“Obietnica poranka” to porywająca autobiografia Romaina Gary’ego, wybitnego pisarza polskiego pochodzenia, który jako jedyny dwukrotnie zdobył prestiżową Nagrodę Goncourtów.


Obietnica porankaWielka, bezgraniczna miłość macierzyńska, która buduje wokół dziecka iluzje wspaniałego świata. Życie głównego bohatera jest zwariowane dzięki obecności w jego życiu niezwykłej, ale zarazem szalonej matki.

Romain przeżywa niesamowite przygody i z dnia na dzień staje się jednym z najbardziej znanych pisarzy XX wieku. Wszechogarniająca macierzyńska miłość jest wspaniała, ale może być również ciężarem.

Porywająca autobiografia Romaina Gary’ego, wybitnego pisarza polskiego pochodzenia, który jako jedyny dwukrotnie zdobył prestiżową Nagrodę Goncourtów. Na podstawie książki powstał film, w którym główne role zagrali niezwykle popularny nad Sekwaną Pierre Niney oraz niezrównana Charlotte Gainsbourg. W epizodach wystąpili polscy aktorzy Katarzyna Skarzanka, Marta Klubowicz i Piotr Cyrwus.

Romain Gary (1914–1980), urodzony w Rosji, lata dzieciństwa spędził w Wilnie i Warszawie, po czym znalazł się wraz z matką we Francji. Podczas wojny służył w lotnictwie francuskim, po wojnie był konsulem francuskim w Kalifornii. Ta właśnie część życia dostarczyła mu inspiracji do napisania w 1960 roku “Obietnicy poranka”, jednej z piękniejszych opowieści o miłości matki i syna.

Romain Gary
Obietnica poranka
Przekład: Jerzy Pański
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 12 lipca 2018
 
 

Obietnica poranka


DO CZYTELNIKÓW POLSKICH

Niełatwo mi już pisać po polsku. A przecież kiedyś – nawet nie tak dawno: trzydzieści pięć lat temu – pisałem po polsku wiersze, kochałem się w polskiej poezji, chodziłem do szkoły Kreczmara na Wilczej… kto wie, może nawet po polsku myślałem. Ale w życiu bywa rozmaicie. Jak się to w moim życiu obróciło, czemu stało się tak, a nie inaczej, starałem się właśnie opowiedzieć w tej książce: może koleje mojego życia usprawiedliwią mnie przed polskim czytelnikiem, że nie stałem się Polakiem.
Wszystko w tym opowiadaniu jest prawdą – chyba tylko prócz dialogów: nie mam takiej nadludzkiej pamięci. Dochodzę zresztą powoli do przekonania, że w ogóle nic nadludzkiego we mnie nie ma. Bardzo mnie to dziwi, ale trudno: mam dopiero czterdzieści dziewięć lat, może się jeszcze jakoś przyzwyczaję do mego człowieczego losu.
W Polsce byłem po raz ostatni trzydzieści pięć lat temu. I oto teraz spotykam się z nią znowu: moja książka wychodzi w polskim przekładzie. Bardzo to dla mnie wzruszające.
Jakże się to wszystko zdarzyło, jak doszło do tego, że mały chłopczyk z pracowni kapeluszy i uczeń, który deklamował kiedyś w szkole Konrada Wallenroda, taką drogą wraca do Polski? Trudno jest zrozumieć swoje własne życie, kiedy się je tak głęboko przeżyło.
Pozdrawiam serdecznie moich czytelników w Polsce i życzę im wszystkiego najlepszego.
1963 Romain Gary

