Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Opowiadania zebrane” – drugi tom pierwszego na naszym rynku wydawniczym tak obszernego wydania krótkich form prozatorskich Franka Herberta.


Frank Herbert Opowiadania zebrane. Tom 2Opowiadania zebrane Franka Herberta to pierwsze w naszym kraju tak obszerne wydanie krótkich form prozatorskich autora Diuny. Zgromadzone w dwóch tomach utwory – aż czterdzieści! – są, można śmiało powiedzieć, bezcenne.

To właściwie przekrój zainteresowań pisarza, które znalazły później odzwierciedlenie w jego najwybitniejszym dziele – „Kronikach Diuny”.

Polski czytelnik ma dzięki temu wyjątkową szansę poznać najważniejsze tematy twórczości Herberta, obserwować, jak się one zmieniały, śledzić rozwój jego stylu i przyglądać się ewolucji jako pisarza – jednego z największych mistrzów fantastyki naukowej, gatunku sięgającego czasów Lukiana z Samosat.

„Wytrwać w tej pracy pomagało mi przeświadczenie, że mój trud może być przydatny dla innych osób, które pragną się poświęcić pisarstwu”
– fragment wstępu

Frank Herbert (1920–1986) – jeden z najwybitniejszych twórców literatury SF, zdobywca prestiżowych nagród Hugo, Nebula i Prix Apollo, autor kilkunastu doskonałych powieści i zbiorów opowiadań, prekursor nurtu ekologicznego w fantastyce. Polski czytelnik zna m.in. jego „Oczy Heisenberga”, „Gwiazdę chłosty”, „Władcę niebios” i „Twórców bogów”. Sławę przyniosły mu epokowe „Kroniki Diuny” – barwna epopeja przedstawiająca dzieje pustynnej planety Arrakis, źródła najcenniejszej substancji we wszechświecie: melanżu. Na cykl składają się powieści: „Diuna”, „Mesjasz Diuny”, „Dzieci Diuny”, „Bóg Imperator Diuny”, „Heretycy Diuny” i „Kapitularz Diuną”.

Spis treści
OPOWIADANIA ZEBRANE, TOM 2

Emocjonalne pole minowe
Taktowny sabotażysta
Jak na Mary Celeste
Zieloni niewolnicy
Komisja do spraw całości
Efekt PG
Marsjański diament
Szczęśliwa ucieczka
Zgodnie z podręcznikiem
Mimowolni dobroczyńcy
Maszyna Bytu
Ziarno
Morderstwo popłaca
Miejsce dla fortepianu
Urządzenie hazardowe
Spotkanie w odludnym miejscu
Śmierć miasta
Zapraszamy na przyjęcie
Pieśni rozumnego fletu
Żaby i uczona
Pierzaste świnie
Pudełko tatusia

Frank Herbert
Opowiadania zebrane. Tom 2
Przekład: Andrzej Jankowski
Ilustracje:Wojciech Siudmak
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 26 lipca 2017
 
 

