Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Eremita” to powieść nagrodzona Szklanym Kluczem za najlepszy skandynawski kryminał 2015 roku i nagrodą za najlepszy debiut.


EremitaErhardt, bohater książki, od osiemnastu lat prowadzi życie eremity na Fuerteventurze, wyspie położonej na Oceanie Atlantyckim. Zarabia na życie jako taksówkarz i stroiciel fortepianów.

Jednak idylliczna wyspa ma też swoją ciemną stronę. Pewnego dnia na tylnym siedzeniu samochodu zostaje znalezione pudełko z martwym niemowlęciem.

Rozpoczyna się śledztwo, które sprawi, że Erhardt powróci do życia.

Thomas Rydahl
Eremita
Przekład: Elżbieta Frątczak-Nowotny
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 27 września 2017
 
 

Eremita


Luisa
31 grudnia

1

W sylwestra, będąc pod wpływem potrójnej lumumby, Erhard postanawia znaleźć sobie nową ukochaną. Nowa nie jest może właściwym określeniem. Nie musi być ani nowa, ani ładna, ani miła, ani zabawna. Tylko ciepła. Z tych, co to potrafią zająć się domem. Czasem będą nucić coś pod nosem, a czasem zaklną, jeśli akurat tak się zdarzy, że on rozleje kakao. Czego oczekuje? Niezbyt wiele. Bo też co on może zaoferować kobiecie? Niezbyt wiele. A z czasem będzie tylko gorzej. Za kilka lat będzie musiała opróżniać nocnik, golić go i zdejmować mu buty po całym dniu spędzonym w samochodzie, o ile on jeszcze będzie w stanie prowadzić. Za kilka lat.
Skalne zbocze kilka metrów od domu rozpłynęło się w mroku. Ciemność jest całkowita. Jeśli dostatecznie długo będzie siedział bez ruchu, zobaczy rozgwieżdżone niebo. A jeśli zostanie jeszcze dłużej, dojrzy cienki welon spadającej gwiazdy, która z czasem staje się coraz większa. Cisza narasta, jeśli można tak powiedzieć. Narasta jak dźwięki nicości, które zagłuszają ciepło dnia, nadal pojękujące w kamieniach, i nieustające C-dur wiatru, i uderzenia fal o brzeg, i krew, która w nim płynie. Cisza, która sprawia, że ma ochotę rozpocząć nowy rok od płaczu. Cisza, tak przekonująca i nasycona, że zlewa się w jedno z nocą i jego otwartymi oczami, które wydają się zamknięte. Dlatego tak lubi tu mieszkać. Tu, gdzie nikt nigdy nie przychodzi. Poza nim. I jeszcze Laurelem i Hardym. Teraz przychodzą też gwiazdy, nigdy tu nie były, ale teraz dotarły i tutaj. Najpierw widzi wszystkie kropki, a potem gwiazdozbiory i Pas Oriona, i galaktykę, która przypomina staromodną dziurkowaną kartkę z informacją o Wielkim Wybuchu.
Od ostatniego razu minęło siedemnaście lat i dziewięć miesięcy.
Nadal czuje zapach perfum Beatriz, zostały w materiale jego koszuli, w miejscu, gdzie dotknęła go, kiedy się żegnali. Zaproponowała, żeby z nimi został. W jego uszach zabrzmiało to mało przekonująco. Mam inne plany, odpowiedział kwaśno, tak jak tylko starszy pan potrafi. Postaraj się, spróbowała ponownie, bardziej przymilnie. Nie, dziękuję, za wysokie progi jak dla mnie. Co było prawdą. Beatriz nic nie odpowiedziała, natomiast Raúl powiedział: Jesteś jednym z lepszych ludzi, jakich znam. I na tym się skończyło, więc kiedy zaczęli wyjmować kieliszki do szampana, pocałował Beatriz, życzył jej szczęśliwego Nowego Roku i ruszył w dół ulicą. Raúl poszedł z nim. Buen viaje, powiedział Erhard, kiedy znaleźli się w świętującym na ulicy tłumie. Handlarz torebkami, Silón, stojący po drugiej stronie ulicy, życzył im obu szczęśliwego Nowego Roku, pewnie przede wszystkim Raúlowi, którego wszyscy znają, i Erhard zszedł do samochodu, czując ukłucie, które zawsze czuł w ten szczególny dzień. Kolejny rok, który mijał jak wszystkie poprzednie, kolejny rok oczekiwania.
Zdrowie, przyjacielu. To dobry koniak. Pali całą drogę w dół. Noc jest ciepła. Ciało ma rozgrzane. Może dlatego, że myśli o Beatriz, o jej ciemnym miejscu, dokładnie tam, gdzie piersi się dzielą i znikają w bluzce, dokładnie tam, skąd pochodzi zapach. Niech to szlag. Próbuje o niej nie myśleć. Nie będzie tracić na nią czasu.
Córka fryzjerki. To o niej powinien myśleć. Ma w sobie coś.
