Rafał Cichowski w książce “Pył Ziemi” sięgnął po elementy kilku gatunków literackich, łącząc je udanie w ekscytującą opowieść o Ziemi na skraju zagłady. Kto przetrwa tym razem – ci którzy wyruszyli w kosmos w poszukiwaniu nowego miejsca do życia, czy ci, którzy zostali?


Pył ZiemiJak to często bywa w literackich wizjach przyszłości naszej planety, Ziemia w XXIV wieku znalazła się na krawędzi zagłady, a jedyną szansą na uratowanie gatunku ludzkiego stał się gigantyczny statek kosmiczny Yggdrasil, który niczym Arka Noego tylko dla wybrańców, wyrusza w kosmos w poszukiwaniu nowej planety do zasiedlenia. Za nimi zostaje skazana na zagładę Ziemia i ci mieszkańcy, którym nie dane było uzyskać miejsca na pokładzie, żyjący ze świadomością, że wkrótce pozostanie po nich tylko kosmiczny pył.

Siedem stuleci później Yggdrasil powraca i okazuje się, że Ziemia ma się nadspodziewanie dobrze, co więcej, jest ona jedyną szansą na ocalenie mieszkańców latającej arki. Tak więc role się odwróciły, a choć na Yggdrasilu w międzyczasie dokonał się znaczący postęp w dziedzinie budowy sztucznej inteligencji i uczynienia z człowieka maszyny z turbodoładowaniem w postaci dodatkowych zmysłów czy odporności na uszkodzenia, to i tak, klasycznie, los gatunku spocznie na barkach tylko dwójki dzielnych bohaterów. Rez i Lilo, choć obdarzeni nadludzką siłą i zdolnościami przydatnymi w kosmosie, nie będą mieli łatwo na Ziemi w konfrontacji ze zwykłymi ludźmi.

Po wylądowaniu dwójka wysłanników musi skorygować swoją wiedzę o Ziemi i jej mieszkańcach, znaną im ze starych przekazów. Potomkowie ludzi pozostawionych przez Yggdrasila nie żywią zbyt przyjaznych uczuć do przybyszów z nieba, a ich codzienność okazuje się dość surrealistyczna. Przestrzeń życiową stanowią zasadniczo trzy obszary – zasnuta wieczną sztuczną mgłą kopia XIX-wiecznego Londynu, supernowoczesne miasto Aurora, żywcem wyjęte z opowieści o tyranach rządzących rzeszą bezwolnych i sterowanych metodami socjotechnicznymi poddanych oraz pustkowia i ruiny dawnych miast zamieszkałe przez prymitywne plemiona. Powiązania między mieszkańcami wiktoriańskiego Londynu, zaawansowanymi technicznie obywatelami pseudodemokratycznej Aurory i ludźmi na poziomie pierwotnych myśliwych i łowców, objawią się jako decydujące dla zrozumienia kwestii misji kosmicznej Arki i jej mieszkańców przybyłych z powrotem na Ziemię.

“Pył Ziemi” okazuje się w dużym stopniu odzwierciedleniem naszych czasów

Powieść “Pył Ziemi” okazuje się w dużym stopniu odzwierciedleniem naszych czasów, i choć sam świat wykreowany przez Rafała Cichowskiego ma niewiele wspólnego z dzisiejszą rzeczywistością od strony technologicznej, to problemy społeczne pozostają takie same. Żądza zysku i władzy oraz konflikty, które doprowadziły do zdewastowania Ziemi, pojawiły się także w zaawansowanej technologicznie społeczności na Yggdrasilu, powracają również cyklicznie na postapokaliptycznej Ziemi, a w ich rozwiązaniu nie pomaga ani sztuczna inteligencja ani XIX-wieczne konserwatywne zasady. I to raczej nie bogowie, kosmici czy inna siła natury zniszczy Ziemię – jak pokazuje Cichowski, zrobimy to sami, własnymi rękami.

Pisarz serwuje czytelnikowi te niewesołe przemyślenia, zachęcając go tym samym do zadania sobie pytań o ludzką naturę, moralność i etykę w polityce i biznesie. Autor nie zapomina też o pierwotnych uczuciach, obecnych od zarania dziejów człowieka – miłości, nienawiści, zemście i pragnieniu władzy, które stanowią główną siłę napędową ludzkich działań. Rzec by można – wszystko już było, wszystko jest wtórne i powtarzalne, a powraca, bo kolejnym pokoleniom brak woli, by uczyć się na błędach przodków.

