Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Uśpiony szpieg” trzeci tom trylogii „Mroczna Moskwa”, wstrząsającego obrazu Rosji za rządów Putina. Niewyobrażalne bogactwo, skrajna bieda i ludzie, którzy nie cofną się przed niczym w pogoni za władzą i pieniędzmi.


Uśpiony szpiegSztokholm 2014
Polityczne relacje Szwecji z Rosją są niemal równie lodowate jak wyjątkowo mroźna zima, która trzyma ją w okowach. Tom Blixen po wielu latach spędzonych w Moskwie wrócił do Sztokholmu i zaczął pracę w firmie energetycznej Swekraft.

Po tajemniczym spotkaniu z wysoko postawionym urzędnikiem rosyjskim umiera wskutek otrucia szef Toma, prezes spółki.

Splot wydarzeń zapoczątkowany tą skrytobójczą zbrodnią szybko przeradza się jednak w coś znacznie groźniejszego, kiedy jedna z największych szwedzkich elektrowni atomowych pada ofiarą bezwzględnego sabotażu.

Chcąc zapobiec międzynarodowemu konfliktowi i nie dopuścić do potencjalnej katastrofy jądrowej, Tom Blixen i inspektor Sonny Hellkvist podejmują pościg za sprawcą.

***

Naprawdę dobry thriller szpiegowski; nie musisz być nawet fanem tego gatunku, by wciągnąć się już od pierwszej strony. Bohaterowie są niemal jak żywi, fabuła zaś niesamowicie bliska problemom współczesnego świata.
Expressen

Autorzy osiągnęli mistrzostwo w przerażaniu swoich czytelników.
Aftonbladet

Szpiedzy, truciciele i politycy najwyższego szczebla w historii, która przerażająco zbliża się do obecnej sytuacji na świecie.
Dagens Nyheter

Camilla Grebe, Paul Leander-Engström
Uśpiony szpieg
Przekład: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
seria Mroczna Moskwa tom 3
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 25 października 2017
 
 

Uśpiony szpieg


Powieść częściowo inspirowana faktycznymi zdarzeniami, które zostały przeniesione do Szwecji 2014 roku.

Wierzchołki wzgórz
spowite w ciszę;
drzew żaden już
wiew nie kołysze;
śpi las
i ptaki w gęstwinie.
I tobie ninie
Spocząć już czas.
Johann Wolfgang von Goethe (1780)
w przekładzie Leopolda Staffa

