Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Nastolatkom przyzwyczajonym do groteskowej wizji przemocy i śmierci rodem z gier komputerowych i kreskówek powieść „Lato Eden” może wydać się przejmująco bolesna. Przybliża jednak młodych czytelników do prawdziwego życia opisanego przez Liz Flanagan z rozwagą i czułością.


Lato EdenPiękny i sielski poranek w Yorkshire nie przemienia się w równie udany dzień. Dzieje się wręcz przeciwnie. Piętnastoletnia Jess Mayfield już w drodze do szkoły orientuje się, że stało się coś bardzo niedobrego. Wkrótce jej przeczucia potwierdzają się: w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła jej najlepsza przyjaciółka Eden Holby. Wróciła do domu przed północą i ponownie go opuściła czy może wcale do niego nie dotarła? Kto widział ją jako ostatni? Zniknęła z własnej woli czy została uprowadzona?

Pytania mnożą się jak szalone, policja przystępuje do swoich działań, lecz Jess nie zamierza bezczynnie czekać na rezultat śledztwa. Dziewczyna czuje się winna, bo zaczyna zdawać sobie sprawę, że przegapiła przynajmniej kilka dzwonków alarmowych związanych z problemami przyjaciółki. Ma też poczucie, że jej własne zachowanie mogło mieć w tym przypadku pewne znaczenie.

Powieść Liz Flanagan stanowi układankę, której elementy ukazują się czytelnikowi stopniowo, w miarę rozwoju akcji. Od początku przesyca ją atmosfera mrocznej tajemnicy. Kilkunastoletnie życie zaginionej Eden i poszukującej jej Jess już zdążyło dać się im we znaki. Obie doświadczyły tragedii, nawzajem stanowiły dla siebie wsparcie w najtrudniejszych chwilach. Jess, po wszystkim co każda z nich dotychczas przeszła, wprost nie może uwierzyć w następne nieszczęście i czuje się za nie współodpowiedzialna. Czy mogłaby coś zmienić, gdyby w porę dopuściła do siebie niepokojące spostrzeżenia, gdyby powiedziała o nich komuś dorosłemu?

„Lato Eden” wpisuje się w nurt książek dla młodzieży ukazujących problemy, o których nastolatkowie nie zawsze mają odwagę porozmawiać z rodzicami albo inną dorosłą osobą. Pośród polskich autorów w literaturze tego typu prym wiedzie Anna Łacina, coraz częściej pojawiają się też na krajowych księgarskich półkach przekłady udanych powieści zagranicznych, jak chociażby wydana niedawno „Głębia Challengera” Neala Shustermana traktująca o zaburzeniach psychicznych nastoletniego bohatera. „Lato Eden” dotyka przynajmniej kilku trudnych tematów. -Napisałam tę książkę, chcąc wyrazić współczucie dla wszystkich, którzy padli ofiarą przestępstwa motywowanego nienawiścią, i okazać solidarność z nimi – pisze Liz Flanagan w posłowiu.

choć powieść niesie sporą dawkę życiowej wiedzy, to jest ona podana w sposób adekwatny dla nastolatka

Jednocześnie autorce udało się całkowicie uniknąć moralizatorskich tonów i choć powieść niesie sporą dawkę życiowej wiedzy, to jest ona podana w sposób adekwatny dla nastolatka. Akcja utrzymuje dynamiczne tempo od pierwszej do ostatniej strony, bohaterowie wysławiają się językiem młodzieży i zachowują w sposób, który może być irytujący i niekiedy wręcz niezrozumiały dla dorosłego odbiorcy, jest jednak w pełni naturalny i realistyczny w odniesieniu do wieku i zdarzeń w jakich biorą udział postaci stworzone przez Liz Flanagan.

