„Czym jest człowiek”, tom opowiadań Davida Szalaya, to zbiorowy portret współczesnych mężczyzn. Książka znalazła się w finale nagrody Man Booker Prize 2016.


Czym jest człowiekDziewięciu różnych mężczyzn. Każdy z nich w podróży, każdy na innym etapie życiowej wędrówki. Każdy w obliczu tych samych istotnych pytań: czym jest życie?

Jak czerpać z niego to, co najlepsze, a w końcu: jak być mężczyzną we współczesnym świecie?

Dzięki takiej perspektywie oraz kunsztownej konstrukcji zbioru książkę brytyjskiego pisarza węgierskiego pochodzenia uznano za perełkę współczesnej prozy, obsypując ją nominacjami do najważniejszych nagród.

David Szalay – urodzony w Quebecu (1974 r.) brytyjski pisarz węgierskiego pochodzenia. Ma na koncie trzy powieści; za debiutancką, „London and the South-East” (2008), otrzymał Betty Trask Award oraz Geoffrey Faber Memorial Prize. Autor znalazł się także na prestiżowej liście Granta’s Best of Young British Novelists, a jego zbiór opowiadań „Czym jest człowiek” (2016) znalazł się w finale nagrody Man Booker Prize (2016); jest również laureatem Gordon Burn Prize (2016).

David Szalay
Czym jest człowiek
Przekład: Jędrzej Polak
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 31 stycznia 2018
 
 

Czym jest człowiek


1

Siedemnaście lat i zakochałem się…

1

Berlin Hauptbahnhof.
Właśnie tu przyjeżdżają pociągi z Polski, a ci dwaj młodzi Anglicy dopiero co przyjechali z Krakowa. Wyglądają strasznie, ci dwaj nastolatkowie, wyczerpani gehenną jazdy pociągiem, wychudzeni i brudni po dziesięciu dniach podróżowania z karnetem InterRail. Pierwszy z nich, Simon, patrzy apatycznie w pustkę. Jest przystojnym chłopcem o wystających kościach policzkowych i poważnej, pozbawionej wyrazu, nerwowej twarzy. O siódmej rano w zadymionym barze na dworcu panuje wrzawa, a on podsłuchuje z dezaprobatą dwóch mężczyzn siedzących przy sąsiednim stole – jeden z nich jest pewnie Amerykaninem, a drugi, starszy, Niemcem, który mówi z uśmiechem:
– Straciliście tylko czterysta tysięcy żołnierzy. A my sześć m i l i o n ó w.
Amerykanin odpowiada, lecz jego słowa zagłusza hałas.
– Rosjanie stracili d w a n a ś c i e milionów. My zabiliśmy s z e ś ć.
Simon zapala polskiego papierosa, dostrzega słowo Spiegelei na laminowanym jadłospisie, banknoty leżą na stole, czekają, aż zabierze je kelner – euro, ładne, nowocześnie wyglądające pieniądze. Podoba mu się wykorzystany przez projektantów krój czcionek, prosty, bez ozdób.
– W samym Leningradzie zginął milion. M i l i o n!
Ludzie piją piwo.
Na dworze mżawka pada na szare okolice dworca. Doszło do sprzeczki z kelnerem o to, czy można wypić dwie kawy w jednej Kaffeekänchen. Nie można. Musieli podzielić się jedną, Simon i jego kolega, który stoi teraz przy automacie telefonicznym – ich komórki tu nie działają – ukryty do połowy pod zżółkłym plastikowym daszkiem, próbując dodzwonić się do Ottona. Kelner w poplamionej czerwonej kamizelce zachowuje się wobec nich bezczelnie, pomyślał Simon. Jest służalczy wobec innych – Simon wodzi za nim znużonym wzrokiem, gdy chodzi po sali w dymie i hałasie – wobec mężczyzn w garniturach, z gazetami, jak choćby ten, który podnosi nagle głowę ze sztywnym uśmieszkiem i patrzy na zegarek, gdy kelner opróżnia tacę.
Głośniki wypluwają komunikaty o pociągach. Przenikliwy głos dobiegający skądś z zewnątrz, gdzie po dworcu hula wiatr. Ten głos jest jak kran z dźwiękiem – odkręca się i zakręca. Simon zna już wpadającą w ucho melodyjkę poprzedzającą każde odkręcenie kranu.

