Nowe wydanie „Zabójcy z miasta moreli” wzbogacone zostało subiektywnym słownikiem turecko-polskim autora. W „Merhabie” Witold Szabłowski rozmawia z kierowcami ciężarówek, prostytutkami, profesorami – każdym, kto może pomóc mu zrozumieć różne oblicza współczesnej Turcji.


MerhabaKiedy osiem lat temu ukazał się „Zabójca z miasta moreli”, książką zachwycili się polscy i zagraniczni dziennikarze. Dziś Witold Szabłowski jest uznanym reportażystą w Polsce i na świecie. Jego „Tańczące niedźwiedzie” wydane przez Penguin Random House w tłumaczeniu Antoni Lloyd-Jones to jeden z największych sukcesów polskiego reportażu za granicą. Do tej pory nakładem tego wydawcy ukazały się książki tylko dwóch polskich autorów: Brunona Schulza i Sławomira Mrożka.

Nowe wydanie „Zabójcy z miasta moreli” wzbogacone zostało subiektywnym słownikiem turecko-polskim autora.

W „Merhabie” Witold Szabłowski rozmawia z kierowcami ciężarówek, prostytutkami, profesorami – każdym, kto może pomóc mu zrozumieć różne oblicza współczesnej Turcji. Słucha wstrząsających historii kobiet ściganych za splamienie honoru rodziny, opowieści o najsłynniejszym tureckim poecie o znajomo brzmiącym nazwisku Borzęcki, relacji rodziny zabójcy z miasta moreli – Mehmeta Ali Ağca – który dokonał zamachu na Jana Pawła II. Wydobywa ze swoich rozmówców skrywane głęboko marzenia, lęki oraz tęsknoty.

Z ich barwnych, hipnotyzujących opowieści wyłania się obraz narodu targanego sprzecznościami – wahającego się między tradycją a nowoczesnością, świeckością a religijnością, dumą, niekiedy graniczącą z pychą, a poczuciem niższości. Świat egzotyczny i jednocześnie bliski.

To doskonała książka. Jeden z najlepszych przykładów reportażu literackiego.
Ian Buruma, redaktor naczelny New York Review of Books

***

O „Zabójcy z miasta moreli”:

„Połączenie reportażu literackiego i osobistych refleksji przypomina późne depesze Ryszarda Kapuścińskiego”.
Huffington Post

„Żaden angielskojęzyczny reporter nie opisał Turcji tak celnie”.
The Economist

„Witek, rocznik 1980, stał się gazetowym specjalistą od nietypowych zadań. Dotarł do rodziny Ali Agcy, był wodzirejem na bezalkoholowym weselu, z al Dżazirą robił program o polskiej lustracji. Niedawno jako pierwszy autostopowicz przemierzył nowe państwo — Kosowo. Ale jego miłością jest Turcja, którą poznał jeszcze jako student, a dziś przemierza jako reporter Gazety, opisując jej jasne i ciemne strony, od honorowych zabójstw po rewolucję seksualną”.
Paweł Goźliński

„Wielobarwny, różnorodny portret, który warto zobaczyć, nawet jeśli planujemy w Turcji wyłącznie leżeć przy hotelowym basenie”.
Wokół Faktu

„Rzadko komuś czegoś zazdroszczę, ale Szabłowskiemu reporterskiego talentu – i owszem”.
Marcin Meller

„Witold Szabłowski pisze o Turcji tak, jak ja bym chciał pisać, gdybym znał się na Turcji”.
Mariusz Szczygieł

„To się może wydawać komuś dziwne, że słowa potrafią tak mocno ująć, ale zapewniam, od tej książki nie można się oderwać”.
Michał Nogaś

„To książka o tym, jak niewygodnie jest stać w rozkroku. Nie jest to jednak poradnik fitnessowy, jeno porywająca opowieść o życiu pomiędzy dwoma nieprzystającymi światami”.
Jacek Hugo-Bader

„Jeśli chcesz zwiedzić ten kraj, to lektura obowiązkowa!”
Cosmopolitan Review

Witold Szabłowski – dziennikarz i reportażysta. Autor książek „Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji” (2010), „Tańczące niedźwiedzie. Reportaże z transformacji” (2014) i „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia” (2016), które zdobyły uznanie w Polsce oraz na świecie. Laureat m.in. Nagrody Dziennikarskiej Parlamentu Europejskiego, Nagrody im. Anny Lindh i nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego. Za książkę „Zabójca z miasta moreli” otrzymał nominację do Nagrody Literackiej Nike. W 2008 roku dostał wyróżnienie w konkursie Amnesty International dla autorów najlepszych tekstów dotyczących praw człowieka za artykuł „To z miłości, siostro”. Pisarz podpisał także kontrakt z jednym z najbardziej prestiżowych wydawnictw na świecie – Penguin Random House. Nakładem tego wydawnictwa ukazały się „Tańczące niedźwiedzie”.