Powieść Cichowskiego to świeża wizja przyszłości ludzkości i lektura zmuszająca do refleksji

Powieść Cichowskiego, utrzymana w klimatach fantasy, science-fiction, steampunku i cyberpunku, swobodnie i zgrabnie łączy motywy fabularne z zaskakującą akcją i postapokaliptycznym przesłaniem. To świeża wizja przyszłości ludzkości i lektura zmuszająca do refleksji. A że autor potrafi dobrze operować słowem, pisze klarownie i z werwą, lektura książki to smaczny kąsek nie tylko dla miłośników fantastyki. Tomasz Wojciechowski

Rafał Cichowski, Pył Ziemi, Wydawnictwo SQN Imaginatio, Premiera: 22 marca 2017

Pył Ziemi

Rafał Cichowski
Pył Ziemi
Wydawnictwo SQN Imaginatio
Premiera: 22 marca 2017

I

#nofilter

Możecie zaczynać.
Dziewczyna zapowiada kapelę i zostawia ją na pożarcie widowni. Na tle bezładnych uderzeń w puste struny słychać jedno nerwowe chrząknięcie. Głęboki oddech. W kilku słowach wokalista wyjaśnia, kim są, dlaczego tu są i jak nazywa się utwór, który za chwilę zagrają. Jego przytłumiony głos odbija się echem od ścian. „Zniknę. Powiedziałem ci i jeszcze raz powtórzę”. Ochrypnięty dźwięk rodzi się w gardle, wydostaje na zewnątrz, przedziera przez kiepski mikrofon i splątany kabel, przebija ścianę szumu, podróżuje tysiąc lat do przodu i dociera do mnie w całej swojej pozbawionej niskich częstotliwości, ledwie czytelnej chwale.
– (Znów tego słuchasz?)
Nie wiem nic o tym zespole. Nie chcę wiedzieć. Lubię sobie wyobrażać, że to zbieranina chłopaków znikąd, a to ich pierwszy publiczny występ. Przebyli cały świat, wydali ostatnie pieniądze, by tu się znaleźć, i jeśli to spieprzą, zapowietrzą się, stracą wszystko. Nawet marzenia. Ale nic takiego nie ma miejsca. Szorstki głos nabiera siły, uderzenia w instrumenty stają się coraz pewniejsze i bardziej precyzyjne. Utwór rozpędza się i przy drugim refrenie eksploduje emocjami prosto w twarze niewzruszonej widowni. Magia trwa dokładnie przez trzy minuty i dwadzieścia osiem sekund. Gdy kończą, sala odpowiada im brawami, zagłuszając podziękowania wokalisty. Oczywiście to wszystko może być kłamstwem, ale to bez znaczenia. Ja wolę swoją wersję. Moja wersja jest wszystkim, w co chcę wierzyć, dlatego zablokowałem sobie dostęp do opisu tego występu w bazie wiedzy. I w ten sposób moje kłamstwo stało się prawdą.
– (Mogę ci powiedzieć, kto to nagrał. Chcesz?)
Zawsze drażni się ze mną, gdy odtwarzam ten utwór. Nie dziwię się jej – słyszała to już tak wiele razy. Ale obiecałem sobie, że tylko te dźwięki mogą przywitać mnie na Ziemi. Wyobrażałem sobie tę chwilę tak często, że zajechałem moją wewnętrzną taśmę, zdarłem ją do białego szumu i nie czuję już nic. Nieważne. Jesteśmy tu. Naszą opowieść o wieczności spędzonej w mroku wieńczy blada błękitna kropka.

