„Historia naturalna smoków” to porywająca powieść fantasy, w której przygoda łączy się z dociekliwym duchem epoki wiktoriańskiej. Marie Brennan przedstawia historię kobiety o duszy pioniera, która zaryzykowała swoją reputację, życiowe perspektywy i wątłe ciało, aby zaspokoić naukową ciekawość.


Historia naturalna smokówCały świat, od Scirlandii do najdalszych krańców Erigi, zna lady Izabelę Trent jako najwybitniejszą na świecie specjalistkę od smoków. Ta niezwykła kobieta wyprowadziła naukę o smokach z mglistych cieni mitów i nieporozumień w krąg światła współczesnej nauki.

Zanim jednak lady Trent stała się sławną osobą, jaką dziś znamy, była pogrążoną w książkach młodą kobietą, dzięki swemu zamiłowaniu do nauki, historii naturalnej i tak, smoków, czym przeciwstawiła się sztywnym konwencjom swoich czasów.

Oto wreszcie, spisana jej własnymi słowami, prawdziwa historia kobiety o duszy pioniera, która zaryzykowała swoją reputację, życiowe perspektywy i wątłe ciało, aby zaspokoić naukową ciekawość.

Jest to opowieść o tym, jak pomimo swych godnych pożałowania dziwactw poszukiwała prawdziwej miłości i szczęścia, oraz o jej ekscytującej wyprawie w niebezpieczne góry, gdzie dokonała pierwszego z wielu historycznych odkryć, które mogły zmienić świat na zawsze.

***

Historia przepełniona radością oraz palącą potrzebą dokonywania odkryć i ciekawością naukową.
„Publishers Weekly”

Nader czarującą i wcale rzadką ostatnio w fantasy formułą pamiętnikarską, Marie Brennan zarysowuje nietuzinkowy życiorys Izabeli Trent, wybitnej smokoznawczyni, która na kartach Historii naturalnej smoków ze swadą i błyskotliwością przedstawia pierwszy etap swojej pasji, a zarazem kariery. Bardzo intrygujące i wiarygodne metody badawcze protagonistki zaś nie są wyłącznie efektem wyobraźni autorki – choć i ta działa sprawnie – lecz w lwiej części wdrożonej w życie erudycji folklorysty oraz antropologa, czyli obu specjalności wystudiowanych przez Brennan.
Adrian Turzański, Bestiariusz.pl

„Historia naturalna smoków” to opowieść o młodej kobiecie, która zafascynowana smokami, postanawia przezwyciężyć skostniałą tradycję i oddać się swojej pasji: badaniu tych skrzydlatych istot. Marie Brennan stworzyła historię pełną przygód, a jednocześnie ciepłą i fascynującą. To także – a może przede wszystkim – powieść o chęci stanowienia o swoim losie i ziszczaniu się marzeń, nawet jeśli koszt jest wysoki.
Tymoteusz Wronka, Katedra.nast.pl

Marie Brennan
Historia naturalna smoków
Pamiętnik Lady Trent
Przekład: Dorota Żywno
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Premiera: 27 lutego 2017
 
 

