„Bielszy odcień śmierci” to pierwsza część cyklu o komendancie Martinie Servazie. Debiutancka powieść Bernarda Miniera uznana przez krytyków za prawdziwe objawienie.


Bielszy odcień śmierciGrudzień 2008 roku, dolina w Pirenejach. Wczesnym rankiem pracownicy elektrowni wodnej znajdują na górnej stacji kolejki linowej okaleczone ciało konia.

Tego samego dnia młoda absolwentka psychologii obejmuje posadę w ściśle strzeżonym zakładzie psychiatrycznym dla przestępców, położonym w tej samej dolinie.

W ciągu kilku dni okolicą wstrząsają kolejne zbrodnie. Śledztwo prowadzi komendant Martin Servaz, czterdziestoletni policjant z Tuluzy, znany ze swej przenikliwości i intuicji. Tym razem przyjdzie mu się jednak zmierzyć z wyjątkowo okrutnym i przebiegłym mordercą.

Wkrótce się okaże, że bajkowe górskie miasteczko kryje mrożące krew w żyłach tajemnice. Czy będzie to dla Servaza początek koszmaru?

***

Zapierająca dech w piersi atmosfera.
Intryga trzymająca w napięciu do granic możliwości.
Wyjątkowa podróż w krainę najgłębiej skrywanych ludzkich lęków.
Pojedynek z wyjątkowo wyrafinowanym mordercą.
Brawurowa podróż w krainę najgłębiej skrywanych ludzkich lęków.

***

„Bielszy odcień śmierci” cechuje chłodna, pełna napięcia atmosfera, która z pewnością przyciągnie fanów skandynawskiego kryminału, a także tych, którzy cenią francuskie wyrafinowanie. Powieść trzyma w napięciu i sprawia, że nie można się od niej oderwać, a Bernard Minier to nowy wielki talent na scenie powieści kryminalnych.
Ruth Tross, Mulholland Books

Bernard Minier
Bielszy odcień śmierci
Przekład: Monika Szewc-Osiecka
Cykl o komendancie Martinie Servazie | 1
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 12 kwietnia 2016
 

Bielszy odcień śmierci


Diane Berg
Genewa

Doktor Wargnier
Instytut Psychiatryczny Doktora Wargniera
Saint-Martin-de-Comminges

CURRICULUM VITAE

Diane Berg
Psycholog FSP
Specjalista psychologii sądowej SSPL
Data urodzenia: 16 lipca 1976
Narodowość: Szwajcarska
WYKSZTAŁCENIE:
2002: Magisterium z psychologii klinicznej (DES), Uniwersytet Genewski. Temat pracy dyplomowej: „Gospodarka popędami, nekrofilia i rozczłonkowanie zwłok u kompulsywnych zabójców”.
1999: Licencjat z psychologii, Uniwersytet Genewski. Temat pracy dyplomowej: „Niektóre aspekty lęków dziecięcych u dzieci w wieku 8–12 lat”.
1995: Matura: profil klasyczny i łacina
1994: First certificate of English
DOŚWIADCZENIE ZAWODOWE:
2003 – Prywatny gabinet psychoterapii i psychologii sądowej, Genewa
2001 – Asystentka doktora P. Spitznera na Wydziale Psychologii i Nauk o Wychowaniu (FSPE), Uniwersytet Genewski
1999–2001 – Staż w Uniwersyteckim Instytucie Psychologii Sądowej, Genewa
Staż w więziennym zakładzie opieki zdrowotnej w Champ Dollon
CZŁONKOSTWO W ORGANIZACJACH ZAWODOWYCH:
International Academy of Law and Mental Health (IALMH) Genewskie Stowarzyszenie Psychologów-Psychoterapeutów (AGPP)
Szwajcarska Federacja Psychologów (FSP)
Szwajcarskie Towarzystwo Psychologii Sądowej (SSPL)
ZAINTERESOWANIA:
Muzyka poważna (10 lat gry na skrzypcach), jazz, czytanie
Sport: pływanie, bieganie, nurkowanie, speleologia, spadochroniarstwo