Polskie wydanie książki zostało uzupełnione o informacje i dane kontaktowe do organizacji, w których nastolatkowie mogą znaleźć wsparcie nie tylko w przypadku fizycznej przemocy, ale też w problemach związanych z emocjami i ze zdrowiem psychicznym. Umieszczone dyskretnie, już za posłowiem, mogą posłużyć tym czytelnikom, którzy doświadczają na własnej skórze sytuacji, z jakimi nie mogą sobie poradzić albo wiedzą o kimś, kto potrzebuje profesjonalnej pomocy, nie mając odwagi sam o nią poprosić. -Nie rozumiecie? Najtrudniej jest powiedzieć coś komuś wtedy, kiedy wszystko się wali – w przypływie odwagi mówi do nauczycieli Jess ilustrując myśl, jaka pojawia się w głowie niejednego nastolatka. I nie jest wykluczone, że po lekturze smutnej historii Eden Holby, przynajmniej część czytelników uważniej przyjrzy się swojemu otoczeniu i problemom, jakie mogą w nim kiełkować – zanim będzie na to za późno. Wanda Pawlik

Liz Flanagan, Lato Eden, Przekład: Marta Duda-Gryc, Wydawnictwo IUVI, Premiera: 10 maja 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Lato Eden

Liz Flanagan
Lato Eden
Przekład: Marta Duda-Gryc
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 10 maja 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Prolog


Boże Narodzenie
Godzina 11:48

Śnieg okradł z barw całą dolinę, pozostawiając jej tylko czerń i biel, jak na starej fotografii: oślepiająco białe pola, ołowiane niebo, zimowe drzewa naszkicowane węglem. Na wzgórzu za żelazną bramą przycupnęła niska kwadratowa kaplica. Późnym rankiem na drodze do kaplicy pojawiły się dwie postacie. Ich kolorowe ubrania, typowe dla nastolatków, kontrastowały z wszechobecną bielą, a dźwięk ich głosów zburzył panującą ciszę.
Rozmowa urwała się przy bramie.
Dziewczyna, która pierwsza ją przekroczyła, przez sięgający po kolana śnieg niezgrabnie pobrnęła do najświeższego grobu, do płyty nagrobnej usytuowanej na samym końcu, jeszcze niespatynowanej żywiołami, wciąż błyszczącej nowością pod diademem śniegu. Ściągnęła z głowy czapkę i pochyliła się nad grobem, szepcząc coś cicho. Na jej zaróżowionych od mrozu policzkach zalśniły łzy.
– Ulepmy jej bałwana – odezwała się, ocierając oczy. – Zawsze lubiła bałwany.
I zaczęło się toczenie, ubijanie i wygładzanie kul śniegowych. Po chwili powstała niewielka, okrągła figura tej samej wysokości co nagrobek, z rękami z patyków i twarzą z kamyków i liści.
Gdy na cmentarzu znów zrobiło się pusto, śnieżna dziewczynka została na straży przy grobie do końca tego krótkiego dnia, podczas gdy cienie przybierały odcienie najpierw liliowe, potem błękitne, szare, aż wreszcie przemieniły się czerń, a na niebo wyszły gwiazdy, jasne, lodowate i czyste, migoczące nad doliną.