Historia naturalna smoków


Przedmowa

Nie ma dnia, aby poczta nie przyniosła mi przynajmniej jednego listu od młodej (lub czasami nie takiej młodej) osoby, która chciałaby pójść w moje ślady i zostać smoczym przyrodnikiem. Oczywiście teraz to całkiem szacowna dziedzina. Istnieją kursy uniwersyteckie, a stowarzyszenia intelektualistów wydają grube tomy zatytułowane Protokoły zebrań takich czy innych. Jednakże osoby zainteresowane godnymi szacunku sprawami chodzą na moje wykłady, natomiast ci, którzy piszą do mnie, pragną słuchać o moich przygodach: o ucieczce z niewoli na bagnach Mouleen, roli, jaką odegrałam w wielkiej bitwie pod Keongą, albo (najczęściej) o mojej wyprawie na niegościnne, wysokie szczyty Mrtyahaimy, do jedynego miejsca na ziemi, gdzie można było odkryć tajemnice smoczego rodu.
Nawet najbardziej oddany korespondent nie zdołałby odpowiedzieć na wszystkie te pytania osobiście, dlatego przyjęłam ofertę panów Carrigdona i Rudge’a, aby opublikować serię pamiętników będących zapisem ciekawszych fragmentów mojego życia. W zasadzie powinny się koncentrować na wyprawach prowadzących do odkrycia, które uczyniło mnie tak sławną osobą, jednak od czasu do czasu znajdą się w nich dygresje na tematy zabawniejsze, bardziej osobiste, a nawet (o, tak) lubieżne. Jedną z korzyści z tego, że jestem już starą kobietą, ponadto taką, której nadano miano „skarbu narodowego”, jest fakt, że bardzo mało kto może mi mówić, o czym mi wolno pisać, a o czym nie.
Uprzedzam jednak, że w kolejnych tomach tej serii znajdziecie mroźne góry, cuchnące bagna, wrogich cudzoziemców, wrogich rodaków, sporadycznie wrogiego członka rodziny, złe decyzje, pechowe zmylenie kierunku, choroby bynajmniej nieromantycznego rodzaju i mnóstwo błota. Kontynuujcie na własne ryzyko, gdyż nie jest to opowieść dla osób bojaźliwych z natury. To samo się tyczy badań nad smokami. Studia te jednak dają niezrównaną satysfakcję, gdyż stanąć w obecności smoka, nawet przez ułamek chwili, i nawet z narażeniem własnego życia, to rozkosz, której jeśli ktoś raz doświadczy, nigdy nie zapomni. Będę usatysfakcjonowana, jeśli moje skromne słowa przekażą choć odrobinę tego zachwytu.
Musimy oczywiście zacząć od początku, zanim seria odkryć i nowinek zmieniła świat w ten, który jest ci tak dobrze znany, drogi czytelniku. Tych dawnych i prawie zapomnianych czasów sięgają skromne początki mojej nieskromnej kariery: moje dzieciństwo i moja pierwsza zagraniczna wyprawa w góry Wystrany. Podstawowe fakty o tej wyprawie są już od dawna znane, ale nie słyszeliście jeszcze wszystkiego.
Izabela, lady Trent
Casselthwaite, Linshire
11 florisa, 5658

Część pierwsza

W której pamiętnikarka zostaje ogarnięta młodzieńczą obsesją na punkcie smoków i stwarza okazje, aby ją realizować

Rozdział pierwszy

Zieloniutek — Niefortunny wypadek z turkawką — Obsesja na punkcie skrzydeł — Moja rodzina — Wpływ sir Richarda Edgewortha