PROLOG

Dgdgdgdgdgdg – taktaktak – ddgdgdgdgdgdg – taktaktak
Ilekroć ślizgacz wagonika przejeżdżał przez umieszczony na podporze blok, do miarowego terkotania liny dołączał łoskot koła, a kabina wpadała w drgania. Dochodziło do tego wszechobecne, świszczące zawodzenie wiatru, przypominające nieutulony szloch dziecka. Oraz głosy pasażerów kabiny, którzy się przekrzykiwali, by zagłuszyć płynące z zewnątrz wycie. Razem z Huysmansem było ich pięciu.
Dgdgdgdgdgdg – taktaktak – ddgdgdgdgdgdg – taktaktak
– Cholera! Nie znoszę tam wjeżdżać przy takiej pogodzie! – powiedział jeden z mężczyzn.
Huysmans milczał. Przez śnieżną zamieć, która otaczała kabinę, wypatrywał tafli leżącego tysiąc metrów niżej dolnego jeziora. Kable wyglądały na dziwnie luźne, jak dwie łukowate linie leniwie zagłębiające się w szarość.
Chmury się rozstąpiły i ukazało się jezioro. Na krótko. Przez chwilę wyglądało jak kałuża pod sklepieniem nieba, zwykła dziura wypełniona wodą pośród górskich szczytów i poszarpanych skrawków chmur.
– Do diabła z pogodą – powiedział inny. – Tak czy siak, będziemy siedzieli tydzień pod tą pieprzoną górą!
Elektrownia wodna Arruns: ciąg komór i sztolni wydrążonych siedemdziesiąt metrów pod ziemią na wysokości dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza. Najdłuższy z kanałów miał jedenaście kilometrów. Woda płynęła nim z górnego zbiornika do biegnącego w dół rurociągu ciśnieniowego złożonego z rur o średnicy półtora metra, a następnie spadała na spragnione turbiny generatorów leżących u podnóża. Do położonej w sercu góry nastawni prowadziła tylko jedna droga: najpierw windą umieszczoną w szybie, którego wlot znajdował się tuż pod szczytem góry, zjeżdżało się do głównego korytarza; następnie, przy zamkniętych śluzach, dwuosobowym traktorkiem trzeba było pokonać jeszcze osiem kilometrów. Godzinna podróż w zupełnych ciemnościach.
Innym sposobem był helikopter, ale używano go tylko w razie niebezpieczeństwa. W pobliżu górnego jeziora przygotowano lądowisko, dostępne przy sprzyjającej pogodzie.
– Joachim ma rację. W taką pogodę helikopter nie dałby rady nawet wylądować – powiedział najstarszy.
Wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Gdy śluzy zostaną otwarte, tysiące metrów sześciennych wody z górnego zbiornika runą z hukiem do korytarza, od którego teraz dzieli ich kilkanaście minut. W razie wypadku trzeba będzie dwóch godzin na opróżnienie korytarza z wody, godziny na dotarcie do szybu, piętnastu minut na wydostanie się na powietrze, dziesięciu na zjazd kolejką do rozdzielni i jeszcze trzydziestu na dojazd do Saint-Martin-de-Comminges – przy założeniu, że droga nie zostanie odcięta.
Gdyby zdarzył się wypadek, znaleźliby się w szpitalu nie prędzej niż po jakichś czterech godzinach. A elektrownia się starzała… Działała od 1929 roku. Każdej zimy, przed roztopami, spędzali tu, odcięci od świata, cztery tygodnie, naprawiając pochodzącą z ubiegłego wieku maszynerię. Ciężka, niebezpieczna praca.