Część pierwsza

Rozdział 1


Godzina 8:00

Tego ranka nie mam jeszcze zielonego pojęcia, co się stało. Niczego nie podejrzewam. Niczego nie przeczuwam. Zupełnie niczego. Chyba stanowię jakieś przeciwieństwo jasnowidza, bo tego dnia o tej porze w zasadzie jestem prawie szczęśliwa.
Specjalny matczyny szósty zmysł sprawia, że mama od razu to dostrzega.
– Fajnie, że znów śpiewasz, Jess – mówi, kiedy siedzimy razem, czekając, aż zagotuje się woda.
Po śniadaniu całuję ją i wychodzę na niebiesko-złoty poranny świat. Poranek jest ciepły, ale w cieniu kryje się chłód, gotów do ataku, ostrzegający, że lato już niemal minęło. Ubóstwiam wrzesień – zawsze go uwielbiałam. Powietrze jest rześkie; czuć w nim ten pierwszy gorzko-słodki zapach jesieni. Pachnie nadzieją, nowymi ołówkami i nowymi początkami. Zakładam słuchawki i włączam ulubioną playlistę, szybko schodząc ze wzgórza. Miasto rozsiadło się w blasku słońca jak turystyczna strona internetowa zapraszająca do odwiedzenia Yorkshire: domy z wąskimi fasadami, długie rzędy szeregówek przylepionych do niesamowicie stromego zbocza. Jestem spóźniona, bo co chwilę się zatrzymuję, żeby robić zdjęcia telefonem: liście podświetlone przez słońce, splątane, uschnięte rośliny, wciąż pełne nasion, odbicia w kanale… Ze wszystkich przedmiotów ważna jest dla mnie tylko ocena końcowa z plastyki i właśnie szukam czegoś, co da mi natchnienie do następnego projektu.
Muszę podbiec, by zdążyć na autobus, ale i tak udaje mi się zająć miejsce przy oknie na górze, przytulnie ciepłe. Opieram głowę o szybę i przymykam oczy. Muzyka jest jak drabina – moje myśli wspinają się po niej powoli, a ja podziwiam widok z góry. Niemal nie zwracam uwagi na to, co widać przez okno – znane mi dobrze wzgórza, rozpostarte szeroko niczym spódnica tancerki; farmy rozsiane wysoko pod ich grzbietami; lesiste parowy i domy przycupnięte na dnie doliny albo tuż przy wijącej się drodze. Tej strasznej, zatłoczonej drodze, od której wszyscy jesteśmy uzależnieni, bo to nią można najszybciej stąd wyjechać.
Wysiadam na przystanku w następnej wiosce, niedaleko szkoły, i właśnie wtedy się to dzieje: złoty poranek pryska jak bańka mydlana. Widzę mamę mojej przyjaciółki. Mamę Eden – Claire. Wyjeżdża samochodem z bocznej drogi, trzy metry dalej. Ma bladą twarz, kosmyki włosów wysuwają się jej z kucyka. Nigdy wcześniej nie widziałam jej bez makijażu. Claire nie powinna prowadzić, bo chyba niewiele widzi: zaciska ręce na kierownicy, ale twarz ma wykrzywioną w szlochu, łzy ciekną jej po policzkach. Zdarzyło mi się kiedyś patrzeć, jak Claire płacze, to dla mnie nic nowego, ale na ten widok staję jak wryta.
Ktoś potrąca mnie z tyłu i przepycha się obok mnie. Opieram się mocno o ceglaną ścianę po lewej, żeby złapać równowagę, bo świat wokół mnie jakby się zachwiał. Nie zdążyłam wybiec na drogę i zapukać w szybę samochodu – Claire wyjeżdża na główną szosę i oddala się.
Co się dzieje? Dlaczego tak płacze?
Czuję chłód w sercu.
