Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Historia klanów, które stworzyły Hollywood nie jest pasmem chwalebnych uczynków, jest jednak ciekawsza niż większość filmów, jakie tam powstały. Jean Stein w książce „Na zachód od Edenu” zebrała głosy ludzi znających to miasto i jego wpływowych mieszkańców od podszewki.


Na zachód od EdenuMit oglądany z wielu perspektyw – tak w największym skrócie można opisać, czym jest książka „Na zachód od Edenu”. Jej lekturę można zacząć na dwa sposoby: tradycyjnie, począwszy od pierwszego zdania albo zatapiając się w jej końcowych stronicach. Skąd ten drugi pomysł? Ano stąd, że dopiero na samym końcu książki autorka wyjaśnia czytelnikom, kim są jej rozmówcy, wzmiankowani wcześniej wyłącznie z imienia i nazwiska. Forma książki polega zaś na, zdających się nie mieć końca, rozmowach ludzi, którzy w Hollywood się wychowali lub spędzili tam znaczną część swojego życia. Pochodzą z wielopokoleniowych rodzin, które stworzyły to miasto bądź pracowały dla nich – lub z nimi. Czytelnik, śledząc te dialogi meandrujące pośród odległych wspomnień, może się w jednej chwili poczuć, jakby osobiście uczestniczył w rozmowie, co jednak można lepiej docenić, gdy wiadomo z kim zasiadamy do tej pogawędki.

Istotne jest także i to kim była sama Jean Stein, autorka „Na zachód od Edenu”. Urodzona w 1934 roku w Los Angeles, była córką Julesa Steina, założyciela Music Corp of America czyli agencji odpowiedzialnej za wykreowanie wielu gwiazd, między innymi Bette Davis, Grety Garbo, Ingrid Bergman czy Franka Sinatry. Opowieść o MCA jest jednym z tych porywających, typowo amerykańskich scenariuszy – znudzony lekarz okulista, mający już dość dobierania odpowiednich soczewek pacjentom, postanawia zmienić coś w swoim poukładanym i przewidywalnym życiu. Zakłada własny biznes i udaje mu się zostać jednym z tuzów przemysłu rozrywkowego. Amerykański sen w swej najczystszej postaci.

Miejsce na tę historię znalazło się w książce napisanej przez Jean, trudno, by było inaczej, aczkolwiek ważne jest też to, że Jean tocząc swoje rozmowy konwersuje z ludźmi znanymi jej od dziecka, którzy bez żadnych oporów, ze szczodrością i otwartością dzielą się z nią tym, co pamiętają. Lub wręcz razem z dziennikarką sięgają do zasobów wspólnej pamięci. Jean prosi o cudze wspomnienia i nie skąpi też swoich. A dzieciństwo w Beverly Hills, przebiegające w stałym kontakcie z najbarwniejszymi postaciami owych czasów jest warte wspomnień.

Zresztą, jeśli ktoś interesuje się zapleczem Fabryki Snów, to każda z zamieszczonych w książce historii ma szansę go zainteresować. Wielkie interesy i jeszcze większe skandale związane z rodziną Dohenych, klan Warnerów, wspomniana już wcześniej rodzina Steinów, aktorki i aktorzy, gwiazdy starej daty oraz to, co być może najciekawsze – anegdoty i przeróżne wspomnienia związane z powstawaniem dawnych filmów – wszystko to znalazło się na kartach książki i przez rozmówców Jean zostało opowiedziane bez cienia zadęcia, zwyczajnie. Tak jak opowiada się sąsiadowi o codziennych sprawach, tak jak wspomina się ze znajomymi dawne lata.

