Bohaterami powieści „Czy mnie słyszysz” Elena Varvello uczyniła rodzinę na skraju przepaści. Jedno lato wystarczyło, by ich uporządkowany świat stał się tylko wspomnieniem. Skomplikowane emocje bohaterów i niełatwe relacje między nimi pisarka ujęła w efektownej formie thrillera z elementami powieści obyczajowej.


Czy mnie słyszyszNastolatek Elia mieszka z rodzicami w skromnym domostwie na szczycie wzgórza. Matka chłopca jest bibliotekarką w prowincjonalnym miasteczku Ponte, ojciec pracuje jako serwisant w fabryce znajdującej się w tej samej miejscowości. Szczęśliwe dni kończą się dla tej rodziny w chwili, gdy zakład przemysłowy, jedyny w okolicy, zostaje zamknięty, a jego personel pozbawiony pracy. „Bankructwo przędzalni było początkiem końca. Dla Ponte oznaczało katastrofę. Wielu mieszkańców wyjechało z miasteczka w poszukiwaniu pracy. Inni zaczęli pić lub włóczyć się bez celu po ulicach”. Pośród tych, którzy nie poradzili sobie z nagłą zmianą jest też ojciec Elii.

Powieść „Czy mnie słyszysz” Eleny Varvello, będąca połączeniem kilku gatunków literackich, ukazuje co może się zdarzyć w chwili, gdy psychika, trzymana w ryzach przez bezpieczną monotonię stałego zajęcia, traci dotychczasowe oparcie. Ale nie tylko – Varvello pisze też o sile i stygmacie pierwszej miłości, owych okruchach zmysłowych zdarzeń inspirujących wyobraźnię, od których niepodobna uwolnić się pomimo upływu lat. Podejmuje też temat ukrywania głębokich przeżyć i wewnętrznego rozdarcia pod maską brutalności, czego wyrazem jest wątek surowej przyjaźni Elii i Stefana, relacji w której wrogie zachowania i ordynarne odzywki stanowią krzyk samotności, rozpaczliwe wołanie o wsparcie. Integralną część tej opowieści stanowią też przemilczenia i sekrety. Każdy z bohaterów ma ich na swoim koncie przynajmniej kilka.

Tym, co zasługuje na szczególne wyróżnienie, są postaci kobiece stworzone przez Elenę Varvello. Najjaśniejszą pośród nich jest matka Elii próbująca zachować zimną krew i chronić syna przed postępującą zapaścią psychiczną ojca, jednocześnie nie rezygnując z okazywania mężowi wsparcia i zrozumienia. To kobieta potrafiąca bardzo dobrze okiełznać własny strach i doraźne niepokoje z myślą o dalekosiężnym celu: odzyskaniu spokoju i harmonii w rodzinie. Równie ciekawa i wielowymiarowa jest postać Anny, matki Stefana, w której zadurzył się Elia. Powrót do rodzinnej miejscowości, z której wiele lat temu uciekła, nie jest dla niej łatwy. Ona także próbuje nie dać się pokonać życiowym okolicznościom, jest zarazem postacią zmuszoną do poniesienia konsekwencji nieprzemyślanych wyborów podjętych przed laty. Młodzieńcze marzenia podszyte pragnieniem lepszego życia zaprowadziły ją na manowce, a w otoczeniu nie znalazł się nikt, poza nastoletnim kolegą syna, kto potrafiłby potraktować ją bez uprzedzeń, widząc osobę jaką przez lata się stała, a nie kogoś kim była dawno temu.

elementy charakterystyczne dla powieści psychologicznych, włoska pisarka zgrabnie połączyła z formułą thrillera

Te elementy, charakterystyczne dla powieści psychologicznych, włoska pisarka zgrabnie połączyła z formułą thrillera, co bez wątpienia dodaje temu tekstowi dynamiki i czyni jego czytanie błyskawicznym. Skomplikowane emocje bohaterów w połączeniu z zagadką, co też uczynił lub czego nie zrobił Ettore Furenti, ojciec Elii, w co się wplątał pisząc tajemnicze listy i jak to się wszystko skończyło, czyni z powieści „Czy mnie słyszysz” wartą uwagi książkę. Wprawdzie na jeden wieczór, ale za to pełen zaskakujących wrażeń. Nikodem Maraszkiewicz

Elena Varvello – włoska pisarka urodzona w Turynie, absolwentka studiów z kreatywnego pisania. Na podstawie jej opowiadania La pistola nakręcono film krótkometrażowy pod tym samym tytułem. Powieść Czy mnie słyszysz? wywołała zamieszanie na włoskiej scenie literackiej, zbierając doskonałe opinie krytyków i pnąc się na listach bestsellerów. Została okrzyknięta najważniejszą powieścią we Włoszech w 2016 roku. Prawa do jej wydania zostały szybko zakupione przez inne kraje.