W skroniach narasta ból. Do tej pory rozkoszowałam się tygodniem bez migreny. Pierwszym od wieków. Wyrywam słuchawki z uszu i naciskam przycisk na telefonie, żeby wyłączyć muzykę. Jeden nieodebrany telefon. Ze stacjonarnego numeru Eden. Nie nagrała żadnej wiadomości. Jak to przegapiłam? Pewnie właśnie wsiadałam do autobusu.
Dzwonię na jej komórkę, wstrzymując oddech. Od razu odzywa się poczta głosowa. Nagrywam się: „Cześć, tu Jess. Co słychać? Widziałam twoją mamę, przed chwilą, koło szkoły. Odwiozła cię? Pokłóciłyście się? Powiedz, gdzie jesteś, przyjdę do ciebie”.
Pędzę uliczką do szkoły, doganiając innych uczniów – wszyscy idziemy w tym samym kierunku. Kiedy docieramy do kompleksu budynków z cegły i szkła, od razu zdaję sobie sprawę, że coś rzeczywiście się stało. Wszyscy się gapią. Szepczą do siebie, zasłaniając usta dłońmi. Nawet chłopcy. Nawet najstarsi uczniowie. Choć raz nie przemawia przeze mnie moja paranoja. Obrzucam ich ponurym spojrzeniem. Nienawidzę ich wszystkich, nienawidzę tego, że czuję się znowu tak, jak w najgorszych miesiącach w moim życiu. Wszyscy w szkole mówią o mnie, nie do mnie. Zerkają w bok, żeby nie spotkać mojego wzroku, jakby nieszczęście było zaraźliwe.
Rzucam okiem w dół, by sprawdzić, czy przypadkiem nie wsunęłam bluzki w majtki albo coś takiego. Nie, wszystko na swoim miejscu, tak jak ma być: poplamione farbą buty z luźno zawiązanymi czerwonymi sznurówkami, tylko trochę podarte legginsy, czarna bluza z kapturem – rękawy naciągam tak, by nie było widać moich tatuaży, spódnica przekręcona w bok i ta okropna zielona bluzka szkolna, w której każdy, poza Eden, wygląda jakby był chory. Potrząsam głową, by włosy zasłoniły mi twarz. Ostatnio farbuję je znów na jaskrawoczerwono, chociaż w ubiegłym roku miałam fazę na jasnoniebieski, a kiedy mi się trochę spłukał, przez pewien czas moje włosy były tak dziwnie wyblakłe, że wyglądałam jak przedwcześnie osiwiała. Dziś prezentuję się nieźle, przynajmniej na tyle, na ile w ogóle mogę nieźle się prezentować. No więc co się tu w ogóle dzieje?
Spuszczam głowę i kieruję się szybko na lewo od budynków szkolnych. Zanim będę mogła wytrzymać to wszystko, muszę się gdzieś schować i pomyśleć, sama, w spokoju. Muszę uciec przed tymi ciekawskimi spojrzeniami. Słyszę urywki różnych przypuszczeń – nikt nie stara się nawet ściszyć głosu.
– Na pewno wie!
– Myślisz, że policja będzie chciała z nią rozmawiać?
– Jess Mayfield i Liam Caffrey. Zdecydowanie.
Liam jest chłopakiem Eden. Oj, nabieram złych przeczuć, kiedy słyszę, że wymieniają razem nasze nazwiska. Moje policzki płoną. Przechodzę nieuważnie, na pamięć, przez parking przed szkołą, uchylając się przed frunącą w powietrzu piłką. Chcę dojść do dróżki za szkołą, za pomieszczenia w kontenerach, żeby ukryć się na dziedzińcu z boku i poczekać tam na telefon od Eden.
Skręcam za róg budynku za szybko – wpadam prosto na Josha Clarksona, byłego chłopaka Eden, z ubiegłego roku. Arogancję Josha czuć z odległości dwóch metrów, tak samo jak jego wodę po goleniu. Nigdy nie rozumiałam, co Eden w nim widzi, poza tym, że pasowali do siebie – oboje są wysocy, jasnowłosi, piękni. Pasowali, dopóki nie otwierał ust.