Ten nastrój bezpośredniości jest ważną cechą charakterystyczną „Na zachód od Edenu”. W pewnym stopniu wpływa na nią także i to, że większość rozmówców, dziś będących już seniorami, najchętniej wraca do lat, gdy byli dzieciakami z Hollywood i obserwowali otaczającą ich rzeczywistość z ciekawością typową dla młodzieńczych chwil. „Mam cudowne wspomnienia z dzieciństwa” – mówi Bob Walker, którego mama znana światu jako Jennifer Jones (w rzeczywistości nazywała się Phylis Isley) podpisała umowę z legendą wśród producentów – Davidem Selznickiem, zamieniając tym samym dotychczasową skromną egzystencję na żywot gwiazdy, docenionej zresztą Oscarem dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej w 1944 roku. Bob zdołał się więc dowiedzieć jak to jest, kiedy wszystko dookoła zmienia się jak na skinienie czarodziejskiej różdżki. Nie on jeden. Inne dzieci, rówieśnicy i rozmówcy Jean Stein także widzieli swoich rodziców w ich trudnych początkach na ścieżce kariery, w chwilach sławy i chwały i nierzadko w chwilach upadku. Te ich opowieści snute po latach, rekonstrukcja własnych wspomnień, odczuć i przeżyć mają w sobie autentyzm i wciąż bogate są w emocje.

opowieści snute po latach, rekonstrukcja własnych wspomnień, odczuć i przeżyć mają w sobie autentyzm i wciąż bogate są w emocje

Inna sprawa, że kto jak kto, ale Jean Stein miała dar prowadzenia ciekawych rozmów. Jej życiowa kariera dziennikarska, lata spędzone na stanowisku redaktor naczelnej „The Paris Review”, nauczyły ją jak prowadzić konwersację, w której rozmówca zatapia się z chęcią i zaangażowaniem, jednocześnie wpuszczając czytelnika do swego świata. Tę umiejętność bardzo dobrze spożytkowała komponując opowieść o największych osobowościach Los Angeles i niezwyczajnej rzeczywistości, którą wykreowały. Robert Wiśniewski

Jean Stein, Na zachód od Edenu, Przekład: Dariusz Żukowski, Wydawnictwo Agora, Premiera: 5 lipca 2017,
 

 

Na zachód od Edenu

Jean Stein
Na zachód od Edenu
Przekład: Dariusz Żukowski
Wydawnictwo Agora
Premiera: 5 lipca 2017
 

Kręty podjazd wił się w dół między murkami oporowymi ku otwartej żeliwnej bramie. Za ogrodzeniem rozpoczynał się kilkukilometrowy spadek terenu. Daleko w dole dostrzegłem słaby zarys starych drewnianych wież szybowych na polu naftowym, na którym Sternwoodowie dorobili się swojej fortuny. […] Na pozostałej niewielkiej części wciąż pracowały szyby wiertnicze, pompujące pięć do sześciu baryłek dziennie. Przeprowadziwszy się na szczyt wzgórza, Sternwoodowie nie czuli już zatęchłej woni ścieków ani ropy, za to z frontowych okien domu mieli widok na źródło swego bogactwa. Gdyby oczywiście chcieli na nie patrzeć. Nie sądziłem jednak, by mieli na to ochotę.
RAYMOND CHANDLER, Głęboki sen
(przełożyła Justyna Niedzielska)

Richard RAYNER: Skandale mają to do siebie, że gdy już otworzy się puszkę Pandory, sprawa okazuje się bardziej niejasna, intymna i zagmatwana, znacznie szerzej zakrojona i rozwlekła, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Historia Edwarda L. Doheny’ego doprowadziła do otworzenia takiej właśnie puszki, co zapoczątkowało szereg niezwykłych wydarzeń poruszających cały kraj przez dekadę. Należały do nich upadek i śmierć prezydenta, dwa zabójstwa popełnione we wciąż nie do końca wyjaśnionych okolicznościach, w które Doheny był uwikłany, i w końcu upadek samego Doheny’ego – w pewnym okresie najbogatszego człowieka Ameryki – który zmarł w 1935 roku w ubóstwie i niełasce, co było w znacznej mierze skutkiem jego własnych działań i usilnych prób ochronienia się.