Z głosem i jego echem.

Gdy wpadająca w ucho melodyjka rozbrzmiewa, staje się przedłużeniem jego wyczerpania, jakby grała w nim samym i była czymś subiektywnym. Kelner dosłownie gnie się w ukłonie przed mężczyzną w garniturze.
Życie na stacji toczy się i wiruje jak brudny potok. Ludzie. Ludzie pędzą przez stację jak brudny potok. I znów to pytanie:
Co ja tutaj robię?

Ferdynand odwiesza słuchawkę telefonu.
Usiłują porozumieć się z Ottonem od wielu dni – Ferdynand poznał go w Londynie przed kilkoma tygodniami: to młody Niemiec, który powiedział, pewnie po pijaku, pewnie nie spodziewając się, że to kiedykolwiek nastąpi, że Ferdynand może się u niego zatrzymać, jeśli kiedyś przyjedzie do Berlina.
Wraca do stołu z nosem na kwintę.
– Nie odbiera – mówi.
Simon pali i nie odpowiada. W głębi duszy ma nadzieję, że Otto nigdy nie odbierze telefonu. Simon nigdy nie był za tym, żeby zatrzymać się u Ottona. Nie spotkał go w Londynie, ale to, co o nim słyszał, nie bardzo mu się spodobało.
Pyta:
– Więc co robimy?
– Nie wiem – odpowiada Ferdynand. – Pojedziemy do tego mieszkania?
Ferdynand zna adres Ottona, Otto spodziewa się ich w kwietniu – tyle ustalili jeszcze w Londynie, wstępnie, komunikując się na Facebooku.
Jadą dwa przystanki S-Bahnem i długo szukają adresu, a gdy w końcu go odnajdują – niespodziewanie przy krótkiej, zaśmieconej bocznej uliczce – nikogo pod nim nie zastają oprócz policjanta w zielonym mundurze. Stoi na półpiętrze, niżej, przed zakrętem prowadzących do mieszkania schodów, w mętnej poświacie z okna. Nie mają pojęcia, dlaczego na półpiętrze stoi policjant. Czy Otto został zamordowany? – zastanawiają się.
– Tag – wita ich mężczyzna. Jego ton jasno wskazuje, że nikt nie został zamordowany.
Mówią mu, że szukają Ottona, a policjant, który niewątpliwie go zna, mówi, że go nie ma. Nikogo tam nie ma, dodaje.
Czekają.
Czekają ponad godzinę, a Ferdynand wyprawia się kilka razy do automatu na ulicy, żeby zadzwonić do ludzi, którzy mogą wiedzieć, gdzie jest Otto; Simon siedzi wtedy na wyłożonej kafelkami posadzce dużej klatki schodowej na dole i usiłuje brnąć dalej przez Ambasadorów w nastroszonym oślimi uszami wydaniu Penguin Classics, które mieszka w bocznej zapinanej kieszeni plecaka. Odnajduje zmęczonym wzrokiem słowa:
Niech pan żyje pełnią życia, to błąd żyć inaczej. Mniejsza o to, co pan właściwie robi, byle pan żył własnym życiem. Kto tego nigdy nie miał, ten nie miał nic. […] teraz jestem za stary; w każdym razie za stary na to, co tutaj dopiero zobaczyłem. […] Co stracone, to przepadło, niech się pan co do tego nigdy nie łudzi. […] A jednak mamy jakieś złudzenie wolności; nie stań się do mnie podobny, nie wyzbywaj się tego złudzenia. Bo ja we właściwym czasie byłem za głupi czy może zbyt inteligentny – sam dobrze nie wiem – żeby się łudzić. Oczywiście, moje dzisiejsze słowa to reakcja na popełniony błąd, a w reakcji zawsze może być trochę przesady. Nie zmienia to faktu, że teraz jest pana godzina. […] Niech pan robi, co chce, byle pan nie popełnił mojego błędu. Bo to był błąd. Niech pan żyje!*
* Henry James, Ambasadorowie, tłum. Maria Skibniewska.

