Oceń artykuł:
5.00 avg. rating (97% score) - 2 votes

„Ludzie z Placu Słońca” to intymny portret kraju na rozdrożu. Miejsca, w którym coś się skończyło, a nowe jeszcze nie zaczęło. To zbiór reportaży o Hiszpanii z krwi i kości, a nie z turystycznego folderu.


Ludzie z Placu SłońcaFranek Kanalarz – deweloper, który postawił miasto pośrodku pustyni. Susana, która zamówiła w banku whoppera z serem, bo przestała się bać. Manuel, który przez 30 lat nie wychodził z domu. Pedro, syn obwoźnego handlarza, który zamiast mówić “Nie ma Boga, można wszystko”, powiedział “Zmarł Franco, można tańczyć w damskim szlafroku”. Pilar, która chciała stworzyć nową hiszpańską kobietę. Ada, która była skłoterką, a potem została pierwszą burmistrzynią w historii Barcelony.

To o nich jest ta książka.

Jest to też książka o Hiszpanii – kraju, który był przykładem sukcesu, ale z dnia na dzień zmienił się w „chorego człowieka Europy”.

Wtedy na miejsce dawnej opowieści o Hiszpanii pojawiła inna: o nierozwiązanych konfliktach z przeszłości, o cenie rozwoju, o kraju, który zrobił gigantyczny skok – okazało się jednak, że ku kryzysowi.

Aleksandra Lipczak – absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiowała też filologię hiszpańską, polonistykę i studia bliskowschodnie. Publikowała między innymi w „Gazecie Wyborczej”, „Wysokich Obcasach”, „Dużym Formacie”, „Polityce” i Culture.pl. Nominowana do nagrody Grand Press w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne. Laureatka czwartej edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego. Przez sześć lat mieszkała w Barcelonie

Aleksandra Lipczak
Ludzie z Placu Słońca
Wydawnictwo Dowody na Istnienie
Premiera: 4 maja 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

Ludzie z Placu Słońca


***

Jest późne lato.
Kobieta w sari prowadzi chłopca z różowym tornistrem na plecach.
Drogę przecina im napakowany facet z buldogiem francuskim na smyczy. W barze czyta gazetę siwy mężczyzna, który obok stolika postawił wypakowaną zakupami torbę na kółkach. Zostawiam ich i zagłębiam się w wąskie uliczki Ravalu, dzielnicy w centrum Barcelony. Mijam wytatuowane dziewczyny i ciemnoskórych mężczyzn w plastikowych klapkach. Przechodzę koło restauracji z głową byka na ścianie i pakistańskiego sklepu z komórkami.
Idę i doświadczam uczucia bez nazwy.

Pisała o nich na przełomie dziewiątego i dziesiątego wieku japońska dama dworu Sei Shōnagon. „To, co budzi niepokój: osoba jedząca poziomki po ciemku” – notowała w Zapiskach spod wezgłowia. „To, co porusza serce: wieczorny szum wiatru w bambusach. Przebudzenie o świcie”.
Jedenaście wieków później Amerykanin John Koenig stworzył internetowy słownik nienazwanych uczuć. Jak flashover – magiczna chwila, w której wszyscy zaczynają nagle mówić o rzeczach dla siebie istotnych. Albo opia – dziwna potrzeba spojrzenia komuś prosto w oczy.
Impulsy, które trudno jednoznacznie określić.

Kiedy chodziłam tędy dekadę temu, czułam po prostu zachwyt – miastem i krajem, kreatywnym i liberalnym, który narzuca trendy całemu kontynentowi.
Trochę później przyszło zdziwienie. Tym, że świat – pozornie poukładany, niby-doskonały – może nagle wywrócić się do góry nogami.
Kiedy tu mieszkałam, zafascynowały mnie sprawy zamiecione pod dywan i duchy przeszłości. Wiele rzeczy mnie oburzało, inne budziły podziw.