Miałam siedem lat, kiedy na skraju lasu na tyłach naszego ogrodu znalazłam na ławce martwego iskrzyka, którego zarządca nie zdążył jeszcze sprzątnąć. Ogromnie podniecona, pobiegłam pokazać go mamie, jednak do tego czasu iskrzyk prawie rozsypał się w popiół w moich dłoniach. Mama krzyknęła z obrzydzenia i nakazała mi iść się umyć.
Osobą, która zdradziła mi sekret konserwowania martwych iskrzyków, była nasza kucharka, wysoka i tyczkowata kobieta, która jednakże przyrządzała zdumiewające zupy i suflety, tym samym zadając kłam twierdzeniu, że chudej kucharce nie można ufać. Kiedy przyszłam do kuchni, bardzo zmartwiona stratą iskrzyka i matczyną naganą, pokazała mi swój spreparowany okaz, który trzymała na kredensie.
— Jak ci się udało go zachować? — spytałam, ocierając łzy. — Mój rozpadł się na kawałki.
— Ocet — odparła, tym samym wskazując mi ścieżkę, która zaprowadziła mnie tam, gdzie dziś jestem.
Jeśli iskrzyka znajdzie się wystarczająco szybko po jego śmierci, można go zabalsamować w occie (o czym bez wątpienia wie wielu czytelników tej książki).
Przejęta niezmiernie, pomknęłam na poszukiwania do ogrodu w sukience rozciągniętej od wepchniętego do kieszeni słoika z octem. Pierwszy iskrzyk, którego znalazłam, stracił prawe skrzydło w trakcie preparowania, lecz nim minął tydzień, miałam już nietknięty okaz o długości pięciu centymetrów. Pokryty był łuskami koloru ciemnego szmaragdu, więc będąc dzieckiem o bujnej wyobraźni, nazwałam go Zieloniutek. Do dziś stoi na półce w moim gabinecie, rozpościerając malutkie skrzydełka.
Kolekcjonowałam wtedy nie tylko iskrzyki. Stale przynosiłam do domu inne insekty i chrząszcze (w tamtych czasach iskrzyki uważano za gatunek owadów, które tylko przypominają smoki, co jak dziś wiemy, nie jest prawdą), oraz wiele innych rzeczy: ciekawe kamienie, zgubione przez ptaki pióra, skorupki ptasich jaj i różne kości. Mama dostawała szału, aż wreszcie doszłam do porozumienia ze swoją pokojówką, że ona nie piśnie słowem o moich skarbach, a ja dam jej dodatkową godzinę w tygodniu, żeby mogła usiąść i dać odpocząć nogom. Od tej pory ukrywałam swoje zbiory w pudełkach po cygarach i podobnych pojemnikach, upychając je w szafach, do których mama nie zaglądała. Bez wątpienia moje zamiłowania po części zrodziły się z faktu, iż byłam jedyną córką wśród sześciorga dzieci. Dorastając w otoczeniu chłopców, w domu położonym na uboczu wśród wiejskich pejzaży Tamshire, byłam święcie przekonana, że wszystkie dzieciaki, niezależnie od płci, zajmują się kolekcjonowaniem rupieci. Obawiam się, że wysiłki mojej mamy, aby mnie tego oduczyć, spełzły na niczym. Część zainteresowań przejęłam także po ojcu, który jak każdy dżentelmen w tamtych czasach dbał o to, by w umiarkowanym stopniu znać się na wszystkich dziedzinach nauk: prawie, teologii, ekonomii, historii naturalnej i tak dalej.
Resztę, jak sądzę, zawdzięczałam wrodzonej ciekawości. Przesiadywałam w kuchni (gdzie pozwalano mi przebywać, choć bez wielkiego entuzjazmu, jedynie dlatego, że dzięki temu nie brudziłam się i nie niszczyłam sukienki zabawami na zewnątrz) i zadawałam pytania kucharce dzielącej kurczaka na rosół.
— Dlaczego kura ma kostkę życzeń? — spytałam ją któregoś dnia.
Jedna z podkuchennych udzieliła mi odpowiedzi idiotycznym tonem osoby dorosłej zwracającej się do dziecka.
— Po to, żeby sobie czegoś życzyć! — Z promienną miną wręczyła mi osuszoną już kostkę. — Chwytasz ją z jednej strony…
— Wiem, co z nią robimy — zniecierpliwiłam się, przerywając jej nietaktownie. — Nie po to jednak mają je kury, bo z pewnością życzyłyby sobie, żeby nie skończyć w garnku dla nas na obiad.
— Dobry Boże, dziecko, nie mam pojęcia, dlaczego kury je mają. Taką kostkę można znaleźć u wszystkich ptaków, u kur, indyków, gęsi, gołębi i innych.
Fakt, że wszystkie ptaki mają tę cechę, był intrygujący, gdyż wcześniej nie wpadło mi to do głowy. Ciekawość wkrótce popchnęła mnie do zrobienia czegoś, na samą myśl o czym dziś się czerwienię. Nie z powodu samego czynu (bo od tamtej pory wiele razy robiłam podobne rzeczy, choć w sposób bardziej drobiazgowy i naukowy), lecz ukradkowego i naiwnego sposobu, w jaki się do tego zabrałam.
Pewnego dnia na spacerze znalazłam przy żywopłocie martwą turkawkę. Natychmiast przypomniałam sobie kucharkę mówiącą, że wszystkie ptaki mają kości życzeń. Nie wymieniła co prawda turkawek, lecz turkawki też są ptakami, prawda? Może teraz dowiem się, do czego służą te kości, skoro nie dowiedziałam się tego z obserwacji lokaja krojącego gęś przy obiedzie.
Zabrałam nieżywą turkawkę i schowałam ją za stogiem siana obok stodoły. Potem zakradłam się do domu i pod nieuwagę Andrew, starszego brata najbliższego mi wiekiem, zwinęłam mu scyzoryk. Wróciłam na dwór i przystąpiłam do badań nad turkawką.