Wyjmuje pióro z tej samej kieszeni, w której była książka, i rysuje długą pionową linię przy tym ustępie. Obok pionowej linii, na marginesie, pisze: GŁÓWNY MOTYW. Wraca z ulicy Ferdynand, mokry od siąpiącego radośnie deszczu.
– Co robimy? – pyta.
Znów S-Bahn.
Deszcz ustał. Z okien kolejki widzą różne rzeczy. Pamiątkowy fragment muru, pokryty psychodelicznym graffiti. Nie znają tamtego świata. Są za młodzi. Na pustym pasie ziemi świeci słońce, prześwituje przez szczelinę między domami, którą biegł mur. Dotyka zmrużonych oczu Simona przez okno kolejki S-Bahn i koronkę zanieczyszczeń na szybie.
Co ja tu robię?
Co ja tu robię?

Kolejka stukocze na łączach szyn.
Co ja
Pociąg zwalnia
tu robię?
na otwartej na przestrzał stacji – Warschauer Straße. Wietrzne perony, wokół ziemia jałowa.
Ziemia jałowa.
Najokrutniejszy miesiąc – kwiecień*…
* T.S. Eliot, Ziemia jałowa, tłum. Wacław Borowy.

Są zakochani w Eliocie i jego melodyjnym pesymizmie. Podziwiają Joyce’a. Chcą być tacy jak on – tak pomnikowi. To pisarze, dzięki którym się zaprzyjaźnili. I tragedie Szekspira. I L’Étranger. I los Vladimira i Estragona, który biorą za swój. Czekając na Ottona.
Warschauer Straße. Pociągi suną pośród chutliwych chwastów. Przelotne wiosenne deszcze sieką łuszczące się billboardy, po wiaduktach rozlewa się szum niewidzialnego ulicznego ruchu.
Na Kreuzbergu siadają wymęczeni do lunchu. Kreuzberg ich rozczarowuje. Miał być hipsterską dzielnicą, kwartałem Alternativ. Szczególnie rozczarowany jest Ferdynand. Simon przeżuwa jedzenie kształtnymi ustami. Nie spodziewał się niczego po Kreuzbergu. Kreuzberg go nie interesuje i uznaje – choć tego nie mówi – że przyjaciel jest naiwny, przypuszczając, że znajdzie tu coś interesującego.
Jedząc, dyskutują o tym, że tutaj wszystko jest znacznie droższe niż w Polsce (zaliczyli Warszawę, Kraków i Auschwitz), ale wyższe ceny są ich zdaniem usprawiedliwione nadzwyczajną jakością wszystkiego w Berlinie. Na przykład jedzenia. Jedzą łapczywie.
Jakimś cudem zaczynają rozmawiać o kolegach ze szkoły. Są w ostatniej klasie, latem zdają maturę, liczą, że jesienią zaczną studia na Oksfordzie. (Właśnie z tego powodu Simon brnie posępnie przez dzieła Henry’ego Jamesa, szuka materiałów dotyczących „motywów międzynarodowych”). Rozmawiają więc o różnych ludziach, przeważnie o tym, jakie z tych ludzi cipy, i wtedy Ferdynand wspomina o Karen Fielding.
Rzucając to nazwisko niczym jakiś zwykły przedmiot, nie ma pojęcia, że przyjaciel często marzy we śnie o Karen Fielding, a w tych sennych marzeniach mogą ze sobą rozmawiać, mogą wymieniać spojrzenia albo mogą muskać się dłońmi, gdy zaś się z nich budzi, ciągle czuje jej dotyk i w jednej chwili ogarnia go przeogromna radość. Zapisuje te marzenia w pamiętniku, bardzo sumiennie, a po nich całe strony na temat tego, co mogą one oznaczać wobec natury snu.
Na jawie Simon prawie nie rozmawiał z Karen Fielding, która nie zna jego uczuć, chyba że zauważyła, jak wodzi za nią wzrokiem, gdy przemierza z tacą jadalnię albo wraca z boiska do lacrosse w ubłoconym stroju sportowym. W zasadzie wie o niej tylko tyle, że mieszka z rodziną w Didcot – usłyszał przypadkowo, jak komuś o tym mówiła – i od tamtej pory nazwa „Didcot” nabrała w jego głowie wyjątkowego, tajemniczego i niosącego nadzieję znaczenia. Nazwa ta, podobnie jak jej nazwisko, jest nazbyt znacząca, aby dało się ją zapisać, ale któregoś wieczoru w młodzieżowym hostelu w Warszawie, gdy Ferdynand brał prysznic, napisał coś, od czego szybciej załomotało mu serce:
