
 

Skazani na wojnę


PRZEDMOWA DO WYDANIA POLSKIEGO

Skazani na wojnę? to książka wyjątkowa, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że podejmuje kwestie, którymi interesuje się także wielu innych poczytnych autorów. Niestety znaczna część wydawanych obecnie książek jest raczej wynikiem mody na pisanie o Chinach i zapotrzebowania odbiorców niż efektem długiej, poważnej analizy. Książka Grahama Allisona jest jednak rezultatem wielu lat badań wybitnego amerykańskiego politologa, przez całą swoją zawodową karierę związanego z Uniwersytetem Harvarda. Daje nam ona możliwość przyjrzenia się rywalizacji amerykańsko-chińskiej z ciekawej perspektywy historycznej, jakże odległej od codziennych doniesień medialnych.
Graham Allison jak mało kto ma kompetencje do analizy tego, co dzieje się na linii Chiny–Stany Zjednoczone. O jego zainteresowaniu tematem Dalekiego Wschodu mogliśmy się przekonać chociażby dzięki lekturze książki Chiny, Stany Zjednoczone i świat w oczach Wielkiego Mistrza Lee Kuan Yewa, której był współautorem. Allison do autorytetu Lee Kuan Yewa odwołuje się w swojej książce wielokrotnie, a przytoczone przez niego słowa byłego wieloletniego premiera Singapuru: „Wywołane przez Chiny przesunięcie równowagi sił w świecie odbywa się na taką skalę, że świat musi w ciągu 30 do 40 lat znaleźć nowy jej wymiar. Nie sposób udawać, że kraj ten to po prostu duży gracz. To największy gracz w całej historii świata”*, doskonale oddają esencję tego, o czym traktuje “Skazani na wojnę?”.
Ludzie żyjący w poszczególnych epokach historycznych mają skłonność do tego, by postrzegać je jako wyjątkowe, a wydarzenia, których są świadkami, uważają za niepowtarzalne. Czy rozgrywająca się na naszych oczach rywalizacja amerykańsko-chińska jest czymś nowym w dziejach świata? Graham Allison w swojej książce pokazuje, że nihil novi sub sole. Nie powinienem streszczać tez zawartych w książce zbyt szczegółowo, aby nie odbierać czytelnikom przyjemności samodzielnego zapoznania się z nimi. Nie zdradzę jednak tajemnicy, jeśli przytoczę istotę tego, o czym pisze Allison (powołujący się na autorytet antycznego historyka Tukidydesa): kiedy rosnąca potęga grozi zajęciem miejsca dotychczas dominującego hegemona, wynikające z tego napięcia sprawiają, że gwałtowne starcie jest regułą, a nie wyjątkiem. To jest właśnie owa „pułapka Tukidydesa”, w którą niegdyś wpadły Ateny i Sparta, a po nich jeszcze wiele innych imperiów.
Jak dowodzi książka Allisona, taki konflikt może wystąpić, choć wcale nie musi do niego dojść, o czym zdają się zapominać prorocy nieuchronnego konfliktu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Allison, przytaczając 16 historycznych przykładów sytuacji, kiedy to jedna potęga słabła, druga zaś chciała zająć jej miejsce, pokazuje jednocześnie, że nie zawsze prowadziło to do konfrontacji. Autor uświadamia nam także, że konflikt we współczesnym świecie wygląda inaczej niż w czasach, gdy na kontynentach, oceanach i morzach trwała rywalizacja europejskich potęg. Obecnie może się on sprowadzać do wymiany zaporowych taryf celnych zamiast do wymiany salw armatnich, a rywalizujące potęgi, zamiast powoływać pod broń rekrutów, będą raczej wysyłać do walki armie doskonale opłacanych hakerów i szpiegów przemysłowych.
