Mary Beth Keane w książce „Gorączka” przedstawiła losy Mary Mallon, słynnej „Tyfusowej Mary”, a także sportretowała Nowy Jork z pierwszych lat XX wieku, podnosząc kwestie swobód obywatelskich, praw pracowniczych oraz uprzedzeń klasowych i etnicznych funkcjonujących w owym czasie.


Mary Mallon zaistniała w świadomości amerykańskiej opinii publicznej w pierwszych latach XX wieku. Jej przypadek stał się szeroko znany, gdy inspektor sanitarny George Soper uznał ją za osobę odpowiedzialną za kilkanaście zachorowań na dur brzuszny, w dobrze sytuowanych nowojorskich rodzinach, u których pracowała jako kucharka. Soper doprowadził do przymusowej hospitalizacji Mary i wykonania serii badań, które wykazały, że jest ona bezobjawowym nosicielem bakterii duru brzusznego, rozprzestrzeniających się w trakcie prac kuchennych.

Choć nigdy nie została skazana wyrokiem sądu, Mary Mallon spędziła łącznie 27 lat w odosobnieniu w szpitalu dla gruźlików Riverside Hospital na wyspie North Brother, poddana tej przymusowej kwarantannie przez nowojorski Departament Zdrowia na podstawie wewnętrznych przepisów o zapobieganiu zarazie.

Jednoznaczne w swojej ocenie były natomiast media. „Tyfusowa Mary”, „Pani Zarazek”, „najniebezpieczniejsza kobieta w Ameryce”, „cicha morderczyni” – takimi tytułami epatowały gazety swoich czytelników. Mary zainteresował się również amerykański świat medyczny, będący pod wrażeniem nowych odkryć słynnego bakteriologa Roberta Kocha, dotyczących bezobjawowego nosicielstwa gorączki tyfusowej. Mallon traktowana jak królik doświadczalny przez medyczne sławy, przez lata poddawana licznym badaniom, nigdy nie uwierzyła, że jest przyczyną 47 zachorowań i trzech zgonów w rodzinach, u których pracowała jako kucharka. O ile bowiem w świecie naukowym pojęcie nosiciela zostało potwierdzone przez badaczy, o tyle w świadomości społecznej temat był kompletnie nieznany. Trudno więc się dziwić, że Mary przez lata nie była w stanie uwierzyć, że zaraża innych ludzi i zastosować się do zaleceń porzucenia pracy kucharki do końca życia.

Mary Beth Keane w powieści koncentruje się na Mary, pokazując jej trudną drogę irlandzkiej imigrantki, ciężką pracę w pralni, początki pracy w kuchniach u bogatych rodzin, zażartą walkę o zachowanie wolności, jej pierwszą kwarantannę, zwolnienie i powrót do miejsca odosobnienia. Keane oparła fabułę o fakty z biografii Mallon, wzbogacając życie Mary o fikcyjnego przyjaciela, niemieckiego imigranta Alfreda, kilku znajomych i ludzi, z którymi pracowała i mieszkała. Dzięki temu zabiegowi Keane ma okazję szerzej pokazać stany emocjonalne swojej bohaterki i życie Nowego Jorku w początkach wieku XX. W tle przewijają się znane z historii zdarzenia, jak choćby katastrofa Titanica, czytelnik ma okazję od podszewki poznać życie imigrantów i najuboższych mieszkańców miasta, brak higieny na każdym kroku, brud i zatłoczone, nędzne mieszkania czy warunki handlu żywnością. Z tego obrazu wyłania się prosta konkluzja – nie tylko Mary Mallon jest winna, a liczne zachorowania i epidemie mają swoje źródło w warunkach życia.

Keane na przykładzie walki Mary podnosi również kwestię praw obywatelskich: kiedy państwo może pozbawić kogoś wolności, jeśli ta osoba nie popełniła przestępstwa? Czy Departament Zdrowia miał prawo uwięzić Mary? A co z innymi bezobjawowymi nosicielami? Dlaczego akurat Mary została potraktowana tak surowo, skoro inni obywatele z takimi samymi zarzutami przebywali na wolności? Czy może chodziło o irlandzkie pochodzenie lub bycie prostą kobietą z najniższego szczebla drabiny społecznej?

