Gdy szekspirowski teatr nabiera realnych kształtów, pada pytanie: kto jest złoczyńcą, kto kusicielem, a kto ofiarą podłej intrygi? I czy prawda zostanie wytropiona?


Teatr złoczyńcówOliver Marks wychodzi z więzienia. Odsiedział wyrok za morderstwo, które mógł popełnić lub nie.

W ostatni dzień odwiedza go człowiek, za sprawą którego trafił za kratki. Detektyw Colborne odchodzi na emeryturę, lecz wcześniej chce się dowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło w Dellecher Classical Conservatory.

Dziesięć lat temu Oliver i jego przyjaciele młodzi aktorzy studiujący Shakespeare’a w elitarnym artystycznym college’u odgrywają w życiu takie same role jak na scenie: bohatera, złoczyńcy, tyrana, kusicielki, pierwszej naiwnej, statysty.

Jednak kiedy zmienia się obsada, a drugoplanowe postaci zajmują miejsce gwiazd, sztuka niebezpiecznie zaczyna ocierać się o życie. Jeden z aktorów ginie.

Pozostali mają przed sobą największe wyzwanie w swoim życiu: muszą przekonać policję i siebie samych, że są niewinni.

Melanie Rio
Teatr złoczyńców
Przekład: Katarzyna Malita
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 8 listopada 2017
 
 