Nigdy się z nią nie spotkał. Widział ją tylko raz, i to z pewnej odległości. Ale często widuje jej zdjęcie w salonie fryzjerskim. Myśli o niej. Myśli o zwykłych zdarzeniach. Zwykłe sceny, jak wchodzi do salonu fryzjerskiego, uruchamiając dzwonek. Wyobraża sobie, że siedzi naprzeciwko niego przy stole, kiedy je. Albo stoi w kuchni, jego kuchni, i gotuje na kuchence, leci para, coś bulgocze. W rzeczywistości jest zdecydowanie za młoda, i zajęta rzeczami, o których on nie ma pojęcia. Nie jest w jego typie. Skąd on może wiedzieć, co imponuje młodej kobiecie? Na pewno nie przepada za gotowaniem. Pewnie woli siedzieć i rozmawiać przez telefon z przyjaciółmi, jak wszyscy młodzi. Jada jedynie nudle z papierowego pudełka, nie odrywając wzroku od komputera. Na zdjęciu w salonie jest nastolatką: chodząca niewinność z burzą loków i w okularach w dużych męskich oprawkach. Nie jest specjalnie ładna, ale trudno o niej zapomnieć. Teraz ma co najmniej trzydzieści dwa lata i – według matki, której on oczywiście nie wierzy – jest miła i mądra. Kiedy raz zobaczył ją na ulicy, rozpoznał jej jasne kręcone włosy.
Przechodziła przez jezdnię, szła wyprostowana, z torebką przewieszoną przez ramię, jak prawdziwa kobieta, zaczęła biec, kiedy zobaczyła szybko zbliżający się samochód. Nie jest elegancka, wręcz nieco niezdarna. Nie potrafi powiedzieć, dlaczego tak dużo o niej myśli, może to wyspa daje mu się we znaki. Zawodzenie wiatru. Nuta samotności, która bez przerwy się odzywa.
To wina Petry. Jej chorobliwie wysokiego głosu, którym pacyfikuje klientów w fotelu fryzjerskim, wykluczając jakiekolwiek rozmowy, argumenty czy przemyślenia, które nasuwają się człowiekowi, kiedy siedzi i przegląda pisma czy czyta artykuł o miejscowej drużynie piłkarskiej. Petra ma w sobie pewną twardość, dla niej miłość jest czymś, co trzeba z innych wycisnąć. I bez przerwy mówi o córce. Drapiąc go po głowie długimi paznokciami, opowiada, że przeprowadziła się do nowego mieszkania, że kupiła skuter, że ma nowego klienta, że rzuciła narzeczonego, że ona, nie córka, chciałaby mieć wnuki, i tak dalej. A kilka miesięcy temu powiedziała wprost: Gdyby moja córka znalazła kogoś takiego jak ty. Tak właśnie powiedziała, patrząc na niego w lustrze. A potem dodała: Nie jest taka jak większość dziewcząt, ale ty też nie jesteś taki jak większość. Potem śmiali się z tego oboje. Głównie ona.
Erharda przeraziła ta propozycja. Jak mogła ot tak sobie to powiedzieć? Zamachać mu przed nosem swoją córką. Czy chciała, żeby ją gdzieś zaprosił? Czy nie zauważyła, że nie ma jednego palca? I co z różnicą wieku, czy w ogóle nie myślała o takich rzeczach? Między nimi jest co najmniej trzydzieści lat różnicy, on jest w wieku jej matki, może nawet starszy. Ale symetria przemawia do niego. Pokolenia sięgające w przeszłość, wyciągające na powierzchnię kolejne rysunki Eschera, rysunki dłoni rysownika rysującej samą siebie. Pięć palców u jednej ręki i pięć u drugiej. 5+5.
Gdyby moja córka znalazła kogoś takiego jak ty, tak powiedziała. Kogoś takiego jak on.
Nie jego, tylko kogoś takiego jak on.
Co to miało znaczyć? Czy chciała powiedzieć, że takich jak on jest tu wielu? Jego kopii, takich, co to od pokoleń zajmują się tymi samymi rzeczami, nie zbaczają z drogi, nie zadają pytań, ktoś taki jak on, jak powiew wiatru albo pierdnięcie, dzisiaj jest tu, jutro już gdzie indziej, zostaje jedynie wspomnienie i smród.
Z miasta dochodzą odgłosy sztucznych ogni.
Może powinien to zrobić teraz? Zaprosić ją gdzieś. Właśnie teraz? Tak, miałby to z głowy. Wie, że przemawia przez niego lumumba. Wie też, że odwagi starczy mu na najwyżej dwie godziny, potem znów rzeczywistość da o sobie znać. Jest kwadrans po dziesiątej, może ona jest gdzieś na kolacji, gdzieś, gdzie jest mnóstwo młodych mężczyzn, którzy wiedzą mnóstwo rzeczy o komputerach. A jeśli siedzi w domu, tak jak on – i ogląda te okropne programy w telewizji, które pokazują co roku. Jej matka mówiła mu wiele razy, gdzie mieszka. W jednym z tych nowych budynków na Calle Palangre. Nad sklepem z dziecięcymi ubrankami. Nic złego się nie stanie, jeśli zajrzy i sprawdzi, czy jest w domu. Może uda mu się zobaczyć, czy w mieszkaniu pali się światło, czy może widać łunę żarzącego się w mroku telewizora.
Opiera się o ścianę domu, znajduje na sznurze parę sztywnych spodni, wkłada je, trafia stopami do nogawek. Gdzieś w ciemnościach biegają kozy.