Witold Szabłowski
Merhaba
Reportaże z tomu Zabójca z miasta moreli i osobisty słownik turecko-polski
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 6 czerwca 2018
 
 

Merhaba


Słownik turecko-polski A–D

Abi, czyli starszy brat

Jedni szukają tu wirujących derwiszów, inni Kurdów, Ormian, alewitów, jeszcze inni – śladów Adama Mickiewicza i urodzonej na terenach dawnej Rzeczypospolitej branki Roksolany, zwanej tu Hürrem, która wiele lat temu rozkochała w sobie sułtana Sulejmana Wspaniałego.
Są tacy, którzy szukają przepisów na baklawę i mezze – turecka kuchnia należy do jednej z najlepszych na świecie. Są też tacy, którzy zjawiają się tu ze względu na architekturę – głównie majestatyczną bizantyjską świątynię Hagia Sophia.
Ja nie byłem w żadnej z tych grup. Trafiłem tu całkiem niespodziewanie, gdy organizacja studencka, do której należałem, dostała dla swoich członków propozycje wyjazdów w trzy miejsca: do Neapolu, do Londynu i do Kayseri.
Jako że przyszedłem na zebranie spóźniony, przypadło mi Kayseri – podobno najmniej atrakcyjne. „Gdzie to jest?” – zdążyło mi przemknąć przez głowę. A już kilka dni później siedziałem w samolocie i leciałem nad Rumunią, Bułgarią i Morzem Czarnym w stronę Stambułu.
Tak, całkiem przez przypadek, zaczęła się moja najdłuższa zawodowa i prywatna przygoda.
Kayseri okazało się leżeć w Turcji, u stop wulkanu Erciyes, na którego zboczach już tydzień później uczyłem się jeździć na nartach. Dzięki dziwnym studenckim kontaktom mój pierwszy wyjazd do Turcji nie polegał na zwiedzaniu jej wybrzeża ani nawet Stambułu, ale… stoków narciarskich.
I Kapadocji.
Czym jest Kapadocja, nie będę nawet próbował opowiadać. Kto nie był i nie widział, niech pakuje się w pierwszy samolot, później przesiada w autobus i jedzie zobaczyć to cudo. Znajdzie krajobraz z kosmosu przeniesiony na ziemię; najbardziej niezwykłe formy skalne, jakie można sobie wyobrazić, które, czy to o wschodzie słońca, czy przy świetle księżyca, wyglądają zjawiskowo; do tego kaplice chrześcijan z X wieku i podziemne miasta z czasów Bizancjum, gdy tutejszych chrześcijan najeżdżali Arabowie.
Od pierwszych chwil spędzonych w Turcji wiedziałem, że mają tu najlepszą kuchnię, jakiej próbowałem w życiu (Kayseri słynie z mantı, malutkich pierożków z mięsem, i z basturmy, suszonego mięsa). I że spotykam tu najbardziej gościnnych ludzi, z jakimi miałem dotąd do czynienia. Dwójka z nich – Aylin i Serhat, wtedy studenci jak ja, teraz poważna pani prawnik i poważny pan biznesmen, są moimi przyjaciółmi do dziś. A turecka gościnność przejawia się między innymi w tych dwóch krótkich słowach: abi i abla.
Tylko wysiadłem z samolotu, tylko spotkałem tureckich organizatorów mojego wojażu, a już byłem abi.
Abi, czyli starszy brat.
Abla, czyli starsza siostra.
Turcy używają tych słów, kiedy chcą okazać szacunek, sympatię, albo jedno i drugie, komuś, kto jest w podobnym wieku. Albo kiedy chcą sprawić przyjemność komuś od siebie młodszemu. Kiedy chcą komuś pokazać, że nie jest im obcy, choć przyjechał z innego kraju, z innego kręgu kulturowego.
Słowa te niosą za sobą wiele różnych znaczeń. Nie zapomnę chwili, kiedy ojciec Aylin, pan Arslan, po wielu latach znajomości, pierwszy raz nazwał mnie nie „panem Witoldem”, ale właśnie abi. Poczułem się, jakby symbolicznie przyjął mnie do rodziny.
Z drugiej strony, Małgorzata Łabęcka-Koecherowa opowiedziała mi, jak pewien natrętny turecki poeta chwilę po spotkaniu zaczął jej kłaść rękę na kolanie. Też nazwała go abi. To pomogło ustawić relację: od teraz jesteś moim bratem, członkiem mojej rodziny. Masz się zachowywać jak na członka rodziny przystało.