Teatr złoczyńców


AKT I
PROLOG

Siedzę z rękami przykutymi do stołu i myślę: Tajemnic mego więzienia nie mogę / Wyjawić – gdybym mógł, najmniejszy szczegół / Tej opowieści byłby ci torturą. Strażnik przy drzwiach obserwuje mnie, jakby czekał, że coś się wydarzy.
Wchodzi Joseph Colborne. Posiwiał, ma teraz prawie pięćdziesiąt lat. Przez dziesięć lat co kilka tygodni patrzyłem zaskoczony, jak się starzeje. Siada naprzeciwko mnie, splata dłonie i mówi:
– Oliver.
– Joe.
– Słyszałem, że rozpatrzono pozytywnie twój wniosek o przedterminowe zwolnienie. Gratuluję.
– Podziękowałbym, gdybym myślał, że mówisz to szczerze.
– Wiesz, że według mnie nie powinieneś tu być.
– To nie oznacza, że według ciebie jestem niewinny.
– Nie. – Wzdycha i spogląda na zegarek – ten sam, który nosił już w dniu, gdy się poznaliśmy – jakbym go nudził.
– To po co tu przyszedłeś? – pytam. – Ten sam spektakl co dwa tygodnie?
Ściąga brwi w płaską czarną linię.
– To się, kuźwa, nazywa widzenie.
– Możesz zabrać chłopca z teatru i tak dalej.
Kręci głową jednocześnie rozbawiony i rozdrażniony.
– No i? – pytam.
– Co no i?
– Szubienica – to dobre! A dlaczego dobre? Bo dobrze robi tym, co źle robią – odpowiadam, pragnąc zasłużyć na jego rozdrażnienie. – Po to tu przyszedłeś? Powinieneś już wiedzieć, że nic ci nie powiem.
– Tym razem myślę, że zdołam cię nakłonić do zmiany zdania.
Prostuję się na krześle.
– Jak?
– Odchodzę z policji. Złożyłem rezygnację, załatwiłem sobie pracę w prywatnej firmie ochroniarskiej. Muszę myśleć o edukacji dzieci.
Przez chwilę tylko na niego patrzę. Dotąd sądziłem, że Colborne nigdy nie odejdzie z policji, że trzeba go będzie zastrzelić jak wściekłego psa.
– Jakim cudem ma mnie to przekonać? – pytam.
– Wszystko, co powiesz, pozostanie wyłącznie między nami.
– To po co zawracać sobie głowę?
Znów wzdycha i zmarszczki na jego twarzy się pogłębiają.
– Oliver, nie zależy mi na wymierzaniu kary, już nie. Ktoś odsiedział wyrok, a w naszej pracy rzadko mamy taką satysfakcję. Ale nie chcę składać broni i marnować następnych dziesięciu lat na roztrząsanie, co się wydarzyło dziesięć lat temu.
Początkowo nic nie mówię. Podoba mi się ten pomysł, ale nie ufam mu. Przebiegam wzrokiem po ponurych pustakach, małych czarnych kamerach, które śledzą nas z każdego rogu, strażniku z wystającą dolną szczęką. Zamykam oczy, biorę głęboki wdech i wyobrażam sobie świeżość wiosny w Illinois; jak to będzie, gdy wyjdę na zewnątrz po wdychaniu stęchłego więziennego powietrza przez jedną trzecią życia.
Kiedy wypuszczam powietrze, otwieram oczy i widzę, że Colborne uważnie mi się przygląda.
– No nie wiem – mówię. – Tak czy inaczej wychodzę stąd. Nie chcę ryzykować powrotu. Chyba bezpieczniej jest nie kusić licha.
Nerwowo bębni palcami po stole.
– Powiedz mi coś – mówi. – Czy kiedykolwiek w celi wpatrywałeś się w sufit, zastanawiając się, jak tu trafiłeś, i nie mogłeś spać, bo dręczyły cię myśli o tamtym dniu?
– Co noc – odpowiadam bez sarkazmu. – Ale na tym właśnie polega różnica, Joe. Dla was był to tylko jeden dzień, a potem robota jak zwykle. Dla nas był to jeden dzień, a potem każdy następny, który po nim przyszedł. – Opieram się na łokciach i nachylam, tak że moja twarz znajduje się kilkanaście centymetrów od jego twarzy, by słyszał każde słowo, gdy zniżam głos. – Niewiedza musi zżerać cię od środka. Nie wiesz kto, nie wiesz jak, nie wiesz dlaczego. Ale nie znałeś jego.
Twarz Joego przybiera dziwny wyraz, jakby mdliło go na mój widok, jakbym stał się odrażający i trudno było na mnie patrzeć.
– Aż do tej pory dochowałeś tajemnicy – mówi. – Każdego doprowadziłoby to do szaleństwa. Po co to wszystko?
– Chciałem.
– Nadal chcesz?
Nagle czuję ciężar serca w piersi. Tajemnice mają swój ciężar. Jak ołów.
Opieram się o krzesło. Strażnik patrzy na nas obojętnie, jakbyśmy mówili w obcym języku, a nasza rozmowa nie miała żadnego znaczenia. Myślę o innych. Dawno, dawno temu o nas. Zrobiliśmy niegodziwe rzeczy, które były jednocześnie konieczne – albo tak nam się wydawało. Spoglądając wstecz po latach, nie jestem pewny, czy były, i teraz się zastanawiam: czy mógłbym wytłumaczyć to wszystko Colborne’owi, wszystkie zawiłości, zwroty i ostateczny exodos? Wpatruję się w jego pozbawioną wyrazu twarz, w szare oczy otoczone kurzymi łapkami zmarszczek, lecz czyste i jasne jak zawsze.
– Dobra – mówię. – Opowiem ci historię. Ale musisz zrozumieć parę rzeczy.
Colborne ani drgnie.
– Słucham.
– Po pierwsze, zacznę mówić, kiedy już stąd wyjdę, nie wcześniej. Po drugie, to nie może się obrócić przeciwko mnie ani nikomu innemu – żadnego powtórnego pociągnięcia do odpowiedzialności i tak dalej. I na koniec – to nie są przeprosiny.
Czekam na jakąś reakcję z jego strony, słowo albo kiwnięcie głową, ale on tylko mruga powiekami i milczy spokojny jak sfinks.
– No i co, Joe? – pytam. – Dasz radę?
Rzuca mi zimny uśmiech.
– Chyba tak.

SCENA 1


Czas: wrzesień 1997 roku, mój czwarty i ostatni rok w Dellecher Classical Conservatory. Miejsce: Broadwater w stanie Illinois, małe miasto prawie bez znaczenia. Jak dotąd jesień była ciepła.

