Oceń artykuł:
5.00 avg. rating (96% score) - 1 vote

Mroczni Bibliotekarze znowu atakują – i pokazują swoje najgroźniejsze oblicze w II tomie serii "Alcatraz kontra Bibliotekarze" – "Kości skryby".


Alcatraz kontra Bibliotekarze. Kości SkrybyAlcatraz powraca w wielkim stylu. Infiltruje Bibliotekę Aleksandryjską, która bynajmniej nie została zniszczona i jest jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi, szuka swojego ojca, który prawdopodobnie wcale nie umarł, i odkrywa dziwny złoty sarkofag, w którym może znajdować się klucz do jego zdumiewającego talentu do psucia różnych rzeczy.

Biblioteki strzegą jednak kustosze – wytrwali i podstępni złodzieje dusz.

Oczywiście jest przy nim Bastylia – po to, by spuścić manto mrocznym Bibliotekarzom, ma się rozumieć. I nowo poznani, dość ekscentryczni członkowie rodziny. A walczyć przyjdzie im z najstraszniejszymi spośród Bibliotekarzy: tajną sektą najemników, Kośćmi Skryby.

Czy Alcatraz odzyska ojca? Czy wraz z przyjaciółmi zdoła uratować dziadka Smedry’ego i ujść z życiem?

***

Lemony Snicket i komiksy o superbohaterach w jednym.
Publishers Weekly

Brandon Sanderson
Alcatraz kontra Bibliotekarze. Kości Skryby
Przekład: Jacek Drewnowski
seria: Alcatraz kontra Bibliotekarze tom 2
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 24 maja 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

Alcatraz kontra Bibliotekarze. Kości Skryby


Przedmowa autora

Jestem kłamcą.
Zdaję sobie sprawę, że możecie w to nie uwierzyć. Właściwie mam nawet taką nadzieję. Nie tylko dodałoby to temu stwierdzeniu wyjątkowej ironii, ale też oznaczałoby, że macie o mnie nadzwyczaj dobre zdanie.
Widzicie, wiem, że w Wolnych Królestwach słyszeliście o mnie różne historie. Może oglądaliście na silimatycznym ekranie jakiś film dokumentalny o mnie. Rozumiem, dlaczego nie chcecie wierzyć, że jestem kłamcą. Pewnie uważacie, że po prostu jestem skromny.
Myślicie, że mnie znacie. Słyszeliście opowieści. Rozmawialiście ze znajomymi o moich dokonaniach. Czytaliście książki historyczne i słuchaliście, jak heroldowie opiewają moje bohaterskie czyny. Kłopot w tym, że lubią o mnie mówić jedynie ci, którzy są większymi kłamcami ode mnie.
Nie znacie mnie. Nie rozumiecie. I z pewnością nie powinniście wierzyć w to, co o mnie czytaliście. Z wyjątkiem, ma się rozumieć, tej książki, bo ona opisuje prawdę.
A teraz zwrócę się do Ciszlandczyków. Chodzi o tych z was, którzy mieszkają w takich miejscach jak Europa czy obie Ameryki. Nie dajcie się zwieść tym, że ta książka wygląda jak powieść fantastyczna! Podobnie jak poprzedni tom drukujemy ją w Ciszlandach jako fikcję, by ukryć ją przed Bibliotekarzami. To nie jest fikcja. W Wolnych Królestwach – krainach takich jak Mokia i Nalhalla – książka ukaże się otwarcie jako autobiografia. Tym bowiem jest. Moją historią pierwszy raz opowiedzianą tak, by przedstawić prawdziwy bieg wydarzeń.
Tym razem zamierzam usunąć zafałszowania. Chcę wreszcie zobaczyć prawdę w druku. Nazywam się Alcatraz Smedry i zapraszam na drugi tom historii mojego życia.
Obyście uznali ją za pouczającą.