Frank Herbert Opowiadania zebrane. Tom 2


Emocjonalne pole minowe

W sali kabah zawiódł kolejny kapłan. Powiedzieć, że było tam ciemno, to tak, jak powiedzieć, że w oceanie jest woda. W całym wszechświecie nie ma drugiego miejsca, gdzie panowałaby taka ciemność jak w kabah. Można tu stłumić całe promieniowanie do tego stopnia, że staje się tylko tłem dla hamujących popędy fal delta i gamma.
Nazywa się to rzeźbieniem osobowości.
Z tej ciemności dobiegały zmieszane szumy, skrzypnięcia z nieuchwytnego źródła.
Kapłan, który zawiódł, zbliżał się do granicy śmierci. Zawiódł, bo myślał negatywnie, pozwalał, by jego modlitwa przypadku przelewała się przez granicę między nieświadomością a świadomością. U niektórych kapłanów modlitwa ta mogła stać się zbyt silna, by dało się ją przezwyciężyć najwyższym warunkowaniem bez uszkodzenia mózgu.
Ale kabah nie zabijała. Mogła kształtować i wykrzywiać osobowość na poziomie podcząsteczkowym, ale nie zabijać. W przypadku tak upartego umysłu w oprogramowaniu kabah istniało tylko jedno rozwiązanie – umysł kapłana wypełniła pustka, zimny zalew nicości.
Przez pomieszczenie zaczęły przepływać inne dźwięki – metaliczne zgrzytania, ostre trzaski wyładowań elektrycznych bez światła. Kapłan, który zawiódł, zbliżył się jeszcze bardziej do granicy śmierci. Wysunęły się kierowane przez ciemne czujniki metalowe ramiona i umieściły go w kadzi odmładzającej. Kiedy się tam znalazł, w kadzi zachlupotało. Metalowe ramiona przyłożyły do jego ciała nakrywki, elektrody, płytki tłumiące.
Wkrótce zapali się lampka sygnalizacyjna, ale zanim to nastąpi, trzeba wykonać jeszcze jedno zadanie. Imię. Musi być podobne do dawnego imienia, ale nie na tyle, by drażniło niezagojone blizny martwej przeszłości. A ten kapłan miał bogatą martwą przeszłość. Trzeba odrzucić wiele imion.
Zamigotały obwody, ustawiły się na optymalnym połączeniu dźwięków. Zabrzęczały rylce i wygrawerowały imię na kadzi odmładzającej: Saim.
Lampka sygnalizacyjna po zewnętrznej stronie drzwi kabah zapłonęła bursztynowym światłem. Zaraz zobaczy to inny człowiek i przyjdzie wytoczyć kadź. Jakaś rodzina dostanie na wychowanie „dziecko” o ciele dorosłej osoby.
W tym świecie były tylko takie dzieci. A w każdej kabah, na każdym kapłańskim zwoju, zapisane były wszystkie imiona. Pozostało niewiele tych imion, ale wszystkie były zapisane.
Wszystkie z wyjątkiem jednego.
Tym wyjątkiem było imię George.

„Jestem George – pomyślał. – Muszę się tego trzymać”.
Czuł pod plecami ruch, jakby go przesuwano, pasy przytrzymujące go na noszach. Słyszał gwizd turbiny, wwiercający się w uszy łoskot wirników. Wyczuwał, że gdzieś za bladożółtym światłem płynącym ze sklepienia nad nim jest noc.
„Lecimy” – pomyślał.
Ale przecież nie bardzo wiedział, czym jest „latanie”.
Minęło dużo czasu. Wzdragał się przed myśleniem o tym, jak dużo. Było to jak pogrążanie się w otchłani.
I dziwni ludzie.
I kadź, w której chlupotało i bulgotało wokół niego, co niesamowicie łaskotało jego nerwy. Tak, to była kadź. Tego był pewien.
Nachyliła się nad nim kobieta, przesłaniając żółte światło. Odwróciła się i usłyszał jej głos.
– Obudził się, Ren.
Wraz z kobietą pojawiło się imię – Jeni. I wygląd – młoda twarz jak księżyc w pełni, jasne włosy splecione w dwa długie warkocze, niebieskie oczy z lekkimi zmarszczkami w kącikach. Miała na sobie dziwną szarą szatę w żółte ciapki. Ta szata coś oznaczała. „Och tak, ona pochodzi z rodu Wistów”.
Kobiecie odpowiedział męski głos:
– Wygląda na to, że nic mu nie jest.
– Tak.
Męski głos należał do Rena. Ren był lekarzem. Śniadym mężczyzną o migdałowych oczach i płaskiej twarzy. Jasnoczerwone ciapki na jego szacie oznaczały, że pochodzi z rodu Chi.
– Miej na niego oko – powiedział Ren. – Dopilnuj, żeby zachowywał się spokojnie.
„Jestem George. – Ta myśl była niczym uchwyt dla dłoni w ciemności. – Czyżby było to pranie mózgu?” – zastanawiał się.
Ale znowu nie mógł odnaleźć znaczenia słowa. Przychodziła mu na myśl tylko woda płynąca z kranu i coś pieniącego się w umywalce. „Pranie”. W głowie miał dwa języki. Jeden nazywał się harybski i pochodził z Edukatora. Drugi określany był w harybskim jako anciengielski i pochodził z… Wzdrygnął się i cofnął. To była otchłań Czasu.
Ale anciengielski był łatwiejszy.
„Pranie – pomyślał. – I kran. I umywalka. I Edukator”.
Edukator to były nakładki na uszy i na oczy, i szum, i szarpanie, i wstrząsy w jego umyśle jak stukanie kości w kubku. I upływ czasu.
Czas.
Rozległo się to w jego głowie jak grzmot.
„Mam na imię George” – pomyślał.