Huysmans obserwował orła, który szybował unoszony wiatrem jakieś sto metrów od kabiny.
Cisza.
Odwrócił wzrok ku rozciągającym się w dole mroźnym przepaściom.
Trzy ogromne rury przyklejone do zbocza opadały ku otchłani. Dolina już dawno znikła z pola widzenia. Trzysta metrów niżej ostatnia podpora, ustawiona w miejscu, w którym zbocze tworzyło wybrzuszenie, przebijała się samotnie przez warstwę mgły. Wagonik wspinał się teraz prosto do wylotu szybu. Gdyby lina się zerwała, spadłby z wysokości kilkudziesięciu metrów i roztrzaskał się o skalną ścianę jak orzeszek. Kołysał się wśród zamieci niczym koszyk na ramieniu gosposi.
– Hej, kucharzu! Co tym razem będzie do żarcia?
– Na pewno żadnej zdrowej żywności.
Huysmans jako jedyny się nie roześmiał. Śledził wzrokiem żółtego busa jadącego drogą do rozdzielni. Był to samochód dyrektora. Potem auto zniknęło mu z oczu, pochłonięte przez kłębiące się chmury jak dyliżans pochwycony przez Indian.
Za każdym razem, kiedy wjeżdżał na górę, miał wrażenie, jakby docierał do jakiejś podstawowej prawdy swojej egzystencji. Nie był jednak w stanie powiedzieć do jakiej.
Huysmans spojrzał na szczyt.
Końcowa stacja kolejki – metalowe rusztowanie wmurowane w betonowe wejście do szybu – była coraz bliżej. Gdy wagonik się zatrzyma, mężczyźni ruszą systemem kładek i stopni prowadzących do betonowego bunkra.
Porywy wiatru były gwałtowne. Na zewnątrz musiało być około dziesięciu stopni poniżej zera.
Huysmans zmrużył powieki.
Rusztowanie wyglądało jakoś dziwnie.
Jakby było tam coś jeszcze…
Coś jakby cień między stalowymi belkami i poprzecznicami kołysanymi podmuchami wiatru.
Orzeł, pomyślał. Orzeł wpadł w sidła lin i bloczków.
Nie, nonsens. A jednak właśnie tak to wyglądało: wielki ptak z rozpostartymi skrzydłami. Może sęp, uwięziony w górnej części konstrukcji, zakleszczony wśród prętów i krat.
– Hej, patrzcie tam!
Głos Joachima. On też zauważył. Pozostali odwrócili się w stronę peronu.
– Boże! Co to jest?
W każdym razie nie ptak, pomyślał Huysmans.
Narastał w nim nieokreślony niepokój. To coś wisiało nad platformą, tuż pod linami i belkami, jakby w powietrzu. Przypominało gigantycznego ciemnego motyla, odcinającego się złowieszczo od bieli śniegu i nieba.
– Jasny szlag! Co to ma być?
Kolejka zwolniła bieg. Dobijali do celu. Wiszący kształt był teraz większy.
– Matko Boska!
To nie był motyl. Ani ptak.
Wagonik stanął, drzwi automatycznie się otworzyły.
Lodowaty podmuch niosący płatki śniegu uderzył ich prosto w twarz. Nikt nie wysiadł. Zostali wewnątrz, patrząc na dzieło szaleństwa i śmierci. Wiedzieli, że nigdy nie zapomną tego widoku.
Wiatr wył wokół peronu. Nie brzmiało to już jak płacz dziecka, teraz Huysmans słyszał straszliwe odgłosy innych tortur, które zagłuszał skowyt wiatru. Cofnęli się o krok w głąb wagonika.
Strach uderzył w nich jak rozpędzony pociąg. Huysmans rzucił się w stronę słuchawek i wcisnął je na głowę.
– ROZDZIELNIA? TU HUYSMANS! WEZWIJCIE ŻANDARMERIĘ! SZYBKO! POWIEDZCIE IM, ŻEBY SIĘ POŚPIESZYLI! NA GÓRZE JEST TRUP! JAKAŚ CHORA SPRAWA!