Keane nie osądza swojej bohaterki, prezentując obraz kobiety wrażliwej, do końca nie wierzącej w swoją winę, choć momentami dopuszczającą taką myśl i targaną wyrzutami sumienia.

Keane pozostawia te pytania bez jednoznacznej odpowiedzi, nie osądza także swojej bohaterki, prezentując obraz kobiety wrażliwej, do końca nie wierzącej w swoją winę, choć momentami dopuszczającą taką myśl i targaną wyrzutami sumienia.

Drugim bohaterem powieści jest dr Soper, przedstawiciel nowej nauki – epidemiologii, stawiający sobie za życiowy cel zmniejszenie śmiertelności nowojorczyków z powodu masowych zachorowań na choroby zakaźne. Soper niczym prywatny detektyw szukał źródeł zarazy, zwracał uwagę władzom na konieczność ulepszania systemów kanalizacji i wodociągów, większej higieny w miejscach handlu żywnością czy poprawę opieki zdrowotnej. Z tego punktu widzenia nie dziwi zawziętość, z jaką przez lata tropił Mary Mallon i dążył do jej odizolowania.

Mary Beth Kane stara się zrozumieć Mary Mallon i jej motywacje, znaną historię wzbogaca o fabularyzowaną opowieść o życiu prywatnym swej bohaterki, pokazując jej dylematy, zadając pytania: czy była głęboko przekonana, że jest niesłusznie oskarżana, czy też zarażała ludzi cynicznie i z wyrachowaniem? Co czuła i myślała? Sprawa Tyfusowej Mary mimo upływu czasu ciągle pozostaje niejednoznaczna, nie brak w niej domysłów a powieść Kane może być jedną z interpretacji tej historii. Robert Wiśniewski

Mary Beth Keane, Gorączka, Przekład: Jędrzej Polak, Wydawnictwo Literackie, Premiera: 23 maja 2018
 

 

Mary Beth Keane
Gorączka
Przekład: Jędrzej Polak
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 23 maja 2018
 