Lennart

Moskwa
1983

Śmiech odbijał się echem po wielkiej klatce schodowej. Na niepewnych nogach schodzili stopień po stopniu ku ogromnym drzwiom wyjściowym, od których ciągnęło przenikliwe zimno. Lennart Bogsjö, mocno trzymając się poręczy schodów, dosłownie w ostatniej sekundzie chwycił Wołodię, ratując go przed podwójnym saltem z opróżnioną do połowy butelką w dłoni. Wołodia bowiem za żadne skarby nie chciał rozstać się z resztką francuskiego koniaku kupionego przez Lennarta w Bieriozce – sklepie, w którym nie przyjmowano rosyjskich rubli i do którego zwykli Rosjanie nie ośmielali się nawet wchodzić.
Było ich pięciu: Lennart i czterech rosyjskich kolegów, których edukował przez ponad rok. Czuł nieco mdły zapaszek ich wilgotnych wełnianych płaszczy zmieszany z ostrzejszą wonią wydzielaną przez eleganckie futrzane czapki. Często zachodził w głowę, jak to możliwe, że te ich czapki są takie szykowne, podczas gdy reszta stroju jednoznacznie zdradza, że tutejszy urzędnik zarabia miesięcznie co najwyżej równowartość dwustu szwedzkich koron.
Portier Ministerstwa Finansów powiódł za nimi zazdrosnym spojrzeniem. W ciągu minionego wieczoru, przeklinając w duchu po abchasku, kilkakrotnie wchodził do nich na górę z upomnieniami i pogróżkami, w końcu jednak – gdy Lennart oprócz paczki marlboro wciśniętej do kieszeni dał mu także dwa heinekeny – zostawił ich w spokoju. To była typowa impreza biurowa, lecz tym razem pobito chyba rekord ckliwości i sentymentalizmu obficie podlewanych wódką; głównym powodem było to, że Lennart wkrótce miał wrócić do Szwecji, i to ze swoim trofeum – Walentiną.
Lennart został wynajęty przez szwedzkie Ministerstwo Finansów w celu wyedukowania homo sovieticus w polityce finansowej. Był to oczywiście czysty gest dobrej woli, na dodatek z pewnością daremny, ponieważ Związek Radziecki nie zamierzał się przestawić na gospodarkę rynkową. Nie ulegało jednak wątpliwości, że podczas swego pobytu w tym kraju Lennart dostrzegł niejedną wschodzącą wyspę kapitalizmu i miał nadzieję, że jego wychowankowie będą umieli je teraz pielęgnować i rozwijać.
Rosyjscy koledzy z ministerstwa wykazali ogromny entuzjazm dla jedzenia i trunków, które Lennart zorganizował na ten inspirowany francuską kuchnią wieczór, i nie pozwolili skapitulować swoim układom trawiennym aż do końca. Wołodia, zajeżdżający kiszonymi ogórkami, czosnkiem i ślimakami z masłem czosnkowym, wygłosił piękną mowę – o przyjaźni, zacieśnianiu serdecznych więzów między Związkiem Radzieckim a Szwecją, o miłości Lennarta do Walentiny, kobiety, którą on mu kiedyś przedstawił. Jak zwykle mówili albo po angielsku, który Rosjanie opanowali na poziomie szkolnym, albo po rosyjsku, którym Lennart lubił się posługiwać, chociaż w jego wydaniu brzmiał dosyć karkołomnie.
Teraz wybierali się do mieszkania Wołodii przy ulicy Armianskiej. A mówiąc precyzyjnie: do jego kuchni. Staną w niej sobie przy otwartym oknie wychodzącym na podwórze i będą palić, słuchając rzewnych pieśni Władimira Wysockiego, dopóki około szóstej nad ranem na dole nie pojawi się babuszka, aby odgarnąć śnieg. Ta naturalność i zwyczajność obecne w domu Wołodii i jego najbliższym otoczeniu zawsze pociągały Lennarta.
– Samochód stoi za ministerstwem – wybełkotał Wołodia, nawet nie próbując udawać mniej pijanego, niż był w rzeczywistości.
Szli pochyleni, kuląc się przed porywistym północnym wiatrem. Lennart czasami miał wrażenie, że Moskwa leży nad Morzem Barentsa.
Artiom potknął się i wylądował w zaspie, z której nie mógł się wydostać, bo sam wypił co najmniej dwie, a może i trzy butelki Mouton Cadet.
Lennart cieszył się w duchu na myśl o Walentinie i czekającym ich wspólnym życiu w Szwecji. Wołodia pracował z nią w Gospłanie i zaproponował mu kiedyś, aby zaprosić ją na przyjęcie organizowane przez Volvo. Potem wszyscy razem wybrali się do restauracji na Arbacie. W lokalu był pianista, który za kilka rubli grał na życzenie różne kawałki. Nagle Walentina, na pozór nieprzystępna i wycofana, wstała od stolika i poprosiła, aby pozwolono jej usiąść przy fortepianie. Jej występ przyprawił Lennarta o zawrót głowy. Wszyscy pozostali wiedzieli, że ma wykształcenie muzyczne i zaczęła grać na instrumencie w wieku zaledwie czterech lat. Gdy później wróciła do stolika, wydawała się znacznie pewniejsza siebie. I Lennart niemal natychmiast zakochał się w tej inteligentnej, nieprzyzwoicie utalentowanej młodej kobiecie.
No i teraz był z nią.
Przed miesiącem zaręczyli się na Leninowskich Wzgórzach jak przeciętna rosyjska para.