Allison doskonale wie, jak decyzje polityków czy wojskowych mogą sprowokować otwarty konflikt pomiędzy krajami (bądź taki konflikt załagodzić), bo świetnie pisał o tym w książce Essence of Decision: Explaining the Cuban Missile Crisis. Jest to podstawowa pozycja nie tylko dla historyków i politologów, ale i dla teoretyków zarządzania czy badaczy teorii gier. Czy relacje pomiędzy Waszyngtonem a Pekinem doprowadzą do podobnego napięcia jak to, z którym szczęśliwie dla ludzkości poradzili sobie John F. Kennedy i Nikita Chruszczow? Pisząc o licznych konfliktach z przeszłości, Allison wskazuje na różnice pomiędzy nimi, dodając, że „wszystkie jednak mają wspólny element, jakim są przywódcy postawieni przed strategicznym dylematem i zmuszeni do podejmowania decyzji politycznych w warunkach niepewności i presji. Patrząc z perspektywy czasu, niektórzy czytelnicy mogą uznać ich postępowanie za irracjonalne czy nieprzemyślane, jednak po głębszej analizie z pewnością wyda im się ono bardziej zrozumiałe. Być może zaczną nawet rozumieć towarzyszące im napięcie, nadzieje i obawy – innymi słowy, trudy decyzji, jakie przyszło im podejmować. Żaden z opisanych przypadków nie musiał się skończyć wojną, jednak waga czynników przemawiających za nią często przesłania prawdziwy obraz sytuacji – do tego stopnia, że trudno sobie wyobrazić inny rezultat”.
Wiele książek opisujących rosnącą rolę chińskiego smoka utrzymanych jest w tonie alarmistycznym, jednak wymowa książki Allisona jest znacznie spokojniejsza. Nie oznacza to oczywiście, że nie dostrzega on niebezpieczeństw, jakie wynikają z rosnącej roli Chin – na początku tylko na Dalekim Wschodzie, a obecnie już na całym świecie, ze szczególnym uwzględnieniem Azji i Afryki. Pozwolę sobie znowu przytoczyć wypowiedź Lee Kuan Yewa, która doskonale opisuje zmiany, jakie mogą zajść w relacjach amerykańsko-chińskich. Powiedział on, że „w ciągu następnych 20, 30 lat w takiej ewentualnej konfrontacji z USA, która mogłaby zagrozić tym korzyściom, Chiny nie widzą żadnych pożytków. Ich strategia polega raczej na wzroście w ramach istniejącego układu, uznawanego za wiążący, do momentu, gdy kraj stanie się na tyle silny, aby z powodzeniem dokonać przewartościowania porządku politycznego i gospodarczego”.
Allison szczegółowo opisuje drogę Chin do uzyskania pozycji, z którą dziś muszą się liczyć nawet Stany Zjednoczone. Jak podaje, tuż po zakończeniu II wojny światowej USA generowały połowę światowej gospodarki, do roku 1980 udział ten spadł do 22%, a obecnie stanowi już tylko 16%. W tym czasie chiński udział w globalnej gospodarce wzrósł z 2% w 1980 roku do 18% w roku 2016. Co ciekawe, szybkiemu rozwojowi gospodarczemu Chin, którego jesteśmy świadkami od około 35 lat, towarzyszą przez cały ten okres złowróżbne przepowiednie, zwiastujące niechybne załamanie chińskiej gospodarki, a nawet całego chińskiego systemu społeczno-politycznego. Pamiętam falę takich publikacji w latach 90. ubiegłego wieku, kiedy hasło „Made in China” kojarzyło się z tanimi podkoszulkami. Kilkanaście lat później, kiedy świat zalała fala najróżniejszych chińskich produktów, było podobnie. Nie inaczej jest i teraz, kiedy chińskie przedmioty eksportowe to coraz częściej przykłady nowoczesnych technologii w przystępnych cenach – zdaniem wielu ekspertów chińska gospodarka musi kiedyś w końcu złapać zadyszkę.
Tego typu ostrzeżenia towarzyszą od ćwierćwiecza także i polskiej debacie publicznej. I choć faktycznie zdarzały się po 1989 roku gorsze momenty, to jednak polska gospodarka przez cały ten okres parła naprzód, jak, toutes proportions gardées, gospodarka chińska. Nie tylko z powodu tej analogii po książkę Skazani na wojnę? powinni sięgnąć polscy czytelnicy. Mam bowiem wrażenie, że kwestiom związanym z Chinami poświęcamy niedostateczną uwagę. Do pewnego stopnia jest to zrozumiałe. Nasze położenie geograficzne sprawia, że o wiele większe znaczenie ma dla nas to, co dzieje się w Rosji czy w Niemczech. Historia sprawiła także, że Europa Środkowo-Wschodnia w bardzo małym, pośrednim jedynie stopniu brała udział w europejskiej kolonizacji świata, która miała miejsce pomiędzy XV a XIX wiekiem. Chiny niewiele obchodziły mieszkańców centrum Europy i równie niewielka była ich wiedza o tym kraju. W świadomości Polaków tematyka chińska przez wiele lat właściwie nie istniała, a kontakty polsko-chińskie były szczątkowe.