część pierwsza

I

Skończone. Plaża Big Sur jest pusta, a ja leżę na piasku w tym samym miejscu, w którym do niego przypadłem. Morska mgiełka łagodzi kształty; nie widać ani jednego masztu na horyzoncie; na skale przede mną mnóstwo ptaków; na innej – jakaś focza rodzina; niestrudzony ojciec raz po raz wynurza się z fal pełen oddania, połyskujący, z rybą w paszczy. Rybitwy lądują niekiedy na piasku tak blisko, że wstrzymuję oddech i budzi się, i kołacze we mnie dawne pragnienie: jeszcze troszeczkę, a zaczną siadać mi na twarzy, przytulą się do mojej szyi, do moich ramion, okryją mnie całego… W czterdziestym czwartym roku życia wciąż jeszcze nie przestaję marzyć o jakiejś najpierwotniejszej czułości. Od tak dawna leżę już nieruchomo na plaży, że pelikany i kormorany otoczyły mnie wreszcie kołem i przed chwilą foka pozwoliła się unieść fali aż do moich stóp. Wsparta na płetwach, nieruchomo przyglądała mi się dość długo, potem znów pogrążyła się w Oceanie. Uśmiechnąłem się do niej, ale nie ruszyła się, poważna i odrobinę smutna, jak gdyby wiedziała.
Moja matka jechała pięć godzin taksówką, by się ze mną pożegnać. W ośrodku mobilizacyjnym w Salon-de-Provence, gdzie wówczas byłem sierżantem-instruktorem Szkoły Lotniczej. Jechała starym zniszczonym renaultem; przez pewien czas mieliśmy udział pięćdziesięcioprocentowy, a potem już tylko dwudziestopięcioprocentowy w eksploatowaniu tego pojazdu.
W tym czasie taksówka od lat już była wyłączną własnością ekswspólnika mojej matki, szofera Rinaldiego; matka jednak skłonna była uważać, że wciąż jeszcze posiada prawo moralne w stosunku do tego wozu, a ponieważ Rinaldi był istotą łagodną, nieśmiałą i wrażliwą, nadużywała nieco jego dobrej woli. W ten sposób właśnie skłoniła go, by ją zawiózł z Nicei do Salon-de-Provence – trzysta kilometrów – oczywiście bezpłatnie, i długo jeszcze po wojnie kochany Rinaldi, drapiąc się w posiwiałą już głowę, z pełną podziwu urazą wspominał, jak to go moja matka „zmobilizowała”.
– Wsiadła do taksówki i powiedziała po prostu: „Do Salon-de-Provence, muszę pożegnać się z synem”. Próbowałem się nawet bronić, kurs był na jakie dziesięć godzin, tam i z powrotem. Ale nawymyślała mi od złych Francuzów i zagroziła, że wezwie policję i każe mnie aresztować, bo jest mobilizacja, a ja się próbuję wykręcać. Rozgościła się w mojej taksówce z tymi wszystkimi paczkami dla pana, z kiełbasami, szynkami, słoikami konfitur, i powtarzała bez przerwy, że jej syn jest bohaterem, że chce go jeszcze raz uściskać i żebym z nią nie dyskutował. Potem popłakała trochę, pan wie, pańska staruszka zawsze płakała jak dziecko, i kiedy ją tak zobaczyłem siedzącą w mojej taksówce, znaliśmy się tyle lat, i płaczącą cichutko z tą swoją miną zbitego psa, bardzo pana przepraszam, panie Romanie, ale pan przecież wie, jaka ona była… ani rusz nie mogłem odmówić. Sam dzieci nie miałem, wszyscy i tak nawiewali jak się dało, kto by się kłócił o pięćset kilometrów. Powiadam: „Dobra, jedziemy, ale pani zwraca za benzynę”, dla zasady. Zawsze uważała, że ma jakieś prawa do taksówki, tylko dlatego, że przed siedmiu laty byliśmy w spółce. Mniejsza o to, grunt, że pana kochała, i nie wiem, co zrobiłaby dla pana…
Zobaczyłem ją wysiadającą z taksówki niedaleko kantyny, z laską w ręku, z papierosem w ustach; nie zwracając uwagi na ironiczne spojrzenia rekrutów, teatralnym gestem rozwarła ramiona, oczekując, by zgodnie z najlepszymi tradycjami syn rzucił się w jej objęcia.