Adalar, czyli Wyspy Książęce

Gdy pogoda dopisuje, warto wsiąść w Stambule na prom i wybrać się w to niezwykłe miejsce, gdzie czas się zatrzymał. Tylko cztery z dziesięciu wysp są zamieszkane: Kinali, Burgaz, Heybeli oraz Büyükada. Ale na wszystkie można dotrzeć i na wszystkich można pooddychać świeżym powietrzem – oprócz karetek i aut straży pożarnej nie ma tu samochodów; po wąskich, krętych uliczkach kursują jedynie dorożki, a od kolosa-Stambułu wyspy oddziela kilkadziesiąt kilometrów morza.
Na Büyükadzie bez problemu wynajmiemy rower. Ale dużo lepiej po prostu pójść przed siebie – wyspa jest tak mała, że w końcu trafi się do miejsca, z którego się wyszło (przechadzka zajmuje około dwóch godzin).
Za czasów Bizancjum wyspy były ekskluzywnym więzieniem – zsyłano na nie członków rodziny cesarza, którzy mieli szansę na tron, żeby nie knuli (stąd nazwa – Wyspy Książęce). Podobnie robili sułtani ottomańscy, gdy Konstantynopol zdobyli Turcy.
Dziś to elegancka okolica dająca wytchnienie tym, których zmęczył wieczny zgiełk wielkiego miasta.
Mieszkają tu głównie Grecy, można od nich kupić całkiem niezłe domowe wino. A później zapakować je w wiklinowy koszyk, wynająć osiołka i na jego grzbiecie ruszyć pod grecki prawosławny monastyr świętego Jerzego, spod którego rozciąga się piękny widok na wyspę i na morze Marmara.
A jeśli ktoś interesuje się historią, a zwłaszcza historią rewolucji październikowej, powinien odnaleźć schowany w krzakach dom, w którym po ucieczce ze Związku Radzieckiego zamieszkał Lew Trocki, jeden z najważniejszych rosyjskich rewolucjonistów. Stalin, z którym Trocki przegrał walkę o schedę po Leninie, w 1929 roku oskarżył go o działalność kontrrewolucyjną i wygnał z kraju. Turcja była jedynym państwem, które zgodziło się go przyjąć.
Trocki spędził na Büyükadzie cztery lata; napisał tu swoją autobiografię i leczył nerwy, skołatane latami rewolucji. Miejsce było idealnym schronieniem, bo wszystkie statki, które płyną na wyspę, widać z bardzo daleka. Być może Trocki żyłby dłużej, gdyby został na tureckiej wyspie, zamiast wyjeżdżać najpierw do Francji, później do Finlandii, a jeszcze później do Meksyku, gdzie dosięgli go wysłani przez Stalina zamachowcy.
Z drugiej strony – gdyby nie wyjechał, nie poznałby Fridy Kahlo i nie dopisał do historii swojego życia tych kilku stroniczek, które do dziś tak bardzo rozpalają miłośników historii i malarstwa.
Rezydencja Trockiego była kilka lat temu na sprzedaż. Kąsek jest łakomy: posiadłość to piękny drewniany dom z dużym ogrodem i własną przystanią. Kiedy tam byłem, ogród zarastał chwastami, dom oplatały pnącza, lecz jeśliby go wyremontować, mógłby się stać jedną z piękniejszych rezydencji na wyspie.
Właściciel wyceniał obiekt na 4 miliony euro, ale – jak mówili agenci nieruchomości – kolejne kilkanaście milionów trzeba by wydać na remont. I trzeba by sobie radzić z tłumem trockistów (i miłośników historii) z całego świata: podobno każdego roku dziesięć tysięcy osób przypływa na Büyükadę wyłącznie po to, by zobaczyć choćby tylko przez zamkniętą bramę dom Lwa Trockiego.

