Fortuny znikające w kilka dni, panika na Wall Street i kryzys, który zachwiał amerykańskim snem. „1929. Największy krach w historii Wall Street” Andrew Rossa Sorkina to reportaż o katastrofie finansowej, która odmieniła los całego pokolenia. Autor, korzystając z archiwów i nowo odkrytych dokumentów, odsłania kulisy starcia świata finansów z polityką i pokazuje niepokojące podobieństwa między rokiem 1929 a współczesnością.


Zajrzyj za kulisy starcia Wall Street z Waszyngtonem, które zmieniło bieg historii.

W 1929 roku świat z niedowierzaniem i trwogą obserwował, jak niepowstrzymana hossa na Wall Street gwałtownie się zatrzymała, niszcząc fortuny i wywołując kryzys, który odmienił los całego pokolenia. Największy krach w historii Wall Street to nie tylko bezprecedensowa katastrofa świata finansów, ale przede wszystkim przerwanie amerykańskiego snu, załamanie karier budowanych latami i prywatny dramat tysięcy rodzin.

Dzięki dostępowi do archiwalnych materiałów i nowo odkrytych dokumentów Andrew Ross Sorkin zabiera nas w sam środek chaosu: na Wall Street, do Waszyngtonu, do biur maklerskich i domów na przedmieściach, w których rozegrał się dramat tamtego czasu. Ceniony publicysta pokazuje, że historia roku 1929 w niepokojący sposób przypomina współczesność: rekordowo wielkie majątki najbogatszych, rosnące napięcia społeczne i walka o wpływy rozgrywająca się na styku polityki i finansów.

Jakie wnioski możemy wyciągnąć z tamtego kryzysu? Czy mądrzejsi o to doświadczenie jesteśmy w stanie uchronić się przed kolejną katastrofą?

Najlepsza książka 2025 roku według magazynów „TIME”, „BLOOMBERG”, „FINANCIAL TIMES” I „THE ECONOMIST”

Andrew Ross Sorkin
1929. Największy krach w historii Wall Street
Przekład: Sławomir Królak
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 12 sierpnia 2026
 
 

Od au­tora

Więk­szość osób sły­szała o roku 1929, kiedy to do­szło do kra­chu gieł­do­wego, wy­da­rze­nia, które za­po­cząt­ko­wało Wielki Kry­zys i od­ci­snęło się pięt­nem na ca­łym po­ko­le­niu.
To jed­nak, co do niego do­pro­wa­dziło, oraz to, co na­stą­piło póź­niej, skła­dają się na znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wany i za­wiły dra­mat, który czę­sto bywa błęd­nie ro­zu­miany albo też po­zo­staje cał­ko­wi­cie nie­znany. W isto­cie to głę­boko ludzka opo­wieść.
Po na­pi­sa­niu książki Too Big to Fail, po­świę­co­nej kry­zy­sowi fi­nan­so­wemu z 2008 roku, z taką samą wni­kli­wo­ścią, dba­ło­ścią o szcze­gół i uwzględ­nie­niem ludz­kich emo­cji za­pra­gną­łem zba­dać naj­bar­dziej nie­sławny krach w hi­sto­rii, jed­nak nie tylko po to, by opo­wie­dzieć jego hi­sto­rię, lecz także po to, by le­piej zro­zu­mieć, jaką lek­cję mo­żemy z niego wy­cią­gnąć.
Hi­sto­ria, którą przed­sta­wię na dal­szych kar­tach tej książki, sta­nowi owoc po­nad ośmio­let­niej pracy re­por­ter­skiej i ty­sięcy go­dzin ba­dań. To opo­wieść oparta o pry­watne li­sty, dzien­niki, no­tatki służ­bowe i oso­bi­ste za­pi­ski, re­la­cje ustne, akta są­dowe, pro­to­koły z po­sie­dzeń za­rzą­dów, ze­zna­nia oraz po­zwy, z któ­rych część ni­gdy wcze­śniej nie zo­stała opu­bli­ko­wana ani wni­kli­wie prze­ana­li­zo­wana.
W jed­nym przy­padku po raz pierw­szy uzy­ska­łem do­stęp do po­uf­nych pro­to­ko­łów z po­sie­dzeń Rady Banku Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej w No­wym Jorku z okresu obej­mu­ją­cego naj­bar­dziej prze­ło­mowe mie­siące 1929 roku. W in­nym udało mi się zdo­być nie­pu­bli­ko­wane wspo­mnie­nia czło­wieka z Wall Street, który był świad­kiem wszyst­kich tych zda­rzeń.
Każda scena w tej książce zo­stała utkana z frag­men­tów: mi­mo­cho­dem rzu­co­nej uwagi gdzieś w czte­ry­stu­stro­ni­co­wym pro­to­kole, za­po­mnia­nej re­la­cji ust­nej, wy­rwa­nego z kon­tek­stu zda­nia z ga­zety, planu pię­tra po­ka­zu­ją­cego, jak da­leko ktoś mu­siał przejść, by prze­ka­zać ja­kąś wia­do­mość. Szcze­gół po szcze­góle, war­stwa po war­stwie, ob­raz stop­niowo na­bie­rał wy­ra­zi­stych kształ­tów.
Ro­zu­mie­jąc mo­ty­wa­cje i od­mienne hi­sto­rie głów­nych bo­ha­te­rów dra­matu, za­czy­namy wresz­cie poj­mo­wać, jak do­szło do tej ka­ta­strofy. Dla­tego bę­dzie to opo­wieść nie tyle o tych, któ­rzy ucier­pieli w jej na­stęp­stwie, lecz o tych, któ­rzy do niej do­pro­wa­dzili, bo na nich wła­śnie spo­czywa od­po­wie­dzial­ność i to ich po­czy­na­nia kryją w so­bie naj­waż­niej­szą lek­cję, jaką można wy­cią­gnąć.