Ruszyłem ku niej krokiem niewymuszonym, z lekka wzruszając ramionami, z czapką nasuniętą na oko i z rękoma w kieszeniach skórzanej kurtki – jednej z tych, które oddały takie usługi przy werbowaniu młodych chłopców do służby w lotnictwie – trochę zakłopotany i zły na to niedopuszczalne wtargnięcie matki do męskiego świata, gdzie cieszyłem się z trudem zdobytą opinią twardego chłopa i zimnego drania. Ucałowałem matkę z całym wymuszonym chłodem, na jaki było mnie stać, na próżno usiłując dyskretnie odciągnąć ją za taksówkę i ukryć przed oczyma gapiów; ona jednak cofnęła się tylko o krok, by ogarnąć mnie spojrzeniem pełnym podziwu, i z ręką na sercu, z zachwytem w oczach, głośno oddychając przez nos, co było u niej oznaką głębokiej satysfakcji, zawołała z silnym rosyjskim akcentem i tak donośnie, że usłyszeli ją wszyscy:
– Guynemer! Będziesz drugim Guynemerem! Zobaczysz, twoja matka nigdy się nie myli!
Krew napłynęła mi do twarzy, usłyszałem za sobą śmiechy, ale już matka, groźnie wymachując laską w kierunku ubawionych rekrutów, którzy wylegli przed kawiarnię, wołała w proroczym uniesieniu:
– Będziesz bohaterem, będziesz generałem, będziesz Gabrielem d’Annunzio, ambasadorem Francji! Żaden z tych hultajów nie wie, kim jesteś!
Myślę, że nigdy jeszcze syn nie odczuwał takiej nienawiści do własnej matki, jak ja w owej chwili. Kiedy jednak usiłowałem szeptem pełnym wściekłości wytłumaczyć jej, że kompromituje mnie raz na zawsze w oczach Sił Lotniczych, i podejmowałem na nowo próbę odciągnięcia jej za taksówkę, twarz matki przybrała wyraz bezradności, wargi zaczęły drżeć i znów usłyszałem ów zwrot nie do zniesienia, który od dawna już stał się formułą klasyczną w naszych wzajemnych stosunkach:
– Więc ty się wstydzisz swojej starej matki?
Nagle opadły ze mnie wszystkie pozory męskości, pychy i surowości, w które się tak pracowicie drapowałem. Objąłem jedną ręką jej ramiona, podczas gdy drugą, wolną ręką wykonałem pod adresem moich kolegów ów gest wymowny, kiedy środkowym palcem, wspartym na kciuku, poruszamy w kierunku pionowym – gest, którego znaczenie, jak się przekonałem później, znane jest żołnierzom całego świata, z tą tylko różnicą, że w Anglii potrzeba dwu palców, podczas gdy w krajach romańskich wystarczy jeden, ale to już raczej kwestia temperamentu.
Nie słyszałem już śmiechu, nie widziałem ironicznych spojrzeń, obejmowałem jej ramiona i myślałem o wszystkich bitwach, jakie dla niej stoczę, o obietnicy, jaką sobie złożyłem o świcie mojego życia, że otrzyma ode mnie sprawiedliwą nagrodę, że nadam sens jej poświęceniu i że powrócę kiedyś do domu po zwycięskiej walce o władzę nad światem z tymi, których siłę i okrucieństwo uczyłem się poznawać od pierwszych dni.
Dziś jeszcze, po dwudziestu przeszło latach, kiedy już wszystko zostało powiedziane i kiedy leżę na mojej skale w Big Sur, nad brzegiem Oceanu – gdzie jedynie szczekanie fok przerywa wielką ciszę morza, przez które przepływają czasem wieloryby, wyrzucając w górę malutkie gejzery wody, śmieszne pośród niezmierzonego obszaru – jeszcze dziś, gdy wszystko wydaje się bez znaczenia, wystarczy mi tylko podnieść oczy, by ujrzeć tę wrażą kohortę, jak nachyla się nade mną, wypatrując jakichś znaków klęski lub pokory.
Byłem dzieckiem, kiedy matka po raz pierwszy dała mi poznać ich istnienie; ubiegając Królewnę Śnieżkę, kota w butach, krasnoludki i Babę Jagę, otoczyli mnie kołem i nie opuścili mnie już nigdy; matka pokazywała mi ich po kolei, szepcąc ich imiona i przytulając mnie do siebie; nie rozumiałem tego jeszcze, ale przeczuwałem, że kiedyś, dla niej, wyzwę ich do walki; z każdym rokiem uczyłem się lepiej rozróżniać ich twarze; po każdym ciosie, jaki nas z ich ręki spotykał, czułem, że dorastam coraz bardziej do powołania człowieka, który się nie poddaje; dziś jeszcze, kiedy życie już mam za sobą, kiedy jestem u krańca mojej drogi, widzę ich wyraźnie w zmierzchu zapadającym nad Big Sur, słyszę ich głosy poprzez szum Oceanu; imiona ich same przychodzą mi na usta, a moje oczy, oczy starzejącego się człowieka, odzyskują na ich widok to samo spojrzenie, jakim spoglądały, gdy miałem osiem lat.