Atatürk (Mustafa Kemal), czyli polityk

Ojciec nowoczesnej Turcji, który ocalił ją przed rozebraniem przez sąsiadów po I wojnie światowej i zmienił w demokrację (nietypową, bo z wojskiem jako „bezpiecznikiem”, ale jednak demokrację).
Więcej o Atatürku piszę w rozdziałach: „Nazim” i „Pani Atatürkowa”.

Azerbaycan, czyli Azerbejdżan

Kiedy mieszkałem w Turcji i starałem się mówić po turecku – nigdy nie opanowałem tego języka do perfekcji, ale był czas, że potrafiłem całkiem sporo powiedzieć – często pytano, skąd jestem. Turcy są bardzo uprzejmi, więc zapewniają, że mówisz świetnie, nawet jeśli ledwo dukasz „dzień dobry” i „dziękuję”. I zaraz potem dodają, że nie ma się co przejmować, turecki jest najtrudniejszym językiem na świecie i mało kto z tych, co się w Turcji nie urodzili, jest go w stanie opanować (nie wiem, skąd biorą dane, ale wierzy w to absolutnie każdy Turek gotów przysięgać na pompon od fezu, że tak właśnie jest).
Więc kiedy coś tam sobie dukałem po turecku, a Turcy pytali, skąd jestem, odpowiadałem: Jak to skąd!? Z Anatolii.
Anatolia kojarzy się z polami, owcami i rolnictwem. Robiłem więc z siebie trochę wieśniaka, który zniekształca turecki tak, jak ludzie ze wsi zniekształcają języki literackie we wszystkich krajach na świecie. Ale Turcy nie wierzyli w moje anatolijskie pochodzenie i mówili: nie, abi, nie jesteś z Anatolii. Ty na pewno jesteś Azerem.
Tu z kolei ja robiłem wielkie oczy: niby dlaczego Azerem!?
Muszę wyjaśnić, że rzeczywiście w Turcji mówię zupełnie inaczej niż w Polsce. Z jakiegoś powodu, którego jeszcze do końca nie rozumiem, staję się całkiem innym człowiekiem; bardziej męskim, bardziej wyrazistym, a nawet bardziej kosmatym. Więcej we mnie archetypicznego samca, nie bardzo wiem dlaczego, ale nawet głos mam grubszy, gesty bardziej zdecydowane. Jak palę papierosa (a odpalam tam jednego od drugiego), to palę całym sobą. Jak zamawiam obiad albo targuję się na bazarze, to też bardzo wyraziście. Jest w tym pewnie duża doza aktorstwa, ale niezamierzonego i nie do końca uświadomionego.
Jednak z jakiegoś powodu okazuje się, że grając Turka, w oczach Turków nie wyglądam jak Turek, tylko jak Azer!
Powtórzyło się to kilkanaście razy z rzędu – nigdy nie brano mnie za Tadżyka czy choćby Turkmena, zawsze za Azera – zapytałem więc moich przyjaciół, o co może chodzić? Roześmiali się, a potem zabrali mnie do domu, postawili na stole kilka piw i włączyli wiadomości w azerskiej telewizji.
I o Allahu! Spiker mówił tak samo jak ja. Też był twardy, męski, wyrazisty i kosmaty. Tak, muszę to przyznać, mój turecki brzmiał jak język spikera z azerskiej telewizji. To znaczy on używał innych słów i nie bardzo go rozumiałem; azerski różni się od tureckiego. Ale sposób wymowy, nawet gesty miał bardzo podobne do tego, co ja robiłem, udając Turka z Anatolii.
Na marginesie, moi Turcy na dźwięk azerskiego zaczęli się zaśmiewać do łez. Brzmi on dla nich nie mniej zabawnie, jak dla Polaków czeski, a dla Czechów – polski. Wyłapywali pojedyncze słowa, powtarzali je i pokładali się ze śmiechu. Niestety, język spikera był dla mnie nie do zrozumienia. Podobnie, jak do dziś nie rozumiem, który z moich genów odezwał się, czyniąc ze mnie Azera. Nazwisko Szabłowski było popularne wśród polskich Tatarów – najsłynniejszym był bodaj Daniel Szabłowski, dowódca jednej z konnych chorągwi, która nawet zbuntowała się kiedyś przeciw polskiemu królowi. Lubię myśleć, że cała ta Turcja zaistniała w moim życiu nie przypadkiem, ale dlatego, że odezwał się w moim DNA tatarski gen.
Ale w takim razie powinien się we mnie odezwać Tatar, nie Azer!
Nigdy nie udało mi się rozwikłać tej zagadki, ale los zetknął mnie kiedyś z Azerami, i to w najbardziej niebywałych okolicznościach, jakie można sobie wyobrazić. Jechałem z przyjacielem Mierzeją Kurońską, czyli długim nadbałtyckim półwyspem położonym na granicy Obwodu Kaliningradzkiego i Litwy. Droga jest bardzo malownicza, ale mierzeja jest parkiem narodowym, więc przez kilkadziesiąt kilometrów nie ma ani stacji benzynowej, ani nie można kupić nic do zjedzenia.
Poza jednym punktem, w samym środku, gdzie stał wielki szyld z napisem „SZASZŁYKI”. Sprzedawało je dwóch zarośniętych panów rozmawiających ze sobą w języku, który wydał mi się znajomy.
– Skąd jesteście? – zapytałem po turecku.
– Z Azerbejdżanu – odpowiedzieli zaskoczeni, że ktoś pośrodku Mierzei Kurońskiej mówi do nich językiem Sulejmana Wspaniałego. – A ty?
– Z Anatolii – odpowiedziałem szybko.
Pokiwali głowami ze zrozumieniem.
Po raz pierwszy w moim życiu ktoś w to uwierzył.