Elena Varvello, Czy mnie słyszysz?, Przekład: Monika Woźniak, Wydawnictwo Literackie, Premiera: 14 marca 2018
 
 

Czy mnie słyszysz

Elena Varvello
Czy mnie słyszysz?
Przekład: Monika Woźniak
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 14 marca 2018
 

W lasach

W sierpniu 1978 roku, tego lata, kiedy poznałem Annę Trabuio, mój ojciec zaciągnął do lasu dziewczynę.
Zatrzymał furgonetkę na poboczu szosy — to było przed zmierzchem — zapytał dziewczynę, dokąd idzie, i zaproponował, że ją podwiezie.
Wsiadła do samochodu, bo go znała.
Widziano go, jak jedzie na zgaszonych światłach w stronę miasteczka, potem jednak samochód skręcił w stromą polną drogę. Ojciec zmusił dziewczynę, żeby wysiadła, i powlókł ją ze sobą.
 
Czekaliśmy na niego z matką, martwiąc się, że coś mu się przytrafiło.
Podczas gdy ja wpatrywałem się w ciemność za szybą salonu, ona wykonała kilka telefonów. — Jeszcze nie wrócił.
Zastałem ją opartą o ścianę korytarza, ze słuchawką przyciśniętą do piersi. — Zobaczysz, że nic się nie stało — powiedziała, próbując się uśmiechnąć, jak gdyby już słyszała nadjeżdżającą furgonetkę, kroki ojca na podwórzu.
Zadzwoniła na izbę przyjęć w najbliższym szpitalu i odetchnęła z ulgą, kiedy powiedziano jej, że go tam nie ma.
Podgrzała kawę i usiedliśmy przy stole w kuchni. Miała na sobie niebieską sukienkę z długimi rękawami i wzorem w zielone palmy, które wyglądały, jak gdyby zaraz miała je porwać gwałtowna wichura.
— Nie martw się — powiedziała.
Wróciłem do salonu, wyciągnąłem się na kanapie i zapadłem w niespokojną drzemkę, z której szybko się zbudziłem.
Matka stała na podwórzu.
— Dlaczego nie idziesz do łóżka? — spytała.
— Odechciało mi się spać.
Objęła mnie ramieniem i spojrzała w górę: — Popatrz, jakie czyste niebo.
— Zimno ci? — spytałem.
Sierpniowa noc była gorąca, ale matka drżała.
 
Poszła się położyć, a ja próbowałem czytać komiks.
Pół godziny później wyszła ze swojego pokoju. Na plecy miała narzucony koc. Potrząsnęła głową: — To bez sensu, nie jestem w stanie spać — zamknęła się w łazience, po czym zeszła do kuchni i zawołała: — Chcesz tu do mnie przyjść?
Otuliła się szczelniej kocem.
W ciszy przed świtem usłyszeliśmy nadjeżdżającą furgonetkę.
Odwróciła się w stronę drzwi, wyprostowała plecy, zrzuciła z siebie koc i przeczesała palcami włosy.
— Całe szczęście. Dzięki Bogu. — Patrzyłem, jak wstaje, obciąga sukienkę i wychodzi na podwórze: — Kochanie, gdzie ty się podziewałeś?
Wyszedłem za nią. Zatrzymałem się na ganku, pod zaświeconą żarówką, próbując dojrzeć sylwetkę ojca w ciemnościach. Czułem złość, a zarazem ulgę, miałem ochotę go uderzyć i powiedzieć, że mnie nie obchodzi: — Mogłeś zostać tam, gdzie byłeś! — a zarazem chciałem podbiec i upewnić się, że nic mu się nie stało.
Powoli wynurzyli się w świetle i patrzyłem, jak wchodzą do domu.
Miałem szesnaście lat.
Ojca od dawna już nie ma, ale to właśnie wtedy — niecały rok od zwolnienia go z pracy i od zaginięcia chłopca — wszystko się rozpadło.