Wchodzą aktorzy. Było nas wtedy siedmioro, siedmioro błyskotliwych młodych ludzi z rysującą się przed nami jasną przyszłością, choć widzieliśmy jedynie książki trzymane przed nosem. Zawsze otaczały nas książki, słowa i poezja, wszystkie dzikie namiętności świata zamkniętego w skórze i welinie. (Po części stanowiło to przyczynę późniejszych wydarzeń). Biblioteka w Zamku była przestronnym ośmiokątnym pokojem z półkami pełnymi książek, zastawionym wspaniałymi starymi meblami, ogrzewanym przez ogromny kominek, na którym niemal stale płonął ogień, bez względu na temperaturę na zewnątrz. Zegar na półce nad kominkiem wybił dwunastą i wtedy się poruszyliśmy, jakby nagle ożyło siedem posągów.
– Jest teraz północ – powiedział Richard. Siedział w największym fotelu jak na tronie, z wyciągniętymi nogami i stopami opartymi o palenisko. Trzy lata grania królów i zdobywców nauczyły go siedzieć w ten sposób na każdym krześle, na scenie i poza nią. – A jutro rano o ósmej musimy zdobyć nieśmiertelność. – Zamknął książkę z trzaskiem.
Meredith, skulona jak kot na jednym końcu sofy (ja leżałem wyciągnięty jak pies na drugim), bawiła się pasmem długich rudych włosów.
– Dokąd się wybierasz? – zapytała.
Richard: Znużony mozołami dnia, padam na łoże…
Filippa: Oszczędź nam.
Richard: Wczesnym rankiem i tak dalej.
Alexander: Mówi, jakby go to obchodziło.
Wren siedziała po turecku na poduszce przy kominku i nie zważała na docinki pozostałych.
– Wybraliście już swoje fragmenty? Ja nie mogę się zdecydować – powiedziała.
Ja: A co z Izabelą? Twoja Izabela jest doskonała.
Meredith: Miarka to komedia, głupku. Mamy przesłuchania do Cezara.
– Nie wiem, po co w ogóle zawracamy sobie głowę przesłuchaniami. – Alexander, rozwalony na stole, ukryty w mroku na tyłach pokoju, sięgnął po butelkę szkockiej stojącą przy jego łokciu. Napełnił szklankę, pociągnął duży łyk i skrzywił się, patrząc na nas. – Mógłbym obsadzić całe to dziadostwo teraz, w tej chwili.
– Jakim cudem? – zapytałem. – Nigdy nie wiem, co dostanę.
– Dlatego, że zawsze obsadzają cię na końcu – odparł Richard. – Rzucają ci resztki.
– Tsk, tsk – zacmokała Meredith. – Jesteśmy dziś Richardem czy Dickiem?[1]
– Nie zwracaj na niego uwagi – rzucił James. Siedział sam w najodleglejszym kącie i z bólem serca odrywał wzrok od notatek. Zawsze był najpilniejszym studentem na naszym roku, co (prawdopodobnie) tłumaczyło, dlaczego był też najlepszym aktorem i (z pewnością) dlaczego nikt go z tego powodu nie nienawidził.
– Proszę. – Alexander wyjął z kieszeni zwitek dziesięciodolarówek i przeliczył je na stole. – Tu jest pięćdziesiąt dolców.
– Na co? – zapytała Meredith. – Życzysz sobie tańca na kolanach?
– A co, ćwiczysz na „po dyplomie”?
– Wiesz, co mi możesz?
– Poproś ładnie.
– Pięćdziesiąt dolarów na co? – zapytałem, chcąc im przerwać. Meredith i Alexander mieli najbardziej niewyparzone gęby z nas wszystkich i z perwersyjnym poczuciem dumy zawsze prześcigali się w niewybrednych komentarzach. Gdybyśmy im pozwolili, ciągnęliby to przez całą noc.
Alexander postukał w banknoty palcem.
– Stawiam pięćdziesiąt dolarów, że już teraz potrafię ogłosić właściwą obsadę i się nie pomylę.
Pięcioro z nas wymieniło zaciekawione spojrzenia; Wren ze zmarszczonymi brwiami nadal wpatrywała się w kominek.
– No dobra, posłuchajmy – powiedziała Filippa z lekkim westchnieniem, jakby ciekawość wzięła górę.
Alexander odgarnął z twarzy niesforne czarne loki i powiedział:
– Richard oczywiście będzie Cezarem.
– Bo wszyscy w głębi ducha chcemy go zabić? – zapytał James.
Richard uniósł jedną brew.
– Et tu, Brute?
