Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Jak się zakochać w mężczyźnie, który mieszka w krzakach” to nietypowa historia miłosna o wyborach podyktowanych głosem serca, a nie pozorami, o decyzjach podejmowanych na przekór utartym schematom.


Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakachJulia mieszka w Wiedniu wraz ze swoim kotem Optimusem. Marzy, aby któregoś dnia zaprzyjaźnić się ze swoją sąsiadką Elfriede Jelinek. Na razie dla zabicia czasu daje lekcje angielskiego bezrobotnym dyrektorom z przerostem ambicji i niedouczonej młodzieży.

Pewnego dnia poznaje Bena. Wybucha gorące uczucie. Jest wspaniale, może poza pewnym szczegółem – Ben jest bezdomny…

Ale czy ten drobiazg może stanąć na drodze prawdziwej miłości?

Humor i talent językowy Abrahamson sprawiają, że jej książka jest czymś więcej niż tylko czytadłem na leżak. Emmy Abrahamson jest po prostu ogromnie zabawna. Czytelnik wybucha głośnymi salwami śmiechu, czasami się czerwieni, ale ani przez chwilę nie czuje się zażenowany.

***

„Jedną z zalet książki Emmy Abrahamson jest to, że jest ona tak przekomiczna”
Annika Koldenius, Smalandsposten

„Napisana z dużą dozą humoru i z błyskiem w oku… Trudno nie być oczarowanym”
Kulturkollo

Emmy Abrahamson (ur. 1976) – pisarka pochodzenia polsko-szwedzkiego, studiowała aktorstwo w Manchesterze, pracowała jako aktorka, reżyserka i scenarzystka w Londynie, Amsterdamie oraz Wiedniu, wykładała również teatrologię. Zadebiutowała w roku 2011 książką „Min pappa ar snäll och min mamma ar utlänning” („Mój tata jest dobry, a moja mama jest cudzoziemką”), która okazała się bardzo realistyczną i demaskatorską – a co idzie za tym – kontrowersyjną mieszaniną stereotypów krążących w Szwecji o Polakach.

Emmy Abrahamson
Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach
Przekład: Bratumiła Pawłowska-Pettersson
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 17 sierpnia 2017
 
 

Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach


1

Uwielbiam fiuta.
Zaglądam do swoich papierów, bazgrzę coś, odkładam długopis i chrząkam.
– Chciałaś chyba powiedzieć… tak sądzę… czy raczej mam taką nadzieję… choć oczywiście to wspaniale, jeśli faktycznie tak czujesz… że uwielbiasz gotować. Cooking. A nie… cock.
Dziś to już moja jedenasta lekcja. Jestem tak wykończona, że zaczynam gadać od rzeczy. Poza tym nieustannie muszę zerkać na miętowozieloną ankietę personalną, żeby sobie przypomnieć imię uczennicy. Petra Petra Petra. Niepokojący jest również fakt, że – jak zauważam – miałam z nią zajęcia już co najmniej trzy razy. Niestety, w ogóle jej sobie nie przypominam. Tak jakby wszyscy moi uczniowie zlali się w jedną wielką, pozbawioną twarzy masę, która nie potrafi odróżnić Tuesday od Thursday i uparcie nie używa czasu przeszłego niedokonanego. Masa, która nie potrafi oduczyć się mówić please w odpowiedzi na „dziękuję”, chociaż z tysiąc razy powtarzałam im, że należy odpowiadać You’re welcome. Masa, która sądzi, że język można opanować poprzez samo przebywanie w jednym pomieszczeniu z nauczycielem. Zerkam na zegar – do końca lekcji pozostało dwadzieścia minut. Dwadzieścia minut nieskończoności.
– A… co lubisz gotować, Petro? – pytam.
Nigdy nie marzyłam ani nie planowałam, że zostanę nauczycielką angielskiego w Austrii. Ale po czterech miesiącach na bezrobociu ogłoszenie firmy Berlitz poszukującej nauczycieli wydało mi się zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Szkolenie trwało zaledwie dwa tygodnie i zaraz po jego ukończeniu mogliśmy zacząć uczyć. Mimo to początkowo wciąż nieustannie popatrywałam na drzwi, spodziewając się, że facet ze związanymi w koński ogon włosami, który prowadził kurs, nagle wparuje i wysapie: „To był tylko żart. Przecież tobie nie wolno uczyć. Dałaś się nabrać”, po czym ja wyląduję na ulicy, a uczniowie zostaną przewiezieni w jakieś bezpieczne miejsce. Wtedy jeszcze przesiadywałam wieczorami i planowałam swoje lekcje. Opracowywałam drobiazgowy program nauczania i starałam się, aby każde zajęcia były urozmaicone i ciekawe. Kserowałam ciekawe artykuły, przygotowywałam pytania, wymyślałam dyskusje z podziałem na role i laminowałam zdjęcia, które miały być punktem wyjścia do ważkich dyskusji. Wszystko po to, aby moi uczniowie jak najwięcej mówili po angielsku. Teraz mają szczęście, jeśli przed zajęciami w ogóle rzucę okiem na ich ankiety personalne. Taka krnąbrna zaczęłam być w dniu, w którym zdałam sobie sprawę z tego, że uczę już o wiele dłużej niż planowane sześć miesięcy i – co gorsza – jestem w tym dobra. Mam cierpliwość (kto by pomyślał, że to główny warunek bycia dobrym nauczycielem języka?) i potrafię skłonić uczniów do mówienia po angielsku. A od kiedy przestałam planować lekcje i stały się one zagadką zarówno dla mnie, jak i dla uczniów, moje życie stało się nieco bardziej emocjonujące.
– No, różne rzeczy. Sznycle, kiełbaski… – zaczyna Petra.
– Całym zdaniem – upominam ją.
– Lubię gotować sznycle i kiełbaski – posłusznie odpowiada Petra.
Metoda Berlitza zakłada, że języka najlepiej uczyć się poprzez codzienną konwersację. Dlatego jestem w stanie ciągnąć lekcję tak długo, jak długo przychodzą mi do głowy tematy do rozmów z uczniami. Trzy lata pracy w charakterze nauczycielki języka angielskiego zrobiły ze mnie ekspertkę od gadki szmatki. Kiedyś skłoniłam ucznia do tego, żeby przez piętnaście minut opowiadał o wymianie zamka w drzwiach do garażu; chciałam po prostu sprawdzić, czy mi się to uda.
– A jaki jest twój ulubiony napój? – pytam.
Petra się zastanawia.
– Kranówka.
– Całym zdaniem – powtarzam i zmuszam się do uśmiechu.
– Najbardziej lubię pić kranówkę – odpowiada Petra.
Wciąż uśmiecham się do Petry, bo tak naprawdę nie mam pojęcia, co by tu powiedzieć osobie, której ulubionym napojem jest woda z kranu.
Przez ostatnie piętnaście minut rozwiązujemy krzyżówkę kulinarną. Gdy rozlega się dźwięk dzwonka, wzdycham teatralnie i opuszczam kąciki ust, aby pokazać, jak mi przykro, że lekcja dobiegła końca. Podajemy sobie ręce, rzecz jasna, i Petra idzie do domu. Zapewne skonsumuje kolację składającą się ze sznycla, kiełbasek i szklanki wody z kranu.
 