Re­zul­taty tej pracy od­mie­niły moje ro­zu­mie­nie tego okresu w hi­sto­rii. Wiele z od­kry­tych przeze mnie fak­tów pod­wa­żyło moje wcze­śniej­sze za­ło­że­nia i być może pod­waży rów­nież wa­sze. A je­śli po­sta­cie, pro­blemy i de­cy­zje po­li­tyczne z tam­tych cza­sów zdają się nie­po­ko­jąco przy­po­mi­nać na­szą współ­cze­sność, to nie bez po­wodu.
Roz­wój wy­da­rzeń zwią­za­nych z ro­kiem 1929 można od­czy­ty­wać jako od­po­wiedź na słynne py­ta­nie Er­ne­sta He­min­gwaya:
– Jak zban­kru­to­wa­łeś?
– Na dwa spo­soby – od­parł bo­ha­ter. – Po­woli, a po­tem szybko1.
Tak wła­śnie do­cho­dzi do utraty za­ufa­nia – krwi pod­trzy­mu­ją­cej przy ży­ciu na­szą go­spo­darkę: po­woli, a po­tem szybko.
Choć mia­łem szczę­ście do­trzeć do nie­zna­nych wcze­śniej do­ku­men­tów, książka ta nie po­wsta­łaby bez pracy in­nych. Wdzięcz­ność wi­nien je­stem nie­zli­czo­nym ba­da­czom, ar­chi­wi­stom, eko­no­mi­stom i hi­sto­ry­kom, któ­rzy po­świę­cili ży­cie ba­da­niu tego okresu; dzien­ni­ka­rzom, któ­rzy w tym cza­sie opi­sy­wali wy­da­rze­nia na bie­żąco w pra­sie i cza­so­pi­smach, oraz au­to­rom ta­kim jak John Ken­neth Gal­bra­ith, któ­rego The Great Crash 1929 po­zo­staje do dziś dzie­łem ka­no­nicz­nym, Joh­nowi Bro­ok­sowi, au­to­rowi kla­sycz­nej pracy Once in Gol­conda, oraz Gor­do­nowi Tho­ma­sowi i Ma­xowi Mor­gan-Wit­t­sowi, któ­rzy na­pi­sali po­ry­wa­jącą książkę The Day the Bub­ble Burst. Na końcu ni­niej­szej książki wy­mie­ni­łem rów­nież wielu in­nych.
W 1920 roku pi­sarz science fic­tion H. G. Wells, za­nie­po­ko­jony już wów­czas kie­run­kiem, w ja­kim zmie­rzał no­wo­cze­sny świat, za­no­to­wał: „Hi­sto­ria ludz­ko­ści w co­raz więk­szym stop­niu przy­po­mina wy­ścig mię­dzy oświatą a ka­ta­strofą”2.
Nie na­pi­sa­łem tej książki po to, by ogło­sić zwy­cięzcę w tym wy­ścigu. Mam jed­nak na­dzieję, że skła­da­jąc w ca­łość hi­sto­rię roku 1929, na­świet­li­łem w pe­wien spo­sób jego tor i uczy­ni­łem stawkę nieco trud­niej­szą do zlek­ce­wa­że­nia.

1 Er­nerst He­min­gway, Zaś słońce wscho­dzi, przeł. Ma­ciej Po­tulny (Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, 2022), ks. II, rozdz. 13.
2 H. G. Wells, The Outline of Hi­story: Be­ing a Plain Hi­story of Life and Man­kind (Mac­mil­lan Com­pany, 1920). Pełny cy­tat: „Cy­wi­li­za­cja bie­rze udział w wy­ścigu mię­dzy oświatą a ka­ta­strofą. Uczmy się prawdy i roz­po­wszech­niajmy ją tak sze­roko, jak po­zwa­lają na to oko­licz­no­ści, w któ­rych przy­szło nam żyć. Prawda jest bo­wiem naj­po­tęż­niej­szą bro­nią w na­szych rę­kach”.

Pro­log

Sta­ra­jąc się za­cho­wać po­zory wła­ści­wej so­bie sta­now­czo­ści i pew­no­ści sie­bie, Char­les Mit­chell wcho­dził po scho­dach pro­wa­dzą­cych do nu­meru 55 przy Wall Street1. Wy­da­rze­nia tego po­po­łu­dnia były jed­nak dru­zgo­cące. Wra­ca­jąc do ga­bi­netu, miał świa­do­mość, że oczy ca­łego Wall Street zwró­cone są wła­śnie na niego: wszy­scy po ko­lei, od ma­kle­rów sto­ją­cych na ulicy po jego wła­sną se­kre­tarkę, śle­dzili jego kroki i wpa­try­wali się w jego twarz, pró­bu­jąc wy­czy­tać z niej zna­cze­nie naj­drob­niej­szego gry­masu, naj­drob­niej­szej zmarszczki, naj­drob­niej­szej bruzdy.
W sza­rym, trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze, z ra­mio­nami ścią­gnię­tymi do tyłu i uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy, Mit­chell ma­sze­ro­wał po­kry­tym szklaną ko­pułą głów­nym ho­lem Na­tio­nal City Bank. Ze stro­pem na wy­so­ko­ści dwu­dzie­stu pię­ciu me­trów i dwoj­giem ma­syw­nych drzwi z li­tego brązu2, strze­gą­cych sejfu wa­żą­cego około trzy­stu ton, był to naj­więk­szy bank w ca­łym kraju3.