Więc najpierw Tatoche, bóg głupoty, z czerwonym tyłkiem małpy, z głową jaskiniowego intelektualisty, ze swoim niepohamowanym zamiłowaniem do abstrakcji; w roku 1940 był ulubieńcem i ideologiem Niemców; dziś coraz częściej szuka schronienia w czystej wiedzy i nieraz można go dostrzec, jak spoziera spoza ramienia naszych uczonych; po każdym wybuchu nuklearnym jego cień trochę wyżej wznosi się nad ziemią; lubuje się zwłaszcza w podstępnym nadawaniu głupocie zewnętrznych kształtów genialności i w werbowaniu największych prominentów, by tym skuteczniej doprowadzić nas do zagłady.
Dalej następuje Plugawiec, bóg prawd absolutnych, niby janczar stojący na stercie trupów, ze szpicrutą w ręku, z czapką nasuniętą na oczy, szczerzący zęby w uśmiechu. To nasz najdawniejszy pan i władca; tak długo już kieruje naszymi losami, że porósł w bogactwa i szacunek; ilekroć zabija, torturuje lub prześladuje w imię prawd absolutnych – religijnych, moralnych czy politycznych – połowa ludzkości liże jego buty w rozczuleniu; bawi go to niezmiernie, ponieważ wie doskonale, że prawdy absolutne nie istnieją, że są jedynie środkiem służącym do utrzymania nas w niewoli, i nawet w tej chwili, w opalowym powietrzu Big Sur, echo jego triumfalnego śmiechu dobiega do mnie z daleka, ponad szczekania fok i krzyk kormoranów, i nawet głos mego brata Oceanu nie potrafi go zagłuszyć.
I jest jeszcze Filoche, bóg miłości, przesądów, pogardy, nienawiści; wychylony ze swej budki portiera, przy wejściu do zamieszkanego świata, wykrzykuje: „Wstrętny Amerykanin, wstrętny Arab, wstrętny Żyd, wstrętny Rosjanin, wstrętny Chińczyk, wstrętny Murzyn!”; to znakomity organizator ruchów masowych, wojen, linczów, prześladowań, zręczny dialektyk, wielki inkwizytor i amator wypraw krzyżowych; mimo owrzodzonego łba, czaszki hieny i małych powykręcanych nóżek to jeden z bożków najpotężniejszych i budzących największy posłuch; znaleźć go można wszędzie, to jeden z najgorliwszych stróżów naszej ziemi, walczący z nami o władzę nad nią z największą przebiegłością i zręcznością.
Są jeszcze inne bożki, bardziej tajemnicze i podejrzane, bardziej podstępne i zamaskowane, które trudno zidentyfikować; liczne są ich kohorty i wielu mają wśród nas zaufanych wspólników. Moja matka znała ich dobrze; często przychodziła do mego dziecinnego pokoju, by opowiadać mi o nich, przytulając moją głowę do piersi i zniżając głos; z czasem ci satrapi przemierzający świat stali się dla mnie czymś bardziej realnym i dostrzegalnym niż przedmioty najbardziej powszednie – i gigantyczne ich cienie pochylają się nade mną jeszcze dzisiaj. Kiedy podnoszą głowę, zdaje mi się, że widzę ich błyszczące pancerze, a w każdym promieniu słońca wycelowane we mnie strzały.
Nasze wrogie stosunki mają już dziś długą historię i właśnie o mojej walce z nimi chcę tutaj opowiedzieć. Matka była jedną z ich ulubionych ofiar; w dzieciństwie przysiągłem sobie, że ją wyrwę z tej niewoli; rosłem i dojrzewałem w oczekiwaniu dnia, kiedy będę mógł wreszcie dosięgnąć ręką zasłony, która cieniem okrywa świat, i zobaczyć nagle jego oblicze pełne mądrości i dobroci; z tymi niedorzecznymi i pijanymi swą potęgą bogami chciałem stoczyć walkę o władzę nad światem i zwrócić ziemię tym, którzy ją przepełniają własną odwagą i własną miłością.