– Sic semper tyrannis – odparł James i przesunął po gardle końcem długopisu jak sztyletem. – Tak kończą tyrani.
Alexander powiódł ręką od jednego do drugiego.
– No właśnie – powiedział. – James będzie Brutusem, bo zawsze jest tym dobrym, a ja Kasjuszem, bo zawsze jestem tym złym. Richard i Wren nie mogą być małżeństwem, bo to byłoby obrzydliwe, więc ona będzie Porcją, Meredith Kalpurnią, a ty, Pip, znów skończysz w przebraniu.
Filippa, którą trudniej było obsadzić niż Meredith (femme fatale) czy Wren (pierwsza naiwna), musiała zmieniać płeć, kiedy kończyły nam się dobre partie żeńskie – co zresztą często miało miejsce w czasach Shakespeare’a.
– Zabij mnie – rzuciła.
– Chwileczkę – wtrąciłem, potwierdzając hipotezę Richarda, że w procesie obsadzania zawsze trafiały mi się resztki. – A co ze mną?
Alexander przyglądał mi się, mrużąc oczy i przesuwając językiem po zębach.
– Pewnie będziesz Oktawiuszem – postanowił. – Nie zrobią cię Antoniuszem, bez urazy, ale nie jesteś dość wyrazisty. Będzie nim ten nieznośny trzecioroczniak, jak on się nazywa?
Filippa: Ryszard Drugi?
Richard: Zabawne. Nie, Colin Hyland.
– Spektakularne. – Spuściłem wzrok na tekst Peryklesa, który przerzucałem chyba setny raz. Jedynie w połowie tak utalentowany jak reszta, wydawałem się skazany na granie drugoplanowych ról w historiach innych ludzi. Zbyt wiele razy zadawałem sobie pytanie, czy to sztuka naśladuje życie, czy odwrotnie.
Alexander: Pięćdziesiąt dolców na dokładną obsadę. Ktoś wchodzi?
Meredith: Nie.
Alexander: Czemu nie?
Filippa: Bo tak dokładnie będzie.
Richard zachichotał i podniósł się z fotela.
– Można tylko mieć taką nadzieję. – Ruszył w stronę drzwi i nachylił się, by po drodze uszczypnąć Jamesa w policzek. – Dobranoc, słodki książę…
James odepchnął jego rękę notesem, a potem demonstracyjnie znów się za nim schował. Meredith jak echo powtórzyła śmiech Richarda i powiedziała:
– Kiedy masz coś na wątrobie, równie zapalczywego zabijaki nie ma w całych Włoszech!
– Niech diabeł porwie wasze obydwa domy! – mruknął James.
Meredith przeciągnęła się z cichym, sugestywnym jękiem i wstała z kanapy.
– Idziesz spać? – zapytał Richard.
– Tak. Dzięki Alexandrowi ta cała robota wydaje się bez sensu. – Zostawiła książki rozrzucone na niskim stoliku przed kominkiem razem z kieliszkiem po winie, na którym pozostał odciśnięty półksiężyc szminki. – Dobranoc – powiedziała w stronę pokoju. – Z Bogiem! – Zniknęli razem w korytarzu.
Potarłem oczy, które zaczynały mnie piec po całych godzinach czytania. Wren cisnęła książkę za głowę i patrzyłem, jak ląduje obok mnie na sofie.
Wren: Do diabła z tym.
Alexander: To mi się podoba.
Wren: Powiem partię Izabeli i tyle.
Filippa: Idź spać.
Wren wstała powoli, mrugając powiekami, by przepędzić z oczu resztki blasku ognia.
– Pewnie będę leżeć przez całą noc i recytować moje kwestie – powiedziała.
– Chcesz wyjść na dymka? – Alexander dopił whiskey (kolejną) i zwijał na stole skręta. – Pomoże ci się zrelaksować.
– Nie, dziękuję – odparła, ruszając w stronę korytarza. – Dobranoc.
– Jak chcesz. – Alexander odsunął krzesło, trzymając skręta w kąciku ust. – Oliver?
– Jeśli pomogę ci to wypalić, jutro obudzę się bez głosu.
– Pip?
Wsunęła okulary na włosy i zakaszlała cicho, sprawdzając gardło.
– Boże, wywierasz na mnie okropny wpływ – powiedziała. – Dobra.
Skinął głową już w połowie drogi do drzwi, z rękami w kieszeniach. Z lekką zazdrością patrzyłem, jak wychodzą, a potem rozwaliłem się na oparciu kanapy. Walczyłem, by skupić się na tekście, który był tak mocno pokreślony, że z trudem dało się go odczytać.