Było krótko po pią­tej trzy­dzie­ści po po­łu­dniu, w po­nie­dzia­łek 28 paź­dzier­nika 1929 roku4. Kilka go­dzin wcze­śniej giełda za­mknęła się gwał­tow­nym, przy­pra­wia­ją­cym o za­wrót głowy spad­kiem o 13 pro­cent po ty­go­dniu szar­pią­cych nią kon­wul­sji spad­ko­wych; dzi­siej­sze za­ła­ma­nie było bez po­rów­na­nia naj­głęb­sze5. Po­grą­ża­jące się w mroku ulice śród­mie­ścia wciąż ro­iły się od za­nie­po­ko­jo­nych bro­ke­rów w zwa­nych fe­do­rami fil­co­wych ka­pe­lu­szach i kasz­kie­tach, chłop­ców na po­syłki i te­le­fo­ni­stek z cen­tral: wszy­scy plot­ko­wali i snuli do­my­sły o za­ła­ma­niu na gieł­dzie6. Co spo­wo­do­wało spa­dek? Ja­kiego po­ziomu się­gnie ju­tro? Czy giełdy w ogóle się otwo­rzą?7
Gdy Mit­chell kie­ro­wał się do ga­bi­netu, w mi­ja­nych przez sie­bie okien­kach ka­so­wych8 wi­dział od­bi­ja­jące się w nich za­puch­nięte worki pod oczami i swoje roz­czo­chrane, si­wie­jące brwi. Opadł ciężko na krze­sło za ma­ho­nio­wym biur­kiem. Po­kój urzą­dzono w wy­nio­śle for­mal­nym stylu, jaki przy­stoi osiem­na­sto­wiecz­nemu mę­żowi stanu: zdo­biły go drew­niane krze­sła, sto­jący ze­gar szaf­kowy na tle kre­mo­wo­bia­łej bo­aze­rii, oflan­ko­wany por­tre­tami Geo­rge’a Wa­shing­tona9, który z peł­nym prze­ko­na­niem i sta­now­czo­ścią po­kie­ro­wać miał nie­pod­le­głym od nie­dawna pań­stwem – cno­tami, któ­rym Mit­chell rów­nież pra­gnął hoł­do­wać we wła­snym ży­ciu.
Ten wy­spor­to­wany, pięć­dzie­się­cio­dwu­letni prze­wod­ni­czący rady dy­rek­to­rów banku – czło­wiek z na­tury nie­zwy­kle opty­mi­styczny, któ­rego prasa na­zy­wała „Sło­necz­nym Char­liem”10 – spę­dził po­po­łu­dnie na zwo­ła­nych w try­bie pil­nym na­ra­dach w no­wo­jor­skim Banku Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej11, za­sta­na­wia­jąc się, jak uspo­koić ry­nek. Ktoś z taką sa­mo­świa­do­mo­ścią jak Mit­chell, od­gry­wa­jący rolę Wiel­kiego Czło­wieka, po­wi­nien być na tę chwilę zna­ko­mi­cie przy­go­to­wany. Miał do­świad­cze­nie, po­zy­cję i sta­lowe nerwy nie­zbędne, by prze­pro­wa­dzić Wall Street przez ten ciężki okres.
A jed­nak czuł się ob­na­żony i bez­bronny.
Nie miał jed­nak czasu, by roz­trzą­sać swój stan du­cha. Wszedł na górę, by na­ra­dzić się z Hugh Ba­ke­rem12, który kie­ro­wał wów­czas dzia­łem ob­rotu ak­cjami w Na­tio­nal City.
Ba­ker, wy­soki, łysy męż­czy­zna o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu, za­czął tłu­ma­czyć Mit­chel­lowi spo­koj­nym to­nem, choć w spo­sób nie do końca ja­sny, co za­szło pod jego nie­obec­ność, gdy udał się do sie­dziby Re­ze­rwy Fe­de­ral­nej.
– Nasz port­fel spuchł dziś nie­by­wale dzięki ak­cjom Na­tio­nal City Bank13 – oświad­czył Ba­ker.
Mit­chell wpa­try­wał się w niego, cze­ka­jąc, aż wresz­cie po­wie wprost, co ma na my­śli. Ba­ker w końcu wy­rzu­cił z sie­bie:
– Ku­pi­li­śmy sie­dem­dzie­siąt parę ty­sięcy ak­cji.
Do Mit­chella, który po­tra­fił bły­ska­wicz­nie wy­ko­ny­wać wszel­kie ob­li­cze­nia w pa­mięci, od razu do­tarła na­tura i skala tej sprawy. Coś nie­wia­ry­god­nego!14 – po­my­ślał. Bank nie miał aż tyle go­tówki, by opła­cić te wszyst­kie ak­cje. Wpadł w obu­rze­nie – i w prze­ra­że­nie. Wszystko, co udało mu się do­tąd zbu­do­wać, na­gle sta­nęło w ob­li­czu za­głady.
Le­d­wie mie­siąc wcze­śniej Mit­chell był u szczytu po­wo­dze­nia. Do­piął po­ro­zu­mie­nia w spra­wie prze­ję­cia Corn Exchange Bank, zu­chwa­łej ope­ra­cji15, która miała zmie­nić Na­tio­nal City z naj­więk­szego banku w kraju w naj­więk­szy bank na świe­cie, od­bie­ra­jąc tym sa­mym palmę pierw­szeń­stwa Lon­dy­nowi i po­ma­ga­jąc No­wemu Jor­kowi osta­tecz­nie przy­ćmić swego ry­wala jako glo­bal­nej sto­licy fi­nan­sów. Hi­sto­ria działa się na ich oczach, dawny po­rzą­dek miał lec w gru­zach, a za­grywka ta uczy­nić z Mit­chella pana tego świata.