Żiguli, w wersji eksportowej łada, było nie tylko zasypane białym puchem, ale i zablokowane zwałem śniegu utworzonym przez pług. Jednak słynny ajerkoniak Wołodii na armeńskim koniaku tak bardzo nęcił wszystkich, że wystarczyło im zaledwie kilka minut, aby uwolnić nieduże auto z pułapki.
– Siadaj z przodu – wymamrotał Wołodia do Lennarta, opierając głowę na kierownicy, jakby zamierzał zasnąć.
– Możesz prowadzić?
Lennart już nieraz bywał w podobnej sytuacji i początkowo, jako typowy Szwed, uważał jazdę z pijanym kierowcą niemal za przestępstwo. Stopniowo jednak dotarło do niego, że zachowując takie podejście, będzie musiał przemierzać Moskwę na piechotę.
– Niet problema!
– Chcemy się napić! – krzyknęli mężczyźni upchnięci na tylnym siedzeniu.
Wołodia podniósł głowę, chwycił kurczowo kierownicę i wyjechał zygzakiem na jezdnię. Okna niemal od razu całkiem zaparowały. Lennart opuścił nieco boczną szybę mimo lodowatego wiatru wiejącego mu prosto w twarz. Naciągnął głębiej na uszy slalomową czapkę, na którą podczas swojego pobytu w Moskwie dostał wiele ofert kupna. Wołodia jechał bocznymi uliczkami na tyłach Arbatu – prawdopodobnie chciał uniknąć drogówki albo po prostu się zgubił.
– Muszę puścić pawia!
Nagle ostro skręcił w stronę krawężnika, zatrzymał samochód i wyskoczył z niego jak wystrzelony z procy, nie zatrzaskując za sobą drzwi.
Mimo że silnik wciąż pracował, w aucie szybko zrobiło się zimno. Lennart zerknął do tyłu. Artiom spał, a dwaj pozostali koledzy patrzyli na niego apatycznie. Wysiadł więc i podszedł do Wołodii, który był biały jak kreda.
– Usiądź na miejscu pasażera – zwrócił się do niego, sam sadowiąc się po chwili za kierownicą. Nigdy wcześniej nie prowadził żiguli i nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek prowadził po pijanemu. Ale pod wpływem przeraźliwego zimna zamroczenie alkholem jakby ustąpiło i nagle Lennart poczuł się zadziwiająco trzeźwy. Wiedział, jak dojechać do mieszkania Wołodii, postanowił więc, że podrzuci kolegów na miejsce i tam ich zostawi, sam zaś wróci do domu.
Zabawa bowiem już się skończyła.
Znowu padał śnieg i widoczność pogorszyła się znacznie. Lennart spojrzał na zegarek. Za pięć dwunasta. Walentina, która nadal mieszkała u rodziców, jeśli nie jest u niego, prawdopodobnie jeszcze nie śpi.
Kiedy wrzucił wsteczny, koła zaczęły buksować. Silnik zawył, jakby miał co najwyżej z dziesięć koni, toteż Lennart zwątpił, czy uda mu się dowieźć na miejsce pięciu rosłych facetów, z których żaden nie byłby w stanie mu pomóc, gdyby się rzeczywiście zakopał. Między rzadko rozrzuconymi budynkami w okolicy Arbatu też nie było widać żywego ducha.
Na szczęście opony w końcu chwyciły kawałek podłoża i dzięki temu udało mu się zjechać z powrotem na jezdnię. Wrzucił jedynkę i ruszył. Przez głowę przemknęło mu pytanie, czy Rosjanie używają opon zimowych. Jakoś nigdy nie miał okazji o to spytać, ale sądząc po tym, jak zarzucało ich na zakrętach, samochód Wołodii raczej nie był w nie wyposażony. Fatalna widoczność, paskudna nawierzchnia, łyse opony i pięciu ululanych facetów, z których jeden siedzi za kierownicą. Mimo woli uśmiechnął się pod nosem.
Jechał powoli. Do Pierścienia Bulwarów, na którym często widywał regularnie kursujące piaskarki rozsypujące sól, nie było już daleko. Po kilku chwilach zauważył w oddali na chodniku czyjąś postać. Kiedy znalazł się bliżej, stwierdził, że ten ktoś idzie trochę zygzakiem, co jednak nie wydało mu się ani trochę dziwne. O tej porze połowa miasta była wstawiona.
Postać zrobiła krok w lewo. Lennart odnotował to i wyostrzył czujność. Starał się śledzić wzrokiem sylwetkę tej osoby, której płci ani wieku na razie nie zdołał rozpoznać.
Gdy samochód znalazł się niemal na jej wysokości, Lennart usłyszał stłumione pacnięcie i nagle cała przednia szyba pokryła się czymś ciemnym. Wołodia wyprężył się na swoim fotelu i zaparł rękami o skrytkę pod oknem. Ciemny tłumok sturlał się z szyby, która natychmiast pękła, a żiguli powoli ślizgało się dalej, aż w końcu stanęło.
Co to, kurwa, było?
Wiedział jedynie tyle, że to coś spadło od lewej strony i że on niczego nie widział. Osoba, którą obserwował, była po prawej. Rozejrzał się wokół siebie. Wołodia bez przerwy powtarzał jedno słowo: czort. Miał zapięty pas. Wcześniej Lennart nigdy nie widział, aby jego kolega używał pasów w samochodzie.
We wstecznym lusterku pojawiło się niebieskie światło, które przybliżało się coraz bardziej. Wreszcie zatrzymało się tuż za nimi. Nagle Lennart nie był w stanie powstrzymać gorączkowych myśli i poczuł nieoczekiwanie, że jego przyszłe życie już minęło. Jak on mógł być tak głupi? On, który zdobył niemal wszystko, nawet Walentinę.