2

Wraca do miasta ścieżką Alejandra.
Nie powinien tego robić, nie powinien jechać tą ścieżką. W ten sposób niszczy samochód, już dwa razy musiał naprawiać ośki, za każdym razem Anphil, mechanik, ostrzegał go. Chyba nie jeździsz Drogą Północną? Albo ścieżką Alejandra? Twój samochód tego nie zniesie. Kup sobie montero albo któryś z nowych modeli merca, one zniosą wszystko. Ale on nie chce montero, a na nowego mercedesa go nie stać, a nawet gdyby było go stać, toby go nie chciał, chce nadal jeździć swoim starym mercedesem z Maroka, z żółtymi fotelami i kiepskim przyspieszeniem. A mimo to decyduje się jechać ścieżką. Mija stary dom Olivii, do którego wprowadzili się surferzy, na dachu leżą deski, w ciemności widać ich flagę, parę jasnoróżowych majtek zatkniętych na końcu długiego patyka sterczącego nad domem. Mieszka w nim dwóch facetów i ich przyjaciele. Kiedy rano przejeżdża obok, widzi, jak czasem siedzą przed domem, palą fajki i machają do niego, umierając ze śmiechu. Są pokrzywieni jak zatrute kozy i gdyby przyszło mu do głowy zatrzymać się, nie byliby w stanie podnieść się ze swoich nadmuchiwanych mebli. Teraz w domu nie ma nikogo, światło jest zgaszone, pewnie wyszli, na plażę albo do miasta.
Erhard dociera do zakrętu przy nabrzeżu. To niesamowity zakręt. Szczególnie kiedy ma się organizm wypełniony lumumbą po jabłko Adama, a palce wzmocnione tanim koniakiem. Na drodze pełno dziur i drobnych kamieni. Cała karoseria się trzęsie. Kiedy wskazówka szybkościomierza zbliża się do siedemdziesiątki, samochód wypada ze ścieżki. Erhard czuje łaskotanie i nie może przestać się śmiać. Puszcza wiatry, nie ma w tym nic zabawnego, robi to mimowolnie, już od kilku lat tak ma. Jak tylko lekko napnie mięśnie brzucha, zaraz w jego jelitach pojawia się bańka powietrza. Sprawia mu to ból, ale przynosi ulgę. Ścieżka schodzi w dół, przed nim ostatnia pętelka. W światłach wozu spostrzega kozę, stoi na środku ścieżki. Skręca, omija ją, po chwili widzi ją w tylnym lusterku, przypomina Hardy’ego, ale to na pewno nie on, jest za daleko od domu. Koza znika w ciemności.
Jest tak zajęty, że zauważa nadjeżdżający samochód dopiero kiedy ten mija go na zdecydowanie za wąskiej ścieżce. Dochodzi go ostry dźwięk. Buuum. Metaliczny cień wzdłuż samochodu. Boczne lusterko leżące płasko na szybie.
– Przeklęty amator! – krzyczy po duńsku. Sam się sobie dziwi, ale przecież przekleństw się nie zapomina. Jedzie dalej, znów wchodzi w zakręt, samochodu już nie widać, czerwone tylne światła zniknęły w mroku nocy. Nie ma sensu zatrzymywać się i oglądać szkody. Opuszcza szybę, poprawia lusterko. Szkło popękało, osiem delikatnych, cienkich jak włos pęknięć idących w dół.
Czarne montero. Na pewno tego hulaki, Billa Haji, który mieszka kawałek stąd, przy drodze, w przypominającej rancho willi, i słynie z tego, że jeździ z dużą prędkością po ścieżce Alejandra, jakby go palił tyłek. Erhard powinien mieć serce w gardle, ale jego serce jest tam, gdzie jego miejsce, znieczulone lumumbą i zestresowane perspektywą spotkania z córką fryzjerki.
Jedzie ścieżką do Corralejo. Z asfaltu paruje ciepło. W niewielkich samochodach podróżują młodzi ludzie, trąbią i śpiewają. Jedzie powoli aleją do portu, zatrzymuje się na Calle Palangre. Porzuca samochód w przypadkowym miejscu.
Zamierza odwiedzić córkę fryzjerki. Zapuka do drzwi. Czerwieni się na myśl o spojrzeniu, jakie mu pośle, kiedy zobaczy go w drzwiach. Dobry wieczór i szczęśliwego Nowego Roku, powie. Widział ją. Widziałem cię na zdjęciu, u twojej matki. A jeśli się okaże, że ma na sobie letnią sukienkę, na takich wąskich ramiączkach, które cały czas opadają. Nieważne, że nosi okulary. Nie jest wybredny.
Kiedy dociera do sklepu z dziecięcymi rzeczami, podnosi głowę, patrzy w górę w okna mieszkań, wszędzie jest ciemno. Wszystkie trzy piętra budynku toną w ciemności. Pewnie siedzi i ogląda telewizję, mając nadzieję, że ktoś do niej zajrzy. Musi się napić. Czegoś cholernie mocnego. Wlać coś do gardła, żeby uruchomić aparat mowy. Co mu da to, że będzie stał i gapił się jak jakiś cholerny extranjero. Rusza ulicą, dochodzi do Via Ropia, kieruje się w stronę Centro Atlantico. Tam zawsze coś się dzieje, ale głównie są tam turyści, ludzie, których nie zna. Wchodzi do Flicka, podchodzi do baru. Zamawia rusty nail, stawia kolejkę dwóm facetom w kącie. Nie przywykli do miejskiego życia, dwóch hodowców oliwek w poszukiwaniu kobiet, stoją obok siebie, zrozpaczeni, jak myszy za palmą, niemal niewidoczni.