– Popatrzcie, chłopaki. To przecież Mayfield, nasza biedna outsiderka. – Josh strzepuje popiół z papierosa. – Nic dziwnego, że wygląda tak fatalnie.
Odrzuca długie włosy z oczu i patrzy na mnie pogardliwie.
– Przyciągasz kłopoty jak magnes, wiesz? – Podchodzi o krok bliżej. – Jesteś rąbnięta, twoja matka jest lesbą, a teraz zaginęła twoja najlepsza kumpela.
Otoczyli mnie. Josh i trzech kumpli, których trzyma przy sobie, żeby prezentować się lepiej na ich tle. Wszyscy przybierają takie same wystudiowane pozy i mają takie same przesadnie wystylizowane fryzury, jakby czekali, że lada moment zostaną porwani do jakiegoś kiepskiego boysbandu.
To był błąd – nie powinnam chyba tu przychodzić. Nie ma tu nikogo i nikt nie zauważy, jeśli coś się stanie. Po prawej jest ściana kontenera. Po lewej gęsty żywopłot i ogrodzenie. Czuję się jak w zamkniętym korytarzu z bardzo odległym wyjściem awaryjnym. Przysuwają się do mnie blisko. Ból rozsadza mi głowę. Oddycham głęboko, powoli, by zachować panowanie nad sobą. Koncentruję się na kamyku na asfalcie, który czuję pod podeszwą.
– Zgubiłaś swoją lepszą połowę? Eden Holby nie jest już teraz taka świetna, co?
Tik-tak, tik-tak…
Mijają cenne sekundy. Cokolwiek się stało, Eden będzie mnie potrzebować. Muszę się wszystkiego dowiedzieć. Muszę coś zrobić.
– Eden sama tego chciała. Pędziła w przepaść. – Josh Clarkson powoli odsłania zęby w szerokim uśmiechu. Może chce się upodobnić do wilka? – Nie ma mowy, żeby była lesbijką – nie uda ci się jej na to namówić. Zawsze lubiła świństwa, wiecie, co mam na myśli.
Jego kumple zaczynają rżeć jak hieny.
– Czego chcesz, Josh? – głos prawie wcale mi nie drży.
– Jeśli Eden zaginęła, zrobił to Liam Caffrey, to jasne. Tak powiesz policji?
Wszystko dzieje się dla mnie za szybko. Nic nie rozumiem. Czemu Josh oskarża Liama? Chociaż właściwie wiem, dlaczego go nienawidzi. To Liam ma teraz Eden. A poza tym ma wszystkie te cechy, których Josh nigdy miał nie będzie.
– Spadaj. – Zaciskam mocno powieki, wstrzymuję oddech i idę naprzód. Chyba wyglądam na tyle jak wariatka, że usuwają mi się z drogi, bo kiedy znów otwieram oczy, boczna brama jest bliżej i nikt nie zagradza mi do niej drogi.
– Zapytaj Caffreya, gdzie schował ciało! – wrzeszczy za mną Clarkson, tak głośno, że słychać go w całej szkole. – No, zapytaj go, co ci szkodzi?
Liam nigdy nie skrzywdziłby Eden. To tak idiotyczny pomysł, że aż śmiać mi się zachciewa.
Kiedy umykam do szkoły, tam, gdzie jest bezpiecznie, rejestruję wszystkie głupie szczegóły wokół: puste opakowanie po chipsach popychane przez wiatr, zapach świeżo skoszonej trawy, to, jak niebo odbija się w szkolnych oknach – piękny, głęboki błękit z puszystymi obłokami. I wtedy to do mnie dociera: Liam mógł zrobić coś złego Eden. Bo Liam już zrobił coś złego Eden. I tylko ja o tym wiem.