– Wuju, sytuacja jest rozpaczliwa – powiedział Saim. – Grozi nam coś straszniejszego niż… – Potrząsnął głową, myśląc, że nie można tego porównać z niczym w ich świecie.
– Mmmmmmmmmmmhmmmm – mruknął ó Plar. Obrócił się na swoim dębowym fotelu z oparciem w kształcie wachlarza, spojrzał przez trójkątne okno na rytmowodny ogród z czynelowymi pławami brząkającymi w przefiltrowanym świetle poranka. Ich muzyka nastawiona była na tony, które tutaj, w prywatnym gabinecie Kapłana Regenta, nie przeszkadzały w skupieniu. Spojrzał na siostrzeńca. Saim wyprostował się i stanął prawie na baczność, jak każdy inny petent.
ó Plar przyglądał mu się przez chwilę, unikając kryzysu, którego nie dało się uniknąć. Zobaczył na młodej twarzy kilka nowych zmarszczek. Była chuda, a jasne włosy i oczy dominowały nad słabym podbródkiem. Zakryłaby go jednak broda, gdyby Saim przetrzymał następnym razem najwyższe warunkowanie…
– Musisz mi uwierzyć, wuju – rzekł Saim.
– Tak powiadasz – odparł ó Plar. Pogładził wypolerowaną powierzchnię swojej laski – długiej metalowej rurki z zakrzywioną rączką. Nigdy się z nią nie rozstawał. Teraz była wstawiona w zrobione dla niej wycięcie w biurku. ó Plar pukał w nią, kiedy mówił. – Te zapiski, które odkryliście… Powiadasz, że odnoszą się do wielu rozsianych po całym świecie jaskiń z zestawami rakiet, jak to, zdaje się, nazwałeś.
– Z bronią, wuju. Z pociskami. Są ich tysiące! Znaleźliśmy zdjęcia. To broń straszniejsza, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić.
– Mmmmmmhmmmm – mruknął ó Plar i pomyślał: „Młody głupiec! Cały czas uderza w największe zahamowania! No to się doigrał. Nic na to nie poradzę”. Wziął głęboki oddech. – Powiedz mi, jak znaleźliście te zapiski.
Saim spuścił oczy. Ogarnął go strach. W końcu stał przed Kapłanem Regentem.
– Wykopaliście je? – zapytał ó Plar.
Saim wzruszył ramionami i pomyślał: „Wie, że sprofanowaliśmy ziemię”.
– Gdzie jest miejsce człowieka? – zapytał ó Plar.
– Miejsce człowieka jest wśród istot rosnących na błogosławionej powierzchni Matki Ziemi – odparł z pełnym rezygnacji westchnieniem. – Nie w morzu na dole ani na niebie w górze, ani w jaskiniach między morzem a niebem. Morze jest dla ryb. Niebo dla ptaków. Powierzchnia ziemi dla człowieka. Każde stworzenie ma swoje miejsce.
ó Plar kiwnął głową, stuknął laską w podłogę.
– Dobrze to recytujesz, ale czy w to wierzysz?
Saim odchrząknął, ale nic nie powiedział. Wyczuł nagłe napięcie w pokoju, zerknął na laskę w ręku ó Plara.
– Nie możesz się tłumaczyć niewiedzą – powiedział Kapłan Regent. – Wiesz, dlaczego człowiekowi nie wolno kopać w ziemi, jeśli nie uświęci tego swoją zgodą Rada albo kapłan-historyk taki jak ja.
Saim zacisnął pięści, rozluźnił palce. A więc do tego doszło.
– Wiesz o tym – ciągnął ó Plar. – Widziałeś, jak wróciłem po najwyższym warunkowaniu z mocą Pana. Widziałeś Prawdę!
Saim zacisnął usta. „Jak brzmi to stare powiedzenie? – zadał sobie pytanie. – Aha: Jeśli się powiedziało A, należy powiedzieć i B”.