Nie ma sensu przemierzać Europy, gdy jedynym miejscem, w którym chciałbym teraz być, jest skromne, podmiejskie, angielskie
Pióro zadrżało.
A potem udało się, napisał tę nazwę:
Didcot.
Jej nazwisko, jeszcze bardziej znaczące, nigdy nie śmiało spłynąć spod stalówki. Teraz, gdy wypowiada je Ferdynand, Simon kiwa głową i dosypuje cukru do kawy.
Marzy, żeby o niej rozmawiać.
Nie chce niczego więcej ponad popołudnie poświęcone na rozmowę o niej, wsłuchiwanie się w powtarzane raz po raz imię i nazwisko, cztery sylaby, w których, jak mu się zdaje, zawiera się wszystko, dla czego warto żyć na tym świecie. Ale zamiast takiej rozmowy zaczyna, nie po raz pierwszy zresztą, narzekać na niemożność osiągnięcia jakiejkolwiek satysfakcji jako turysta.
Ferdynand opuszcza wzrok i mieszając kawę, słucha przyjaciela perorującego niepohamowanie na ten temat. Co usiłuje osiągnąć turysta? Obejrzeć wszystko? Poznać lepiej życie? Życie jest wszędzie, nie trzeba włóczyć się po Europie, żeby je dostrzec.
jedynym miejscem, w którym chciałbym teraz być
Ferdynand przestaje udawać, że słucha, i zaczyna pisać pocztówkę. Obrazek: katedra w Krakowie, czarna i wyszczerbiona. Pocztówka jest przeznaczona dla dziewczyny w Anglii, Ferdynand prowadzi z nią jakiś nieokreślony flirt – czasami wydaje mu się, że ją lubi, ale tak czy inaczej uważa, że powinna pozostać w grze. Uśmiecha się i pociera mocny zarośnięty podbródek, pisząc: Obaj zapuszczamy brody, co brzmi kojąco męsko. Wreszcie czyta na głos to, co napisał, szukając aprobaty przyjaciela. Potem wstaje i rozgląda się za kiblem.
Nie ma go przez jakiś czas, a Simon, siedząc w zalanej słońcem restauracji, przygląda się smużce dymu unoszącej się z ognika papierosa. To najpewniej zmęczenie sprawia, że chce mu się płakać.
Co ja tutaj robię?
Poczucie osamotnienia jest ogromne jak burzowy front.
Po dziesięciu dniach podróży przyjaciel Ferdynand wydaje mu się przeważnie irytujący. Zmusił się do uśmiechu, gdy Ferdynand przeczytał mu treść pocztówki i pokazał rysuneczek brodacza wykonany zielonym atramentem. A zanim schował plecak w szafce na dworcu, cały spryskał się joopem! Ostentacyjnie podniósł podkoszulek i psikał dezodorantem, żeby cały świat widział kępki włosów porastających mu pierś… W tamtej chwili… A przecież jest z przyjacielem! Ogromne jak front burzowy jest poczucie osamotnienia, które go ogarnia…
…gdy przygląda się smużce dymu unoszącej się z ognika papierosa. W zalanej słońcem restauracji.

* * *

Wieczorem znów pojawiają się pod adresem Ottona i zastają w mieszkaniu jego siostrę z dwoma znajomymi w skórach: pierwszy jest niski i ma kolczyki na twarzy – to Lutz – a drugi, znacznie wyższy, z wąsami jak mors – to Willi. Siostra Ottona nie ma pojęcia, kim są Simon i Ferdynand, a gdy jej to wyjaśniają, proponuje, żeby się rozgościli i zaczekali na Ottona, który w końcu kiedyś przyjdzie. Ona właśnie wychodzi ze znajomymi.
Ferdynand i Simon zostają sami i się rozgaszczają. Mieszkanie jest zaskakująco duże, a wędrując po nim, pozwalają sobie na to i owo, nalewają sobie whisky, prawdopodobnie drogiej, otwierają szuflady. W jednej z nich Simon znajduje dziwną talię kart. To pewnie karty do tarota, myśli. Nieśpiesznie odwraca pierwszą, z wizerunkiem dłoni trzymającej jakąś buławę. As der Stäbe, głosi napis. As buław?
To bez wątpienia symbol falliczny. Niezbyt subtelny. Nieważne. Bzdury. Zamyka szufladę.