Rozdział 2


Godzina 8:35

Eden, to znowu ja! Proszę… Słuchaj, nieważne, gdzie jesteś. Przyjdę do ciebie. Tylko zadzwoń do mnie, okej?
Eden Holby. Eden Holby. Wszyscy powtarzają jej nazwisko. Powraca co chwilę jak nagłówki o ważnych wydarzeniach, które przesuwają się po ekranie telewizora, odwracając uwagę od wszystkiego poza nimi. Jakoś udaje mi się zdążyć na sprawdzenie obecności, ale naszego wychowawcy, pana Barwella, nie ma. Zastępuje go nerwowy nauczyciel, który nie potrafi zapanować nad klasą. Przez to sytuacja jeszcze bardziej się pogarsza. Chaos w naszej klasie odzwierciedla narastającą we mnie panikę. Połykam tabletki na ból głowy; mam nadzieję, że zrobiłam to na tyle wcześnie, żeby ten ból nie przerodził się w coś, co mnie sparaliżuje. Dzieją się zbyt ważne rzeczy, bym mogła dać się pokonać migrenie. Muszę być przytomna.
Wiem, że wszyscy nadal plotkują i gapią się na mnie, kiedy siadamy w ławkach, ale dźwięk rozmów dociera do mnie jak przez mgłę.
– Gdzie jest Eden Holby?
– Ej, ty, gotka, gdzie twoja kumpela?
Czuję się tak, jakbym znajdowała się pod wodą. Wszystko jest przytłumione. Wydaje mi się, że niektóre osoby z klasy – Ebonie, Sam, Amir – starają się być dla mnie miłe. Patrzę, jak poruszają się im usta, ale nie jestem w stanie zrozumieć, czego ode mnie oczekują, co mam im powiedzieć. Siedzę sztywno, ściskając torbę i telefon, gotowa do ucieczki. Sekundy wloką się jak mucha w smole. Rzucam okiem to na zegar na ścianie, to na telefon. Nauczyciel nie śmie upomnieć mnie za to, że używam go w klasie.
– Przepraszam. Proszę pana, Jess Mayfield ma iść do gabinetu pani Trent, proszę pana. – Jedenastolatek, który przyniósł tę wiadomość, znika, niemal zanim jeszcze skończył mówić. Wymykam się z klasy, nie czekając na potakujące skinienie głowy nauczyciela.
Biegnę przez pusty korytarz. Wypadam na zewnątrz, na słońce. Przebiegam przez podwórze. Betonowe schody. Przeskakuję po dwa stopnie. Wpadam do budynku. Główne drzwi. Jestem na miejscu.
W korytarzu przed biurem pani Trent natykam się na Imogen i Charlotte – idą w tę samą stronę. Koleżanki Eden. Te popularne dziewczyny. Te, które dorównują jej śmiałością i stylem. Imogen ma czarne, przedłużone włosy opadające na plecy, wielkie brązowe oczy i idealną, ciemną skórę. Charlotte ma krótkiego, lśniącego boba, który – gdy Charlotte porusza głową – przelewa się jak fala. Jej brwi są wyskubane tak wysoko, że zawsze wygląda na lekko zdumioną, ale zdaje mi się, że tym razem naprawdę coś ją wytrąciło z równowagi. Nie rozmawiają ze mną za często. Jesteśmy jak różne planety krążące wokół Eden. Ale dziś zostałyśmy zepchnięte z orbit i przez to zderzamy się z sobą.
– Cześć, Jess – mówi Imogen. – To okropne, prawda? Nie mogłam uwierzyć, kiedy mama Eden zadzwoniła do mnie przed wyjściem do szkoły.
Jak zwykle przedstawia sytuację tak, by skoncentrować się na sobie. Pokazuje nam, że to do niej Claire zwróciła się najpierw.
– Myślisz, że Eden nic się nie stało?
– To znaczy wiedziałyśmy, że za dużo pije… – wtrąca Charlotte i patrzy, jak zareaguję. – Właśnie o tym rozmawiałyśmy.
– Myślisz, że miała z tym kłopot? – Imogen rozgląda się ukradkiem wokół. – To znaczy łatwo to zrozumieć i w ogóle, ale może ona już nad tym nie panowała? – szepcze do mnie porozumiewawczym tonem, jakby dzieliła się ze mną niesłychanie cenną wiadomością. Z trudem opieram się chęci, żeby ją uderzyć w twarz.
Przypominam sobie wycieczkę klasową – pięć dni w lipcu – i natychmiast spycham te wspomnienia na bok. Były tam obie, Imogen i Charlotte, ale nie miały bladego pojęcia, co się dzieje. A poza tym Eden nie miała żadnego problemu. Poza tym oczywistym. Była pijana i smutna, i tyle.
– Nie – odpowiadam stanowczo. Ale w mojej pamięci pojawia się inne wspomnienie, materiał dowodowy dla śledztwa, i tym razem trudniej mi je stłumić.