Patrick „NED” DOHENY: Mojego pradziadka zaskoczył obrót wydarzeń. Kiedy słyszysz o upadku tak silnego człowieka, zaczynasz się zastanawiać, jak to jest, kiedy trzeba się mierzyć z tyloma przeciwnościami, i kim trzeba być, żeby coś takiego przetrwać. To była tragedia, ale w książkach historycznych nie zostawiają na nim suchej nitki. Taka bezlitosna ocena naszej rodziny bardzo mnie przygnębia. Martwi mnie, że pradziadka, osobę tak inspirującą, przedstawia się zupełnie jednowymiarowo. To niedorzeczne. Jego dokonania są niemal niewiarygodne – zrobił ogromną fortunę, odniósł wielki sukces i przeżywał niesamowite przygody. Natomiast film Aż poleje się krew nie ma z tym nic wspólnego. Nie zawiera choćby grama prawdy. Jedyny autentyczny fragment jest na początku, gdy pradziadek leży w szybie – wiele razy opowiadał, że kiedyś spadł do szybu i połamał nogi. Cała reszta to stek bzdur. Wszyscy ci ludzie – Upton Sinclair, ten od Nafty, i fi lmowcy, którzy przyszli po nim – mieli interes w pokazywaniu zdarzeń w określony sposób i absurdem jest mylenie ich punktu widzenia z prawdą historyczną. Film mi się podobał, a Daniel Day-Lewis jest w nim wręcz niesamowity, ale to wszystko nie ma nic wspólnego z moją rodziną. Zresztą prawda jest dużo ciekawsza niż wszystko, co ktokolwiek zdołałby wymyślić.

Stasuj karty i rozdaj na nowo do partii pokera; ułożą się zawsze inaczej jak poprzednio, a przecież jest to ta sama gra, ta sama talia kart, w tym samym celu stosowana przez zirytowanych lub spokojnych graczy, siedzących w obłokach dymu z papierosów.
UPTON SINCLAIR, Nafta
(przełożyła Antonina Sokolicz)

Richard RAYNER: Saga rodu Dohenych przeplata się ściśle z historią Los Angeles. Często przedstawia się Williama Mulhollanda jako swoistego ojca chrzestnego LA, który doprowadził wodę do miasta, co pozwoliło na jego rozwój. Klan Dohenych symbolizuje natomiast inny sposób bogacenia się przez pierwsze trzy dekady szybkiego wzrostu LA. W latach 1900-1930 populacja miasta zwiększyła się z około stu tysięcy ludzi do ponad miliona i dwustu tysięcy.

Mike DAVIS: Dzieje Los Angeles są jak podniecająca przejażdżka kolejką górską, która stopniowo zamienia się w koszmar. Pod koniec 1885 roku zjawienie się spółki Santa Fe w południowej Kalifornii złamało trwający od dekady monopol kompanii Southern Pacific na szlak kolejowy. Od marca następnego roku rozpoczęła się między nimi najzacieklejsza wojna cenowa w dziejach kraju – koszt biletu z Chicago spadł do absurdalnej kwoty jednego dolara, by z biegiem czasu ustabilizować się na poziomie dziesięciu dolarów. Dwieście tysięcy ciekawskich turystów skorzystało z tanich przewozów, by odwiedzić Słoneczną Krainę i zanurzyć stopę w falach Pacyfiku.
Najpierw jednak musieli przedrzeć się przez kordon pośredników handlu ziemią i pomagających im chłopców z tablicami reklamowymi, którzy stali przed stacją, próbując sprzedać pasażerom parcelę marzeń w jednym z nowych przedmieść ogrodów albo na jałowych wzgórzach wokół miasta. W Los Angeles kładziono supernowoczesne betonowe chodniki, lecz główne ulice wciąż były żwirowane, pyliste, a często pełne błota. Doheny, stary nafciarz, i tak pewnie lepiej się czuł na nagim, skalistym pustkowiu i lubił nieposkromioną, dziką naturę wokół miasta. W Los Angeles brakowało wody, węgla, porządnego portu i przemysłu wytwórczego. Miasto miało słabo zagospodarowaną linię brzegową i było dramatycznie niedokapitalizowane. Ale wiedzieli o tym tylko miejscowi. Nowo przybyli widzieli raj i pragnęli kupić jego kawałek.