Taki stan rzeczy zmienił się w ostatnim ćwierćwieczu. Na początku tego okresu chińskie produkty nie kojarzyły się jeszcze zbyt dobrze, ale zrobiło się o nich głośno za sprawą imponującego rozwoju gospodarczego tego azjatyckiego kraju. Chiński smok urósł do takich rozmiarów, że nie można go już ignorować. Kilkanaście lat temu dużo mówiło się o wschodnioazjatyckich tygrysach, do których zaliczano Koreę Południową, Tajwan, Hongkong i Singapur. Sukces Państwa Środka sprawił jednak, że osiągnięcia tamtej czwórki zblakły. Media codziennie serwują nam za to wiadomości o chińskich inwestycjach, których skala, tempo i wartość imponują – i to nie tylko polskiemu odbiorcy.
O Chinach coraz częściej mówi się, używając przedrostka „naj”: największe, najszybsze, najdłuższe. Obserwując kierunek, w jakim rozwija się ten kraj, niewątpliwie niedługo będziemy także coraz częściej używać określenia „najlepsze”. Kilkukrotnie odwiedzałem Państwo Środka, za każdym razem dostrzegając kolejne dowody chińskiego dynamizmu, a także chińskiej odmienności. O ile podczas wizyt kilkanaście lat temu wyraźnie dostrzegałem, że Chiny nadal są w gronie krajów rozwijających się, o tyle od kilku lat nie ma już wątpliwości, że dogoniły peleton i są gospodarczym gigantem. Podczas mojego ostatniego pobytu w Pekinie obserwowałem z okna hotelowego pokoju olbrzymie, wielopoziomowe skrzyżowanie. Już same jego rozmiary mogły imponować, było to bowiem skrzyżowanie wielopasmowych autostrad. Z wysokości kilkudziesięciu pięter (czyli pekińskiej średniej) wyglądało to jak wizja miasta przyszłości z filmu science fiction.
Wrażenie, jakie robił ten widok, potęgował także fakt, że było to zaledwie jedno z wielu takich miejsc w mieście. Ale tym, co najbardziej dawało do myślenia i pokazywało skalę rozwoju Chin, było to, że w miarę upływu dnia, a później nocy, ruch na skrzyżowaniu wcale nie malał. W porze, w której na najbardziej nawet ruchliwych ulicach Warszawy, Londynu czy Nowego Jorku kursują już tylko pojedyncze taksówki, ulice stolicy Chin nadal tętniły życiem. Pomimo późnej godziny kursowali ludzie i kursowały towary – wydawało się, że ta rzeka pojazdów nie ma końca.
Tak jak powracające opinie o nieuchronnym tąpnięciu w Chinach okazały się przedwczesne, tak i zbyt pochopne są podobne opinie o schyłku potęgi Stanów Zjednoczonych. Kraj ten ma innowacyjne i dynamiczne społeczeństwo, co według Lee Kuan Yewa jest największym atutem USA – pisał o tym w swojej książce – dodając także, że „Chiny na pewno dogonią USA, jeśli chodzi o absolutną wielkość PKB. Ale ich kreatywność być może nigdy nie dorówna amerykańskiej, ponieważ tamtejsza kultura nie dopuszcza wolnego przypływu idei i konkurencji między nimi”.
Jak wskazują ekonomiści, jedną z widocznych słabości Państwa Środka jest uzależnienie od eksportu. Sukces chińskiej gospodarki został bowiem zbudowany na modelu „tanio wyprodukować–tanio sprzedać (ale za to sprzedać bardzo dużo)”. Ten model działa jednak tylko tak długo, jak długo udaje się utrzymywać niskie koszty. To kolejna analogia do Polski, która, podobnie jak Chiny, jest obecnie w trakcie zmiany na model oparty raczej na towarach wysokoprzetworzonych, wymagających dobrze opłacanych, wykwalifikowanych i coraz bardziej kreatywnych pracowników.