II

Miałem chyba trzynaście lat, kiedy po raz pierwszy przeczuwać zacząłem moje powołanie.
Byłem wówczas uczniem czwartej klasy gimnazjum w Nicei; matka prowadziła w hotelu Negresco jedną z owych gablot umieszczonych w hallu, w której wystawiała towar powierzony jej przez wytworne magazyny; na każdym szaliku, pasku czy bluzce miała dziesięć procent komisowego. Niekiedy dokonywała niedozwolonej operacji, podnosząc trochę ceny, i różnicę chowała do kieszeni. Przez cały dzień wypatrywała ewentualnych klientów, paląc nerwowo niezliczoną ilość gauloisów, nasz chleb codzienny zależał bowiem wyłącznie od tych niepewnych transakcji. Od trzynastu lat żyła samotnie, bez męża, bez kochanka, walcząc dzielnie, by co miesiąc zarobić na rzeczy najpotrzebniejsze do życia, opłacić mieszkanie, móc kupić masło, buty, ubranie, kawałek mięsa na obiad – ten kawałek mięsa, który gestem nieco uroczystym kładła przede mną codziennie na talerzu niby widomy znak jej zwycięstwa nad przeciwnościami losu.
Przychodziłem ze szkoły i siadałem do stołu. Matka stała obok i przyglądała się, jak jem, z owym spokojnym zadowoleniem kotki karmiącej swoje małe. Sama nigdy nie chciała tknąć mięsa i zapewniała mnie, że lubi tylko jarzyny i że absolutnie nie wolno jej jeść mięsa i tłuszczów. Któregoś dnia wstałem od stołu i poszedłem do kuchni, żeby napić się wody.
Matka siedziała na niskim stołeczku; na kolanach trzymała patelnię, na której przedtem smażyła dla mnie befsztyk. Starannie kawałkiem chleba wycierała jej tłuste dno, po czym chleb zjadała łapczywie; i mimo że szybkim ruchem usiłowała ukryć patelnię pod fartuchem, nagle, w tym jednym przebłysku, poznałem prawdę o rzeczywistych przyczynach jej wegetariańskiej diety.
Stałem tak chwilę nieruchomy, skamieniały, wpatrzony z przerażeniem w patelnię, niezręcznie przykrytą fartuchem, i w niespokojny, skruszony uśmiech mojej matki, a potem wybuchnąłem płaczem i wybiegłem.
Ulica Szekspira, przy której mieszkaliśmy wówczas, kończyła się niemal prostopadłym nasypem wznoszącym się nad torami kolejowymi; tam się schowałem. Przez głowę przebiegła mi myśl, czy by się nie rzucić pod pociąg i w ten sposób uciec od mego wstydu i bezsilności, lecz niemal w tej samej chwili ogarnęło mnie namiętne pragnienie, by naprawić świat i złożyć go kiedyś u jej stóp pełen szczęścia, sprawiedliwości, nareszcie godny mojej matki; decyzja ta ścisnęła mi serce, otwierając w nim ranę, której żar rozpalał moją krew już do końca. Z twarzą w dłoniach poddawałem się cierpieniu, ale łzy, które tak często były dla mnie łaskawe, tym razem nie przyniosły mi żadnego ukojenia. Doznałem nieznośnego uczucia, że pozbawiono mnie czegoś, że odarto mnie z męstwa, że stałem się nieomal kaleką.