Richard RAYNER: Ludzi przyciągała nafta, a Doheny był twórcą przemysłu naftowego w LA, choć fortuny dorobił się głównie w Meksyku. W latach dwudziestych XX wieku w LA produkowano dwadzieścia procent światowej ropy. Widać to, gdy się patrzy na zdjęcia wielkiego lasu szybów naftowych rozsianych po całym mieście. Upton Sinclair opisuje ten okres w Nafcie. Przemysł rozwijał się na niesamowitą skalę i działo się to za sprawą Doheny’ego. Niewiele jednak wiadomo o jego wcześniejszym życiu, kiedy to w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku wędrował po Zachodzie. Poznajemy go dopiero w chwili, gdy ma ponad czterdzieści lat. Przypuszczam, że wówczas był już dość zdesperowany, bo wszystko się sypało. Znamy historię życia jego pierwszej żony, którą zostawił – to dość mroczna opowieść.

Maryann BONINO: Edward Doheny ożenił się ze swoją pierwszą żoną Carrie Wilkins w mieście Kingston w stanie Nowy Meksyk w 1883 roku. Carrie nie znała swojego ojca, który podczas wojny domowej był lekarzem polowym. Gdy była małym dzieckiem, pojechał na front i nie wrócił. Razem z matką żyły jak pionierki. To był trudny los, zwłaszcza dla samotnych kobiet. Mimo to Carrie pozostała, jak się wydaje, bardzo wrażliwą osobą. Udzielała się we wspólnocie episkopalnej i odnosiła sukcesy jako śpiewaczka amatorka w Kingston, gdzie zamieszkali z Edwardem, a następnie w Silver City, dokąd się przenieśli – ponoć „brała szturmem wielkie widownie”. Po przeprowadzce do Los Angeles w 1891 roku w ich życiu finansowe i emocjonalne kryzysy przeplatały się z okresami szczęścia. W 1893 urodził im się syn Ned, lecz rok wcześniej stracili siedmioletnią córkę Eileen z powodu choroby serca wywołanej reumatyzmem. Edward odkrył ropę w Los Angeles i w hrabstwie Orange, lecz gdy zaczął realizować nowe inwestycje, z pieniędzmi zrobiło się krucho. Może właśnie dlatego w latach 1895-1899 co roku zmieniali mieszkanie. Pod koniec kwietnia 1899 Carrie postanowiła wyjechać wraz z Nedem na jakiś czas do San Francisco. Być może pojechała na północ, ponieważ Edward przenosił się do hrabstwa Kern, gdzie właśnie odkrył ropę. Ale mogła też mieć po temu jakiś inny powód – ostatecznie nie wróciła już do męża. W owym czasie, zapewne w tym samym biurowcu co Edward, pracowała Estelle Betzold, która zostanie jego drugą żoną. Ponoć Edward usłyszał jej głos w słuchawce i się nim zauroczył. Rzeczywiście, każdy twierdził, że miała czarujący głos, a do tego zachowywała się filuternie i zawadiacko. Prawdopodobnie odejście Carrie zbiegło się w czasie z pierwszymi flirtami Estelle i Edwarda. Carrie rozwiodła się z Edwardem dopiero jedenaście miesięcy po separacji. Jednak nawet wtedy, po przeprowadzce do Oakland, wciąż musiała żywić do niego jakieś uczucia. Pod koniec września 1900 roku – mniej więcej miesiąc po ślubie Edwarda z Estelle i trzy tygodnie po tym, jak zawiózł on swoją nową żonę do San Francisco (a być może pokazał jej również Oakland po drugiej stronie zatoki) – Carrie się zabiła. Biografowie Doheny’ego twierdzą, że miała jakieś problemy psychiczne, ale fakty wcale tego nie potwierdzają.