1

A zatem siedziałem skulony na krześle, czekając w ponurym lotniskowym terminalu, i bezmyślnie chrupałem nieświeże chipsy ziemniaczane z torebki.
Nie takiego początku się spodziewaliście, prawda? Pewnie myśleliście, że zacznę tę książkę czymś emocjonującym. Sceną z udziałem złych Bibliotekarzy, na przykład jakimś ołtarzem, ożywieńcami, a przynajmniej paroma karabinami maszynowymi. Przykro mi, że was rozczarowałem. Nie pierwszy raz mi się to zdarza. Mimo wszystko to dla waszego dobra. Widzicie, postanowiłem zmienić się na lepsze. Moja poprzednia książka była strasznie nie w porządku – zacząłem ją pełną napięcia, mrożącą krew w żyłach sceną akcji. Potem zmieniłem temat i pozostawiłem czytelnika w zawieszeniu, ciekawości i we frustracji.
Obiecuję, że nie będę więcej taki podstępny w swoim pisaniu. Nie będę stosował zawieszania akcji czy innych sztuczek, by utrzymać waszą uwagę. Będę spokojny, pełen szacunku i całkowicie bezpośredni. A przy okazji. Czy wspomniałem, że czekając na tym lotnisku, znajdowałem się zapewne w największym niebezpieczeństwie w całym moim życiu?
Zjadłem kolejnego nieświeżego chipsa.
Gdybyście minęli mnie, kiedy tam siedziałem, uznalibyście, że wyglądam jak przeciętny amerykański chłopak. Miałem trzynaście lat i ciemnokasztanowe włosy. Nosiłem luźne dżinsy, zieloną kurtkę i białe trampki. Przez ostatnie miesiące nieco urosłem, ale mój wzrost zdecydowanie mieścił się w średniej dla mojego wieku. W istocie jedyną niezwykłą moją cechą były niebieskie okulary. Nie były to okulary przeciwsłoneczne, wyglądały raczej jak okulary do czytania jakiegoś staruszka, tyle że z barwionymi na błękitno szkłami. (Nadal uważam, że ten aspekt mojego życia jest strasznie nie w porządku. Z jakiegoś powodu im potężniejsza jest para soczewek okulatoryjnych, tym mniej efektownie wygląda. Pracuję nad teorią na ten temat, zwaną prawem nieproporcjonalnego obciachu).
Schrupałem kolejnego chipsa. No, dziadku…, pomyślałem. Gdzie jesteś?
Mój dziadek jak zwykle się spóźniał. Nie można go było bardzo za to winić. Leavenworth Smedry to w końcu Smedry. (Nazwisko zdradza go od razu). Jak wszyscy Smedry dysponuje magicznym talentem. W jego wypadku to zdolność magicznego spóźniania się w różne miejsca. Choć większość ludzi uznałaby to za znaczną niedogodność, my, Smedry, potrafimy wykorzystywać talenty dla swojej korzyści. Dziadek na przykład spóźnia się na rany postrzałowe czy katastrofy. Ten talent wiele razy uratował mu życie.
Niestety dziadek ma skłonność do spóźniania się także w innych sytuacjach. Myślę, że używa talentu jako wymówki, nawet gdy ten nie ma nic wspólnego ze sprawą. Kilka razy próbowałem z nim o tym rozmawiać, ale bez powodzenia. Po prostu spóźniał się na moje pretensje i dźwięk do niego nie docierał. (Poza tym zdaniem dziadka Smedry’ego pretensje zaliczają się do katastrof).
Skuliłem się trochę bardziej na krześle, starając się nie rzucać w oczy. Sęk w tym, że każdy, kto wiedział, na co zwracać uwagę, widział, że noszę soczewki okulatoryjne. Te akurat błękitne okulary były pospolitym wariantem, pozwalającym dwóm okulatorom porozumiewać się na niewielką odległość. Przez parę ostatnich miesięcy bardzo się przydawały mojemu dziadkowi i mnie, kiedy musieliśmy uciekać i ukrywać się przed bibliotekarskimi agentami. Niewiele osób w Ciszlandach rozumie moc soczewek okulatoryjnych. Większość ludzi, którzy szli przez lotnisko, nie miała bladego pojęcia o takich sprawach jak okulatorzy, technika silimatyczna czy sekta złych Bibliotekarzy, potajemnie władająca światem.