I w miarę jak biegły lata, owo dziecięce uczucie frustracji i nieuświadomionych w pełni pragnień nie tylko nie przygasło, lecz rosło wraz ze mną i przekształcało się z wolna w wewnętrzną potrzebę, której już ani kobieta, ani sztuka nigdy nie miały w pełni zaspokoić.
Kiedy tak, płacząc, siedziałem w trawie, spostrzegłem matkę na szczycie skarpy. Nie wiem, jakim sposobem odnalazła to miejsce: nikt tam nigdy nie przychodził. Zobaczyłem, jak się pochyla, by przejść pod drutami, a potem schodzi w moją stronę; jej siwiejące włosy pełne były światła i nieba. Usiadła obok mnie, z nieodstępnym gauloisem w ręku.
– Nie płacz.
– Daj mi spokój.
– Nie płacz. Przepraszam cię. Jesteś już mężczyzną. Zrobiłam ci przykrość.
– Daj mi spokój, mówię ci!
Pociąg przebiegł po szynach. Wydało mi się nagle, że to mój smutek jest sprawcą całego tego hałasu.
– To się już nie powtórzy.
Uspokoiłem się trochę. Siedzieliśmy oboje na nasypie, z rękami na kolanach, wpatrzeni w skarpę po przeciwnej stronie. Pasła się tam koza uwiązana do drzewa, rósł krzak mimozy. Mimoza była osypana kwiatami, niebo było błękitne, słońce świeciło jasno. Pomyślałem nagle, że cały świat jest oszustwem. Była to moja pierwsza dorosła myśl, jaką sobie przypominam.
Matka podała mi paczkę gauloisów.
– Chcesz papierosa?
– Nie.
Usiłowała traktować mnie jak mężczyznę. Spieszyło jej się, być może. Miała już pięćdziesiąt jeden lat. To trudny wiek, kiedy się ma tylko dziecko jako jedyną podporę w życiu.
– Pisałeś dzisiaj?
„Pisałem” z górą od roku. Wiele zeszytów szkolnych zapisałem już wierszami. Ażeby stworzyć sobie złudzenie, że są wydane w książce, przepisywałem je starannie drukowanymi literami.
– Tak. Zacząłem wielki poemat filozoficzny o reinkarnacji i wędrówce dusz.
Kiwnęła głową na znak aprobaty.
– A jak w szkole?
– Dostałem pałkę z matematyki.
Zamyśliła się.
– Oni cię nie rozumieją – powiedziała.
Byłem właściwie tego samego zdania. Upór, z jakim moi nauczyciele nauk ścisłych stawiali mi pałki, zawsze wydawał mi się świadectwem całkowitej ignorancji z ich strony.
– Jeszcze tego pożałują – powiedziała matka. – Skompromitują się. Twoje nazwisko będzie kiedyś wyryte złotymi literami na murze szkolnym. Pójdę do nich jutro i powiem im…
Zadrżałem.
– Mamo, zabraniam ci! Znowu mnie ośmieszysz.
– Przeczytam im twoje ostatnie wiersze. Byłam kiedyś wielką artystką, umiem recytować poezję. Będziesz drugim d’Annunzio, Wiktorem Hugo, laureatem Nobla!
– Mamo, zabraniam ci iść do nich!
Nie słuchała mnie. Spojrzenie jej błądziło w przestrzeni, a wargi ułożyły się w uśmiech szczęścia, naiwny zarazem i pełen ufności, jak gdyby przebijając oczyma opary przyszłości, dostrzegła nagle syna, który w pełni męskiego wieku wstępuje z wolna po stopniach Panteonu, w wielkiej gali, syt powodzenia i zaszczytów.
– Będziesz miał wszystkie kobiety – zakończyła kategorycznie, omiatając niebo papierosem.