CZŁOWIEK, KTÓRY LUBIŁ KONIE

1

Pireneje wyłoniły się przed Diane Berg, gdy przejeżdżała przez jedno ze wzniesień.
O białą, odległą jeszcze zaporę, zajmującą cały horyzont, rozbijały się fale pagórków. Drapieżny ptak kreślił kręgi na niebie.
Była dziewiąta rano, 10 grudnia.
Według mapy samochodowej rozłożonej na desce rozdzielczej Diane powinna opuścić autostradę na najbliższym zjeździe i skierować się na południe, w stronę Hiszpanii. W wiekowej lancii nie było GPS-u ani komputera pokładowego. Zobaczyła tablicę nad autostradą: „Zjazd nr 17, Montréjeau/Hiszpania, 1000 m”.
Zatrzymała się na nocleg w Tuluzie: tani hotel, maleńki pokój z odlaną w plastiku łazienką i minitelewizorem. W nocy obudziło ją jakieś wycie. Z walącym sercem siadła w głowach łóżka i nasłuchiwała. Hotel był pogrążony w absolutnej ciszy. W pierwszej chwili Diane pomyślała, że się jej przyśniło, jednak po jakimś czasie wycie znów się rozległo, nawet jeszcze głośniejsze. Żołądek podszedł jej do gardła. Wreszcie uświadomiła sobie, że za oknem biją się koty. Trudno jej było ponownie zasnąć. Dzień wcześniej była jeszcze w Genewie i świętowała swój wyjazd w gronie znajomych i przyjaciół. Patrzyła na swój pokój na uczelni i zastanawiała się, co przyniesie przyszłość.
Kiedy na hotelowym parkingu otwierała drzwi swojej lancii, wśród mokrego śniegu, który wolno opadał na samochody, uświadomiła sobie nagle, że właśnie zostawia za sobą młodość. Wiedziała, że za tydzień czy dwa zapomni o dawnym życiu, a w ciągu kilku miesięcy przejdzie gruntowną przemianę. Zważywszy na otoczenie, w którym miała spędzić najbliższe dwanaście miesięcy, nie mogło być inaczej. „Pozostań sobą” – radził jej ojciec. Wyjeżdżając z niewielkiego placu, by włączyć się do ruchu na zapchanej już autostradzie, zastanawiała się, czy te zmiany będą pozytywne. Ktoś powiedział, że czasem adaptacja oznacza amputację – mogła tylko mieć nadzieję, że w jej przypadku te słowa się nie potwierdzą.
Nie mogła przestać myśleć o instytucie.
O tych, którzy byli tam zamknięci…
Przez cały poprzedni dzień Diane prześladowała jedna myśl: Nie dam rady. To mnie przerasta. Mimo że się przygotowywałam i że mam doskonałe kwalifikacje na to stanowisko, nie mam absolutnie żadnego pojęcia, co mnie czeka. Ci ludzie będą we mnie czytać jak w otwartej książce.
Myślała o nich jak o ludziach, o mężczyznach – nie jak o potworach. A jednak nimi byli: jednostkami naprawdę potwornymi, istotami, które różnią się od niej, jej rodziców i wszystkich, których zna, tak jak tygrys różni się od kota.
Tygrysy… W ten sposób należało na nich patrzeć: nieprzewidywalni, niebezpieczni, zdolni do niewyobrażalnego okrucieństwa. Uwięzione w górach tygrysy.
W punkcie opłat zorientowała się, że pochłonięta myślami zapomniała, gdzie włożyła bilet. Gorączkowo przetrząsała schowek, potem torebkę. Kontrolerka mierzyła ją wzrokiem z groźną miną. A przecież nie było pośpiechu: prócz nich w zasięgu wzroku nie było nikogo.
Na następnym rondzie skręciła w kierunku Hiszpanii i gór. Po kilku kilometrach równina nagle się skończyła i z podłoża wyrosły pierwsze zbocza przedgórza Pirenejów. Droga biegła teraz wśród porośniętych drzewami, zaokrąglonych pagórków, nie miały one jednak nic wspólnego z wysokimi, postrzępionymi szczytami, które widać było w głębi. Pogoda także się zmieniła: śnieg padał gęściej.
Za zakrętem droga zaczęła ostro wspinać się ponad krajobraz białych łąk, rzek i lasów. Na szczycie jednego ze wzgórz Diane zauważyła gotycką katedrę otoczoną zabudowaniami miasteczka. Pejzaż widoczny przez pracujące miarowo wycieraczki zaczął przypominać starą akwafortę.
Spitzner uprzedzał ją: „Pireneje to nie Szwajcaria”.
Zaspy po obu stronach drogi były coraz wyższe.