Badem bıyık, czyli migdałowe wąsy

W Turcji polityków rozpoznaje się po wąsach.
Najdłuższe mają nacjonaliści. Nieco krótsze – socjaliści. Najkrótsze – islamiści.
Wąsiska nacjonalistów, zwane ülkücü, są przycięte nad ustami, wypielęgnowane. Końcówki zwisają w dół brody. Tworzą podkówkę otwartą w stronę szyi, dzięki czemu mężczyźni mają na twarzach półksiężyce, co czyni z nich odbicie tureckiej flagi. Ich partia po turecku nazywa się MHP – Nacjonalistyczna Partia Działania. Przeciętny wyborca marzy o silnej Turcji, na wczasy jeździ (a przynajmniej tak robić powinien) tylko do tureckich kurortów i pomstuje, że tak dużo w nich cudzoziemców.
Socjaliści mają pod nosem pierzynkę. Jeśli jej nie pielęgnować, włazi do ust i zasłania zęby. Największą partię socjalistyczną założył sam Atatürk. Po turecku nazywa się ona CHP – Republikańska Partia Ludowa. Statystyczny wyborca nie chodzi do meczetu, pije alkohol i jeździ czasem na Zachód, a czasem do tureckich kurortów.
Najbardziej o zarost dbają jednak islamiści. Mają go dokładnie tyle, ile przestrzeni na wąsy przewidziała natura. Przycinają tak, by miał nie więcej niż pięć milimetrów długości i nazywają badem bıyık – migdałowe wąsy, bo z kształtu podobne są do migdała.
Takie wąsy ma prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdoğan i wielu oficjeli z jego Partii Sprawiedliwości i Rozwoju.