W maleńkim pokoju nauczycielskim panuje tłok. Podczas pięciominutowej przerwy nikt nie chce mieć przecież żadnego kontaktu z uczniami. Ściany obwieszone są plakatami Berlitza ze zdjęciami ludzi z różnych stron świata, opatrzonymi hasłami z wykrzyknikami. Trzy regały wypełniają gazetki Berlitza „Passport” i wyglądające na nieużywane książki do nauki hiszpańskiego, rosyjskiego i francuskiego. Za to podręczniki do angielskiego są mocno sfatygowane – większości z nich brakuje okładek, niektóre posklejano taśmą.
Właściwie nikt w Berlitzu nie jest nauczycielem z prawdziwego zdarzenia. Mike to bezrobotny aktor, Jason kończy doktorat poświęcony Schönbergowi, Claire pracowała wcześniej w marketingu, Rendall jest grafikiem, Sarah inżynierką, Rebecca lutniczką, Karen ma licencjat z medioznawstwa, ja zaś marzę o tym, że któregoś dnia zostanę pisarką. Jedyny nauczyciel z wykształceniem kierunkowym to Ken. Dlatego wszyscy go nienawidzą, prawie tak jak Dagmar, która w oddziale Berlitza na Mariahilferstrasse odpowiada za administrację.
Do pokoju wmaszerowuje Ken.
– Ojej, zajęte, zajęte – mruczy wesolutko i z otwartym podręcznikiem do gramatyki w dłoni usiłuje się przecisnąć w stronę kserokopiarki.
Wszyscy go ignorują. Przy oknie Mike z Claire próbują kopcić papierosy, wydychając dym przez centymetrową szparę.
– Mam teraz cztery lekcje z rzędu z jedną grupą – wzdycha Claire i wsuwa zapalniczkę do paczki fajek. – Kończę dopiero o ósmej.
– Jeszcze trochę i już nigdy nie będziesz musiała tego robić – pociesza ją Randall. Claire niedługo wraca do Londynu, by napisać magisterkę.
– Zaraz mam dwunastą lekcję – mówię, a przez pokój przechodzi pełny podziwu pomruk.
W pokoju nauczycielskim królują trzy tematy: ile mamy lekcji w ciągu dnia, jak upierdliwi są nasi uczniowie i jak bardzo nienawidzimy Dagmar.
– Właśnie miałem zajęcia z grupą AMS – mówi z kolei Mike.
Wszyscy wzdychają ze współczuciem. AMS to austriackie biuro pośrednictwa pracy. Kilka lat temu Berlitz podpisał z rządem lukratywny kontrakt na kursy angielskiego dla bezrobotnych. Nie ma nic bardziej przygnębiającego od zajęć z grupą AMS.
 

Ostatni tego dnia uczeń to ktoś nowy. Czeka już na mnie w klasie. Stoi i patrzy przez brudne okna na Mariahilferstrasse. Z ulgą wyczytuję w ankiecie, że zna angielski na poziomie piątym, czyli „zaawansowanym”. Im wyższy poziom, tym mniej muszę się wysilać.
– Cześć, mam na imię Julia – mówię i wyciągam rękę.
Chuda kobieta podaje mi nadspodziewanie ciepłą dłoń. W ciągu piętnastu minut dowiaduję się, że ma na imię Vera, pochodzi z Grazu, jest PR-owcem Austriackiej Partii Ludowej i samotnie wychowuje ośmioletnią córkę. Niestety, Vera zaczyna zadawać pytania mnie.
– Skąd pochodzisz?
– Ze Szwecji – odpowiadam spontanicznie.
Kiedy na czole Very pojawia się zmarszczka, dociera do mnie, że popełniłam błąd. Bo chociaż mówię bezbłędnie i bez akcentu, żaden z moich uczniów nie chce słyszeć, że przyjechałam z kraju nieanglojęzycznego. Dagmar z administracji dyskretnie poprosiła mnie nawet, abym nie wspominała uczniom, skąd pochodzę. Rebecca opowiadała, jak dorabiała kiedyś jako kelnerka w restauracji w Cairns. Mimo że ma dobrą pamięć, udawała, że zapisuje zamówienia w notatniku, bo gdy tego nie robiła, wzbudzała w klientach niepokój. Czuję się podobnie, kiedy muszę kłamać na temat swojego pochodzenia.
– Swindon – poprawiam się. – W Anglii. W północnej Anglii.
Vera bacznie mi się przygląda.
– Czy Swindon nie leży przypadkiem w południowej Anglii? – pyta. – Niedaleko Bristolu? Byłam tam kiedyś na kursie.
Czuję, jak płoną mi policzki i szyja.
– To inne Swindon – mówię szybko. – Mniejsze Swindon. Nazywamy je… małe Swindon. No, ale Vero, opowiedz mi, jak spędzasz weekendy. Co najbardziej lubisz robić?
Vera łypie na mnie podejrzliwie. Zaczynam myśleć, że powinnam posłuchać Rebekki i ograniczyć liczbę lekcji.
Niestety, angielski Very jest niemal perfekcyjny. Ale pod koniec lekcji mówi in the end of the month zamiast at the end of the month(1). Wreszcie mogę ją poprawić i przestać czuć się jak bezużyteczny rekwizyt.