– Wiem – powiedział. – Ale wcale nie z powodu waszej świętej procedury. – Zignorował zastygłą twarz ó Plara. – Dlatego, że w Utraconych Czasach ludzie, którzy kopali w ziemi, przypadkowo uruchomili taką broń. Doszli wtedy do wniosku, że rejon pod powierzchnią jest zakazany. I tak zostaliśmy z prawem, które wzięło się z przypadku i z legendy.
„Nie ma już dla niego ratunku” – pomyślał ó Plar i powiedział:
– To nie byłoby rozsądne. A nasz Pan, Budda, mówił rozsądnie, kiedy dawał nam przykazania. Uważam, że nadeszła pora, by nauczyć cię dyscypliny.
Saim zesztywniał.
– Przynajmniej próbowałem cię ostrzec – powiedział.
– Po pierwsze – rzekł ó Plar – mogło zostać trochę takiej broni, jaką opisałeś, ale czas na pewno zniszczył jej mechanizmy.
– Są tysiące pocisków – zaprotestował Saim. – Każdy zamknięty w ogromnym zbiorniku obojętnego gazu. Każdy gotowy do siania zniszczenia. – Pochylił się do przodu. – Może przynajmniej rzucisz okiem na dowody?
– Nie ma potrzeby, młodzieńcze. – Głos ó Plara stał się ostrzejszy. – Mogłeś sfabrykować dowolne dowody.
Saim zaczął coś mówić, ale ó Plar przerwał mu:
– Nie! Przyszedłeś tu, żeby skłonić mnie do powstrzymania pokazu milenijnego. Ośmieliłeś się wykorzystać nasze więzi rodzinne dla…
– Oczywiście, że chcę, żebyś powstrzymał ten pokaz!
– Ale nie powiedziałeś mi dlaczego.
– Powiedziałem.
– Spójrzmy na to rozsądnie – rzekł ó Plar. – Pod przewodnictwem błogosławionych kapłanów ludzkość dorosła i zapomniała o swoim burzliwym dzieciństwie. Prawie od tysiąca lat mamy pokój. Do pokazu milenijnego zostało zaledwie dziesięć dni. Zaledwie dziesięć dni, a ty nagle wynajdujesz powód, żeby go powstrzymać.
– Musisz to powstrzymać – powiedział błagalnym tonem Saim.
– Jaką szkodę może wyrządzić naszym ludziom parę ogni sztucznych?
– Nie muszę ci mówić jaką. Nigdy nie widzieliśmy czegoś takiego. Wszystkim nam zaszczepiono przez warunkowanie strach przed przemocą. Nie rozumiem, jak w ogóle zdołałeś się zmusić do zorganizowania takiego pokazu. Zahamowania… – Zadrżał. – Huk, wielkie rozbłyski na nocnym niebie. Wybuchnie panika!
„Taki przenikliwy umysł. Zawsze miał przenikliwy umysł” – pomyślał ó Plar.
– Przypomnimy tylko ludziom w stosunkowo łagodny sposób, jak było w starożytności – powiedział.
– Szaleństwo i panika – rzekł Saim.
– Być może lekka – przyznał ó Plar. Uspokoił drżenie lewej dłoni, ujmując laskę. – Ważne jest to, że wzbudzimy powszechną odrazę do tego, co głosicie wy, młodzi buntownicy.
– Wuju, my…
– Wiem, co mówicie – przerwał mu ó Plar. – Odrodźcie wszystkie nauki starożytnych! Rozprzestrzeniajcie się na inne planety! Rozprzestrzeniajcie się! Dobre sobie. Nie ma nas nawet tylu, byśmy zasiedlili wszystkie obszary tutaj, gdzie są dogodne warunki dla życia!
– Właśnie w tym rzecz, wuju. – Saim chciał paść na kolana, ale zamiast tego oparł się rękami o biurko. – Ludzkość wymiera. Nie ma żadnych – potrząsnął głową – żadnych dążeń, żadnej motywacji do działania.