Prawda (1)

Czy mnie słyszysz?
Pamiętam jego głos w ciemnościach.
Budząc się gwałtownie tego lata, słyszałem szum wody w łazience, kroki ojca w korytarzu, jego pokaszliwanie. Matka wołała go: — Chodź spać. — Odpowiadał: — Nie mam czasu.
Schodził na dół, do garażu, albo siadał przy stole w kuchni.
Zasypiałem ponownie.
Pewnej nocy usłyszałem oddech ojca za zamkniętymi drzwiami swojej sypialni.
Nasłuchiwałem, leżąc bez ruchu. Otworzył drzwi i wszedł do środka.
— Elia?
Za jego plecami paliło się światło.
— Elia, słyszysz mnie?
Uniosłem lekko powieki. Chciałem zapytać: „Czego chcesz, tato? Co się dzieje?”, ale zamiast tego odwróciłem się na drugi bok, udając, że śpię, i naciągnąłem koc na głowę.
 
Imię mojego ojca, niski i ochrypły głos, jakim je wymawiał: — Nazywam się Ettore Furenti.
Matka go uwielbiała. Często widziałem, jak wpatruje się w niego z brodą opartą na dłoni, z uśmiechem na ustach.
— Twój ojciec jest takim pięknym mężczyzną. I zawsze potrafi mnie rozśmieszyć.
Bo mój ojciec umiał rozśmieszać: zarażał swoim śmiechem innych i zawsze miał na podorędziu zabawne historyjki.
— Elia, chodź na chwilę.
— Po co?
— Musisz tego posłuchać.
Zwalisty, wysoki mężczyzna, szerokie czoło, czarne włosy i jasnobłękitne oczy — ona była drobna, niska, ciągle marzła, miała brązowe włosy i oczy. Pamiętam jeszcze, jak obejmuje ją po powrocie z pracy, jeszcze w kurtce, są tacy młodzi: odwracają się i uśmiechają, widząc, że się im przyglądam. Widzę, jak wchodzą do sypialni, matka sięga mu głową ledwie do ramienia, ojciec zamyka drzwi, puszczając do mnie oko.
W lecie zabierał mnie w niedzielę nad rzekę albo do kina — pamiętam jego profil w półcieniu sali owiany chmurą dymu z papierosa, sposób, w jaki zaczynał pogwizdywać, gdy tylko skończył się film, a potem mówił: „Gdy wrócimy do domu, zrobimy jej niespodziankę”. Skręcał na podjeździe, wjeżdżał powoli do garażu, wysiadaliśmy, zamykając drzwi jak najciszej, chichocząc. Matka wiedziała, co nam chodzi po głowie, ale umyślnie mówiła na głos „Kto wie, kiedy wrócą”. Wtedy on chwytał ją w pasie i całował w szyję, a ona wydawała okrzyk zaskoczenia i wybuchała śmiechem.
— Przestraszyłeś mnie.
— To jego wina — odpowiadał. — On wpadł na ten pomysł.
Czasami jednak zachodziła w nim zmiana, zamykał się w garażu i nie wolno mu było przeszkadzać. Godzinami siedział na ganku na bujanym krześle, wykręcając nerwowo palce i przygryzając wargi. Pewnego popołudnia przyłapałem go, gdy szlochał — wtedy jeszcze wszystko układało się dobrze — zanurzony w wannie, blady i drżący, z kolanami przyciągniętymi do piersi.
Kiedy był bardzo zmęczony lub zatroskany, zaczynał się jąkać; musiał zatrzymać się na chwilę i potrząsnąć głową, uderzał się pięścią w udo.
Potrafił niespodziewanie się zirytować — jej nigdy się to nie zdarzało — robił się wtedy sztywny i sarkastyczny: patrzył na nas z ustami wykrzywionymi w grymasie, jak gdybyśmy byli jakąś pomyłką. Potem wszystko wracało do normy i słyszałem, jak rodzice szepczą, jak ojciec się śmieje.
 
Nie wiedziałem wiele o jego przeszłości.
Stracił rodziców, kiedy miał osiemnaście lat, w ciągu trzech miesięcy. Poza tym nie miał żadnej rodziny, tak samo jak matka. Latem, zanim rodzice umarli, pracował w warsztacie na stacji benzynowej, potem przyjęto go do fabryki.
— Nie zostało mi wiele wspomnień — odpowiadał, gdy próbowałem go wyciągnąć na zwierzenia.
Często wychodzili z matką: szli na spacer do miasteczka, na kawę czy na kolację do restauracji „Myśliwy”, krętą drogą, która biegła przez lasy i prowadziła do naszego domu oraz domu Idy Belli. Ida nie miała przyjaciół i zdawało się, że jej to nie przeszkadza.
— Nikogo nie potrzebuję.
Czasami pytałem ją, jaki był mój ojciec jako nastolatek.
— Taki sam, jak teraz.
Pogodny, wesoły człowiek o błyskotliwym dowcipie, mówiłem sobie i dziwnie się czułem, kiedy natykałem się na niego na ganku, zapatrzonego w milczeniu na trawnik i las, albo kiedy barykadował się w garażu.
 