„Jezu, litości”
Nagrobek Mary Mallon
Cmentarz St. Raymond’s
Bronx, Nowy Jork

PROLOG

1899

Dzień rozpoczął się od zwarzonego mleka, a potem było tylko gorzej. Za szybko pracujesz, strofowała się Mary, gdy pan Kirkenbauer odesłał do kuchni porcelanowy dzbanuszek z mlekiem i wiadomością, aby bardziej się przykładała. Był zmęczony, wiedziała o tym, bo dziecko płakało przez całą noc: zawodziło i prosiło, żeby je ukołysać. Pan Kirkenbauer zamartwiał się tym. Starały się oszczędzać mu przykrości – Mary, pani Kirkenbauer i niania siedziały na zmianę przy chłopcu, ale pokój dziecięcy był naprzeciw sypialni rodziców, a deski w nowym domu skrzypiały i jęczały, aż wreszcie pan Kirkenbauer wyszedł w nocnej koszuli z sypialni i zapytał, jak ma pomóc.
– Daj mi go – zwrócił się do Mary na początku jej zmiany, gdy niania z zaczerwienionymi z niewyspania oczami uciekła do małej izdebki na tyłach.
O drugiej nad ranem żadne z nich nie dbało o to, że paradują w bieliźnie nocnej. Podała chłopczyka ojcu. Mówiąc szczerze, było to małe dziecko (nazywali go „chłopcem”, bo sam zaczął tak na siebie mówić, choć to nie była prawda; może za jakieś sześć miesięcy, owszem, ale jeszcze nie teraz), bo wciąż miał tłuściutkie nóżki i policzki, truchtał niepewnie przed siebie i częściej siadał na kolanach niźli na jakimkolwiek krześle.
– Jest rozpalony – zauważył szeptem pan Kirkenbauer.
Przyłożył zaciśnięte usta do czoła syna. A potem oddał dziecko Mary i usiadł w fotelu w kącie, a ona kołysała chłopczyka, opowiadając mu o wszystkich cudach, które przyniesie dzień. Chce zobaczyć żaglowiec? Chce puszczać kaczki na rzece? Chce ciepłą bułkę prosto z pieca? Ale dziecko tylko wpatrywało się w nią, płakało i obejmowało ją za szyję rozpalonymi rączkami – mocno, jakby płynęli przez morze, a ona była jego jedynym ratunkiem.
Mary starała się nie przejmować za bardzo odesłanym mlekiem i lokajem naśladującym głos i minę pana; upominała się, że pan Kirkenbauer jest zmęczony, jak oni wszyscy, i dlatego poskarżył się na mleko, a Bóg jeden wie, jakim naprawdę tonem przekazywał wiadomość lokajowi, który od samego początku wydawał się Mary dosyć nerwowy.
Pani Kirkenbauer była wciąż na górze, spała albo starała się usnąć, a niania od trzech godzin, co godzinę, zabierała chłopczyka do chłodnej kąpieli. Na piersi dziecka pokazała się lekka wysypka, więc z samego rana pani Kirkenbauer kazała sporządzić okład z chleba i mleka albo pobiec do sąsiadów po olej lniany, ale Mary zaprotestowała, bo widziała już tę wysypkę wcześniej i nic na nią nie pomoże, jak tylko odpoczynek i przekonanie dziecka, żeby coś zjadło. Kirkenbauerowie nie należeli do najbogatszych rodzin, u których pracowała. Ich kuchnia nie była tak dostatnia, jak większość tych, w których gotowała. Ale byli uprzejmi, płacili jej dobrą pensję, a jeśli nie liczyć paru dziwactw pani Kirkenbauer, Mary mogła kupować i podawać to, co jej się żywnie podobało.
Czasem po kolacji pani Kirkenbauer pomagała przy zmywaniu, co – jak stwierdziła ze zdumieniem Mary – w niczym jej nie ujmowało. Pani krzątająca się po kuchni i spiżarni z rękami w garnkach byłaby zazwyczaj nie do zniesienia. Gdyby ktoś powiedział wcześniej Mary, że właśnie tak będzie wyglądała jej praca, nigdy nie zdecydowałaby się na tę posadę, ale skoro już tu była i poznała domowników, nie przeszkadzało jej to w żadnej mierze. Pani Kirkenbauer zwierzyła się, że ma w Filadelfii trzy siostry i czasem bardzo brakuje jej kobiecego towarzystwa. Mary usiłowała raz po raz oszacować, na ile pani czuje się przy niej swobodnie, by któregoś dnia zdobyć się na zadanie jej pytania: Czy zawsze była posażna, czy dopiero po ślubie z panem?