– Dostosowujemy się do normalnych potrzeb Matki Ziemi – powiedział ó Plar. – Nic więcej. Cóż, pokażemy ludziom, co głosicie. Damy im pokaz zdobyczy starożytnej nauki.
– Nie usłyszałeś nic z tego, co mówiłem? – rzekł błagalnie Saim. – Wasz pokaz wywoła panikę. Fala strachu będzie się rozchodziła wraz z linią zmroku po całym świecie. A te stare pociski… wszystkie są nastawione na wykrywanie tej fali. Strach o krytycznym natężeniu spowoduje ich wystrzelenie!
ó Plar czuł presję swojego uwarunkowania – o wiele straszniejszego i bardziej krępującego niż jakakolwiek presja, którą odczuwało pospólstwo.
„Gdyby tylko wiedzieli…”
– A więc natknęliście się na miejsce Starszych – powiedział. – Gdzie ono jest?
Usta Saima pozostały zamknięte. Czuł, że targa nim jakaś emocja. „Złość?” Starał się przypomnieć sobie złość z dzieciństwa, ale nie mógł. Uwarunkowanie było zbyt silne.
– Znajdziemy miejsce, które sprofanowaliście, bez względu na to, czy powiesz nam, gdzie się znajduje, czy nie – oświadczył ó Plar.
– No to znajdźcie – rzekł Saim. Smutek, który go ogarnął, sprawił, że zwilgotniały mu oczy.
– Zrobię to – stwierdził ó Plar. Zawahał się. Udzielił mu się smutek Saima. Ale nie można było zrobić nic innego. Potrzeba chwili była jasna dla nich obu. – W prowincji Mon’tana jest odkrywkowa kopalnia miedzi – powiedział. – Potrzebują tam akolity, który nauczy się rytuałów od rezydenta.
– Akolity? Ależ, wuju, ja…
– Nie myśl, że zaprowadzi cię to do stanu kapłańskiego – przerwał mu ó Plar. – Ty też będziesz kopał. Najwyraźniej lubisz kopanie.
– Ale…
– Górnicy to banda profanatorów – rzekł ó Plar. – Bez wątpienia bierze się to z tego kopania.
– Wuju – odezwał się Saim – nie dbam o to, co ze mną zrobisz, ale może byś przynajmniej zbadał…
– Dość! – ó Plar przekręcił niemal niewidoczny pierścień na lasce. – Słyszysz mnie i jesteś posłuszny?
Saim zesztywniał i stanął na baczność, czując straszne oburzenie, że ó Plar uznał za konieczne użyć mocy laski. Jego usta poruszyły się jakby wbrew jego woli.
– Słyszę i jestem posłuszny.
– Spakujesz niezbędne rzeczy i wyjedziesz zaraz pociągiem do kopalni Błogosławieni w Niebiosach w Crystal w prowincji Mon’tana – powiedział ó Plar. – Na stacji końcowej będą czekały na ciebie rozkazy.
Jeszcze raz przekręcił pierścień na lasce.
Saim stał sztywno na baczność. Sygnał z laski napełnił jego umysł ciągiem przerażających obrazów bez nazw. Czerwona nierzecz wyłaniająca się z czarnej czeluści nadawała jego myślom kształty, których nie rozpoznawał. Była tam oślizła zielona część-jego-jaźni, która słuchała i była posłuszna. Była tam…
– Idź! – rozkazał ó Plar.
Sygnał zwolnił swój uścisk.
ó Plar pochylił głowę i wymruczał litanię pokoju. Nadal miał pochyloną głowę, kiedy usłyszał, że zamykają się drzwi. Brzęk dobiegający z rytmowodnego ogrodu stał się nagle zbyt głośny.
„Było tak blisko – pomyślał. – Z każdym dniem coraz trudniej mi radzić sobie z przypadkowymi wydarzeniami. Moje uwarunkowanie jest tak silne… tak pewne… tak bezwzględne”.