Zabrałam się do tego w sposób metodyczny, choć nie najrozsądniejszy. Widziałam, jak służące skubały ptaki dla kucharki, więc rozumiałam, że pierwszym krokiem było usunięcie piór. Zadanie okazało się trudniejsze, niż się spodziewałam, i okropnie brudne. Dało mi jednak szansę zobaczenia, jak dutka pióra jest usadowiona w brodawce pióra (tego słowa wtedy nie znałam), jak również poznania rodzajów piór.
Kiedy ptak był mniej więcej nagi, przez jakiś czas poruszałam jego skrzydłami i łapami, obserwując, jak działają — i po prawdzie, zbierając odwagę na to, co zamierzałam zrobić następnie. Ostatecznie ciekawość zwyciężyła nad obrzydzeniem. Wzięłam scyzoryk brata, przyłożyłam go do skóry na brzuchu ptaka i wykonałam nacięcie.
Smród był nieznośny — z perspektywy czasu jestem przekonana, że przecięłam jelito — jednak nie powstrzymał mojej fascynacji. Badałam kawałki mięsa, które wyszły na wierzch, nie mając pewności, co jest czym, wątroba i nerki bowiem były dla mnie czymś, co widywałam wyłącznie na talerzu podczas kolacji. Rozpoznałam jednak jelita i postawiłam hipotezę, co do serca i płuc. Zwalczywszy uczucie odrazy, powróciłam do pracy. Odciągnęłam skórę i wypreparowałam mięśnie, obserwując, jak wszystko się ze sobą łączy. Odsłaniałam jedną kość po drugiej, podziwiając delikatność skrzydeł i szeroki kil mostka. Znalazłam właśnie obojczyk, czyli kość życzeń, kiedy z tyłu dobiegł mnie czyjś krzyk. Odwróciłam się i zobaczyłam chłopca stajennego, który przyglądał mi się ze zgrozą.
Kiedy rzucił się do ucieczki, rozpaczliwie próbowałam ukryć bałagan, którego narobiłam. Zakopałam w sianie rozcięte truchło turkawki, lecz byłam tak wystraszona, że w rezultacie mój wygląd tylko się pogorszył. Kiedy przybyła mama, byłam wymazana krwią i kawałkami ciała turkawki, oblepiona piórami i sianem i zalana łzami.
Nie będę niepokoić moich czytelników szczegółowym opisem tego, co mnie później spotkało; co więksi śmiałkowie wśród was niewątpliwie ponieśli podobną karę po własnych przedsięwzięciach. W końcu trafiłam do gabinetu ojca i stanęłam, czysta i zawstydzona, na jego achiańskim dywanie.
— Izabelo, co w ciebie wstąpiło? — spytał surowo ojciec.
Z moich ust popłynął potok słów o turkawce, którą znalazłam (raz po raz zapewniałam ojca, że już nie żyła, kiedy ją znalazłam, i że z całą pewnością jej nie zabiłam) i o tym, że zaciekawiła mnie kość życzeń — i tak mówiłam i mówiłam, aż wreszcie papa podszedł i ukląkł przede mną. Położył mi rękę na ramieniu i wreszcie przerwałam.
— Chciałaś się dowiedzieć, jak to działa?
Pokiwałam głową, bojąc się odezwać, aby z moich ust znów nie popłynął strumień słów.
Ojciec westchnął.
— Twoje zachowanie było niestosowne dla młodej damy. Rozumiesz to?
Pokiwałam głową.
— Upewnijmy się zatem, że to zapamiętasz.
Jedną ręką mnie obrócił, a drugą wymierzył trzy solidne klapsy w tyłek, aż znów w oczach stanęły mi łzy. Kiedy odzyskałam nad sobą panowanie, zobaczyłam, że ojciec podszedł do jednego z regałów pod ścianami gabinetu. Na półkach stały książki i wydawało mi się, że niektóre z nich ważyły tyle, co ja sama. (Była to oczywiście czysta fantazja; obecnie najcięższa z książek w mojej bibliotece, mój własny egzemplarz De draconum varietatibus, waży zaledwie dziesięć funtów).
Tomiszcze, które ojciec zdjął z półki, nie ważyło aż tyle, choć niewątpliwie było cięższe niż książki, które zwykle daje się siedmioletniemu dziecku. Podszedł i podał mi wolumin.
— Podejrzewam, że twoja matka nie byłaby zadowolona, gdyby cię z tym zobaczyła, ale wolę, żebyś się uczyła z książki niż z eksperymentów. A teraz zmykaj i nie pokazuj tego matce.
Dygnęłam i uciekłam.
Podobnie jak Zieloniutek, książka ta wciąż stoi u mnie na półce. Była to Anatomia ptaków Gotherhama, i wprawdzie od czasów autora nasza wiedza z tej dziedziny znacznie się poszerzyła, wystarczyła, aby wprowadzić mnie w tajniki tematu. Połowy tekstu nie zrozumiałam, lecz zrozumiałą część pochłonęłam jednym tchem, a resztę studiowałam z fascynacją zmieszaną z osłupieniem. Najbardziej zachwycały mnie schematy, te delikatne, drobiazgowe rysunki ptasich szkieletów i mięśni. Właśnie z tej książki dowiedziałam się, że zadaniem kości życzeń (lub, poprawnie mówiąc, kości widełkowej, czyli furcula) jest wzmocnienie szkieletu klatki piersiowej ptaka i zapewnienie punktów przyczepu dla mięśni skrzydeł.
Wydawało się to takie proste i oczywiste: wszystkie ptaki mają kości życzeń, bo wszystkie ptaki latają. (Wtedy nie miałam pojęcia o istnieniu strusi, Gotherham zresztą też). Nie był to bynajmniej błyskotliwy wniosek dotyczący historii naturalnej, lecz mnie się taki wydawał. Otworzył przede mną świat, którego się nie spodziewałam: świat, w którym można dostrzegać wzorce i ich okoliczności, i zdobywać na ich podstawie informacje niedostrzegalne gołym okiem.