PERYKLES: Żegnaj mi, królu! Bo mądrość mnie uczy,
Że kto popełnia czarne jak noc czyny,
Gotów na wszystko, by ukryć swe winy;
Grzech płodzi grzechy: śladem rozpustnika
Jak dym za ogniem rozbój się pomyka.

Dwie ostatnie linijki wymruczałem pod nosem. Znałem je na pamięć od miesięcy, ale i tak dopadał mnie strach, że zapomnę słowo lub frazę podczas przesłuchania. Spojrzałem przez pokój na Jamesa i powiedziałem:
– Zastanawiałeś się kiedyś, czy Shakespeare znał te monologi w połowie tak dobrze jak my?
Przerwał czytanie i podniósł wzrok.
– Stale się zastanawiam – odparł.
Uśmiechnąłem się lekko, utwierdzony w swojej słuszności.
– Poddaję się. I tak nic nie robię.
Spojrzał na zegarek.
– Ja chyba też nie.
Zwlokłem się z sofy i ruszyłem za Jamesem krętymi schodami do sypialni, którą dzieliliśmy – znajdowała się bezpośrednio nad biblioteką i była najwyżej położonym z trzech pokoi w małej kamiennej kolumnie nazywanej powszechnie Wieżą. Kiedyś był tam tylko strych, ale pod koniec lat siedemdziesiątych usunięto pajęczyny i rupiecie, by zrobić miejsce dla studentów. Dwadzieścia lat później mieszkałem tam z Jamesem; mieliśmy do dyspozycji dwa łóżka z niebieskimi narzutami w kolorze Dellecher, dwie ogromne stare szafy i dwie niepasujące do siebie biblioteczki, zbyt paskudne, by mogły stać na dole.
– Myślisz, że obsadzą nas tak, jak przepowiedział Alexander? – zapytałem.
James zdjął koszulę, mierzwiąc włosy.
– Jeśli chcesz wiedzieć, dla mnie to zbyt przewidywalne.
– A czy kiedyś nas zaskoczyli?
– Frederick cały czas mnie zaskakuje – odparł. – Ale to Gwendolyn będzie miała ostatnie słowo, jak zawsze.
– Gdyby to od niej zależało, Richard grałby wszystkie role męskie i połowę żeńskich.
– A Meredith drugą. – Przycisnął nadgarstki do oczu. – Który jesteś jutro?
– Tuż po Richardzie. Po mnie jest Filippa.
– A ja po niej. Boże, tak mi jej żal.
– Tak. To cud, że jeszcze nie zrezygnowała.
James zmarszczył brwi w zamyśleniu, próbując wyswobodzić się z dżinsów.
– Jest trochę bardziej odporna od nas. Może dlatego Gwendolyn tak ją dręczy.
– Tylko dlatego, że może to znieść? – zapytałem, rzucając ubranie na podłogę. – To okrutne.
Wzruszył ramionami.
– Cała Gwendolyn.
– Gdyby to zależało ode mnie – powiedziałem – wywróciłbym wszystko do góry nogami. Alexander byłby Cezarem, a Richard grałby Kasjusza.
Odrzucił kołdrę i zapytał:
– A ja nadal byłbym Brutusem?
– Nie. – Cisnąłem w niego skarpetką. – Byłbyś Antoniuszem. Choć raz ja dostałbym główną rolę.
– W końcu zagrasz tragicznego bohatera. Poczekaj tylko do wiosny.
Podniosłem wzrok znad szuflady, w której szperałem.
– Frederick znów zdradził ci jakieś sekrety?
Położył się i wsunął ręce pod głowę.
– Może wspomniał coś o Troilusie i Kresydzie. Wpadł na fantastyczny pomysł, żeby przedstawić to jako walkę płci. Wszyscy Trojanie będą mężczyznami, a Grecy kobietami.
– To szaleństwo.
– Czemu? Ta sztuka opowiada o seksie w równym stopniu co o wojnie. Gwendolyn będzie oczywiście chciała, żeby Richard był Hektorem, ale ty będziesz Troilusem.
– A czemu ty nie miałbyś być Troilusem?
Poruszył się i wygiął plecy.
– Może już wspominałem, że chciałbym mieć bardziej zróżnicowany repertuar.
Wpatrywałem się w niego, niepewny, czym mam się poczuć urażony.
– Nie patrz tak na mnie – odparł z nutą wyrzutu w głosie. – Przyznał, że wszyscy musimy się wyrwać z naszych szufladek. Mam już dość grania zakochanych głupków takich jak Troilus i jestem pewny, że ty masz dość grania pomagierów.
Rzuciłem się plecami na łóżko.
– Chyba masz rację. – Przez chwilę błądziłem myślami, a potem zaśmiałem się cicho.
– Co jest takie zabawne? – zapytał James, wyciągając rękę, by zgasić światło.
– Będziesz musiał grać Kresydę – powiedziałem. – Jesteś z nas najładniejszy.
Leżeliśmy, śmiejąc się w ciemności, aż w końcu zapadliśmy w głęboki sen, nie mając pojęcia, że kiedy podniesie się kurtyna, odsłoni dramat naszego autorstwa.