Dzisiejsze uczucie jest jednak inne, bardziej zagadkowe.
Wychodzę na plac pełen ludzi. Są tu kobiety w chustkach, skejterzy na deskach, katalońskie flagi na balkonach. Filipińskie nastolatki ćwiczą na dziedzińcu układy taneczne. Z piekarni dochodzą mnie słowa, które sprzedawczyni kieruje do klientów:
– Co dla ciebie, mi vida, moje życie? Coś jeszcze, reina, królowo?
Wtedy zauważam neon w jednym z okien.
Żarówki układają się w wielki napis: D-TOX.

Chyba już wiem. To uczucie, które pojawia się wtedy, kiedy zdajesz sobie sprawę z tego, że mimo wszystkich porąbanych problemów, jakie może mieć to miejsce, bycie tu jest jak odtrutka.

MIASTO WIDMO

Kanalarz z Seseñii – to brzmi jak pseudonim seryjnego mordercy.
Bohaterem tej historii jest jednak pewien deweloper.

***

Któregoś dnia o zachodzie słońca, patrząc w stronę Madrytu, nad którym o tej porze unosił się biały balon gorącego powietrza i smogu, powiedział sobie:
– Paco, budowałeś już kanały, rurociągi, mieszkania. Robiłeś parki przemysłowe, inteligentne budynki ze szkła, osiedla… Ale nadszedł moment, by zbudować miasto! Paco, to szaleństwo! Ale ja lubię szaleństwa… Cholera, jak to powiem mojej Audenie i matce… Tak, tak, wiem, co powiedzą. „Paco, musisz to zrobić! To będzie dzieło twojego życia!”.
Tego wieczoru zebrał rodzinę i oznajmił: budujemy.
Następnego dnia zwołał techników i kazał im pracować nad pomysłami, które „tryskały z niego, jakby biło wewnątrz niego źródło”.

***

1974. W Hiszpanii zawierucha.
Generał Franco ląduje w szpitalu z powodu zapalenia żył, które za rok go zabije. Uduszeni garotą giną ostatni skazani na śmierć więźniowie: anarchista Salvador Puig Antich i złodziejaszek z NRD, Chef Heinz. ETA podkłada w centrum Madrytu bombę, która zabija dwanaście osób. W ciągu roku odbywa się dwa tysiące strajków. Transformacja jest tuż-tuż.
A on się kąpie.
Ściąga ubranie, odkręca kran, woła żonę.
– Audenaaa!
Potem wchodzą do wanny i płaczą ze szczęścia.
Ma dwadzieścia dziewięć lat i właśnie wziął pierwszy w życiu prysznic.

***

Ze wspomnień:
„Gorący posiłek, jak to się mówi, był w naszym domu prawie cudem. Boże mój, co za nędza!”.
Z gazety „El Mundo”:
„Paco Hernando, ze swoim ciałem Buddy-pizzera, poci się nawet w kieszeniach”.
„Jego przykładna biografia – z gówna na szczyt – powinna być nauczana w szkołach. Po co naszym dzieciom łacina, literatura albo matematyka, skoro analfabeta bez skrupułów może się wedrzeć na czubek piramidy?”.
Na konferencji prasowej:
– Jestem kanalarzem, będę kanalarzem i umrę kanalarzem.
Z tygodnika „Nuevo Semanal de Seseña”:
„Przedsiębiorcy, młodzież, handlarze, sąsiedzi, matki rodzin, chorzy, nauczyciele i księża są zgodni: nie możemy przegapić pociągu do przyszłości!”.