Burkini, czyli strój kąpielowy

Absolutnym hitem są nad Bosforem już od kilku lat stroje kąpielowe dla muzułmanek. Mają całkiem zakryte nogi i ręce, a na głowach urocze kapturki. Większość ma jeszcze w komplecie pelerynkę – żeby materiał się nie opinał i nie ujawniał zakamarków sylwetki.
– Nie jest idealny – mówi dziennikowi „Milliyet” Emina, matka trojga dzieci. – Woda mi się nalewa i tworzy się taki wielki balon. Ale wreszcie mogę pływać! Jeszcze niedawno patrzyłam tylko na swoją bawiącą się w wodzie rodzinkę jak kot na smażoną wątróbkę.
– Od kiedy wyszłam za mąż, nie mogłam iść ani na basen, ani na plażę – skarży się Fatma, gospodyni domowa ze wschodu Turcji. – Teraz muszę sobie od nowa przypominać, jak się pływa. Ale jestem bardzo zadowolona. Mała rzecz, a cieszy.
Kąpielówki dla mężczyzn mają dłuższe niż standardowo nogawki.
Mehmet Şahin, właściciel firmy Haşema i projektant pierwszych strojów:
– Jak byłem studentem, bardzo się krępowałem chodzić na plażę. W klasycznych kąpielówkach czułem się, jakbym był nago. Wtedy wymyśliłem: to jest nisza na rynku! Kilka lat później zacząłem produkcję pierwszych strojów.
Muzułmańskie pływaczki wzbudziły w tureckich kurortach niemałe poruszenie. Doszło do kilku bójek między nowoczesnymi, prozachodnimi Turkami a religijnymi, którzy psuli tym pierwszym widok i zabawę.
Dziennik „Hürryiet” opublikował zaś zdjęcie dwóch kobiet, stojących obok siebie po pas w wodzie. Jedna była w muzułmańskim stroju, zakrywającym wszystko prócz oczu. Druga topless. „To jest właśnie Turcja” – głosił redakcyjny komentarz.

Çay, czyli herbata

Çaysız sohbet, aysız gökyüzü gibidir – rozmowa bez herbaty jest jak niebo bez księżyca (albo, w innej wersji: jak ptak bez głosu).
To powiedzenie oddaje to, co Turcy myślą o swoim narodowym napoju.
Dostaniecie ją wszędzie, w szklaneczce o kształcie tulipana (serwujący powiedzą wam czasem, z typowym dla tego kraju poczuciem wyższości, że Holendrzy uprawy owych kwiatów uczyli się od Turków). Będzie albo już posłodzona, albo dostaniecie do niej kilka minikosteczek cukru.
Przy każdym większym bazarze czy urzędzie ma swój kiosk çaycı, Pan Herbatka – parzenie herbaty to w Turcji zbyt ważna sprawa, żeby się tym zajmować, prowadząc jednocześnie inny biznes, i trzeba być obcokrajowcem albo szalonym, żeby pić niesmaczną i pozbawioną aromatu herbatę w saszetce – kiedy mieszkałem w Stambule, można było taką kupić wyłącznie w dużych supermarketach, wyłącznie w dzielnicach, w których mieszka sporo obcokrajowców.
Jeśli kupujecie coś za większą sumę pieniędzy, nieważne, w sklepie czy na bazarze, transakcja powinna zostać przypieczętowana wspólnym wypiciem herbaty. Jeśli tak się nie stanie, zanim zapłacicie, zapytajcie sprzedawcę, gdzie herbata? Powinien natychmiast zadzwonić, albo wysłać kogoś po Pana Herbatkę, a ten po kilku minutach powinien się pojawić z tacą. To wyraz szacunku dla klienta.
Herbatę parzy się zazwyczaj w specjalnym podwójnym czajniku zwanym çaydanlık. Do górnej części wsypuje się herbatę i zalewa wodą; tu warzy się esencja. Wrząca woda z dolnej części czajnika podgrzewa górną. Gdy esencja jest gotowa, czyli nabierze koloru ciemnego bursztynu, wlewa się ją do szklaneczki i uzupełnia wodą, zgodnie z życzeniem gościa: do wersji jasnej (açık), średniej (orta) albo mocnej (demli). Mocną herbatę Turcy nazywają czasami „krwią zająca”.
Idąc do Turka „na herbatkę”, można spodziewać się wszystkiego, łącznie z tym, że w ciągu wieczora poleje się nawet dwadzieścia albo trzydzieści szklaneczek tego bursztynowego napoju – przeciętny Turek, według roczników statystycznych, wypija ich tysiąc. Rocznie produkuje się tu również 400 milionów małych szklaneczek do herbaty – po sześć na głowę każdego mieszkańca kraju.
Turcy piją herbatę na taką skalę dopiero od XIX wieku; wcześniej ich ulubionym napojem była kawa, ale jej ceny osiągnęły tak wysoki pułap, że coraz mniej ludzi mogło sobie na nią pozwolić. Herbata okazała się świetnym zamiennikiem.
Od początku XX wieku Turcy mają też swoje plantacje, w okolicach miasta Rize nad Morzem Czarnym, niedaleko granicy z Gruzją. Są dziś piątym, może szóstym producentem herbaty na świecie.