3

Zostało mu osiemnaście minut. W telewizorze na tylnej ścianie baru widać Times Square, pokaz fajerwerków z portu w Sydney, długie wskazówki Big Bena, które spotykają się na XII. Barman woła: Jesteście gotowi na Nowy Rok? Jego słowa brzmią tak prosto, tak obiecująco. Jakby można było zostawić za sobą to, co stare, biorąc tylko to, co nowe. Nowe. Nic mu to nie mówi. Nowe – to nie dla niego. Nie potrzebuje nowego. Nie chce nowego. Chce tylko, żeby to, co stare, zachowywało się przyzwoicie. Siedemnaście minut. Wciąż jeszcze może zadzwonić do drzwi i życzyć jej szczęśliwego Nowego Roku. Może jest w negliżu, czy jak to się nazywa, może popija białe wino i ogląda stare odcinki 7 Vidas, które wszyscy kochają. Ma mokre włosy, właśnie wzięła chłodną kąpiel.
Strumień ludzi, wszyscy chcą wyjść na ulicę. Zostaje niemal zepchnięty z krzesła. Płaci banknotem i przypomina sobie, dlaczego nie chadza do lokali dla turystów, za whisky i drambuie żądają tu dwadzieścia euro. Wychodzi razem ze wszystkimi na dwór, wraca na Calle Palangre. Przechodzi przez ulicę i wchodzi na klatkę schodową. Budynek jest z czasów Franco, schody są proste, kobaltowe. Idzie na pierwsze piętro, czyta nazwiska na drzwiach. Z mieszkań dochodzi głośna muzyka, ale nie znajduje żadnej Luisy ani nawet litery L.
Idzie dalej na górę. Na jasno oświetlonej, jak w biurze, klatce schodowej stoi para. Całują się, przestają zawstydzeni, kiedy ich mija.
Znów przygląda się tabliczkom z nazwiskami, stoi chwilę, bierze głęboki wdech i rusza na ostanie piętro. Trzy piętra, każde z trzema drzwiami, razem dziewięcioro drzwi.
Na trzecim piętrze mieszka niejaki Federico Javier Panôs i jakiś Sobrino. A w środku Luisa Muelas. Tabliczka jest duża, pozłacana, ciężkie pochylone litery. Z pewnością prezent od Petry i jej męża. Tradycyjny prezent od rodziców dla trzydziestoletniego dziecka, które wyprowadza się z rodzinnego domu.
Za wszystkimi drzwiami panuje cisza. Przykłada ucho do drzwi mieszkania Luisy, z nadzieją, że nie ma jej w domu. Dochodzą go ciche dźwięki, coś trzeszczy, ktoś coś przesuwa, jakieś szepty, może to dźwięki z telewizora.
Prostuje się i opiera swoją lepszą rękę, prawą, o płaski kawałek drewna nad drzwiami. Cztery minuty do północy. Może jego pukanie ginie w sylwestrowych odgłosach miasta.
Nagle dostrzega na tabliczce twarz.
Jest zamazana. Prosząca, zmieszana, dominują w niej oczy, otoczone zmarszczkami i zniszczoną skórą, twarz zakończona brodą. Zdesperowana. Widzi w niej miłość i smutek, dziesiątki lat zadziwienia i alkohol. Widzi cynicznego obserwatora, oceniającego, osądzającego. Twarz jest nieznośnie wymięta, trudno do niej dotrzeć, trudno z nią wytrzymać, trudno ją pokochać. Najgorsze jest jednak to, że to jego twarz. Widuje ją we wstecznym lusterku samochodu, w zniekształcających rysy lustrach nad poobtłukiwanymi umywalkami w publicznych toaletach, w sklepowych witrynach, chociaż najchętniej w ogóle by jej nie oglądał. Jest tylko jedno pytanie, które można zadać tej twarzy.