Carole WELLS DOHENY: Carrie tak bardzo przygnębiło jego ponowne małżeństwo, że się zabiła. Jej depresja udzieliła się później całej rodzinie. To bardzo okrutna przypadłość. Ale nikt właściwie już nie wspomina Carrie.

Maryann BONINO: Napiła się kwasu akumulatorowego. Zdaniem pracujących dla niej kobiet pomyliła go z zamówionym w aptece lekarstwem na przeziębienie. Mogła też upozorować samobójstwo, tak by wyglądało na pomyłkę. Ned prawdopodobnie mieszkał z nią w tym czasie. Otruła się rankiem, gdy był w szkole, ale na pewno zdążył wrócić, gdy konała, i usłyszeć „potworne wrzaski” ciągnące się przez kilka godzin. Co więcej, pozostawał w tym samym domu jeszcze prawie dziesięć miesięcy po jej śmierci. Być może Edward i Estelle uznali, że lepiej zostawić go w Oakland wśród służących, których znał, i nie kazać mu gwałtownie zmieniać ustalonego trybu życia. Sami także bardzo przejęli się tragedią. Samobójstwo Carrie nimi wstrząsnęło. Ich małżeństwo, które trwało od niecałego miesiąca, nie zdążyło jeszcze na dobre okrzepnąć, nie mieli własnego domu, a Edwarda czekał ogrom pracy wskutek odkrycia ropy w Meksyku, które w innych okolicznościach należałoby uznać za niesamowite szczęście. Lecz plan ewidentnie nie wypalił, bo Ned kopał opiekunkę do nieprzytomności. Pod koniec lipca 1901 roku Estelle pojechała do Oakland, by osobiście zająć się chłopcem, i dwa tygodnie później napisała do Edwarda: „Gdybym nie przyjechała na ratunek, oskarżono by nas o morderstwo”.

Richard RAYNER: Historia poczynań Doheny’ego w Meksyku jest po prostu niesamowita. To opowieść o przedsiębiorczym awanturniku, a zarazem wyraźna ilustracja mechanizmów oligarchicznych manipulacji i bezczelnych kradzieży. Doheny na prawo i lewo rozdawał łapówki coraz wyżej postawionym meksykańskim urzędnikom, aż zaprzyjaźnił się z prezydentem Porfirio Díazem, który sprzedał mu wyłączne prawa do wierceń w rejonie Tampico, gdzie w owym czasie znajdowały się najbogatsze złoża ropy na świecie. Po obaleniu Díaza przez rewolucję meksykańską Doheny lawirował wśród kolejnych zmieniających się władz powstańczych i udało mu się utrzymać instalacje naftowe.

Patrick „NED” DOHENY: Te pola naftowe w Meksyku… Boże, całe wielkie państwa się na nie zamierzały. Byli tam Brytyjczycy, byli tam Niemcy – muzyka ranchero to w gruncie rzeczy niemieckie ludowe „umpa, umpa”. To dzięki Niemcom meksykańskie piwo jest takie dobre. Każdy wspierał tego czy innego drobnego tyrana, byle tylko położyć łapy na tylu bogactwach naturalnych, na ilu się dało.

Richard RAYNER: W latach 1903-1918 Doheny sześćdziesiąt pięć razy wyjeżdżał do Meksyku, by wręczać łapówki i urządzić na ogromnym, obejmującym niemal dwieście tysięcy hektarów terenie prywatny folwark zarządzany według zasad apartheidu. Stworzył tam mikrokosmos ukazujący jak w soczewce ukrywaną prawdę o ówczesnej Ameryce. Nic dziwnego, że wielu Meksykanów nienawidziło Doheny’ego i wysuwało przeciw niemu różne zarzuty. Raporty Biura Śledczego, poprzednika FBI, donoszą, że pod rezydencją Dohenych w LA przy Chester Place kręcili się rozmaici rewolucjoniści. Historyk Dan La Botz posuwa się nawet do twierdzenia, że Doheny mógł stać za zabójstwem Venustiano Carranzy, późniejszego prezydenta Meksyku, który dążył do znacjonalizowania przemysłu naftowego. Niezależnie od tego, czy tak faktycznie było, Doheny szybko zdał sobie sprawę z tego, że ruch lewicowy w Meksyku mu zagraża, toteż utworzył prywatną armię chroniącą jego ogromne włości, zwłaszcza gdy kraj ogarnął rewolucyjny pożar. Jego głównym celem było jednak takie pokierowanie wydarzeniami, aby to amerykańscy marines zajęli Meksyk, dzięki czemu sam nie musiałby wszystkiego pilnować. W ten sposób Doheny zabezpieczył swoje interesy. Jednocześnie sprowadził na siebie wiele gniewu.