SCENA 2

Dellecher Classical Conservatory zajmowało jakieś dwadzieścia akrów na wschodnim krańcu Broadwater, a jego granice tak często się zacierały, że trudno było powiedzieć, gdzie kończy się kampus, a zaczyna miasto. Studenci pierwszego roku mieszkali w budynkach z cegły w mieście, drugiego i trzeciego tłoczyli się w głównym gmachu, a garstka słuchaczy czwartego roku była ściśnięta w dziwnych odległych kątach campusu lub musiała radzić sobie sama. My, studenci czwartego roku Wydziału Aktorskiego, mieszkaliśmy po drugiej stronie jeziora w tak zwanym Zamku, który w rzeczywistości był tylko niewielkim domem z kamienia z małą wieżą, gdzie kiedyś mieściła się kwatera zarządcy terenu.
Główny gmach Dellecher, rozłożysty budynek z czerwonej cegły, wznosił się na stromym wzgórzu, z którego rozciągał się widok na ciemną wodę jeziora. Sypialnie i sala balowa znajdowały się na trzecim i czwartym piętrze, klasy i biura na pierwszym i drugim, a parter podzielono na jadalnię, salę muzyczną, bibliotekę i oranżerię. Z zachodniego skrzydła wystawała kaplica, a po stronie wschodniej, gdzieś w latach sześćdziesiątych, wzniesiono budynek Katedry Sztuk Pięknych imienia Archibalda Dellechera (znany powszechnie jako KSP), który od głównego gmachu oddzielał mały dziedziniec i sieć podcieni. W KSP mieścił się Teatr Archibalda Dellechera i sala prób, gdzie oczywiście spędzaliśmy większość czasu. O ósmej rano pierwszego dnia zajęć panowała tam wyjątkowa cisza.
Przyszliśmy z Richardem razem, choć moje przesłuchanie miało się rozpocząć dopiero za pół godziny.
– Jak się czujesz? – zapytał, gdy wspinaliśmy się na strome wzgórze.
– Jestem zdenerwowany jak zawsze. – Liczba przesłuchań, w których uczestniczyłem, nie miała żadnego znaczenia; trema nigdy mnie nie opuszczała.
– Niepotrzebnie – odparł. – Nigdy nie jesteś tak okropny, jak ci się wydaje. Nie przestępuj tylko zbyt często z nogi na nogę. Jesteś najbardziej interesujący, gdy stoisz bez ruchu.
Zmarszczyłem brwi.
– O co ci chodzi?
– Kiedy zapominasz, że jesteś na scenie i masz się denerwować. Jesteś wyczulony na pozostałych aktorów i słuchasz ich kwestii, jakbyś je słyszał pierwszy raz w życiu. Cudownie się tak pracuje i pięknie ogląda. – Pokręcił głową na widok konsternacji na mojej twarzy. – Niepotrzebnie ci powiedziałem. Nie zacznij się wstydzić. – Klepnął mnie swoją wielką dłonią w ramię, a ja byłem tak nieuważny, że poleciałem do przodu i musnąłem palcami wilgotną trawę. Donośny śmiech Richarda poniósł się echem w porannym powietrzu, a on chwycił mnie za ramię i pomógł odzyskać równowagę. – Widzisz? – powiedział. – Stój mocno na ziemi, a wszystko będzie w porządku.
– Dureń z ciebie – rzuciłem, ale uśmiechnąłem się do niego. (Richard miał taki wpływ na ludzi).
Kiedy tylko dotarliśmy do KSP, znów klepnął mnie radośnie w plecy i zniknął w sali prób. Chodziłem tam i z powrotem po korytarzu, roztrząsając w myślach jego słowa i powtarzając Peryklesa, jakbym odmawiał różaniec.