***

Lata czterdzieste albo pięćdziesiąte, Madryt.
Jest jeszcze prawie ciemno, kiedy ich wzrok się spotyka. Dom – jeśli tak można nazwać krytą blachą falistą budę, w której mieszka siedem osób – stoi na wewnętrznym patio innego budynku. Nie wpada tu za dużo światła.
– Jesteś – cieszy się Paco, który właśnie się obudził.
Jego anioł stróż łypie na niego błyszczącymi oczkami. Zanim zniknie, między pustakami miga jego długi, łysy ogon.
Są biedni jak szczury. Pobres como una rata.
Ojciec czyści kanały. Matka sprzedaje na ulicy churros, podłużne racuchy. On szpera w śmieciach. Wkłada w nie pięcioletnią rączkę aż po łokieć. Przetrząsaniem odpadków z „lepszego” Madrytu, które lądują w okolicach placu Kastylii, zajmuje się cała dzielnica, Tetuán de las Victorias. Czasem udaje się wygrzebać skarb. Starego banana, kawałeczek sera. Gdyby mieli radio, słuchaliby, jak Kubańczyk Antonio Machín śpiewa aksamitnym głosem:
Kiedy cicha, tajemnicza noc
Nakrywa miasto swoim płaszczem
Woła mnie echo twojego głosu
A ja nie robię nic, tylko wspominam.
I może przechodziłby ich dreszcz na myśl o tym, jak dwuznacznie brzmią te słowa w kraju, gdzie podczas niedawnej wojny domowej zginęło, zniknęło bez śladu albo wyjechało co najmniej pół miliona ludzi. Gdyby umieli czytać, śmialiby się z komiksowych przygód Carpanty, który całymi dniami marzy tylko o tym, by zjeść pieczonego kurczaka.
Ale na radio ich nie stać, a głód znają tylko w praktyce.

„Matka sprzedała dziecko za 400 peset. Wiadomo, że kupująca miała na sobie zielony płaszcz” – piszą gazety. Kwitnie czarny rynek, rosną fortuny. Ale o biedaków nikt się nie zatroszczy – członkowie robotniczych partii i związkowcy albo są za granicą, albo nie żyją. Francisco (Paco) Hernando Contreras jest dzieckiem hiszpańskiego powojnia, posguerra. Dopóki ojciec w jedną noc nie zbuduje domu (prawo mówi: skoro stoi, nie można go ruszyć), są prawie bezdomni. Mieszkają na podwórku u wuja, w krytej blachą budzie, którą już znamy. Głód ich przeczołga.

Ze wspomnień:
„Nie było czasu na szkołę, był tylko czas na przeżycie”.

Kiedy ma jedenaście lat, zaczyna pracę jako chłopiec na posyłki.
Spodoba mu się Madryt szerokich alei i wytwornych kamienic. Ale chyba od razu ma ochotę mu pokazać, kto tu rządzi. Traci pracę, bo w jednym z eleganckich domów robi siku w windzie. Jako nastolatek pracuje z ojcem w kanałach. Czego tam nie ma. Przed ich oczami przepływają ludzkie zwłoki, martwe płody, pistolety, scyzoryki, nadgniłe ciała zwierząt. Smród wżera się w skórę, nie daje się zmyć. Czuje go, kiedy kładzie się do łóżka, kiedy je, czują go też dziewczyny na sobotnich potańcówkach. Po roku pracy przez sześć miesięcy choruje, nie ma siły wstać z łóżka.
Jego najlepszymi przyjaciółmi znów są szczury. „Jeśli były w kanale, wiedzieliśmy, że jest tam bezpiecznie, że można schodzić, że jest tlen”.
Właściciel baru Nowy Jork, robotnicza dzielnica Vallecas:
– Pamiętam, jako młody chłopak przychodził tu co rano, jak wszyscy, napić się kawy z anyżówką na rozruszanie silnika. Czasem mówił: nie mam, zapłacę ci jutro.
Potem zniknął.
– Nie miał nic, poszedł po wszystko – mówił o nim mistrz kanalarstwa Pedro Olmos w filmie dokumentalnym telewizji Cuatro Rynek budowlany. Koniec fiesty, 2007.

***

W 2006 roku pisarka Elvira Lindo (ta od Mateuszka) jedzie do Madrytu taksówką i się dziwi.
Na środku pustyni wyrósł mastodont.
Tam, gdzie jeszcze parę lat temu było tylko suche jak pieprz pole, rosną dziś wielkie cielska bloków z brązowej cegły. „Niespodziewane miasto na tle pejzażu bez drzew, pośrodku niczego” – pisze Lindo w swoim cotygodniowym felietonie w „El País”. „Setki dźwigów zapowiadają, że cielsk w najbliższych miesiącach będzie więcej”.