Dotknął guzika na biurku. W jednej chwili pojawiły się półprzezroczysta twarz i ramiona kobiety, przesunęły nad blat. Kobieta była w niebieskiej sukni kapłanki-historyczki z rodu Broxów. Ciemne włosy miała splecione w prosty warkocz przerzucony przez ramię. Znad surowych ust i wąskiego nosa patrzyły na ó Plara zielone oczy.
– Zrezygnujesz z tego, co robisz, i poddasz się karze? – zapytał ó Plar. Było to wypowiedziane bezbarwnym tonem rytualne pytanie.
– Wiesz, że nie mogę. – Odpowiedź była tak samo pozbawiona emfazy.
ó Plar napiął mięśnie twarzy, by ukryć chwilowy przypływ odrazy. „To, co zrobiła ta kobieta, mogło być koniecznością ze względu na okoliczności, zupełnie przypadkową, ale mimo to…”
– Dlaczego do mnie zadzwoniłeś? – zapytała.
ó Plar stuknął laską w podłogę.
– ó Katje! Musisz przestrzegać form!
– Przepraszam. Przypuszczam, że twój siostrzeniec przed chwilą wyszedł.
– Wysłałem go do kopalni – powiedział ó Plar. – Zaaplikowałem mu laską wstrząs, którego nigdy nie zapomni.
– Akurat taki, żeby go rozzłościć, ale nie żeby go skrępować. Ucieknie. Twoja laska nie działa dzisiaj prawidłowo.
ó Plar zaczął się podnosić.
– Nie zdołałbyś go złapać – powiedziała ó Katje. – Nie możesz nic zrobić. Ale nie ponosisz za to winy. To był przypadek.
ó Plar odprężył się.
– Tak. Przypadek. – Patrzył na nią. „Jak to sformułować? – zastanawiał się. – Muszę coś powiedzieć, nie mówiąc tego”.
– Chyba nie próbujesz znowu odkryć miejsca mojego pobytu, śledząc drogę, którą przebył mój sygnał? – zapytała.
– Wiesz, że w tej sprawie daliśmy za wygraną – odparł ó Plar. – Nie. Chcę powiedzieć coś o tej kopii. Dzięki temu przypadkowi dostaniesz może Saima, Rena i Jeni, za to ja będę miał kopię. Nie poddano jej warunkowaniu!
– Potrzebuję dobrych pracowników – powiedziała.
– Ukrywają się gdzieś blisko miasta – stwierdził ó Plar. – Saim przyszedł pieszo. Znaleźli jedną z tych starożytnych jaskiń, ot co. Starsi ukryli je diabelnie sprytnie, ale czasami przypadek… – Urwał. „Zrozumiała?”
– Skąd masz pewność, że dostaniesz tę kopię? – zapytała ó Katje.
„Niech czort porwie tę kobietę! Prosto w szpony zahamowań!” – pomyślał ó Plar i powiedział:
– Skoro nie chcesz zrezygnować z tego, co robisz, i poddać się karze, dalsza rozmowa nie ma sensu. Obyś odnalazła drogę łaski.
Przerwał połączenie i patrzył, jak obraz blaknie.
„Głupia. Pędzi wprost… – Jego myśli zmieniły kierunek. – Nie, nie jest głupia! Sprawdzała siłę mojego zahamowania! Kiedy zareagowałem… wiedziała już na pewno, że byliśmy przygotowani, by śledzić Saima, że widzieliśmy ten przypadek”.
ó Plar odchylił się do tyłu w fotelu. Martwił się, zastanawiał. Mały nadajnik, który przykleił do pleców Saima, kiedy objął go na powitanie, na pewno doprowadzi strażników prosto do ukrytej jaskini. Jedna część jego „ja” radowała się na myśl o tym, inna wzdrygnęła się z przerażeniem. Staranne nagromadzenie tak wielu przypadków…