*

Spadam, nagi i otoczony ciemnością. To mój ulubiony sposób podróżowania, gdy ściany kapsuły stają się przezroczyste, a ja po prostu dryfuję przez przestrzeń. Podnoszę głowę, wyginam ciało w łuk i sięgam przed siebie. Ziemia staje się coraz większa, chociaż wciąż mogę zasłonić ją całą środkowym palcem. Włączam sztuczną grawitację żeby poczuć to każdą komórką ciała. System symuluje szum i opór powietrza. Zabójczy pęd wpycha mi oddech z powrotem do płuc, zmrużone oczy napełniają się łzami. Muzyka łupie coraz głośniej, przekrzykując się z wyciem wirtualnego wiatru. W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku, co nie oznacza, że nie może tu być głośno od dobrego rock and rolla.
I jej śmiechu.
– (Jeszcze pięć godzin i będziemy na miejscu. Jednak jesteś stuknięty) – informuje mnie, próbując zachować rzeczowy ton, jak na dowódcę misji przystało.
Pięć godzin. W porównaniu z drogą, którą przebyliśmy, to nawet nie mrugnięcie. Nieskończona ilość zer po przecinku. Gdy ponownie otwieram oczy, Ziemia jest już na wyciągnięcie ręki. Praktycznie mogę dotknąć jej mokrej, błękitnej powierzchni, zamieszać palcem obłoki i rozpętać huragan gdzieś nad Pacyfikiem. Muzyka gaśnie. Wokół mnie pojawiają się jednolicie białe ściany. Opadam na podłogę i ruszam w kierunku mostka. Jej kapsuła wyprzedza moją. Ustawia się w jednej linii przed dziobem mojego statku, na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Nie mieliśmy kontaktu z Ziemią przez cały ten czas. Być może atmosfera stała się tak toksyczna, że pancerze zaczną się topić podczas zderzenia, a ziemskie systemy obronne wykryją naszą obecność i przywitają nas salwy z czegoś śmiercionośnego, cokolwiek tam mają pod ręką. Ale najbardziej prawdopodobne jest, że nikogo tu już od dawna nie ma. Puste, ciche zagęszczenie materii na zadupiu Laniakei. Wcale nie tak wyjątkowe, jak się nam wydawało przez setki tysięcy lat. Jedynym prawdziwym zagrożeniem są tony śmieci wirujące dookoła. Satelity, sztuczne kolonie, i efekty stuleci nieudanych eksperymentów mających pozwolić ludziom zapanować nad klimatem. Wszystkie dawno dezaktywowane, powoli opadają, by spalić się w atmosferze. Ale układ to układ. Ja przeleciałem dla niej przez pierwszy most. Teraz jej kolej ryzykować życie. Co nie oznacza, że muszę iść na łatwiznę.
– (Tryb manualny? Naprawdę?)
– (Nie wyobrażam sobie tego inaczej. Pozwolić się prowadzić przez system? Miękko lądować na Ziemi? To byłoby w złym guście).
– (Wiesz, co byłoby naprawdę w złym guście? Przebyć wszechświat i zginąć na ostatnim kilometrze) – odpowiada i też wyłącza zdalne sterowanie.
Przyspiesza tak gwałtownie, że praktycznie tracę ją z oczu. Wedle wszystkich protokołów, obyczajowych standardów i zasad zdrowego rozsądku zachowujemy się w tym momencie jak para nieodpowiedzialnych idiotów – co do tego mamy zupełną jasność – ale trudno zapanować nad emocjami po całej wieczności spędzonej w drodze, gdy chwila, w którą już dawno przestaliśmy wierzyć, nagle przychodzi. W naszych podrasowanych ciałach i stymulowanych mózgach, pod siecią nanoprzekaźników, narzędzi diagnostycznych i obwodów awaryjnych wciąż kryje się ten sam człowiek, który przez większość historii gatunku płakał ze smutku i śmiał się, gdy odczuwał radość. Im dłużej jesteśmy pozostawieni sami sobie, ten człowiek coraz częściej daje o sobie znać. Dlatego przysięgam, że gdybym miał tu teraz alkohol wlałbym go sobie do ust i na głowę. Zapaliłbym cygaro. Przybił piątkę z przyjacielem. Rzucił się w ramiona osoby, którą kocham. Manifestował radość, mając gdzieś protokoły. Oczywiście, mogę zmusić moje ciało, żeby poczuło się nawalone, ale to nie jest najlepszy moment. To, co mogę w tym momencie zrobić, to przyspieszyć.
Wpadamy w atmosferę. Najpierw ona, później ja. Jeśli jest tam ktoś na dole i patrzy w niebo może właśnie dostrzec dwie czerwone smugi rozdzierające błękit, schodzące coraz niżej i znikające za horyzontem, nad którym majaczy oślepiająca kula ognia. W jej pomarańczowym blasku wiruje suchy pył.