By do­pro­wa­dzić tę trans­ak­cję do skutku16, Mit­chell zmu­szony był po­ło­żyć na szali ogromny cię­żar bę­dą­cych w jego po­sia­da­niu ak­cji, co wią­zało się ze znacz­nym ry­zy­kiem. Udzia­łowcy Corn Exchange mo­gli otrzy­mać 360 do­la­rów go­tówką za każdą ze swych ak­cji albo uzy­skać cztery piąte ak­cji Na­tio­nal City Bank17. Na pa­pie­rze ta ostat­nia oferta wy­glą­dała ko­rzyst­niej: póki kurs Na­tio­nal City utrzy­my­wał się po­wy­żej 450 do­la­rów, cztery piąte ak­cji warte było wię­cej niż 360 do­la­rów w go­tówce. W chwili za­wie­ra­nia umowy kurs był zde­cy­do­wa­nie wyż­szy: ak­cje no­to­wano po 496 do­la­rów za sztukę18. Cena ta mu­sia­łaby się utrzy­mać na tym po­zio­mie do czasu fi­na­li­za­cji trans­ak­cji, do któ­rej dojść miało naj­pew­niej w ciągu ko­lej­nego mie­siąca, po­nie­waż Na­tio­nal City nie dys­po­no­wał w isto­cie do­sta­teczną go­tówką, by wszyst­kim wy­pła­cić na­leż­no­ści. Ten klu­czowy szcze­gół Mit­chell wo­lał jed­nak za­cho­wać dla sie­bie. Dla­tego w ta­jem­nicy po­le­cił swoim ma­kle­rom sku­po­wać ak­cje banku za każ­dym ra­zem, gdy kurs za­czy­nał spa­dać.
Na względ­nie sta­bil­nym rynku nie sta­no­wiło to więk­szego pro­blemu. Naj­więk­sze spółki gieł­dowe nie­ustan­nie od­ku­po­wały wła­sne ak­cje. Jed­nak przy gwał­tow­nych spad­kach ta­kie po­su­nię­cie mo­gło przy­po­mi­nać wrzu­ca­nie pie­nię­dzy do pieca – i to wła­śnie się działo tego po­po­łu­dnia. W cha­osie pre­sji sprze­da­żo­wej zle­ce­nia kupna skła­dane przez Na­tio­nal City re­ali­zo­wano w ta­kim po­śpie­chu, że bank stra­cił ra­chubę co do na­gro­ma­dzo­nych już przez sie­bie wa­lo­rów. Gdy ma­kle­rzy zdo­łali wresz­cie za­pa­no­wać nad sy­tu­acją, oka­zało się, że Na­tio­nal City zo­bo­wią­zał się na­być 71 tys. wła­snych ak­cji19, o wiele wię­cej, niż był w sta­nie opła­cić.
– Wia­do­mość ta zwa­liła mnie z nóg – zwie­rzył się Ba­ke­rowi20.
Trudno było zna­leźć do­bre wyj­ście z tej sy­tu­acji. Fi­nan­so­wa­nie bie­żą­cej dzia­łal­no­ści wy­maga od wiel­kich ban­ków, ta­kich jak Na­tio­nal City, nie­ustan­nego po­ży­cza­nia pod za­staw swo­ich ak­ty­wów. Prawo ban­kowe nie po­zwa­lało im jed­nak ofe­ro­wać wła­snych ak­cji w cha­rak­te­rze za­bez­pie­cze­nia. Tym sa­mym 71 tys. ak­cji kosz­tu­ją­cych około 32 mln do­la­rów21 oka­zało się ba­la­stem, który mógł po­cią­gnąć na dno cały bank.
– Kom­pro­mi­ta­cją dla nas by­łoby za­cią­ga­nie pod za­staw tych ak­cji po­ży­czek w in­nych ban­kach22 – po­wie­dział Mit­chell, do­sko­nale zda­jąc so­bie sprawę z tego, że ry­wale na­tych­miast uzna­liby ta­kie po­su­nię­cie za oznakę sła­bo­ści. Przy kur­sach pi­ku­ją­cych w dół spe­ku­lanci gra­jący na spadki, czyli ma­kle­rzy ob­sta­wia­jący, że ak­cje będą ta­nieć, szu­kali już so­bie do­god­nych ce­lów, wie­trząc pierw­sze oznaki sła­bo­ści.
Giełda znaj­do­wała się na gra­nicy za­ła­ma­nia. Wo­lu­men sprze­daży prze­cią­żył na­wet ludz­kie moż­li­wo­ści ob­sługi oprzy­rzą­do­wa­nia par­kietu, i to do tego stop­nia, że ty­dzień wcze­śniej, w czwar­tek, gieł­dowa ta­śma no­to­wań spóź­niała się z po­da­wa­niem bie­żą­cych kur­sów o cztery go­dziny, czyli po­nad dwu­krot­nie w sto­sunku do naj­dłuż­szych wcze­śniej­szych opóź­nień.
Ozna­czało to, że wielka ta­blica z nie­ak­tu­al­nymi ce­nami, gó­ru­jąca nad par­kie­tem No­wo­jor­skiej Giełdy Pa­pie­rów War­to­ścio­wych, była cał­ko­wi­cie nie­przy­datna. Ob­rót ak­cjami w ta­kich wa­run­kach przy­po­mi­nał sy­tu­ację gra­cza na me­czu ba­se­bal­lo­wym w ósmej run­dzie, przy­glą­da­ją­cego się ta­blicy wy­ni­ków nie­od­świe­ża­nej od rundy trze­ciej, gdy wszy­scy wo­kół wy­krzy­kują sprzeczne opi­nie o tym, która dru­żyna pro­wa­dzi i o ile punk­tów wy­prze­dza ry­wala. Ceny ak­cji sprze­da­wa­nych pry­wat­nie, czyli poza giełdą, w ra­mach prak­tyki zwa­nej off-exchange, jak w przy­padku wa­lo­rów Na­tio­nal City, po­da­wano z jesz­cze więk­szym opóź­nie­niem, po­nie­waż po­wią­zane były z ru­chami na rynku ogól­nym i nie ak­tu­ali­zo­wano ich do­dat­kowo w cza­sie rze­czy­wi­stym, co zwięk­szało zwłokę. Dla ma­kle­rów z Wall Street je­dyną roz­sądną de­cy­zją w tej sy­tu­acji było po­zby­cie się ich oraz bru­tal­nie rzecz uj­mu­jąc, wy­nie­sie­nie się czym prę­dzej z giełdy. I do tego w końcu do­szło.