Lennart nie wiedział dokładnie, jak długo siedział w celi, w której znalazł się po przewiezieniu minibusem służącym chyba – sądząc po zapachu – do transportu zwierząt. Zanim go w niej zamknięto, zabrano mu zegarek, pasek do spodni i kilka innych rzeczy. Niezależnie od tego, ile czasu minęło, postanowił przestać walczyć. Nie chciał już wędrować w kółko po celi, aby się rozgrzać i aby nie zesztywniały mu nogi – skoro wszystko się skończyło, nie będą mu już potrzebne. Jedyne, czego pragnął, to odpoczynku od strachu, zapadnięcia w sen, choćby na chwilę.
Osunął się na posadzkę i oparł plecy i głowę o brudne białe kafelki pokrywające ścianę. Myśli rozpraszały się coraz bardziej, odpływała też lodowata betonowa podłoga, odór wymiocin, uryny i całego sowieckiego dziadostwa.
Skrzypnięcie otwieranej w drzwiach kraty wyrwało go z odrętwienia i bezlitośnie sprowadziło z powrotem na komendę milicji gdzieś na północnych peryferiach Moskwy. Dwóch funkcjonariuszy kazało mu opuścić celę i iść za nimi.
Najpierw przyglądali mu się, jak próbuje wstać, a zesztywniałe nogi nie chcą go słuchać. Jeden z mężczyzn szedł przed nim, a drugi za nim, nie traktowali go jednak tak, jakby był kimś niebezpiecznym. Raczej sprawiali wrażenie niezainteresowanych.
Został wprowadzony do pomieszczenia z zakratowanym oknem, za którego szybą rozpościerała się szaroczarna moskiewska noc.
Chyba zaczynało świtać.
Całe umeblowanie stanowiły koślawy stół i dwa krzesła. Na jednym siedział mężczyzna z gwiazdką na naramiennikach munduru. Lennart stanął przy drugim, którego oparcie było owinięte grubą warstwą sfatygowanej taśmy maskującej.
– Siadajcie, gospodin Bogszo!
Lennart wykonał polecenie i spojrzał na mężczyznę, który miał rudawe wąsy i posępną twarz o barwie przypominającej kolor brudnego śniegu zalegającego skraje stołecznych alej.
– Jestem majorem milicji i prowadzę waszą sprawę.
Lennart, nie odrywając od niego wzroku, czekał na wyjaśnienie, co zamierzają z nim zrobić.
Major przesunął po blacie stołu kartkę. Miał pożółkłe od nikotyny końce palców.
– Oświadczenie do podpisania.
Lennart popatrzył pytająco na funkcjonariusza.
– Przyznajecie w nim, że będąc pod wpływem alkoholu, wjechaliście na radzieckiego obywatela i spowodowaliście jego poważne obrażenia, a może nawet go zabiliście.
Umysł Lennarta pracował na najwyższych obrotach. Co zrobiliby jego rosyjscy koledzy w takiej sytuacji? Pewnie zadzwoniliby do jakiejś wysoko postawionej osoby i poprosili o pomoc, a gdyby nikogo takiego nie mieli, próbowaliby uratować się łapówką. Czy on zna jakąś miejscową grubą rybę? Wśród znajomych mu osób najwyższy rangą jest szef biura w Ministerstwie Finansów, ale raczej by się nie ucieszył, gdyby został wciągnięty w coś takiego. Czy wręczenie koperty byłoby dobrym rozwiązaniem? Szybko odrzucił