Tak. Nie ma tu pomyłki. Światem rządzą groźni Bibliotekarze. Trzymają wszystkich w niewiedzy, wmawiając im kłamstwa zamiast historii, geografii i polityki. Dla nich to rodzaj żartu. Myślicie, że skąd się wzięła ich nazwa? Bibliotekarze. Bibliote-ŁGARZE.
Teraz wydaje się to oczywiste, prawda? Jeśli macie ochotę walnąć się w czoło i głośno zakląć, proszę bardzo. Mogę poczekać. Zjadłem następnego chipsa. Dziadek Smedry miał nawiązać ze mną łączność za pośrednictwem soczewek gońca już ponad dwie godziny temu. Robiło się późno, nawet jak na niego. Rozejrzałem się, próbując sprawdzić, czy w tłumie na lotnisku kryją się jacyś bibliotekarscy agenci. Żadnych nie zauważyłem, ale to jeszcze nic nie znaczyło. Wiedziałem dosyć, by zdawać sobie sprawę, że nie zawsze da się poznać Bibliotekarza na pierwszy rzut oka. Choć niektórzy zdradzają się przez ubranie – okulary w rogowych oprawkach u kobiet, muszki i kamizelki u mężczyzn – inni wyglądają zupełnie normalnie i wtapiają się w tłum zwykłych Ciszlandczyków. Niebezpieczni, ale niewidoczni. (Trochę jak ci mąciciele, którzy czytają powieści fantasy).
Musiałem podjąć trudną decyzję. Mogłem dalej trzymać na nosie soczewki gońca, co bibliotekarskim agentom wskazywałoby mnie jako okulatora. Mogłem je też zdjąć, a przez to przegapić wiadomość od dziadka Smedry’ego, gdy znajdzie się dość blisko, by nawiązać ze mną kontakt. O ile znajdzie się tak blisko.
Grupa ludzi podeszła niedaleko mnie i ułożyła swój bagaż na kilku rzędach krzeseł, gawędząc o opóźnieniach lotów z powodu mgły. Naprężyłem mięśnie, zastanawiając się, czy to bibliotekarscy agenci. Po trzech miesiącach uciekania miałem nerwy w strzępach. Ale uciekanie dobiegało końca. Wkrótce miałem wydostać się z Ciszlandów i wreszcie odwiedzić swoją ojczyznę. Nalhallę, jedno z Wolnych Królestw. Miejsce, o którego istnieniu Ciszlandczycy nawet nie wiedzą, mimo że leży na dużym kontynencie pomiędzy Ameryką Północną a Azją. Nigdy wcześniej jej nie widziałem, lecz słyszałem opowieści i widziałem wytwory techniki Wolnych Królestw. Samochody, które same się prowadzą, klepsydry właściwie odmierzające czas bez względu na to, w którą stronę się je odwróci. Marzyłem, by znaleźć się w Nalhalli… Lecz jeszcze bardziej rozpaczliwie pragnąłem wydostać się z krain pozostających pod kontrolą Bibliotekarzy.
Dziadek Smedry nie wyjaśnił, jak dokładnie zamierza mnie wydostać ani nawet dlaczego spotykamy się na lotnisku. Istnienie jakichś połączeń lotniczych z Wolnymi Królestwami nie wydawało się prawdopodobne. Bez względu jednak na metodę, wiedziałem, że nasza ucieczka raczej nie będzie łatwa. Na szczęście kilka rzeczy przemawiało na moją korzyść. Po pierwsze, byłem okulatorem i miałem dostęp do dość potężnych soczewek. Po drugie, miałem dziadka, który był specem od wymykania się bibliotekarskim agentom. Po trzecie, wiedziałem, że Bibliotekarze starają się nie rzucać w oczy, mimo że w sekrecie rządzą większością świata. Pewnie nie musiałem się przejmować policją ani ochroną lotniska – Bibliotekarze raczej nie angażowaliby funkcjonariuszy, bo to groziłoby ujawnieniem spisku ludziom o zbyt niskiej randze.
Ja też miałem swój talent. Ale… No cóż, nie byłem do końca pewien, czy działa on na moją korzyść. Bo… Zamarłem. Mężczyzna stojący w strefie oczekiwania przed bramką obok mojej. Miał na sobie garnitur i okulary przeciwsłoneczne. I patrzył prosto na mnie. Kiedy tylko go zauważyłem, odwrócił wzrok, sprawiając aż nadto nonszalanckie wrażenie.