– (Gdzie chcesz lądować?) – pytam, nurkując w gęste obłoki.
– (Gdziekolwiek… Nawet nie wiemy, od czego zacząć, więc równie dobrze możemy…)
Jej kapsuła uderza w szpiczastą konstrukcję, przebija się przez nią na wylot, traci panowanie i zaczyna wirować wokół własnej osi.
– LILO! – krzyczę, zmieniając kurs ułamek sekundy przed uderzeniem.
Z głębi szarych chmur napierają na mnie dziesiątki strzelistych wież. Podążam za nią, lawirując pomiędzy białymi słupami, ocierając się o ich powierzchnię, unikając kolizji tylko dzięki refleksowi, o który się od dawna nie podejrzewałem. Tysiąc myśli na sekundę. Ale nie mogę się zdekoncentrować. Nie teraz. Jej kapsuła odbija się od kolejnych wież, na chwilę wznosi, jakby udało jej się odzyskać kontrolę, po czym ponownie pikuje, kończąc swój lot w gęstym lesie.
– Lilo! – wołam znowu.
Bez odpowiedzi. Wysuwam skrzydła, sadzam miękko statek w wąwozie pełnym połamanych drzew i wybiegam na zewnątrz. Bez sprawdzenia składu powietrza, bez zeskanowania otoczenia w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń. A także bez gaci.
Ona na szczęście już tam na mnie czeka. Rozgląda się, sprawdzając uszkodzenia pancerza. Gdy odwraca wzrok, dostrzega mnie stawiającego niepewne kroki na świeżo zaoranej ziemi, przedzierającego się nago przez zdewastowany las jak jakieś zwierzę, nieporadna, pozbawiona futra małpa, która jedyne, co potrafi, to wybełkotać jej imię.
– Lilo… – mówię, nabierając w płuca głęboki haust powietrza, które okazuje się czyste, chłodne, wypełnione tysiącem zapachów tak silnych, że muszę je wytłumić, by nie stracić przytomności od tego natłoku autentycznych, nie symulowanych doznań. Ale to wszystko nieważne, ważne jest to, że nic jej się nie stało.
Stajemy naprzeciw siebie. Bez słowa. Po raz pierwszy od początku naszej podróży obcując ze sobą fizycznie. Chwytam jej dłoń, żeby poczuć ciepło jej ciała między palcami, zetknąć ze sobą te organiczne formy przechowywujące nas w środku w prehistorycznym geście jedności, który może się wydawać ckliwy albo śmieszny, ale według mnie jest jedynym sensownym sposobem, aby dać jej do zrozumienia, że to był jednak kretyński pomysł i nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało. Ona przyciąga mnie do siebie i mocno obejmuje. Czuję bicie jej serca i moje własne, które bezwiednie synchronizuje się z jej.
– (Rez).
– Powiedz to na głos – szepczę, odwzajemniając uścisk.
– Rez – wypowiada moje imię.
– Jesteśmy na Ziemi, powinniśmy trzymać się konwenansów – proponuję.
Lilo rozgląda się wokoło.
– Już zaczęliśmy dewastować przyrodę.
– Chodziło mi bardziej o mowę.
Za nami trzydzieści sześć wież podpiera ołowiane niebo, ich szczyty giną w obłokach. Pozbawiona życia ruina przygląda się nam milionem pustych okien. Odwzajemniamy spojrzenie, ponosząc głowy.
– Nie wiedziałam, że na Ziemi stawiano tak wysokie budynki.
– To Ketra – mówię, próbując dostrzec miejsce po uderzeniu. Bezskutecznie. – Baza wiedzy twierdzi, że zbudowano to miasto już w dwudziestym pierwszym wieku. Eksperyment społeczny. Ważniejsze postaci: Kanu Retter, Almeida Ceira. To tu zastosowano pierwsze biochipy.
– Kiedyś opowiesz mi tę historię – mówi, po raz kolejny mierząc mnie wzrokiem.
Gdy idę w kierunku statku, suche gałęzie pękają z trzaskiem pod moimi stopami. Nieprzyzwyczajona do kontaktu skóra czerwienieje, napręża się i rozdziera. Stopniowo wpuszczam ból do układu, sprawdzając, jak wiele jestem w stanie go znieść. Przy czterdziestu sześciu procentach pojawia się pierwszy bezwarunkowy odruch – do kącika oka napływa łza. Mózg mówi dość. Starożytni ludzie musieli być twardymi skurwielami, że przemaszerowali boso dwa miliony lat, a i tak dotarli na szczyt łańcucha pokarmowego. Ale taka już nasza natura. Nie odpuszczamy.