Nie tylko z tego powodu o pułapce Tukidydesa powinni poczytać także polscy przedsiębiorcy. Rywalizacja Ameryki z Chinami już teraz wpływa na światową gospodarkę, a wpływ ten będzie coraz bardziej widoczny. Echa tego procesu będziemy odczuwać także w naszym kraju – na polu handlu internetowego, motoryzacji, transportu, usług finansowych czy sprzętu elektronicznego. Stany Zjednoczone i Chiny, choć faktycznie rywalizują o wpływy, jednocześnie są dla siebie strategicznie ważnymi partnerami gospodarczymi. Nie wiemy jeszcze, jak rozwiną się amerykańskie plany wprowadzenia ceł na różne produkty wytwarzane w Chinach (piszę te słowa latem 2018 roku), wiadomo jednak, że decyzja taka będzie bronią obosieczną. Globalizacja sprawiła bowiem, że amerykański dobrobyt w dużej mierze wytwarzany jest w Chinach, zaś dla amerykańskiej gospodarki większe chyba znaczenie niż rodzimy Detroit ma obecnie chiński Szanghaj. Z kolei gospodarka Państwa Środka może się zadławić nadmiarem wytwarzanych dóbr, jeśli nie kupią ich Amerykanie. Zauważył to Lee Kuan Yew, mówiąc, że „między USA i Chinami – inaczej niż w stosunkach amerykańsko-radzieckich podczas zimnej wojny – nie ma nierozwiązywalnego konfliktu ideologicznego, a Chiny entuzjastycznie przyjęły wolny rynek (…). Stosunki chińsko-amerykańskie cechuje jednoczesna współpraca i rywalizacja. Rywalizacja między nimi jest nieunikniona, ale konflikt jest do uniknięcia”.
Podobnie jak w polityce czy na polu bitwy, w decyzjach biznesowych często opieramy się na niepełnych danych. Wiele z konfliktów opisywanych przez Grahama Allisona wybuchło właśnie dlatego, że ich strony miały niewystarczające informacje bądź kierowały się swoim (często błędnym) wyobrażeniem o tym, co przeciwnik zamierza zrobić, zamiast kierować się oceną faktów. Ilustruje to cytat z Wojny peloponeskiej Tukidydesa, który to w książce Allisona ciągle powraca: „Otóż za najistotniejszy powód, chociaż przemilczany, uważam wzrost potęgi ateńskiej i strach, jaki to wzbudziło u Lacedemończyków”. Przedsiębiorcom trudno się do tego przyznać, ale czy w biznesie nie podejmują czasami decyzji, kierując się przesłankami opartymi na emocjach, poczuciu wyższości czy przekonaniu o własnej mądrości? Jak fatalne może to przynieść skutki, świadczą zarówno losy wielu firm, jak i losy wielu imperiów.
Każdy, kto chce rozumieć przyszłą politykę i gospodarkę międzynarodową, powinien obserwować aktualne relacje Chin i USA, bowiem te właśnie relacje i ich temperatura będą decydowały o losach świata. Jak zauważa Allison: „Pomimo wielu dzielących te kraje różnic, Stany Zjednoczone i Chiny są do siebie podobne przynajmniej w jednym aspekcie: oba cierpią na skrajny przypadek kompleksu wyższości. Oba widzą siebie jako kraje wyjątkowe – dosłownie pozbawione równych sobie. Podczas gdy »Jestem najwspanialszy« Muhammada Alego idealnie oddaje zarozumiałość Ameryki, koncepcja, zgodnie z którą Chiny widzą siebie jako wyjątkowe połączenie między ludźmi a niebiosami, być może jest jeszcze bardziej zuchwała”.
Nikt, nawet tak wybitny ekspert jak Graham Allison, nie jest w stanie przewidzieć, jak będą wyglądały relacje amerykańsko-chińskie. W chwili, kiedy piszę te słowa, Stany Zjednoczone i Chiny wydają się stać na krawędzi wojny handlowej, nie sposób jednak ocenić, czy faktycznie do niej dojdzie. Nie wiadomo też, jak rywalizacja między tymi dwoma krajami wpłynie na świat – chociaż to, że taki wpływ będzie, jest pewne. W badaniu relacji międzynarodowych nie chodzi jednak o przewidywanie przyszłości, lecz o refleksję nad tym, jakie współczesne zjawiska i trendy mogą ową przyszłość kształtować. Sztuką jest zadanie właściwych pytań. Dla Allisona pytanie to brzmi: czy Ameryka i Chiny zmierzają do wojny? Czy tego chcemy, czy nie, to, co wydarzy się na linii Waszyngton–Pekin, będzie decydować o losach całego świata, dlatego pytanie to jest jednym z najważniejszych, jakie powinniśmy sobie zadawać. Polskiego czytelnika książka Allisona dodatkowo powinna skłaniać do refleksji na temat tego, jak w tym zderzeniu gigantów odnajdzie się nasz kraj.