(1) Ang. „pod koniec miesiąca” (wszystkie przypisy pochodzą od Tłumaczki)

Gdy wracam do domu, przychodzi mi do głowy pomysł na powieść. Jest tak wstrząsający i przerażający, że aż muszę się zatrzymać. Włoski na rękach stają mi dęba. Otóż nieodnoszący sukcesów pisarz dostaje pracę w ustronnym hotelu w charakterze stróża. Musi tam spędzić zimę wraz z żoną i małym dzieckiem. Niech to będzie chłopczyk. Albo dziewczynka. Albo nie, chłopiec. Z biegiem czasu pisarzowi coraz bardziej odbija z powodu izolacji i nawiedzających hotel złych duchów. Na końcu jest tylko krew, chaos i śmierć. Widzę to wszystko tak wyraźnie, aż ogarnia mnie przerażenie. Śnieżną zamieć wokół hotelu, puste korytarze, pokoje, w których wszystko zamarło, oraz siedzącego przy maszynie do pisania bohatera. Cóż to będzie za porywająca i straszna książka! Prawie biegnę, żeby rzucić się do komputera. Jak to możliwe, że nikt przede mną na to nie wpadł – chichoczę.

2

Wieczorem w barze w szóstej dzielnicy spotykam się z Leonore.
Nie znoszę Leonore. Na swoją obronę mam to, że ona też za mną nie przepada. Obie mamy jednak świadomość symbiotycznych korzyści, jakie wynosimy z naszej znajomości. Inne moje kumpele są w związkach i gdy tylko zegar wybija dwunastą, zamieniają się w dynie, więc mam tylko ją. Ona zaś może zgrywać młodą singielkę, mimo że jest podstarzałą żonką Gerharda, czy też beżowego, jak go nazywam (nigdy w obecności Leonore).
Leonore pochodzi z Anglii i ma synka w wieku przedszkolnym, który z jakiejś przyczyny zawsze nosi na oku przepaskę. Beżowy jest szefem działu finansowego w Red Bullu, co oznacza, że Leonore nie musi już pracować. Zamiast tego może się całkowicie poświęcić produkcji, reżyserii i promocji sztuk, w których gra główne role. W lutym ubiegłego roku w ramach sponsorowanego przez Ambasadę Stanów Zjednoczonych Black History Month grała Malcolma X. Leonore nie jest jednak czarnoskóra.
– Czy Mike nadal pracuje w Berlitzu? – pyta Leonore.
Potwierdzam skinieniem głowy i upijam łyk wódki z tonikiem. Cholerny Stephen King.
– Zastanawiam się, czyby mu nie powierzyć roli w mojej kolejnej sztuce – ciągnie Leonore. – Zamierzam wystawić Bliżej Patricka Marbera. Mógłby zagrać rolę, którą w filmie odtwarzał Clive Owen.
Wodzę plastikowym patyczkiem między kostkami lodu. Nadal jestem rozgoryczona faktem, że prawie czterdzieści lat temu Stephen King napisał Lśnienie. Mały szczegół, o którym sobie przypomniałam, kiedy już usiadłam do pisania.
– Widziałam się dziś z Mikiem i jestem przekonana, że ma dość bycia nauczycielem angielskiego – mówię. – Na pewno ucieszyłby się z roli w Bliżej. Ile razy można komuś opisywać różnicę między czasem teraźniejszym prostym a teraźniejszym ciągłym? Mówię ci. Jeśli jeszcze raz będę zmuszona wyjaśniać, dlaczego slogan McDonald’s I’m loving it jest niedopuszczalny, zacznę walić głową w ścianę. Boże, ilekroć o tym pomyślę, wściekam się na McDonald’s. A zatem, tak, zdecydowanie powinnaś dać tę rolę Mike’owi.
Gdyby jej czoło nie było tak wypełnione botoksem – w końcu dzieli nas jedenaście lat – Leonore teraz by je zmarszczyła, żeby dać mi do zrozumienia, jak bardzo ją nudzę.
– Nie wiem, czy jest między nami chemia – stwierdza Leonore.
Trudno powiedzieć, czy wciąż jeszcze rozmawiamy o Mike’u.
– Raczej nie – mruczę w odpowiedzi i upijam łyk drinka.
 