Çapkın, czyli casanova

Turecki podrywacz-wirtuoz; ktoś, kogo w Polsce nazwalibyśmy casanovą albo playboyem.
Pełno takich w każdym szanującym się kurorcie, a także w każdym większym mieście. Kobiety z Europy są dla niego doskonałym celem, bo Turczynka będzie wymagać o wiele więcej niż krasomówstwo i piękne komplementy – na przykład będzie pytać o status społeczny, możliwość wysłania ewentualnego potomstwa do dobrej szkoły i możliwość sklecenia kilku zdań, które wyjdą poza „twoje oczy są jak gwiazdy” i „nie potłukłaś się, kochanie, jak spadałaś z nieba?”.
Kiedy po swoim pierwszym wyjeździe do Turcji zapisałem się na kurs języka tureckiego, były ze mną w grupie same kobiety, które interesowała głównie odmiana czasowników: tęsknić, kochać i – nieregularnego – całować oczy.
Po miesiącu kursu pojawiła się potrzeba poznania czasowników: płakać, żałować i nieregularnego: iść sobie i więcej nie wracać.
Po dwóch miesiącach w grupie były już tylko trzy osoby, więc została rozwiązana, bo Turcy, dla których moje koleżanki z kursu chciały się uczyć języka, okazali się wyłącznie wakacyjnymi capkınami.
Ale nie zawsze tak bywa. Znam kilka bardzo udanych, kochających się małżeństw polsko-tureckich. I – panowie, mówię to z przykrością – jeśli chodzi o mówienie komplementów i innych rzeczy, które kobiety lubią słyszeć, to od Turków moglibyśmy się dużo nauczyć.
Pamiętam, że koleżanki z kursu językowego usilnie dopytywały, jak odróżnić Turka, któremu zależy tylko na wakacyjnej zabawie, od takiego, z którym można próbować zbudować coś trwalszego. Nauczycielka nie umiała dać jasnej odpowiedzi; zwłaszcza że prawdziwy turecki capkın doskonale udaje emocje; potrafi płakać rzewnymi łzami, jeśli ktoś podważy prawdziwość jego miłości, a tydzień później po prostu przestać odbierać telefon. To też jakaś cecha wspólna çapkınów, o których słyszałem: nie żegnają się. Nie lubią rozstań. Rozstania są dla nich zbyt bolesne i zbyt trudne, więc, by je ominąć, po prostu nie odbierają telefonu, blokują komunikatory i nie odpowiadają na SMS-y.
Po angielsku nazywa się to ghosting: stajesz się duchem. Nie słyszałem, by istniała turecka nazwa dla tego zjawiska.
Jedna z moich znajomych, przerażona, że mężczyźnie jej życia – bo zdążyła już zaplanować ze swoim çapkınem domek na przedmieściach Antalyi, dwójkę dzieci i coroczne urlopy w Polsce – coś się stało, wsiadła w samolot i poleciała do Ankary. Zastała w jego mieszkaniu kolejną panią, która też miała już w głowie domek i dzieci, ale coroczne urlopy mieli spędzać w Niemczech. Turek, gdy zobaczył je obie w salonie, podobno po prostu się popłakał. Wierzę, że całkowicie szczerze.
Jak nie dać się zwariować i odróżnić fajnego chłopaka od wakacyjnego casanovy? Prawdziwy çapkın zawsze podrywa kilka kobiet naraz i jeśli się wysypie, to na szczegółach. Miał spędzać czas z kolegami, a potem mówi że był na siłowni. Miał jechać do mamy, a potem mówi, że pojechał na ryby.
Oczywiście jako świetny manipulator zaraz zagada wpadkę albo spróbuje obrócić sprawę w żart („mój orzeszek jest o mnie zazdrosny”) bądź uda, że coś wam zaginęło między słowami i że został źle zrozumiany („to przez ten mój angielski; musisz mnie nauczyć polskiego, kochanie”). Tak czy owak, kiedy przestają się zgadzać szczegóły, powinna się w głowie zapalić lampka. Czerwona, jak zachodzące nad Morzem Egejskim słońce.