Nie, żeby tylko tam.
W czterdziestosześciomilionowym kraju buduje się co roku więcej mieszkań niż we Francji, Włoszech i w Niemczech razem wziętych. Hiszpania znalazła drugą – obok turystyki – żyłę złota. Jest imperium cegły, pomarańczową wyspą. Osiedla, hotele i pola golfowe rosną w najmniej spodziewanych miejscach.

Ale Seseña bije je wszystkie na głowę.
To będzie największe prywatne osiedle w historii Hiszpanii.
Tam, gdzie dziś nie ma ani kropli wody i gdzie do niedawna ganiały króliki, ma niedługo zamieszkać pięćdziesiąt tysięcy ludzi.
Seseña, senne pueblo, w ciągu paru lat stanie się sporym miastem.

***

Kiedy mówi ojcu, że chce zostać przedsiębiorcą, ten pierze go na kwaśne jabłko i wyrzuca na noc z domu.
– Zapamiętaj sobie, że urodziłeś się robotnikiem, jesteś robotnikiem i umrzesz robotnikiem. Bogaci nie uznają konkurencji, a już na pewno nie w Hiszpanii.
Papá nie zauważył jednak, że w systemie pojawiły się szczeliny.

W 1957 roku w rządzie Hiszpanii zasiadają panowie z teczkami – technokraci z Opus Dei. W teczkach mają plan liberalizacji hiszpańskiej gospodarki. Ma on ją uchronić przed katastrofą, na której skraj zaprowadziła ją wojna i narzucona przez generała Franco autarkia. Pod ich okiem pkb rośnie w tempie 7% rocznie. To szansa dla takich jak Paco: obrotnych, sprytnych. Zaczyna od wozów dostawczych, produkuje beton. Ale jest lepszy interes. W kraju trwa wielka przeprowadzka ze wsi do miast. Pustoszeją miasteczka, samotnieją wioseczki. Tysiące ludzi wsiada do pociągów i jedzie szukać szczęścia w Madrycie, Barcelonie, Bilbao. W tekturowych walizkach, kufrach i tobołkach wiozą epokową zmianę. Przekształcają Hiszpanię z kraju rolniczego, jakim zawsze była, w miejskie, nowoczesne państwo.

Wszyscy ci ludzie muszą gdzieś mieszkać. Nie brakuje takich, którzy budują się na dziko, jak kiedyś ojciec Paco. Na peryferiach Madrytu wyrastają pod osłoną nocy całe dzielnice. Ale kraj się rozwija, a wraz z nim mieszkaniowe standardy. Mieszkańcy chabolas, baraków, w kolejnej dekadzie przeprowadzą się do bloków. Jednym z tych, który je postawi, będzie Paco Hernando.

– Dzisiaj w Hiszpanii wszyscy jesteśmy tacy delikatni, wykwintni – powie mi nad filiżanką kawy Alfredo Urdaci, znany dziennikarz telewizyjny i były rzecznik Paco Hernando. – Żeby robić interesy, trzeba mieć co najmniej MBA z Harvardu. A w tamtych czasach Hiszpania to był kraj do zrobienia. Tam, gdzie jedni widzieli chaos, inni – okazje. Ich kariery mają swoje blaski i cienie, może więcej tych ostatnich, ale dzięki nim kraj poszedł naprzód. Hiszpania zna ten typ od dawna: to klasyczny bohater pikareski. Szesnastowieczny spryciarz Łazik z Tormesu też wiedział, gdzie szukać słabych punktów systemu i jak je wykorzystać na swoją korzyść.

Kiedy w 1975 roku ciało schorowanego generała Franco wyrusza w ostatni etap swojej wędrówki zawinięte w dywan (bo inaczej nie dałoby się go znieść ze schodów), Francisco Hernando ma już: 40 ciężarówek marki Pegaso, 29 betoniarek, 10 rozpoczętych projektów budowlanych.
Oraz – po raz pierwszy w życiu – mieszkanie z bieżącą wodą i natryskiem. Mieszka tam z żoną i czwórką dzieci.