Kirkenbauerowie nie prowadzili jeszcze w Dobbs Ferry ożywionego życia towarzyskiego, co świadczyło o tym, iż sami rzadko przyjmowali, a to z kolei oznaczało, że Mary tylko wyjątkowo gotowała dla więcej niż trzech osób w rodzinie oraz dla służby i samej siebie. Dom stał nad rzeką Hudson, więc w niedziele, gdy świeciło słońce, państwo urządzali pikniki na brzegu i zapraszali na nie każdego spośród służby, kto akurat nie pojechał do domu albo do rodziny.
Mary trzymała dzbanuszek z mlekiem podany jej przez lokaja.
– Naprawdę się zwarzyło? – spytała, podnosząc naczyńko do nosa. – Zepsute – orzekła, zaciskając zęby, żeby nie zwymiotować.
Podeszła szybko do wąskich kuchennych drzwi, żeby na zewnątrz wylać mleko. Gdy to robiła, rozległo się ciche cmoknięcie, a potem Mary zobaczyła, jak mleko leci w powietrzu niczym przedmiot, aż wylądowało jakieś sześć stóp od niej i rozprysło się grudami po mokrej trawie. Po kilku sekundach smród pokonał odległość między trawą a kuchennymi drzwiami, w których wciąż stała Mary. Cofnęła się do domu i chwyciła za czajnik z wrzątkiem. Następnie wybiegła przed dom, stanęła nad białymi grudami i odwróciwszy głowę, polała zepsute mleko gotującą się wodą. Kiedy spojrzała w dół, dostrzegła strumyczki grudek chwytane przez zielone źdźbła i wsiąkające zaraz w ziemię.
– Nie ma już więcej? – spytał lokaj, rzucając nerwowe spojrzenie w głąb długiego holu prowadzącego do jadalni.
– Jest. Jest mnóstwo – odpowiedziała Mary. – To było mleko, co je odstawiłam na chleb, ale zapomniałam o nim i wczoraj do chleba wlałam maślankę. Robota paliła mi się w rękach. Brakuje lodu. Odłupałam duże bryły do kąpieli dla dziecka, a to, co zostało z bloku, trzeba przysypać trocinami. Potrzebują prawdziwej skrzyni do lodu, ot co. Taką wybitą od środka cynkiem. Wstawiłam dobre mleko do skrzyni, a dzisiaj rano… – Wydało się jej, że słyszy kroki w holu. Podniosła palec, każąc lokajowi zaczekać.
– Co dzisiaj rano? – zapytał lokaj.
Byli sami. To tylko świeże drewno, z którego wzniesiono dom, skrzypiało namokłe nocą od zacinającego deszczu, a teraz, choć otworzyli szeroko okna i drzwi, wnętrze wypełniało parne powietrze. Wszystko było zaraz mokre, a kołnierzyk sukienki Mary zaciskał się jak pętla.
– Nic, nic. – Tłumaczenie nie miało sensu. Pan Kirkenbauer czekał przy stole w jadalni z miseczką suchych jagód i wciąż czarną kawą. – Masz – zwróciła się do lokaja, stawiając mu dzbanuszek z mlekiem na tacy. Przez tę głupią pomyłkę będzie musiała upiec świeży chleb na lunch, choć z wczoraj zostało jeszcze w kredensie prawie pół bochenka, a każdą kromkę można by opiec i posmarować odrobiną masła, żeby wszystkim smakowało.
– Co dzisiaj z dzieciakiem? – zapytał lokaj. Jego pokój mieścił się na poddaszu, dlatego przespał całą noc.
– Ani gorzej, ani lepiej. Biedactwo.
Kiwnął głową ze zrozumieniem.
– A w sprawie tego mleka, Mary, to pewnie przez upał. I chłopak też ma przez to gorączkę. Bo i mnie coś trzęsie.
Nie każdy lokaj jest taki miły, choć we wszystkich domach, w których gotowała, było z nimi raz tak, raz siak. Służba albo współpracuje ze sobą, i porozumiewa się bez słów ukradkowymi skinieniami głowy, albo rywalizuje i psuje sobie nawzajem robotę.
 