Czarna maź opływa moje ciało, dopasowuje się do jego kształtu, wnikając w każdy por skóry od koniuszków palców u stóp po nadgarstki i szyję. W przypływie kreatywności nadaję stopom kształt butów, a cała reszta przybiera formę lekkiego kombinezonu, jakiego kiedyś mogli używać piloci. A może widziałem to tylko w jakimś filmie? Ukrywam symbole Yggdrasil na barkach i plecach, pozostawiając jednolicie gładką powierzchnię. System podaje informację, że w promieniu stu kilometrów nie ma ani jednego urządzenia wykorzystującego dowolny rodzaj energii, ale jeśli jednak kogoś tu spotkamy, lepiej nie afiszować się z naszym pochodzeniem. My i nasze niezniszczalne, nic nieważące kombinezony z innej epoki po prostu postaramy się wtopić w tłum. Lilo jest ubrana cała na biało. Chce od razu ruszać przed siebie, nie tracić więcej czasu na przebieranki i lekcje historii, ale ją powstrzymuję. Gęsta zawiesina naszymi głowami rozrzedza się i nasącza barwą. Tarcza słońca wypala dziurę w obłokach i nurkuje w kierunku horyzontu.
– Wiem, co chcesz zrobić – mówi Lilo, patrząc w kierunku zachodu. – Jest duże ryzyko, że tego nie przeżyjesz.
– A ty? Nie chcesz zobaczyć wszystkiego tak, jak naprawdę wygląda? Tak, jakbyśmy widzieli to pierwszy raz? Pieprzyć te nagrania i symulacje. Prawdziwe fotony wpadające do prawdziwej źrenicy. No chodź! Zrób to ze mną!
Waha się. Ale znam ją tak dobrze, że praktycznie jest częścią mnie. Dokładnie wiem, jak wejść jej pod skórę.
– To tylko jedna planeta. Mamy czas – mówię spokojnym, niskim głosem.
Wszystko eksploduje kolorem.
Zapachem.
I dźwiękiem.
Wszystko wokół ożywa. Od szumiących liści w koronach drzew po robactwo drążące tunele pomiędzy ich korzeniami. Od wrzeszczącego barwą nieba przez szczyty wież po brzegi płuc. Wzdłuż i wszerz Ziemi wszystko współgra ze sobą w harmonii, produkując melodię, na którą nic nie mogło nas przygotować, nawet jeśli znaliśmy wszystkie jej nuty. Wrażenie jest totalne. Nieopisywalne. Odbiera władzę w nogach i zatrzymuje myśli. Żaden statyczny ani ruchomy zreprodukowany obraz, żadne utwory, wiersze, książki, sny, memy ani narkotyki nie są w stanie oddać siły tego piękna, choć bywa, że muzyka trafia cholernie blisko. Nadludzkim wysiłkiem chwytam Lilo za rękę i wciągam głębiej w gęsty las. Nie wiem, czy próbuję uciec od tego wszystkiego, czy się w tym utopić. Lilo też nie wie. Poddaje się i biegniemy jak dzieci, które ktoś po raz pierwszy przyprowadził na plac zabaw, potykamy się o gałęzie i wpadamy twarzami w pajęczyny. Trochę przerażeni, bardziej odurzeni emocjami brniemy w nieznanym kierunku. Dobiegamy do urwiska, a endorfinowa fala o mało nie spycha nas setki metrów w dół.
Ze szczytu wzniesienia widać bezkresny las rozświetlony barwami zachodu, który pędzi na spotkanie z niebem. Siadam na wilgotnej ziemi, wśród traw i liści. Zatapiam palce głęboko w jej pulsującej powierzchni. Przez całe życie widziałem tylko ciemność. A przecież to jest miejsce, z którego pochodzimy. To wszystko powinno być dla mnie naturalne. Lilo miała rację, właśnie umarłem.
I urodziłem się na nowo.
Myślę, że w tym miejscu mógłby nastąpić koniec naszej podróży. Nikt nas nie zmusi, żebyśmy stąd odeszli, żebyśmy zmrużyli, a tym bardziej zamknęli oczy. Ja. Ona. Tu. Na zawsze, a przynajmniej dopóki słońce nie wypali się, nie spuchnie i nie pochłonie Ziemi. Ostatni rozdział zbyt długiej historii, o której początku prawie udało nam się zapomnieć.
– (Idealny koniec) – podpowiada Lilo, kładąc się obok mnie.
Ale dobrze wiemy, że to się nie wydarzy. Jest tylko jeden sposób, aby przeżyć wieczność: życie musi mieć cel. Nasz został nakreślony dawno temu i nie ma nic wspólnego z tarzaniem się w ściółce na emocjonalnym haju ani delektowaniem się misternym pięknem konstrukcji tego świata po jego kres. Dlatego bierzemy po ostatnim głębokim wdechu, włączamy filtry i ruszamy w drogę powrotną.
Teraz możemy zaczynać.