John CREEL: Edward Doheny uznał, że mój prawujek Enrique Creel przyda mu się w realizacji planów, ponieważ był wybitnym meksykańskim politykiem i bankierem o bliskich związkach z prezydentem Díazem. Kiedy Enrique pełnił funkcję meksykańskiego ambasadora w Stanach, Doheny wydał bankiet na jego cześć w ekskluzywnym hotelu Alexandria w Los Angeles. Gazeta „Los Angeles Examiner” opisała to wydarzenie jako „jedno z najznakomitszych przyjęć zorganizowanych w dziejach miasta”. Na przystawkę podano kawior Imperiale D’Astrakhan. Doheny kazał nawet zamontować na obwodzie eliptycznego stołu specjalne fontanny, z których tryskały czerwone, białe i zielone strumienie, gdy spod blatu dobiegały pieśni Caruso. Każda zastawa kosztowała co najmniej sto pięćdziesiąt dolarów (suma z roku 1907), a rywalizujący z „Examinerem” „The Los Angeles Times” określił całą imprezę mianem „tornada ekstrawagancji”. Szkoda, że mnie tam nie było. Wiedzieli, jak się zabawić.

Richard RAYNER: Tydzień przed bankietem wydanym przez Doheny’ego na cześć Enrique Creela – i nie jest to przypadkowy zbieg dat – prywatni detektywi z LA na rozkaz ambasadora aresztowali ukrywającego się Ricarda Floresa Magóna, znanego meksykańskiego intelektualistę i anarchistę, który nawoływał do reformy rolnej w Meksyku. Doheny utrzymał swój kawałek Meksyku za pomocą wyjątkowej mieszanki odważnych decyzji i łapówek. Pokazał swoją bezwzględną twarz.

Patrick „NED” DOHENY: Estelle nikła w oczach podczas przeciągających się okresów niewyobrażalnej samotności, kiedy w ogóle nie widywała męża. I nagle wrócił z Meksyku. Był prawdopodobnie najbogatszym człowiekiem w Stanach. Trudno sobie wyobrazić podobną sytuację w tamtych czasach. Jednego dnia pracujesz na centrali telefonicznej, a następnego Steinway robi fortepian z popiersiem twojego syna po obu stronach klawiatury. Można go znaleźć w katalogu tej firmy Zrobili fortepian z wyrzeźbioną głową Neda. To nie rzeczywistość, tylko jakaś szalona fantazja.

Carole WELLS DOHENY: Edward i Estelle pojechali do San Francisco na wystawę światową. Estelle zobaczyła tam wspaniałą panoramę Pompei z kolumnami wykonanymi z czarno-różowego marmuru. Osiemnaście takich kolumn rozmieszczono na obwodzie elipsy. Estelle powiedziała: „Chciałabym mieć taką salę balową”. Więc Edward kazał rozmontować wystawę i zawieźć kolumny do Chester Place, gdzie ustawiono je w sali balowej. Fajna sprawa – mówisz „chciałabym to mieć” i natychmiast tę rzecz dostajesz.

Richard RAYNER: Dom Doheny’ego nie wygląda tak, jakby nadawał się do zamieszkania. Przypomina raczej fantazję o pozłacanym wieku.