Gdy chłopczyk się rozchorował, Mary pracowała u Kirkenbauerów zaledwie od miesiąca, lecz kiedy później o tym myślała, usiłowała sobie przypomnieć, jakie okoliczności zmusiły ją do podjęcia pracy w tak odległym jak Dobbs Ferry miejscu, choć przecież na Manhattanie nie brakowało wolnych posad.
W roku 1899 Alfred wciąż jeszcze znajdował dobrą robotę. Golił się każdego ranka, a zarobione przez tydzień pieniądze oddawał jej w piątek, żeby zapłaciła częściowo za czynsz i za jedzenie. W agencji pośrednictwa pracy dla służących często proponowano jej posady w New Jersey albo Connecticut, bądź też po zachodniej stronie Hudsonu, gdzie nie dojeżdżały pociągi, ale nigdy się na to nie zgodziła, chyba że na krótki czas i tam, gdzie dobrze płacono, przez co państwo z tamtych okolic musieli zazwyczaj obywać się gorszymi kuchtami – takimi, które nie znalazły miejsca na Manhattanie. Natomiast Mary nie miałaby problemu z zatrudnieniem się na wyspie, dlaczego więc zgodziła się aż do Dobbs Ferry, żeby pracować u osoby, która nie była w zasadzie damą, ale jakby służącą, wnosząc ze sposobu, w jaki zaglądała do mytych przez siebie garnków, czy jak rozglądała się po kuchni, żeby wypatrzeć tłuste plamy. Poznała panią Kirkenbauer w agencji pośrednictwa i może zatrudniła się u niej, bo ta przypadła jej do gustu? Nie pytała, na przykład, czy Mary chodzi do kościoła. Ani o to, czy ma męża albo chce wyjść za mąż. Dowiadywała się tylko, jak Mary gotuje, a gdy mówiła o posiłkach i odpowiedzialności, jaką jest ich przygotowywanie przez siedem dni w tygodniu, odwoływała się chyba do własnego doświadczenia.
„Czy kisiłaś kiedyś kapustę, czy zawsze ją kupujesz?”, spytała pani Kirkenbauer podczas pierwszej rozmowy, a Mary szczerze wyznała, że nigdy dotąd nie robiła ani jednego, ani drugiego, gdyż żaden z jej dotychczasowych pracodawców nie życzył sobie kiszonej kapusty, a przede wszystkim jej zgniłego smrodu w korytarzach z kwiecistymi wzorami na ścianach i pod delikatnymi stiukami na suficie. Jak Alfred wieczorem miał apetyt na kiszoną kapustę, to wychodził na ulicę i szukał wędrownego sprzedawcy, przemierzającego miasto ze stalową beczką na plecach.
„A czy chciałabyś się nauczyć kisić kapustę, gdybym ci raz pokazała, jak się to robi? Szybko się uczysz?” Ciekawe, kiedy ta paniusia wyprowadziła się z filadelfijskiej Lower East Side, zastanawiała się Mary, ale odpowiedziała zwyczajnie: „Tak”.
Czy tylko z tej przyczyny zgodziła się wyjechać z miasta tamtego lata? Czy pensja była wyższa od innych? Nie. Wiele lat później, gdy miała mnóstwo czasu, żeby się nad tym zastanowić – a mogła to robić, jeśli tylko chciała, przez cały dzień o każdej godzinie i w każdej minucie – nic się jej w tym nie zgadzało, a najmniej ona sama, młodsza, wysiadająca z pociągu i czekająca na odebranie przez pana Kirkenbauera, który nie miał szofera na pełen etat. Alfred błagał ją, żeby nie brała tej roboty. Chciał, żeby znalazła sobie coś bliżej domu i obiecywał jej na czwartego lipca taki pokaz fajerwerków, jakiego jeszcze nie widziała. Zaczął już zbierać petardy i zimne ognie, i miał zamiar zaprosić wszystkich z kamienicy na pokaz. Ale w tamtym roku czwarty lipca przypadał we wtorek, a Mary nie miała zamiaru organizować sobie lata wokół jednego święta, więc zostawiła Alfreda samego na Dwudziestej Trzeciej Ulicy, żeby się o siebie zatroszczył. Niewykluczone, że tamtej wiosny obiecał jej, że się z nią nie ożeni. Choć nie dlatego, że jej nie kocha, ale z tej przyczyny, że nie wierzy w śluby. W Starym Świecie, w porządku, trzeba żyć w zgodzie z niewzruszonym zwyczajem, ale w Ameryce! Bo przecież co znaczy ta Ameryka, jeśli dwoje ludzi nie może żyć, jak chce!