Podczas przesłuchań w pierwszym semestrze ustalano, jakie role przypadną nam w jesiennym przedstawieniu. W tym roku miał nim być Juliusz Cezar. Tragedie i kroniki zarezerwowano dla studentów czwartego roku, słuchacze trzeciego byli zdegradowani do romansów i komedii, a wszystkie epizody grali studenci drugiego roku. Pierwszoroczniakom pozostawała praca za sceną, zajęcia ogólne i zastanawianie się, w co do diabła się wpakowali. (Co roku studenci, których występy uznano za niesatysfakcjonujące, byli usuwani z programu, czasem aż połowa. Wytrwanie do czwartego roku dowodziło albo talentu, albo głupiego fartu. W moim przypadku tego drugiego). Zdjęcia absolwentów z minionych pięćdziesięciu lat wisiały w dwóch równych rzędach na korytarzu. Nasze było ostatnie i z pewnością najbardziej seksowne: reklamowało zeszłoroczny spektakl Snu nocy letniej. Wyglądaliśmy młodziej.
Frederick wpadł na pomysł, by wystawić Sen jako imprezę piżamową. James i ja (odpowiednio Lyzander i Demetriusz) mieliśmy na sobie bokserki w paski i białe podkoszulki; patrzyliśmy na siebie ze złością z uwięzioną między nami Wren (Hermia w krótkiej różowej koszulce nocnej). Filippa jako Helena stała po mojej prawej w dłuższej niebieskiej koszuli, ściskając poduszkę, którą okładały się z Wren w trzecim akcie. Na środku zdjęcia Alexander i Meredith stali owinięci wokół siebie jak para węży – on jako złowieszczy, uwodzicielski Oberon w seksownym jedwabnym szlafroku, ona jako zmysłowa Tytania w przezroczystej czarnej koronce. Jednak całą uwagę przykuwał Richard stojący wśród innych rzemieślników w śmiesznej flanelowej piżamie. Ogromne ośle uszy wystawały mu z gęstych czarnych włosów. Jego Spodek był agresywny, nieprzewidywalny i zupełnie szalony. Terroryzował wróżki, dręczył innych aktorów, przerażał publiczność i – jak zwykle – skradł całe przedstawienie.
Nasza siódemka przetrwała trzy doroczne „czystki”, ponieważ byliśmy w pewnym stopniu niezbędni dla zespołu. W ciągu czterech lat z grupki epizodystów staliśmy się niewielką, starannie wytrenowaną trupą dramatyczną. Część naszych teatralnych zalet była oczywista: Richard był czystą siłą, metr osiemdziesiąt siedem, jak wyrzeźbiony z granitu, o przenikliwych czarnych oczach i elektryzującym basie, który zagłuszał każdy inny dźwięk w sali. Grał przywódców, despotów i wszystkich, których publiczność musiała się bać lub podziwiać. Meredith była stworzona do uwodzenia, chodzące marzenie pełne krągłości okrytych atłasową skórą. Lecz w jej seksapilu było także coś bezlitosnego – poruszając się, przykuwała wzrok bez względu na to, co działo się dookoła. (Ona i Richard byli „razem” w każdym normalnym znaczeniu tego słowa od czasu letniego semestru drugiego roku). Wren – kuzynka Richarda, choć patrząc na nich, nikt by na to nie wpadł – była pierwszą naiwną, dziewczyną z sąsiedztwa, zabiedzoną istotą z pszenicznymi włosami i okrągłymi oczami porcelanowej lalki. Alexander był naszym nadwornym złoczyńcą, chudym i żylastym, z długimi ciemnymi lokami; ostre zęby przy uśmiechu nadawały mu wygląd wampira.