Mit­chell zda­wał so­bie sprawę, że je­śli spró­buje z po­wro­tem zrzu­cić na osła­biony w ta­kim stop­niu ry­nek choćby nie­wielki uła­mek ak­cji Na­tio­nal City, na­tych­miast za­czną krą­żyć po­gło­ski o nie­wy­pła­cal­no­ści banku, a to z ła­two­ścią mo­głoby wpra­wić w ruch błędne koło, któ­rego nie da­łoby się już za­trzy­mać. Do­sta­tecz­nie szybki spa­dek cen mógłby wy­wo­łać kry­zys w znacz­nie więk­szej skali: „brak za­ufa­nia mógłby wy­wo­łać run”23 – jak po­wie­dział Ba­ke­rowi Mit­chell, wy­obra­ża­jąc so­bie de­po­nen­tów usta­wio­nych w ko­lejce przed każdą z pięć­dzie­się­ciu ośmiu fi­lii banku w ca­łym kraju.
Run na naj­więk­szy bank w kraju. Naj­więk­sza zmora ban­kie­rów.
Na­tio­nal City nie był jed­nak byle ja­kim ban­kiem. Po­przed­nik póź­niej­szej Ci­ti­group od­po­wia­dał w la­tach 20. za udzie­la­nie ame­ry­kań­skim kor­po­ra­cjom jed­nej czwar­tej wszyst­kich po­ży­czek24. Byłby to upa­dek o epic­kich roz­mia­rach, naj­więk­sza pa­nika ban­kowa, jaką świat kiedy­kol­wiek wi­dział.
Mit­chel­lowi aż nadto do­brze znany był chaos, jaki może wpro­wa­dzić run na bank. W okre­sie pa­niki w 1907 roku25 był pra­cow­ni­kiem niż­szego szcze­bla w Trust Com­pany of Ame­rica, po­tęż­nej in­sty­tu­cji fi­nan­so­wej, którą plotki do­pro­wa­dziły nie­mal do ru­iny, bez­pod­staw­nie wią­żąc ją z nie­udaną próbą opa­no­wa­nia rynku mie­dzi. W chwili, gdy za­ufa­nie wy­pa­ro­wało, kon­trolę prze­jął strach. Mit­chell pra­co­wał wów­czas w okienku ka­so­wym jako je­den z ka­sje­rów26 wy­da­ją­cych go­tówkę prze­ra­żo­nym klien­tom, któ­rzy pę­dzili z nią do domu, by scho­wać ją w kre­den­sie czy pod łóż­kiem. Bank zna­lazł się wów­czas o włos od upadku.
Obecna sy­tu­acja, gdyby przy­szło mu się z nią zmie­rzyć, by­łaby o ty­siąc razy gor­sza, a jej skutki się­gnę­łyby da­leko poza Na­tio­nal City.
Mimo tam­tego bo­le­snego do­świad­cze­nia w Trust Com­pany, ni­gdy nie przy­pusz­czał, że Na­tio­nal City może zna­leźć się w aż tak nie­pew­nym po­ło­że­niu. Sek­tor fi­nan­sowy się prze­cież zmie­nił. Bu­do­wał tę in­sty­tu­cję od pod­staw27 – miała być twier­dzą zdolną wy­trzy­mać naj­cięż­sze na­wet ob­lę­że­nie. Miała być nie do zdo­by­cia.
A jed­nak zna­lazł się w tej sy­tu­acji, sam, u sa­mego szczytu, bez żad­nego planu, bez stra­te­gii dzia­ła­nia, nie ma­jąc po­ję­cia, jaki ruch wy­ko­nać.
Po roz­mo­wie z Ba­ke­rem wpa­dli jesz­cze ra­zem po Gor­dona Rent­schlera, pre­zesa banku, i całą trójką wci­snęli się na tylne sie­dze­nia czar­nego Rolls-Royce’a na­le­żą­cego do Mit­chella28. Prze­je­chali przez za­tkane, duszne ulice Man­hat­tanu do swych do­mów na Up­per East Side, z ulgą zni­ka­jąc z oczu tłu­mów, które ścią­gnęły na Wall Street, by uj­rzeć rzeź. Pod­czas gdy pra­cow­nicy Na­tio­nal City je­dli przy biur­kach ka­na­pki na ko­la­cję, przez całą noc za­prząt­nięci zli­cza­niem po­twier­dzeń do­ko­na­nych trans­ak­cji i po­wtór­nym spraw­dza­niem ksiąg ra­chun­ko­wych, a nie­któ­rzy z nich za­sy­piali na pod­ło­gach swo­ich biur29 z ra­cji ogromu pracy, którą trzeba było wy­ko­nać przed świ­tem, mó­zgi cen­trum ope­ra­cyj­nego Na­tio­nal City szu­kały schro­nie­nia w swo­ich luk­su­so­wych re­zy­den­cjach miesz­czą­cych się wzdłuż wschod­niego obrzeża Cen­tral Parku.
W sa­mo­cho­dzie omó­wili wy­da­rze­nia bie­żą­cego dnia i per­spek­tywy na wto­rek30. Ża­den spo­śród tej trójki nie miał naj­mniej­szych złu­dzeń, że ry­nek się wtedy od­bije. Je­dyne py­ta­nie brzmiało: jak utrzy­mać Na­tio­nal City poza li­nią ognia. Sam Mit­chell był pe­wien, że w ra­zie nie­pod­ję­cia ja­kichś ra­dy­kal­nych kro­ków „doj­dzie do pio­no­wego spadku kursu”31. Mit­chell po­le­gał w znacz­nej mie­rze na opi­niach Ba­kera i Rent­schlera, któ­rzy, po­dob­nie jak on, z na­tury za­cho­wy­wali nie­złomny opty­mizm. Ni­gdy nie po­dej­mo­wał waż­nych de­cy­zji, nie za­się­gnąw­szy wcze­śniej u nich rady. Ale w ciągu tej trwa­ją­cej go­dzinę jazdy ża­den z nich nie zna­lazł sen­sow­nego roz­wią­za­nia. Co do jed­nego byli zgodni: pro­blem był na­prawdę po­ważny.