tę myśl. Przestępstwo wydawało się zbyt poważne, a świadków było zbyt wielu. Cały łańcuch zdarzeń, na pozór niegroźnych, zagrażał teraz jego egzystencji. Wszystko, co do tej pory sobie wypracował, osiągnął, zostało zburzone. Kariera w szwedzkim Ministerstwie Finansów, oszałamiający start jak na dwudziestoośmiolatka. Pomyślał o wszystkich latach studiów i dodatkowych pracach, których się chwytał, byle tylko uciec z dwupokojowego mieszkanka w dzielnicy Blackeberg. O tym, jaką był dumą dla swojej mamy i wzorem dla młodszego brata. I oczywiście pomyślał także o Walentinie, wielkiej miłości swego życia. Kurwa! Miał ochotę krzyczeć.
Okazał się potwornym idiotą.
Wszystko stracone.
Teraz to już tylko kwestia czasu, kiedy wszyscy się dowiedzą. Koledzy w Sztokholmie. Sąsiedzi przestaną gratulować mamie, że ma takiego syna, który skończył studia, pracuje za granicą i przyjeżdża po nią nowym volvem. Teraz zaczną unikać rozmów na jego temat.
I mama będzie się go wstydzić.
A przecież tyle poświęciła dla swojego starszego dziecka, którego ojciec zmył się, kiedy mały brat Lennarta był jeszcze w pieluchach.
– No?
Lennart zdawał sobie sprawę przynajmniej z tego, że w żadnym razie nie powinien podpisywać dokumentu, którego treści nie jest w stanie zweryfikować.
Musi za wszelką cenę zyskać na czasie.
– Co tak naprawdę się stało?
– Przecież mówię: przejechaliście radzieckiego obywatela. Mam inne sprawy na głowie, a wy najbliższym transportem zostaniecie przewiezieni do aresztu centralnego. No już, podpiszcie!
– Ale kogo konkretnie przejechałem? Jakiegoś mężczyznę… tak?
Major obrzucił go spojrzeniem pełnym irytacji.
– Dosyć tego! Za przestępstwo, które popełniliście, należy się co najmniej dziesięć lat więzienia. Jak nie podpiszecie tutaj, podpiszecie w centrali.
Nawet gdyby mogło to mieć fatalne skutki dla jego dalszej kariery i życia, wiedział, że za wszelką cenę musi skontaktować się ze szwedzką ambasadą w Moskwie. To niemożliwe, żeby ten koszmar miał się stać rzeczywistością, pomyślał, czując, jak ogarnia go panika.
Nie widział innego wyjścia.
– Towarzyszu majorze!
Od drzwi dobiegł czyjś stanowczy głos.
Major podniósł wzrok z wyraźnym zawodem. Lennart się odwrócił. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna w zaskakująco dobrze skrojonym garniturze.
– Mogę was zastąpić – oznajmił, wskazując na drzwi.
Major wstał z ciężkim westchnięciem i opuścił pokój, nie patrząc na Lennarta.
– Pewnie chce się wam pić. – Nie czekając na odpowiedź, krzyknął: ‒ Sierżant! Czaj priniesitie!
Mężczyzna zajął miejsce majora pod zakratowanym oknem. Jego starannie zaczesane na mokro włosy lśniły w zimnym świetle jarzeniówek.