Po śmierci Franco Hiszpania próbuje sama z sobą dojść do ładu, manifestuje, odkreśla przeszłość grubą kreską, godzi się, głosuje. A on pnie się do góry jak kolejne piętra pomarańczowych bloków na tle idealnie niebieskiego nieba. Wniebowstąpienie następuje 12 czerwca 1985 roku, kiedy czterdziestotrzyletni premier Felipe González z zawadiacką szczerbą między jedynkami podpisuje traktat akcesyjny do Unii Europejskiej.
Tej nocy Paco Hernando nie może spać.
„Oczami wyobraźni widziałem boom ekonomiczny, który czeka nasz kraj (…). Ten podpis obudził mój wrodzony węch”.

***

Nie ma już wysypiska śmieci nieopodal placu Kastylii. Nie ma też baraków. Jest za to złota stalówka. Strzela triumfalnie w niebo, wysoka na dziewięćdziesiąt metrów.
Podziwiam ją w ostrym październikowym słońcu. Jest wielka, faraońska.

W Madrycie wieje, aż uszy bolą. W powietrzu tańczą suche liście, po placu przemykają ludzie z postawionymi kołnierzami. A ja od tygodnia chodzę śladami Franka Kanalarza.

Paco Hernando od kilku lat unika mediów. Nie działa strona jego firmy, nigdzie nie można znaleźć numeru telefonu ani adresu mejlowego. Były rzecznik mówi, że na wywiad nie ma szans.
Więc zostaje mi to – ślady.

Tylko że akurat tutaj ich nie znajdę. Plac zrobił skok, jak sam Paco Hernando. Pełno tu przeszklonych drapaczy chmur, biur, banków. Stawiam kołnierz i czytam w Wikipedii, że stalówka, czyli obelisk, była darem banku Caja Madrid dla miasta, ma słynnego ojca (Santiago Calatravę) i że budzi kontrowersje, bo nie wiadomo, ile dokładnie kosztowała urząd miasta (prawdopodobnie dużo więcej, niż oficjalnie podano). Na dodatek od razu się zepsuła. Powinna kręcić się wokół własnej osi, ale nic z tego. Tylko stoi i wściekle błyszczy.
Zagłębiam się w uliczki dzielnicy Tetuán. Jeszcze do niedawna stał tam dom, w którym urodził się Paco Hernando. Już go nie ma. Wchodzę do pierwszego lepszego baru, zamawiam gorącą kawę z mlekiem w zwykłej szklance i zagaduję siedzących przy kontuarze.
– Paco Hernando? Nie znam. Ale mogę opowiedzieć o sobie. Przyjechałem do Madrytu pociągiem o dwudziestej pierwszej, a o dwudziestej pierwszej trzydzieści miałem już pracę. Poszedłem do baru na stacji i powiedziałem: „Szukam pracy”. Tak zostałem kierowcą cysterny, pierwszy kurs miałem następnego dnia o szóstej rano. Do miasteczka nigdy nie wróciłem.
– Przez pół Hiszpanii jechałam taksówką, cały majątek miałam na dachu przyczepiony sznurkami. Najpierw wyjechała moja siostra. Zatrudniła się jako służąca w bogatym domu, potem ściągnęła całą rodzinę. Ja jestem analfabetką, ale głupia nie jestem…
Zarumienione od gorącej kawy i wina twarze, spracowane ręce. Szorstkie ciepło nieładnych hiszpańskich dzielnic.
– Ach, Kanalarz, nie wiem za wiele, ale zdaje się, że budował tanio mieszkania? Dużo taniej? I za to go zgnębili, zrobili z niego złodzieja? Wydaje mi się, że tak, tak to właśnie było…
– Nie jestem stąd. Przychodzę tu tylko na spacery. Patrzę sobie na place budowy, oglądam, jak biedacy idą z postępem. Kiedyś to była dzielnica śmieciarzy, wie pani? Dziś wszyscy mieszkają w nowych blokach, z windami. Prawda, że to wielki luksus?