Kiedy Mit­chell do­tarł do swej re­zy­den­cji przy Pią­tej Alei na wy­so­ko­ści Sie­dem­dzie­sią­tej Czwar­tej Ulicy32 – pię­cio­pię­tro­wej ka­mie­nicy przy­po­mi­na­ją­cej re­ne­san­sowe wło­skie pa­lazzo – w drzwiach cze­kał już na niego, jak co wie­czór, ka­mer­dy­ner, je­den z po­nad tu­zina pra­cow­ni­ków za­trud­nio­nych w jego domu33. Mit­chell prze­szedł przez olśnie­wa­jący we­sty­bul, z gar­de­ro­bami po obu stro­nach i fon­tanną w głębi, po czym ru­szył sze­roką, okrą­głą klatką scho­dową w górę, mi­nął dru­gie pię­tro, gdzie oka­zały sa­lon wy­cho­dził na Cen­tral Park, i do­tarł do swo­jej bi­blio­teki na trze­cim – do miej­sca, w któ­rym czę­sto od­by­wał spo­tka­nia i gdzie bar­dziej niż gdzie­kol­wiek in­dziej lu­bił się za­my­kać, by roz­my­ślać w sa­mot­no­ści.
Jed­nak tego wie­czora mu­siał się po­śpie­szyć z to­a­letą, gdyż wy­bie­rał się z wi­zytą do in­nego ma­gnata fi­nan­so­wego, Ber­narda Ba­ru­cha, na uro­czy­stą ko­la­cję wy­daną na cześć an­giel­skiego po­li­tyka na­zwi­skiem Win­ston Chur­chill34, w któ­rej udział wziąć miała cała śmie­tanka ban­ko­wo­ści i prze­my­słu.
Mit­chell nie na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy zwy­kli zmie­niać plany i od­wo­ły­wać spo­tka­nia, zwłasz­cza tego wie­czoru wy­da­wało się to nie do po­my­śle­nia. W obec­nej sy­tu­acji trzeba było dzia­łać z naj­sta­ran­niej­szym na­my­słem nad tym, co lu­dzie po­wie­dzą. Gdyby się tam nie zja­wił, mo­gły za­cząć krą­żyć po­gło­ski o tym, że w Na­tio­nal City dzieje się coś nie­do­brego.
Na­stęp­nego dnia Mit­chell obu­dził się wcze­śnie rano po nie­prze­spa­nej nocy35, pod­czas któ­rej wciąż na nowo od­gry­wał w pa­mięci wy­da­rze­nia po­przed­niego dnia i roz­pacz­li­wie szu­kał roz­wią­za­nia. Od­dał się obo­wiąz­ko­wej, trwa­ją­cej pięt­na­ście mi­nut co­dzien­nej po­ran­nej gim­na­styce – „na roz­ru­sza­nie”, jak rzecz na­zy­wał36 – która zwy­kle przy­no­siła mu uko­je­nie. „Żadna bły­sko­tli­wość ani oso­bi­sty urok nie wy­niosą czło­wieka na szczyt i go tam nie utrzy­mają, je­śli nie po­trafi dzień po dniu sta­wiać się z uśmie­chem wo­bec świata”37 – jak ma­wiał o swoim ćwi­cze­nio­wym ry­tu­ale.
Przy śnia­da­niu Mit­chell za­wsze prze­glą­dał ga­zety. Czy coś wy­cie­kło o Na­tio­nal City? Czy ktoś wie­dział o jego po­ło­że­niu? „Ceny ak­cji spa­dają o 14 mld do­la­rów w ogól­no­kra­jo­wej pa­nice wy­prze­daży; ban­kie­rzy za­mie­rzają dziś wes­przeć giełdę”38 – gło­sił na­głó­wek na pierw­szej stro­nie „New York Ti­mesa”, pod­czas gdy „Da­ily News” otwie­rał nu­mer ty­tu­łem Krach na gieł­dzie na 10 mld do­larów39. Nic z tego nie było dla niego no­wo­ścią.
Na dru­giej stro­nie „Da­ily News” zo­ba­czył jed­nak swoją fo­to­gra­fię. Nie­gdyś lu­bo­wał się w oglą­da­niu sie­bie w ga­ze­tach, ostat­nio jed­nak nie przy­no­siło mu to już ta­kiej przy­jem­no­ści, zwłasz­cza od­kąd łech­cące do­tąd jego próż­ność ko­men­ta­rze za­częły przy­bie­rać ton zde­cy­do­wa­nie nie­przy­chylny: stał się od­grom­ni­kiem dla po­li­ty­ków z Wa­szyng­tonu40, sło­wem chło­sta­ją­cych osoby z Wall Street.
Naj­bar­dziej za­ja­dłym kry­ty­kiem Mit­chella był wów­czas se­na­tor Car­ter Glass, de­mo­krata z Wir­gi­nii, który uwa­żał giełdę za po­da­tek na­ło­żony na ame­ry­kań­ski do­bro­byt i ob­wi­niał ban­kie­rów o bez­myślne udzie­la­nie kre­dytu spe­ku­lan­tom. Ukuł na­wet spe­cjalny ter­min na to zja­wi­sko: „mit­chel­lizm”41.
Mit­chell wraz z ko­le­gami ban­kie­rami zdą­żyli wy­pra­co­wać okre­śloną stra­te­gię po­stę­po­wa­nia z ludźmi po­kroju se­na­tora Glassa: po pro­stu go igno­ro­wali. To, co działo się na Wall Street, nie było, ich zda­niem, sprawą Wa­szyng­tonu. Po paź­dzier­niku 1929 roku sta­no­wi­ska tego nie dało się już utrzy­mać.