Uważną lekturę książki harwardzkiego politologa zalecam osobom, którym wydaje się, że relacje chińsko-amerykańskie nie są czymś, czym z polskiej perspektywy w ogóle warto się zajmować. Oczywiście Polska gospodarczo czy militarnie nie może się porównywać do opisywanych mocarstw. Dlatego, realnie oceniając nasz potencjał, powinniśmy już teraz zastanawiać się, jaką rolę może ona odegrać? Jakie korzyści może odnieść nasz kraj? Z kim się sprzymierzyć, aby zwiększyć swoje znaczenie? Na co położyć największy nacisk, skoro polski potencjał nie pozwala na to, by na każdym polu być równie silnym graczem? Nie ma gotowych odpowiedzi na pytania o to, jak Polska powinna reagować na rosnącą rolę Chin. Żeby takowe znaleźć, trzeba już teraz zadawać właściwe pytania, a także obserwować to, co dzieje się na Dalekim Wschodzie. Lektura książki Allisona jest doskonałym punktem wyjścia do snucia tego typu rozważań.
Sławomir S. Sikora
Prezes Zarządu Banku Handlowego w Warszawie SA

PRZEDMOWA

Dwieście lat temu cesarz Napoleon ostrzegał: „Pozwólcie Chinom spać, bo gdy się obudzą, świat zadrży”. Dziś Chiny się obudziły i świat rzeczywiście zaczyna drżeć.
Wielu Amerykanów nie zdaje sobie sprawy, jakie znaczenie ma dla ich kraju transformacja Państwa Środka z rolniczego zaścianka w największego gracza w historii świata. O czym opowiada moja książka? Najkrócej mówiąc, o pułapce Tukidydesa – o sytuacji, gdy rosnące w siłę państwo zaczyna zagrażać hegemonowi. A to oznacza alarm: zbliża się niebezpieczeństwo. Na takim kursie kolizyjnym, prowadzącym do wojny, znajdą się Chiny i Stany Zjednoczone, o ile nie uda im się wdrożyć trudnych i bolesnych działań, by zapobiec konfliktowi.
Ponieważ dynamicznie rozwijające się Chiny zagrażają dominującej pozycji Ameryki, istnieje ryzyko, że kraje te wpadną w śmiertelnie niebezpieczną pułapkę, opisaną po raz pierwszy przez starożytnego greckiego historyka Tukidydesa. Opisując genezę i przebieg wojny, która dwa i pół tysiąca lat temu wyniszczyła dwa najważniejsze miasta-państwa starożytnej Grecji, stwierdził, że starcie było nieuniknione z powodu wzrostu potęgi ateńskiej i strachu, jaki wzbudziło to w Sparcie.
Ten niebezpieczny mechanizm powtarzał się wielokrotnie w historii. W ramach projektu „Pułapka Tukidydesa”, którym kieruję na Uniwersytecie Harvarda, poddaliśmy analizie szesnaście podobnych przypadków z ostatnich pięciu wieków. Najjaskrawszym przykładem konfliktu między rosnącą potęgą a hegemonem były silne przemysłowo Niemcy, które ponad sto lat temu zagroziły ustabilizowanej pozycji Wielkiej Brytanii. Ta katastrofalna w skutkach rywalizacja zrodziła nową kategorię konfliktu zbrojnego: wojnę światową. Z naszych analiz wynika, że z szesnastu badanych starć aż w dwunastu przypadkach doszło do wojny, a tylko w czterech udało się jej uniknąć. To mało optymistyczna prognoza dla głównych geopolitycznych rywali XXI wieku.
Książka ta nie jest poświęcona Chinom. Zajmuje się przede wszystkim problemem wpływu rosnącej potęgi tego kraju na Stany Zjednoczone oraz na globalny układ sił. Przez siedemdziesiąt lat, od zakończenia II wojny światowej, Stany Zjednoczone były liderem nowego prawnego porządku świata – bez wojen między supermocarstwami. Większość z nas traktuje tę sytuację jako naturalną. Historycy uznają ją za rzadkie zjawisko, określając mianem długotrwałego pokoju. Dziś jednak coraz bardziej rosnące w siłę Chiny podważają ten ład, stwarzając zagrożenie dla tego, co dla nas oczywiste.