Okulary przeciwsłoneczne oznaczały zapewne soczewki wojownika – jeden z nielicznych typów soczewek, których mógł używać ktoś, kto nie był okulatorem. Zesztywniałem. Mężczyzna mruczał coś do siebie. Albo mówił do nadajnika radiowego. Na szkło tłukące!, pomyślałem, wstając i zarzucając na ramię plecak. Przeciskałem się przez tłum, zostawiając bramkę za sobą, po czym uniosłem dłoń ku oczom z zamiarem zdjęcia soczewek gońca.
Ale… Co jeśli dziadek Smedry spróbuje się ze mną skontaktować? Niemożliwe, żeby znalazł mnie na zatłoczonym lotnisku. Musiałem dalej nosić okulary.
Czuję się w obowiązku przerwać tutaj akcję i ostrzec was, że często przerywam akcję, by wspominać o jakichś błahostkach. To jeden z moich złych nawyków, który – podobnie jak noszenie skarpetek nie do pary – zwykle budzi u innych rozdrażnienie. Ale to nie moja wina, słowo daję. Obwiniam o to społeczeństwo. (O skarpetki, żeby była jasność. Kwestia przerywania akcji to już wyłącznie moja sprawka). Przyspieszyłem kroku, trzymając głowę spuszczoną, a soczewki na miejscu. Nie uszedłem daleko, gdy zauważyłem grupę mężczyzn w czarnych garniturach i różowych muszkach, stojących na ruchomym lotniskowym chodniku niedaleko przede mną. Mieli ze sobą kilku umundurowanych ochroniarzy.
Stanąłem jak wryty. To tyle, jeśli chodzi o nieprzejmowanie się policją… Próbowałem powstrzymać panikę, odwróciłem się – tak ukradkowo, jak tylko potrafi łem – i pospieszyłem w przeciwną stronę. Powinienem był zdawać sobie sprawę, że zasady zaczną się zmieniać. Bibliotekarze przez ostatnie trzy miesiące ścigali dziadka Smedry’ego i mnie. Może nie podobał im się pomysł angażowania miejscowych służb porządkowych, ale jeszcze bardziej nie podobał im się pomysł zgubienia nas. Druga grupa bibliotekarskich agentów nadchodziła z przeciwnego kierunku. Kilkunastu wojowników w soczewkach, zbrojnych w szklane miecze i inną zaawansowaną broń.
Mogłem zrobić tylko jedno.
Wszedłem do łazienki.
Było tam wielu ludzi zajętych swoimi sprawami. Pognałem pod ścianę z tyłu. Plecak upuściłem na podłogę, a potem przyłożyłem obie dłonie do płytek na ścianie. Kilku mężczyzn w łazience posłało mi dziwne spojrzenia, ale do tego już się przyzwyczaiłem. Ludzie dziwnie na mnie patrzyli przez większość mojego życia – jak mogłoby być inaczej w wypadku dzieciaka psującego rzeczy, które niezbyt łatwo dawały się zepsuć? (Raz, kiedy miałem siedem lat, mój talent postanowił kruszyć betonowe płyty, gdy na nich stawałem. Zostawiłem za sobą szlak popękanych płytek chodnikowych, co wyglądało jak ślad jakiegoś olbrzymiego śmiercionośnego robota… noszącego trampki w rozmiarze 36).
Zamknąłem oczy i skupiłem się. Wcześniej pozwalałem, by talent rządził moim życiem. Nie wiedziałem, że mogę nad nim panować. Nie byłem nawet przekonany, że jest prawdziwy. Pojawienie się dziadka Smedry’ego przed trzema miesiącami wszystko zmieniło. Ciągnąc mnie ze sobą w celu infiltracji biblioteki i odzyskania piasku Raszida, pomógł mi pojąć, że mogę używać swojego talentu, zamiast pozwalać, by to talent używał mnie. Skoncentrowałem się i dwie strugi energii zapulsowały mi w piersi, po czym przepłynęły przez ręce. Płytki przede mną odpadły i roztrzaskały się, spadając na posadzkę niczym rząd sopli strącanych z poręczy. Dalej pozostawałem skupiony. Ludzie za mną zaczęli krzyczeć. Bibliotekarze mogli mnie dopaść lada chwila.