Po opusz­cze­niu domu Mit­chell udał się na spo­tka­nie się z Rent­schle­rem na Pią­tej Alei. Dzień był po­chmurny i chłodny, a choć za­trud­niał dwóch szo­fe­rów42, a po­nadto dys­po­no­wał w pełni wy­po­sa­żo­nym ga­ra­żem przy Dzie­więć­dzie­sią­tej Siód­mej Ulicy, czę­sto wo­lał cho­dzić pie­szo. Wspól­nie ru­szyli na po­łu­dnie. Na rogu Sześć­dzie­sią­tej Pią­tej Ulicy i Pią­tej Alei, kiedy cze­kali na prze­jazd sa­mo­cho­dów prze­ci­na­ją­cych po­prze­czną ar­te­rię Cen­tral Parku, Mit­chell zrzu­cił na przy­ja­ciela zdu­mie­wa­jącą no­winę.
Chcąc ochro­nić swój bank, jak zwie­rzył się Rent­schle­rowi, po­sta­no­wił tego ranka za­cią­gnąć oso­bi­stą po­życzkę na kwotę 12 mln do­la­rów, kil­ka­krot­nie prze­wyż­sza­jącą jego ma­ją­tek netto, i użyć jej do wy­ku­pie­nia od banku ak­cji Na­tio­nal City.
– Coś trzeba zro­bić43 – po­wie­dział.
Rent­schler onie­miał.
– Nie rób tego – bła­gał przy­ja­ciela. – Nie wy­sta­wiaj się tak na cios. Znaj­dziemy ja­kieś inne wyj­ście.
Pro­po­zy­cja Mit­chella na­ra­żała na nie­bez­pie­czeń­stwo nie tylko jego for­tunę, ale przy­szłość ca­łej jego ro­dziny. Gdyby kurs ak­cji na­dal spa­dał, Mit­chel­lowi gro­ziła do­szczętna ru­ina fi­nan­sowa, która po­grą­ży­łaby wraz z nim jego żonę Eli­za­beth i dwoje dzieci, Ritę i Cra­iga.
Ta­kie było pierw­sze ry­zyko. Było jed­nak i dru­gie: żeby ten plan miał cho­ciaż naj­mniej­szy cień szansy na po­wo­dze­nie, na­le­żało go prze­pro­wa­dzić w naj­ści­ślej­szej ta­jem­nicy. Gdyby ry­wa­li­zu­jący ze sobą gra­cze gieł­dowi od­kryli, że prze­wod­ni­czący naj­więk­szego banku w Sta­nach Zjed­no­czo­nych oso­bi­ście ra­tuje wła­sną in­sty­tu­cję, roz­pę­ta­łoby się pie­kło.
Spa­ce­ru­jąc z nim da­lej, Rent­schler ro­bił wszystko, by od­wieść Mit­chella od tego po­my­słu. Jed­nak na próżno.
Był już wto­rek, 29 paź­dzier­nika 1929 roku, dzień, który eko­no­mi­sta John Ken­neth Gal­bra­ith póź­niej na­zwie „naj­bar­dziej dru­zgo­cą­cym dniem w hi­sto­rii no­wo­jor­skiego rynku ak­cji, a być może naj­bar­dziej dru­zgo­cą­cym dniem w ca­łej hi­sto­rii giełdy”44.
Choć od kra­chu gieł­do­wego 1929 roku mi­nęło już nie­mal stu­le­cie, wciąż po­zo­staje on naj­więk­szą – i w znacz­nej mie­rze nie­wła­ści­wie ro­zu­mianą – ka­ta­strofą fi­nan­sową w no­wo­cze­snych dzie­jach. W dzi­siej­szej opi­nii pu­blicz­nej pa­nuje co naj­wy­żej mgli­ste po­ję­cie o tym, co wów­czas za­szło, a je­dy­nie garstka lu­dzi ma ja­kie­kol­wiek wy­obra­że­nie o oso­bach, które ode­grały naj­waż­niej­sze role w tym dra­ma­cie, o tym, czego się do­pu­ściły, by przy­spie­szyć na­dej­ście kry­zysu, dla­czego nie do­strze­gły go za­wczasu i ja­kie pod­jęły kroki, by do­pro­wa­dzić do jego za­koń­cze­nia. A co jesz­cze waż­niej­sze, nie do­strzega się ude­rza­ją­cych po­do­bieństw mię­dzy ów­cze­sną epoką a dzi­siej­szym kli­ma­tem po­li­tycz­nym i go­spo­dar­czym.
Lata 20. to w hi­sto­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych okres, w któ­rym na­ro­dziła się no­wo­cze­sna go­spo­darka kon­sump­cyjna, dziś uwa­żana za rzecz oczy­wi­stą. Gdy mi­liony Ame­ry­ka­nów opusz­czały farmy i mia­steczka w po­szu­ki­wa­niu le­piej płat­nej pracy w me­tro­po­liach, two­rzyły ry­nek dla nie­zna­nych do­tąd wy­gód i to­wa­rów. Ku­po­wali sa­mo­chody, ra­dia i zmy­warki45 – pro­dukty, któ­rych po­trzeby nikt wcze­śniej nie od­czu­wał, a które miały te­raz czy­nić ży­cie ła­twiej­szym i przy­jem­niej­szym.
Naj­waż­niej­szym jed­nak z pro­duk­tów, tym, który umoż­li­wiał na­by­cie wszyst­kich po­zo­sta­łych, był kre­dyt. „Kup te­raz, za­płać póź­niej”. W tym ha­śle kryła się ja­kaś ma­gia.