Po chwili pojawił się młody milicjant i postawił przed nimi dwie szklanki parującej herbaty oraz talerz z drobnymi ciastkami. Mężczyzna w garniturze gestem zachęcił Lennarta, aby się poczęstował. Nie odmówił. Ostatnie, co miał w ustach, to francuski koniak. Na samo jego wspomnienie zbierało mu się na mdłości.
– Właśnie dostaliśmy wynik analizy waszej próbki krwi – odezwał się mężczyzna z zatroskanym wyrazem twarzy. Po chwili kontynuował: ‒ Badanie wykazało półtora promila. Jak pewnie wyjaśnił wam major, wasza sytuacja jest niezwykle… poważna.
Lennart był opanowany. Dręczyło go dziwne przeczucie, że ten człowiek o ciemnych zaczesanych na bok włosach i wydatnych kościach policzkowych ma jakiś plan.
– Mogę zadzwonić do ambasady szwedzkiej i poprosić, żeby ktoś tu przyjechał. – Zrobił pauzę. – Coś jednak mi mówi, że będziecie woleli tego uniknąć, kiedy usłyszycie, co mam wam do powiedzenia.
Jego jasne oczy czujnie wpatrywały się w Lennarta.
Chyba najlepiej było na razie się nie odzywać. Przeczucie nagle przerodziło się w nadzieję, że coś musiało się zmienić w jego sytuacji, wolał więc niczego nie popsuć. Jego szef w Szwecji, który go wspierał, jego mama, brat, Walentina. Wszyscy oni byliby strasznie zawiedzeni, gdyby wyszło na jaw, co zrobił. To troska o nich, a nie chęć uniknięcia odpowiedzialności za swój czyn kazała mu trwać przy naiwnej nadziei, że to wszystko da się jakoś rozwiązać na podobnej zasadzie, jak w tym kraju w zamian za kilka dolarów można uniknąć mandatu za przekroczenie prędkości.
– Istnieje pewna możliwość – zaczął mężczyzna z ociąganiem. – Państwo radzieckie może zaspokoić wszystkie roszczenia i potrzeby poszkodowanego, a w razie jego śmierci zaopiekować się rodziną. W konsekwencji prokurator zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa karnego może zrezygnować z wszczęcia postępowania, jeśli nie ucierpi na tym interes naszego kraju.
To brzmiało tak kusząco, że Lennart o mało nie zaczął płakać.
– I dlatego władze szwedzkie wcale nie muszą zostać poinformowane o tym, co się stało – kontynuował mężczyzna, wyjmując papierosa. – Dodam jeszcze, że mógłbym się postarać, aby nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie robiło przeszkód, jeśli wasza narzeczona będzie chciała wyjechać z wami do Szwecji.
Odczekał chwilę, aby jego słowa wybrzmiały, dając jednocześnie Lennartowi kilka sekund na sycenie się myślą, że wszystko może toczyć się dalej po staremu, a on może żyć tak, jak sobie zaplanował. Następnie przypalił papierosa.
– Jest coś, co możecie dla mnie zrobić – rzekł w końcu, podsuwając paczkę papierosów swojemu rozmówcy.
Lennart znieruchomiał. Mimo zmęczenia miał niemal całkowitą pewność, że oto właśnie usłyszał szwedzkie, a nie rosyjskie słowa, tyle że wypowiedziane z charakterystyczną rosyjską melodią.
Słuchał uważnie dalszych wyjaśnień.
Naturalnie, pomyślał, gdy tamten już poszedł.
To przecież oczywiste. W Rosji wszystko ma swoją cenę.