*

Zwierzę wierzga i wykrwawia się. Jeszcze przez chwilę instynkt nie pozwala mu się poddać, nogi zginają się i prostują, spazmatycznie kopiąc powietrze, głowa próbuje się podnieść i pociągnąć za sobą resztę ciała, wyżej, dalej od tej śmierci. Oczy nie widzą już praktycznie nic poza mgłą, która z każdym uderzeniem serca staje się coraz gęstsza. Kolejny desperacki zryw wyczerpuje resztę sił. Zwierzę wypuszcza powietrze, a przy kolejnym wdechu zasysa do środka już tylko krew. Trzy uderzenia. Dwa. Jedno. Serce zatrzymuje się pod ciężką dłonią. Zapada cisza, głęboka niczym otchłań, która pochłania inne dźwięki. Człowiek cofa dłoń. Wyciera krew, zostawiając dwa ślady pod swoimi oczami i trzeci na ustach. Nisko pochyla głowę i zamiera w tej pozycji, mamrocząc do siebie słowa, których znaczenia nie jesteśmy w stanie rozszyfrować.
– (Chodźmy stąd) – proponuję.
Ale Lilo jest zbyt zafascynowana tym widokiem, by usłyszeć mój głos.
A więc tym stali się ludzie. Cofnięci w rozwoju tysiące lat, znów przemierzają lądy, polując, zbierając i podbijając. Wolni od dylematów moralnych instynktownie poddają się podstawowej sile wszechświata, która nalega, by życie trwało. Za wszelką cenę. Mają jeszcze dużo czasu, zanim ten instynkt osłabnie na tyle, by dopuścić do głosu fundamentalne pytanie: po co?
I dopiero wtedy zacznie się robić ciekawie. Ale zanim pomyślą o przetrwaniu gatunku nieco bardziej globalnie i podniosą głowy w kierunku gwiazd, zdążą już zdewastować wszystko wokół siebie, powtarzając grzechy swoich przodków w jednym wielkim błędnym kole narcystycznego kanibalizmu. Ziemia na szczęście ma swój system immunologiczny i poradzi sobie z nimi tak samo, jak prawie poradziła sobie z nami. Dostanie gorączki i wypoci tę chorobę. Do tego czasu my będziemy już daleko stąd.
– (To może być modlitwa) – mówi Lilo, bezwiednie robiąc krok w przód.
Jej stopa opada na gałąź. Gałąź pęka. Sto metrów dalej człowiek podnosi wzrok, a ja czuję delikatne ukłucie w plecy. Świetnie. Daliśmy się podejść jak zwierzyna łowna. Nie widzę i nie jestem w stanie zidentyfikować broni, którą do nas mierzą. To nic, że nie wyzwala energii. Analogowe narzędzia są równie skuteczne z tej odległości, pod warunkiem że trafią nas prosto w głowę. Człowiek przed nami wstaje z kolan. Wielki skurwiel. Prawdziwy barbarzyńca z nagim torsem i krwią spływającą po policzkach, ze smakiem krwi w ustach. Jego ciało jest pokryte mapą fluoroscencyjnych tatuaży, których znaczenia nie jestem w stanie rozszyfrować, podobnie jak języka, którym się posługuje. Ale gest ogromną dłonią i szturchnięcie w plecy są wystarczająco wymowne. Z uniesionymi rękami ruszamy przed siebie. Sądząc po odgłosach kroków, za nami jest siedem osób, ale wokół może być ukrytych znacznie więcej. Najlepiej będzie poczekać, aż wszyscy dołączą do zabawy.
– (Tak zróbmy).
Stajemy twarzą w twarz z człowiekiem górą. Spoglądam na truchło u jego stóp. Spoglądam prosto w jego oczy.