Przez sypiący śnieg dostrzegła najpierw światła kogutów, a następnie blokadę. Opady były coraz gęstsze. Żandarmi machali świetlnymi sygnalizatorami. Diane zauważyła, że są uzbrojeni. W brudnym śniegu na poboczu, pod okazałymi jodłami stała furgonetka i dwa motocykle. Gdy Diane opuściła szybę samochodu, wielkie płatki śnieżnego puchu natychmiast zmoczyły jej fotel.
– Poproszę panią o dokumenty.
Schyliła się do schowka, by wyjąć papiery. Usłyszała strzępy wiadomości dobywających się z trzeszczących krótkofalówek żandarmów zmieszane z szumem szybko pracujących wycieraczek i oskarżycielskim hałasem rury wydechowej. Zimna wilgoć owionęła jej twarz.
– Jest pani dziennikarką?
– Psychologiem. Jadę do Instytutu Wargniera.
Żandarm, potężny blondyn, na oko metr dziewięćdziesiąt wzrostu, schylił się do otwartego okna samochodu i zmierzył ją wzrokiem. Od strony lasu Diane słyszała pomruk rzeki przebijający się przez głosy krótkofalówek.
– Co panią sprowadza w te strony? Szwajcaria to kawał drogi stąd.
– Instytut to szpital psychiatryczny, a ja jestem psychologiem. Dostrzega pan związek?
Oddał jej papiery.
– W porządku. Może pani jechać.
Ruszając, zastanawiała się, czy francuska policja zawsze w ten sposób kontroluje samochody, czy może coś się stało. Droga raz po raz skręcała, równolegle do meandrów rzeki (według przewodnika rzeka w Pirenejach to nie rzeka, lecz gave) płynącej między drzewami. Następnie las zniknął, ustępując miejsca równinie, która miała co najmniej pięć kilometrów szerokości. Długa, prosta aleja, po obu stronach puste kempingi z banerami trzepoczącymi smutno na wietrze, stacje benzynowe, urokliwe domki przypominające alpejskie schroniska, parada billboardów wychwalających zalety pobliskich ośrodków narciarskich.
W tle – SAINT-MARTIN-DE-COMMINGES, 20 863 MIESZKAŃCÓW, jeśli wierzyć wymalowanej w żywych kolorach tablicy. Górujące nad miastem szczyty tonęły w szarych chmurach. Przebijające się gdzieniegdzie słońce jak snop światła latarni wydobywało z cienia górskie granie i zbocza. Na pierwszym rondzie Diane porzuciła kierunek „centrum” i skręciła w prawo za budynkiem z krzyczącą neonowymi literami witryną „Sport & Natura”. Na ulicach było sporo pieszych i wiele zaparkowanych samochodów.
„Niezbyt zabawne miejsce dla młodej kobiety” – przypomniała sobie słowa Spitznera, gdy przemierzała ulice miasta sam na sam z dobrze znanym, uspokajającym szuraniem wycieraczek.
Droga pięła się wyżej. Przez krótką chwilę Diane widziała w dole zbocza skupisko dachów. Przy gruncie śnieg zmieniał się w ciemnoszare błoto, które obryzgiwało podwozie samochodu. „Jesteś pewna, że chcesz tam jechać? To nie to samo co Champ-Dollon”. Champ-Dollon to nazwa szwajcarskiego więzienia, w którym po obronie licencjatu z psychologii robiła ekspertyzy prawne i zajmowała się przestępcami seksualnymi. Zetknęła się tam z seryjnymi gwałcicielami, pedofilami i sprawcami przemocy seksualnej w rodzinie (tak w eufemistycznym języku administracji nazywa się kazirodcze gwałty). Przeprowadzała też jako współekspert ocenę wiarygodności nieletnich, którzy uważali się za ofiary wykorzystywania seksualnego, i była przerażona odkryciem, jak bardzo – często ze szkodą dla obiektywizmu – określone założenia ideologiczne czy moralne specjalisty mogą wpływać na osąd w tej dziedzinie.
– Dziwne rzeczy opowiadają o tym Instytucie Wargniera – powiedział Spitzner.