Zabawne, że tak przywykła do Alfreda i tego, jak ze sobą żyją – aż trudno sobie wyobrazić, że kiedyś chciała, żeby wzięli ślub. Myślała, że wreszcie to zrobi, jak przyzna sam przed sobą oraz przed nią, że to jedyne właściwe rozwiązanie. Jeszcze trudniej było jej uwierzyć, iż kiedykolwiek uważała, że brak ślubu jest ich największym problemem. Ale tamtego lata roku 1899 pogodziła się w końcu z tym, że Alfred najpewniej wierzy w swoje słowa. Mówił to, co mu leżało na sercu, i było pewne, że nie zmieni zdania. A Mary nie należała do kobiet gotowych namawiać mężczyzn do żeniaczki. Bo wielu dałoby się za to posiekać. Tak było, jak pamiętała, dawno temu, bo teraz mogła tylko wspominać szczegóły tamtego lata. Właśnie o to chodziło – uraził jej dumę. Chciała dać mu nauczkę. Chciała mieć czas, żeby nad wszystkim się zastanowić i może zebrać się na odwagę, żeby od niego odejść i spróbować jakiegoś innego życia. Dlatego wyjechała tamtego lata; życzyła mu, żeby udał się pokaz fajerwerków i dodała, że będzie przyjeżdżać w niedziele albo i nie, w zależności od nastroju.
– Ma pani dziecko, prawda? – zapytała pośredniczka w agencji pośrednictwa podczas tego pierwszego spotkania, zerkając do notatek. Mary zauważyła, że pani Kirkenbauer jest nienagannie ubrana w szytą na miarę suknię, której fason podkreśla jej szczupłą figurę, a jednocześnie ją ukrywa. Była młodsza od Mary i miała piękną niemiecką buzię.
– Tak, mam synka. Czy to problem?
– Oczywiście, że nie – odpowiedziała pośredniczka. – Mary uwielbia dzieci. Prawda, Mary?
– Tak – odpowiedziała obojętnym tonem.
Właściwie nie lubiła dzieci, ale ten chłopczyk przypadł jej do gustu. Po czterdziestu ośmiu godzinach od przyjazdu do Dobbs Ferry przekonała się, że żadna siła nie utrzyma małego Tobiasa z dala od kuchni, więc powiedziała niani, żeby go zostawiła, posadziła na podłodze z zabawką i pozwoliła mu patrzeć.
Sprytny chłopczyk bawił się, póki niania nie znikła mu z oczu, a potem wyciągnął rączki do Mary, żeby go podniosła – żeby mógł podziwiać z wysoka wszystko, co stoi na piecu.
– Łyżka – powiedziała, kiedy chciał spróbować. – Gorące! – ostrzegła go, gdy wpatrywał się w parę nad rondlem.
Każdego dnia uczyła go nowego słowa, a on je zapamiętywał i powtarzał po kilku dniach, jakby znał je od urodzenia. I stało się tak, że zaczynało jej brakować Tobiasa w kuchni i czuła się bez niego samotna. A gdy jej towarzyszył, mówiła do niego przez całe popołudnia.
– Jesteś grzecznym chłopczykiem – zwracała się do niego Mary, a on uderzał się w pierś i powtarzał:
– Gzecny chłopcyk.
Ubierając się wcześnie rano, zanim ktokolwiek w domu się obudził, czekała już na szarpnięcia spódnicy małą pulchną rączką, na grube krótkie nóżki wystające ze spodenek do kolan. Nasłuchiwała, gdy nadbiegał korytarzem przed śniadaniem – pędził do kuchni, najszybciej jak mógł, żeby ją zobaczyć, przytulić się do niej i wypowiedzieć jej imię.