– No cześć – wypowiadam słowa, których nie ma prawa znać. – Ja jestem Rez, a to Lilo.
– We’we ni yu ya n’chi vangu ooth, kum’mayo – odpowiada tonem, w którym jest tyle samo ciekawości, co gniewu.
Baza wiedzy nie jest w stanie zidentyfikować tego języka, a próbka jest zbyt mała, żeby się go nauczyć.
– Cholera, będziemy musieli znaleźć jakieś wspólne tematy – mówię rozkładając ręce i obracając się wokół własnej osi jakbym chciał się wszystkim zaprezentować. Chyba nawet się uśmiecham.
– (Co ty robisz?)
Siedem osób. Bezbronnych. W rękach patyki. Daliśmy się załatwić jak dzieci. Dobrze, że Yggdrasil tego nie widzi.
– (Chcę go zaprosić do dyskusji).
– C’va baado au hatuta’cuvaa c’heza n’zuri, Rez.
– (Powiedział, że chętnie skręci ci kark, Rez).
– Nie sądzę – mówię, robiąc krok w jego kierunku i próbując sprowokować reakcję. – Bo gdybyś chciał nas zabić, już dawno byś to zrobił, prawda? – wyrzucam wszystkie słowa po kolei, bez respektu, prosto w jego niewyrażającą emocji twarz.
– Hebu zab’ra do ch’ef, atach’ve dziaa co z v’ami zrobi’ch.
Prawie. Jeszcze trochę. Krąg wokół nas zaczyna się zacieśniać.
– Przebyliśmy kawał drogi, wodzu – wskazuję palcem ku górze.
– V’iem, choopche z g’viazd – odpowiada. – V’dzielishmy yaak spadlishcie z nieba.
I już.
– (Teraz moja kolej. Powinno być zabawnie).
– (Dobrze, ale jeśli za chwilę nie zacznę się śmiać, przechodzimy do planu B). – Lilo dyskretnie przełącza kombinezon w tryb walki stymulujący nerwy i mięśnie. Teraz będzie im cholernie trudno nas zabić tymi patykami.
– Więc jak to zrobimy, wodzu? Rozejdziemy się powoli, każdy w swoją stronę, czy spróbujecie szczęścia? – pytam w ich rodzimym języku.
Warto dodać, że z doskonałym, natywnym akcentem. Łowcy odskakują do tyłu, jakbyśmy co najmniej zapłonęli żywym ogniem. Źrenice wodza też się rozszerzają, ale jako jedyny nie poddaje się emocjom. Prawdziwy alfa. Przeżył już wiele konfrontacji. Wie, że jeżeli on okaże słabość, będzie to oznaczało definitywny koniec. Czuje się odpowiedzialny za swoich ludzi, poza tym zbyt długo pracował na tę pozycję, by jedno przypadkowe spotkanie w lesie mogło go jej pozbawić. Dlatego tak dobrze panuje nad odruchami. Dlatego praktycznie przestał okazywać uczucia. Ich brak jest uznawany wśród jego plemienia za stan naturalny, wlewa spokój w umysły, jest punktem podparcia, którego reszta interpersonalnych zależności potrzebuje, by grupa mogła funkcjonować. Dlatego wszyscy wokół czują wstyd, że tak łatwo się poddali, i natychmiast próbują zrekompensować błąd, wracając na swoje pozycje. To tylko słowa. To tylko dziewczyna i chłopak. Bezbronni. Zagubieni na obcym terenie.
Ale jest coś dziwnego w ich pewności siebie.
– Jak to możliwe?
– Szybko się uczę – odpowiadam.
Wódz parska śmiechem, basowym, donośnym, zwielokrotnionym przez echo. Śmiechem, od którego trzęsie się ziemia. Po chwili dołącza do niego reszta jego ludzi.
– (Widzisz?)
– (Miałeś szczęście).
– Zabijcie ich – wydaje komendę.