Matka miała Idę i bardzo ją lubiła.
— Jest dla mnie jak siostra.
Ida była wysoką kobietą o wystającej brodzie, zamaszystych ruchach; miała krótko obcięte włosy, a jej śmiech przypominał rżenie konia. Potrafiła zmiażdżyć człowieka w uścisku albo niespodziewanie walnąć go przyjacielsko po plecach.
Rozwiodła się z mężem, który przeprowadził się do Rzymu i ożenił ponownie. Mieszkała z córką. Uważaliśmy ją wciąż za dziecko, chociaż była w moim wieku; niektórzy mówili, że jest opóźniona w rozwoju: miała zgarbione plecy, wielką chwiejącą się głowę i stale wilgotne, wywinięte usta.
Ida powtarzała: — Wystarczamy sobie z Simoną.
Córka zawsze stała za jej plecami, tak ją zapamiętałem, mruczącą i mamroczącą moje imię.
Nie należało jej dotykać, bo reagowała krzykiem i jękami. Nie chodziła do szkoły; spędzała czas, rysując, skulona na ziemi. Kiedy coś ją zaniepokoiło, smarowała sobie twarz kredkami.
Ida, która pracowała jako księgowa w fabryce mebli, zatrudniła na pełny etat dziewczynę do opieki nad córką.
Dziewczyna przyjeżdżała rano autobusem i wracała do domu późnym popołudniem. Szła szybkim krokiem na przystanek, z papierosem w dłoni, podczas gdy światło dnia powoli gasło.
Aż któregoś dnia spotkała mojego ojca.
 
Mieszkaliśmy na szczycie wzgórza — w jego rodzinnym domu — gdzie droga przechodziła w ścieżkę, trzy kilometry od Ponte, małego prowincjonalnego miasteczka, które nazywaliśmy miastem, bo znajdował się w nim zakład przemysłowy. Wąska dolina, opuszczona kopalnia pirytu, kręte koryto rzeki, strumienie, stary kamienny most nad przepaścią, drugi, szerszy, nad bystrzami rzeki i wszędzie dookoła lasy. W miasteczku były jednak szkoły, kino Futura, biblioteka miejska — królestwo mojej matki, jedynej bibliotekarki — i bar z salą do gier. Fabryka mebli z salonem wystawowym zestawów kuchennych i szaf, w tak zwanej strefie przemysłowej. I zakłady, otoczone ceglanym murem, owiane dymem z kominów.
To była przędzalnia bawełny, prosperująca od tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. Pod koniec lat sześćdziesiątych zatrudniała dwieście osób. Mój ojciec pracował tam jako serwisant; lubił swój fach i nie zamieniłby go na żaden inny.
Kiedy zamówienia zaczęły spadać, a koszty wzrastać, spółka została sprzedana. Ojciec powtarzał nam: „idą ciężkie czasy”. Nowi właściciele fałszowali bilans, kradli, oszukiwali. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym roku ogłoszono bankructwo. W pewien wrześniowy dzień zobaczyłem, jak ojciec płacze, pocieszany przez siedzącą obok niego matkę.
Pozostał ceglany mur, wyłożony na górze szkiełkami z butelek. Wygasłe, zimne kominy. Wiatr świszczący pomiędzy pustymi budynkami.
W następnych miesiącach z grupą chłopaków, z którymi się wtedy kolegowałem, przełaziliśmy dla zabawy przez mur. Wyważaliśmy drzwi i wchodziliśmy do hal fabrycznych. Rzucaliśmy kamieniami w okna i przewracaliśmy szafki na segregatory. Sikaliśmy na mury i wypisywaliśmy na nich sprośne hasła. Siadaliśmy na ziemi, obok maszyn, w zakurzonym półmroku i dzieliliśmy się papierosem. Spędzaliśmy czas w tych ogromnych, milczących wnętrzach, jak gdyby należały do nas.
Potem nagle nam się to znudziło — w grudniu, kiedy zaginęło to dziecko.
Ojciec wychodził wtedy z domu każdego dnia, ale nie miałem pojęcia dokąd.
 
Bankructwo przędzalni było początkiem końca.
Dla Ponte oznaczało katastrofę. Wielu mieszkańców wyjechało z miasteczka w poszukiwaniu pracy. Inni zaczęli pić lub włóczyć się bez celu po ulicach.