Z baru idziemy do klubu Passage. W środku panuje tłok. Żeby oddać płaszcze do szatni, musimy się ustawić w kolejce za trzema ciemnowłosymi dziewczynami w minimalistycznych spódniczkach i białych butach na wysokim obcasie.
– Sądzisz, że wszystkie laski tutaj to luksusowe prostytutki z Bałkanów? – przekrzykuję muzykę.
– Mam nadzieję, że nas też masz na myśli! – krzyczy Leonore w odpowiedzi.
Nim zdążam jej odpowiedzieć, zaciąga mnie do baru. Zamawiamy drinki i udajemy, że ze sobą gawędzimy, taksując wzrokiem facetów. Właściwie nie wiem, dlaczego za każdym razem lądujemy w klubie Passage. Tutejszy DJ gra męczącą muzykę, drinki są rozcieńczane wodą, toalety brudne, nie ma gdzie usiąść, a kolesie pochodzą z Niemiec i mają dziewczyny. Po półgodzinie gawędzimy z dwoma facetami. Mój ma plamy potu pod pachami i zrośnięte brwi, ale nie jest zupełnie nieatrakcyjny.
– Skąd jesteś? – pyta po niemiecku.
– Ze Szwecji – odpowiadam po angielsku.
Właściwie to znam niemiecki, nawet jeśli gramatyki używam według własnego widzimisię, ale decyduję się mówić po angielsku, żeby mieć przewagę. Chłopak wytrzeszcza oczy i się uśmiecha.
– Byłeś kiedyś w Szwecji? – pytam.
– Nie. Ale po przeczytaniu tych wszystkich szwedzkich kryminałów mam wrażenie, że tak. Szwecja to Wallanderland.
– Brzmi jak park rozrywki – mówię. – W którym wszyscy giną.
Zauważam, że Leonore próbuje złapać ze mną kontakt wzrokowy; koleś, który się do niej przykleił, jest od niej o głowę niższy i ma na sobie wisior z logo Mercedesa. Wyjście do nocnego klubu w Austrii to jak powrót do czasów, kiedy ozdób z lat osiemdziesiątych nie nosiło się dla żartu, a zespół Ace of Base wciąż był na topie. Ignoruję Leonore i odwracam wzrok do mojego rozmówcy.
– Jakiś Szwed mówił mi, że w Ystad prawie nie ma przestępców – rzuca.
– To dlatego, że wszystkich wyłapał już Kurt Wallander – odpowiadam.
Chłopak wybucha śmiechem i w tej chwili mam nadzieję, że jednak coś między nami zaiskrzy.
– A ty skąd jesteś? – pytam.
– Z Monachium – odpowiada. Odhaczam pierwszy punkt.
– Masz dziewczynę? – ciągnę.
Najpierw jest zaskoczony, a po chwili uśmiecha się jak mały chłopiec.
– Tak – odpowiada. A po kilku sekundach dodaje: – Przepraszam.
Odhaczam punkt drugi. Mimo to daję mu numer telefonu.