Cała ściana pękła i runęła do tyłu. Trysnęła woda z rury. Nie oglądając się na krzyczących ludzi, sięgnąłem za siebie i złapałem plecak. Szelka się urwała. Cicho zakląłem i chwyciłem drugą. Ona także odpadła.
Talent. Błogosławieństwo i przekleństwo. Nie pozwalałem już, by mną rządził, ale tak naprawdę sam też nim nie rządziłem. Zupełnie jakby talent dzielił ze mną opiekę nad moim życiem. Moja kolej przypadała w co drugi weekend i niektóre święta. Zostawiłem plecak. W kieszeni kurtki miałem soczewki, będące jedyną naprawdę wartościową rzeczą w moim posiadaniu. Skoczyłem przez otwór, po czym przegramoliłem się przez gruz i ruszyłem w głąb lotniska. (Hmm. Z toalety w głąb… Zwykle jest na odwrót). Znalazłem się w jakimś korytarzu serwisowym, kiepsko oświetlonym i jeszcze bardziej kiepsko posprzątanym. Maszerowałem tunelem przez kilka minut. Chyba musiałem zostawić terminal za sobą i przemieszczałem się teraz do innego budynku.
Na końcu zobaczyłem kilka stopni wiodących do dużych drzwi. Usłyszałem za sobą krzyki i zaryzykowałem, oglądając się przez ramię. Grupa ludzi pędziła korytarzem w moim kierunku. Obróciłem się i szarpnąłem klamkę. Było zamknięte na klucz, ale drzwi zawsze należały do moich specjalności. Klamka odpadła. Rzuciłem ją niedbałym ruchem za siebie. Następnie kopniakiem otworzyłem drzwi i wypadłem do dużego hangaru. Nade mną górowały wielkie samoloty z ciemnymi przednimi szybami. Zawahałem się, patrząc na olbrzymie maszyny. Czułem się przytłoczony, jakbym stał przed wielkimi zwierzętami.
Otrząsnąłem się z oszołomienia. Bibliotekarze ciągle podążali za mną. Na szczęście wyglądało na to, że w hangarze nikogo nie było. Zatrzasnąłem drzwi, po czym przyłożyłem dłoń do zamka i wykorzystałem swój talent do zepsucia go tak, by zasuwka wskoczyła na miejsce. Przeskoczyłem nad poręczą i wylądowałem na krótkich schodach prowadzących w dół, na podłogę hangaru. Gdy znalazłem się na dole, moje stopy zostawiały ślady na pylistym podłożu. Wybiegnięcie na pas startowy wydawało się prostym sposobem, by mnie aresztowano, zważywszy na aktualny poziom lotniskowych zabezpieczeń. Jednak ukrywanie się uznałem za nie mniej ryzykownie.
W sumie to była dobra metafora mojego życia. Wydawało się, że bez względu na to, co robię, pakowałem się w jeszcze większe niebezpieczeństwo, niż byłem przedtem. Można by stwierdzić, że ciągle wpadałem z deszczu pod rynnę, jak brzmi popularne ciszlandzkie przysłowie. (Ciszlandczycy, warto zauważyć, nie mają wielkiej wyobraźni, jeśli chodzi o przysłowia. Osobiście mówię: „Z deszczu do śmiercionośnego basenu pełnego rekinów trzymających piły łańcuchowe i dosiadanych przez mordercze koty”. Moja wersja jednak jakoś nie chce się przyjąć).
Rozległo się walenie pięściami w drzwi. Zerknąłem w ich stronę, po czym podjąłem decyzję. Spróbuję się ukryć. Pobiegłem w kierunku małych drzwi w ścianie hangaru. Przy ich krawędziach do środka sączyło się światło, uznałem więc, że prowadzą na pas startowy. Starałem się odciskać w pyle duże, wydłużone ślady. Następnie – zostawiwszy fałszywy trop – wskoczyłem na jakieś skrzynie, przebiegłem po nich i dalej zeskoczyłem na podłogę.
Drzwi zatrzęsły się od uderzeń. Wiedziałem, że nie wytrzymają długo. Zatrzymałem się przy kole boeinga 747 i zdjąłem soczewki gońca. Następnie sięgnąłem do kurtki. W podszewkę wszyty miałem rząd ochronnych kieszonek, a każda wyściełana była specjalnym materiałem z Wolnych Królestw, chroniącym soczewki. Wyjąłem parę okularów z zielonymi szkłami i włożyłem je na nos.
Drzwi otworzyły się.