Aż w końcu nadszedł ten poranek, kiedy nie przybiegł do kuchni; ten poranek, kiedy przyczłapał ociężale i usiadł w kącie, żeby przyglądać się jej cichutko. Miał zaczerwienione policzki i rozpalone czoło, kiedy go dotknęła. A gdy go podniosła, był bezwładny, jakby usnął. Wtulił głowę w zgięcie łokcia Mary i zdał się na jej łaskę, rozrzuciwszy nogi na jej biodrze i opuściwszy rączki po bokach.
– Chcesz chlebka z dżemem? – zapytała o jego przysmak.
Ale spojrzał na nią tylko szklistym wzrokiem, jakby przez noc urósł i zmądrzał, i miał już za nic wszystkie słodycze. Jakby chłopczyk, który uwielbiał chlebek z dżemem, stał się zupełnie kimś innym: nowym, poważniejszym chłopcem, który wie już tyle, co dorosły. Przez kilka minut kołysała go w kuchni, wymieniając wszystkie jego przysmaki i udając sama przed sobą, że o niczym nie wie.
– Tobias nie czuje się dzisiaj najlepiej – powiedziała niani, a niania poinformowała o tym panią. Wszystkie trzy zebrały się w salonie, gdzie chłopczyk usnął z głową na poduszce.
– Przebywał wczoraj za długo na słońcu – oznajmiła jego matka, przykładając mu dłoń do czoła. – A po obiedzie zjadł mnóstwo ciasta.
– Czy mam pójść po doktora?
– Nie – odrzekła pani Kirkenbauer. – Sen go uleczy. Wyzdrowieje do wieczora. Zostawmy go tutaj.
Ale nie wyzdrowiał. Pogorszyło mu się jeszcze, a po czterech dniach przychodzenia doktor powiedział, że nic nie da się zrobić, oprócz chłodnych kąpieli i nakłaniania Tobiasa do jedzenia.
W tym samym dniu, w którym Mary podała panu Kirkenbauerowi zwarzone przez noc i skwaśniałe mleko, źle poczuła się pani, a po niej niania, wreszcie lokaj i ogrodnik, który przychodził dwa razy w tygodniu i zawsze jadał z nimi lunch. Miała wrażenie, że po Tobiaszu wszyscy zachorowali jednocześnie, nawet o tej samej godzinie i niech Bóg jej wybaczy, ale nie zwracała uwagi na pozostałych, póki nie zaniosła chłopczyka do wanny.
– Wanna – wyszeptała, wkładając go do wody i podtrzymując ręką, żeby się nie ześlizgnął. Puszczała mu kawałki lodu, które odrąbała od bloku, i mówiła, że to góry lodowe, a on jest kapitanem statku i musi zadbać o to, żeby się z taką górą nie zderzyć. Nie przeszkadzało mu zimno. Nie wołał o zabawki. Nie wołał matki. Nie płakał. Po kąpieli – a wyjęła go z wanny, gdy pomarszczyły mu się opuszki i bała się zostawiać go dłużej w wodzie – owinęła go w czyste prześcieradło i opowiadała mu bajki, a on zwinął się w kłębek jak noworodek z kolankami pod brodą. Przypominał wtedy niemowlę z mokrymi loczkami i różowiutkimi policzkami: gdyby ktoś zrobił mu portret, wyglądałby jak zdrowe dziecko, najzdrowsze, takie, co biegało przez godzinę koło domu w mroźny zimowy dzień.
A potem, siódmego dnia choroby, po kilku godzinach kołysania i nasłuchiwania głosów innych, dobiegających z odległych izb, małe ciałko stało się zupełnie bezwładne w jej ramionach i jakby cięższe. Głowa chłopczyka ważyła chyba z tonę, a jego nóżki były niczym kotwice na jej udzie. Gorący powiew oddechu, który łaskotał ją w szyję przez kilka minionych godzin, ustał. Mary kołysała go coraz szybciej, wmawiając sobie, że na pewno mu się polepszy, jeśli się prześpi spokojnie. Nie zaznał takiego snu od tygodnia, więc teraz usnął. Tylko usnął.
Po jakimś czasie położyła go do łóżeczka i poszła powiedzieć o tym panu Kirkenbauerowi, który jako jedyny nie był chory.
– On odszedł, proszę pana – oznajmiła i dotknęła dłońmi jego ramion, nim zdała sobie sprawę z tego, co robi.