Filippę i mnie trudniej było zaszufladkować. Wysoka, śniada i lekko chłopięca, miała w sobie coś chłodnego i zmiennego, przez co była równie przekonująca jako Horacy i jako Emilia. Ja zaś byłem przeciętny pod każdym względem: ani szczególnie przystojny, ani szczególnie utalentowany, ani szczególnie dobry w czymkolwiek, ale wystarczająco dobry we wszystkim, co jeszcze zostawało do odegrania. Sądziłem, że oszczędzono mi czystki po trzecim roku, bo beze mnie James byłby markotny i ponury.
Na pierwszym roku los potraktował nas łaskawie, gdy wylądowaliśmy razem w malutkim pokoju na samej górze. Kiedy pierwszy raz otworzyłem drzwi, James podniósł wzrok znad torby, którą rozpakowywał, wyciągnął rękę i powiedział: Otóż i ksiądz Oliver. Księże proboszczu, witamy! Był typem aktora, w którym wszyscy się zakochują, gdy tylko pojawi się na scenie, a ja nie byłem wyjątkiem. Już podczas naszych pierwszych dni w Dellecher chroniłem go i bywałem nawet zaborczy, kiedy inni za bardzo się zbliżali i grozili, że zajmą moje miejsce jako „najlepszego” – co zresztą zdarzało się równie rzadko jak deszcz meteorytów. Niektórzy widzieli we mnie postać, którą zawsze przydzielała mi Gwendolyn: lojalnego pomagiera. James był bohaterem w tak pełnym tego słowa znaczeniu, że wcale mnie to nie martwiło. Był też najprzystojniejszy z nas (Meredith porównała go kiedyś do księcia z bajek Disneya), lecz jeszcze bardziej ujmująca była jego dziecięca głębia uczuć, na scenie i poza nią. Przez trzy lata cieszyłem się z jego ogromnej popularności i szczerze go podziwiałem, bez cienia zazdrości, mimo że był wyraźnym ulubieńcem Fredericka, tak samo jak Richard stał się faworytem Gwendolyn. Oczywiście James nie miał ego Richarda ani jego zmiennych humorów i wszyscy go lubili, podczas gdy Richarda nienawidzili i kochali w równej mierze.
Mieliśmy w zwyczaju obserwować przesłuchanie wypadające bezpośrednio po nas; występ bez publiczności stanowił rekompensatę za konieczność rozpoczynania przesłuchań. Chodziłem niespokojnie po korytarzu, żałując, że to nie James będzie mnie oglądał. Nawet jako widz Richard bezwiednie budził strach. Słyszałem jego głos z sali prób odbijający się od ścian:
Richard: Dobrze się namyśl, zanim nam co powiesz,
Zanim obudzisz uśpiony miecz wojny.
Proszę cię – w imię Boże – bądź ostrożny;
Albowiem nigdy dwa takie królestwa
Nie wojowały bez rozlewu krwi –
A każda kropla niewinnie przelana
Jest krzykiem krzywdy wysłanym w niebiosa,
Skargą przeciwko złoczyńcy, co mieczom
Dodał ostrości zamiarem niszczenia
Ludzkiego, jakże niedługiego życia.

Już dwa razy widziałem, jak wygłaszał tę kwestię, ale nie stała się przez to mniej imponująca.
Dokładnie o wpół do dziewiątej uchyliły się drzwi do sali prób. W szparze pojawiła się znajoma twarz Fredericka, pomarszczona i zabawna.
– Oliver? Jesteśmy gotowi.
– Świetnie.
Jak zawsze wchodząc do sali prób, czułem się mały. Było to ogromne pomieszczenie z wysokim sklepionym sufitem i wysokimi oknami wychodzącymi na trawnik. Brzegi niebieskich aksamitnych zasłon w oknach zbierały kurz z drewnianych podłóg. Kiedy powiedziałem: „Dzień dobry, Gwendolyn”, mój głos odbił się echem.