George zobaczył drzwi i zatrzymał się. Widać było, że zostały wyważone, a potem naprawione. Były to drzwi graniczne, prowadzące do komory obronnej. Wiedział o tym, ale znaczenia tych terminów nie były dla niego całkowicie jasne. Określenia te pochodziły z anciengielskiego, języka, w którego znajomości miał spore luki.
Wszystko dookoła wydało mu się nagle obce, jakby otoczenie było niezgodne z rzeczywistością, do której przywykł. Coś plątało się wokół jego kostek. Spojrzał na długą, białą szatę, którą miał na sobie. Wyglądała jak… jak szpitalna koszula, ale była dłuższa.
– Coś nie w porządku, Jorj?
Obrócił się szybko, zobaczył śniadego mężczyznę o płaskiej twarzy i migdałowych oczach. „Migdałowe oczy! Z migdałowymi oczami jest coś nie w porządku… są… niebezpieczne” – pomyślał.
– Jesteś… – powiedział.
– Ren, twój lekarz – odparł Ren i zesztywniał, zastanawiając się, czy dojdzie do nowego wybuchu agresji u tej kopii.
– Aha. – George się odprężył. – Zachorowałem.
– Ale jesteś już zdrowy. – Ren zachowywał czujność. „Nie sposób przewidzieć, co może wywołać złość tej istoty”.
George wziął głęboki oddech.
„Te drzwi!”
Uważnie się im przyjrzał. Koło nich były plamy. „Krew?” Słyszał za nimi głosy. Pchnął je. Otworzyły się na cicho pracujących zawiasach i ukazała się komora wykuta w szarej skale. Rozproszone oświetlenie, w którym żaden przedmiot nie rzucał cienia, nadawało temu miejscu sterylny wygląd. Stali tam i rozmawiali mężczyzna i kobieta. Znał tę kobietę. Jeni. Przychodziła z jedzeniem i współczuciem w oczach. Ale nie znał mężczyzny – szare oczy, krótko przystrzyżone jasne włosy. Bił od niego powiew młodości.
– Nie mieli szans mnie złapać – mówił mężczyzna. – Łatwo wysforowałem się przed nich. A kiedy dotarliśmy do lasu… – Przerwał, wyczuwając, że ktoś mu się przygląda.
Ren przepchnął się obok George’a do środka i zapytał:
– Saim, kiedy wróciłeś?
– W tej chwili – odpowiedział Saim Renowi, ale patrzył na jego towarzysza, który wszedł do komory i rozglądał się po niej. Widok kopii uwolnionej z kadzi odmładzającej wydał mu się odrażający. – Coś jest z nim nie tak? – zapytał.
– Z Jorjem? Nie. Miał ciężki dzień, rozwiązywał problemy i badał nowe otoczenie. To wszystko.
– Jestem George – mruknął George. Słowa te zostały wypowiedziane tak beznamiętnym tonem, jakby mówił do siebie.
– On mówi! – rzekł wstrząśnięty Saim. Było to przerażające, jakby ta istota zapuściła mackę w nowy, bluźnierczy wymiar.
– Wygląda na zmęczonego, Ren – powiedziała Jeni.
George skupił uwagę na Saimie.
– Jesteś… – Jego głos odpłynął, a twarz zwiotczała. Stał w milczeniu, miał nieobecne spojrzenie.
– Nic mu nie jest? – zapytała Jeni.
– Nie – odparł Ren. Położył rękę na ramieniu George’a. – Ma na imię Ma-Jor, Jorj czy jakoś tak. Znaleźliśmy schemat dźwiękowy, śledząc najmniejszy opór jego ust.
– Major – szepnął George.
– Widzicie? – rzekł Ren. Wiedział, że zabrzmiało to pyszałkowato, ale czy ktoś inny ożywił kiedykolwiek kupę kości, stworzył życie tam, gdzie od tysiąca lat władała śmierć? Obrócił się do Saima. – Mówiłeś o łapaniu. Coś poszło źle?
– Wuj dał mi nakaz pracy w kopalni. Uciekłem. – Saim oderwał wzrok od kopii, zastanawiając się: „Jak to możliwe, by tak odrażająca istota była tak fascynująca?”.
– I przyszedłeś prosto tutaj? – zapytał Ren.
– Wysmarowałem podeszwy butów i skraj szaty tym smarem. Basenjimetry mnie nie wytropią.
Nerwami Rena szarpnął strach.