Co możesz dać?
Nie ma nic bardziej przerażającego niż właśnie to pytanie. Spotkanie. Chwila, kiedy człowiek wychyla się ku drugiemu. I mówi: Pragnę cię. Chwila, moment, w którym kończy się przypadek, w którym trzeba zająć stanowisko wobec świata i poprosić tę drugą osobę, żeby nas przyjęła. Chwila, w której dwie bańki mydlane stają się jedną. Nie dzieje się to w trakcie pocałunku ani kiedy uprawiamy seks, nawet nie wtedy, kiedy się kochamy. Przerażająca sekunda, w której odważamy się twierdzić, że samą swoją obecnością jesteśmy w stanie tej drugiej osobie coś dać.
Słyszy dźwięki za drzwiami. Odgłosy stóp w skarpetkach. Już idę, mówi cienki głos. Dwie minuty do północy.
Nie, nie jest w stanie. Wychyla się przez poręcz, zaczyna schodzić. Idzie w dół. Słyszy, jak na najwyższym piętrze otwierają się drzwi. Halo, mówi jakiś głos. Mija drzwi z głośną muzyką. Wychodzi na ulicę. Idzie szybko wzdłuż muru, niczym szczur, przecina jezdnię i podchodzi do samochodu. Calle Palangre jest pełna ludzi, tuż obok samochodu stoi gromadka mężczyzn, palą cygara, dziewczęta siedzą na skuterach, trzymając w rękach kieliszki z szampanem. W mieszkaniach nad nim ludzie odliczają sekundy. Wsiada niezdarnie do samochodu, wyjeżdża z parkingu. Jedzie jednokierunkową ulicą wśród tłumu. Jacyś ludzie próbują go zatrzymać, nie widzą złamanego taksometru, nie zatrzymuje się. Nie przejmuje się ich dłońmi na szybach ani proszącym wzrokiem. Szczęśliwego Nowego Roku, dupku, krzyczy za nim młoda dziewczyna w srebrnym meloniku.
Ucieka od świateł miasta, wjeżdża w ciemność. Szara droga zamienia się w bladą ścieżkę. Wciska do oporu trzeszczący pedał gazu starego mercedesa. Żwir uderza o karoserię.
Obraz córki fryzjerki, która otwiera drzwi, wraca do niego niczym drwina. Jest bez butów, w skarpetkach – ma zmierzwione włosy, w ręku trzyma małą szklaneczkę whisky z likierem. Namiętność. Coś, czego nienawidzi. Przejście od młodzieńczej pozbawionej duszy cielesności do duszy bez ciała. Do punktu, w którym najlepsze chwile składają się z myśli o czymś, wyobrażeń przyszłości i wspomnień z przeszłości. Od prawie osiemnastu lat wyobraża sobie bliskość z kobietą. Wyobrażał sobie. Nawet kiedy był z Annette, też ją sobie wyobrażał. Tyle że wtedy była to bliskość z każdą kobietą inną niż ona, aż w końcu nie potrafił już z nią być.
Przenosi stopę z pedału gazu na hamulec. W świetle reflektora widzi ogromny karton leżący na środku drogi.