W 2015 roku w miesięczniku „The Atlantic” ukazał się mój artykuł „Pułapka Tukidydesa: czy Stany Zjednoczone i Chiny zmierzają do wojny?”. Stwierdziłem w nim, że ową historyczną metaforę trafnie można odnieść do relacji pomiędzy Chinami a Ameryką we współczesnym świecie. Koncepcja ta zrodziła poważną debatę. Zamiast stawić czoła faktom i zastanowić się nad niewygodnymi, lecz nieodzownymi ustępstwami po obu stronach, analitycy polityczni woleli zaatakować wydumany cel, czyli rzekomą tezę Tukidydesa o nieuchronności konfliktu. Twierdzili, że wojna pomiędzy Waszyngtonem a Pekinem nie musi być nieunikniona. Problem ten był też przedmiotem dyskusji prezydentów Baracka Obamy oraz Xi Jinpinga podczas spotkania na szczycie w 2015 roku. Amerykański prezydent podkreślił, że pomimo napięcia wywołanego wzrostem znaczenia Chin oba kraje są w stanie przezwyciężyć spory. Jednocześnie obaj doszli do wniosku, że – jak to ujął prezydent Xi – jeśli czołowe światowe mocarstwa nadal będą popełniały strategiczne błędy w ocenie sytuacji, to prawdopodobnie wpadną w pułapkę.
Rzecz jasna, wojna pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Państwem Środka nie jest nieunikniona. Tukidydes z pewnością miałby podobne zdanie na temat konfliktu pomiędzy Atenami a Spartą. Jeśli odczytujemy Tukidydesa w szerszym kontekście, jest oczywiste, że twierdzenie o nieuchronności wojny było rodzajem hiperboli: operowania przesadną argumentacją dla podkreślenia wagi problemu. Koncepcja pułapki Tukidydesa nie jest fatalistyczna ani pesymistyczna. Wręcz przeciwnie, pozwala nam wznieść się ponad nagłówki prasowe i oficjalną propagandę, uświadamiając istotę „napięcia tektonicznego”, nad którym Pekin i Waszyngton muszą zapanować, by stworzyć pokojową relację.
Gdyby w Hollywood miał powstać film o tym, jak Chiny i Stany Zjednoczone wstępują na wojenną ścieżkę, specjaliści od obsady nie znaleźliby lepszych odtwórców głównych ról od Xi Jinpinga i Donalda Trumpa. Obaj są uosobieniem głęboko zakorzenionych we własnych krajach aspiracji mocarstwowych. Obejmując urząd prezydenta w 2012 roku, Xi dał światu do zrozumienia, że Chiny będą kontynuować marsz ku potędze. Z kolei po Donaldzie Trumpie, który podczas swojej kampanii prezydenckiej otwarcie atakował Chiny, możemy się spodziewać bardziej stanowczych reakcji ze strony światowego hegemona. Pod względem osobowości Trump i Xi różnią się jak niebo i ziemia, ale jako główni bohaterzy w walce o światowe przywództwo mają co najmniej kilka niezbyt dobrze wróżących cech wspólnych. Każdy z nich:
ma tę samą ambicję: przywrócić dawną świetność swojemu narodowi,
postrzega kraj rządzony przez konkurenta jako główną przeszkodę w realizacji powyższego ambitnego zamierzenia,
podkreśla swoje wyjątkowe umiejętności przywódcze,
uważa, że odegra kluczową rolę w odrodzeniu narodu,
wskazuje na potrzebę radykalnych zmian w polityce wewnętrznej,
rozbudza w swoim kraju populistyczno-nacjonalistyczne nastroje hasłem „zlikwidować hydrę korupcji”, a na arenie międzynarodowej chce doprowadzić do otwartej konfrontacji, by zablokować dążenia rywala do wypełnienia historycznej misji.
Czy prezydenci Trump i Xi lub ich następcy podążą śladami przywódców Aten i Sparty, czy Wielkiej Brytanii i Niemiec? A może jednak znajdą sposób, by uniknąć wojny, jak udało się to Wielkiej Brytanii i Stanom Zjednoczonym sto lat temu oraz Ameryce i ZSRR przez cztery dekady zimnej wojny? Oczywiście nikt nie jest w stanie udzielić na te pytania odpowiedzi. Możemy jednak być pewni, że mechanizm opisany przez Tukidydesa niewątpliwie będzie się nasilać w najbliższych latach.
Negowanie istnienia pułapki Tukidydesa nie sprawi, że problem zniknie. Uznanie racji historyka nie jest jednak jednoznaczne z biernością. Mamy obowiązek wobec przyszłych pokoleń, by przeciwstawić się jednej z najbardziej barbarzyńskich tendencji historycznych, a potem zrobić wszystko, co w naszej mocy, by zapobiec realizacji czarnego scenariusza.