W 1919 roku firma Ge­ne­ral Mo­tors zdjęła klą­twę, jaką ob­ło­żone było za­cią­ga­nie po­ży­czek oso­bi­stych, i roz­po­częła ak­cję sprze­daży sa­mo­cho­dów na kre­dyt46. Wkrótce po­tem Se­ars, Ro­ebuck & Co. za­ofe­ro­wał „plany ra­talne”47 na dro­gie urzą­dze­nia do­mowe, a na­stęp­nie rów­nież na inne to­wary przy­datne w ży­ciu co­dzien­nym. Do­strze­gł­szy tę zmianę kul­tu­rową, banki zauto­ma­ty­zo­wały te pro­ce­dury w przy­padku drob­niej­szych na­byw­ców. Giełda przy Wall Street po­szła o krok da­lej i za­częła ofe­ro­wać kre­dyt rów­nież na za­kup ak­cji: na­zy­wano to ku­po­wa­niem „na kre­dyt ma­kler­ski”. Ame­ry­ka­nie z klasy śred­niej ca­łymi ty­sią­cami otwie­rali ma­kler­skie ra­chunki kre­dy­towe48, wpła­ca­jąc 10 lub 20 pro­cent war­to­ści za­kupu ak­cji, a resztę po­ży­cza­jąc. Gdy kursy ro­sły, zysk przy­cho­dził za darmo.
Ame­ry­ka­nie nie mu­sieli już oszczę­dzać na do­bra, któ­rych pra­gnęli. Po­ży­cza­nie we­szło w na­wyk, wy­kształ­cony wraz z opty­mi­zmem. Do­póki utrzy­my­wała się wiara w ju­tro, spłatę dłu­gów można było bez końca od­kła­dać na przy­szłość.
Po­je­dyn­cze osoby wzbo­ga­cały się w spo­sób wręcz spek­ta­ku­larny. Naj­bo­gatsi w kraju gro­ma­dzili for­tuny prze­kra­cza­jące 100 mln do­la­rów49, co w prze­li­cze­niu na dzi­siej­sze war­to­ści od­po­wia­da­łoby nie­mal 2 mld. Nie­któ­rzy z me­ne­dże­rów naj­wyż­szego szcze­bla w naj­więk­szych ame­ry­kań­skich przed­się­bior­stwach otrzy­my­wali wy­na­gro­dze­nia i pre­mie w wy­so­ko­ści od 2 do 3 mln do­la­rów rocz­nie, sta­no­wią­cych obec­nie rów­no­war­tość od 37 do 56 mln do­la­rów.
A bo­gac­twu to­wa­rzy­szyła sława. Była to, rzec można, pierw­sza epoka praw­dzi­wych ce­le­bry­tów: ma­sowo wy­twa­rzana, na­pę­dzana przez me­dia ob­se­sja na punk­cie jed­no­stek nie tylko z po­wodu ich ta­lentu czy osią­gnięć, lecz ze względu na samą ich wi­docz­ność. I co­raz czę­ściej w cen­trum uwagi nie znaj­do­wali się ar­ty­ści czy spor­towcy, lecz bo­ga­cze. Gwiazdy Hol­ly­wo­odu, po­kroju Char­liego Cha­plina, Clary Bow czy Do­uglasa Fa­ir­banksa, na­dal tra­fiały wpraw­dzie na czo­łówki ga­zet, obok Babe Ruth czy Char­lesa Lind­ber­gha, ale po raz pierw­szy do­łą­czyli do nich biz­nes­meni. W epoce, która utoż­sa­miła for­tunę z ge­nial­no­ścią, ma­gnaci z Wall Street i branży prze­my­sło­wej stali się na­zwi­skami roz­po­zna­wal­nymi dla każ­dego. Cza­so­pi­sma ta­kie jak „Time”, który za­czął uka­zy­wać się w 1923 roku, czy „For­bes”, wy­da­wany od 1917 roku, uczy­niły z fi­nan­si­stów naj­więk­szych bo­ha­te­rów okła­dek. Ich za­robki śle­dzono i ana­li­zo­wano z naj­wyż­szą uwagą, ich wy­po­wie­dzi cy­to­wano ni­czym Bi­blię. Naj­bo­gat­szych lu­dzi w Sta­nach Zjed­no­czo­nych przed­sta­wiano jako wi­zjo­ne­rów, jako sym­bol suk­cesu w opę­ta­nym jego żą­dzą na­ro­dzie.
Coś, co z dzi­siej­szej per­spek­tywy wy­daje się naj­bar­dziej wy­raźne, to skala, w ja­kiej ten odu­rza­jący do­bro­byt lat 20. prze­sła­niał ukryte nie­rów­no­ści, głę­bo­kie roz­sz­cze­pie­nie ame­ry­kań­skiego spo­łe­czeń­stwa. W miarę wzro­stu wy­daj­no­ści rol­nic­twa za sprawą uspraw­nień tech­nicz­nych, w co­raz mniej­szym stop­niu za­leż­nego od na­jem­nej pracy fi­zycz­nej, ogromne rze­sze ro­bot­ni­ków rol­nych po­pa­dały w eko­no­miczne ta­ra­paty, a wraz z nimi w nę­dzy po­grą­żały się mia­steczka, w któ­rych do­tąd żyli, co do­dat­kowo po­głę­biało prze­paść mię­dzy uprzy­wi­le­jo­wa­nymi w mie­ście a tymi, któ­rzy po­zba­wieni po­dob­nych przy­wi­le­jów żyli na wsi. Giełda przy Wall Street uno­siła się ni­czym ol­brzymi ba­lon nad zwy­kłymi ludźmi, a czo­łowi jej gra­cze, ośle­pieni wła­snym mi­tem, za­ży­wali wszel­kich wy­gód świata, który wy­da­wał się kró­le­stwem, a do któ­rego wstęp przy­słu­gi­wał je­dy­nie wy­bra­nym. Ów­cze­sny rząd nie­wiele so­bie z tego ro­bił, w Wa­szyng­to­nie pa­no­wała bo­wiem at­mos­fera skraj­nego le­se­fe­ry­zmu. Pre­zy­dent Ca­lvin Co­olidge z dumą dą­żył do ob­ni­ża­nia po­dat­ków50 i przy­wró­ce­nia rzą­dowi fe­de­ral­nemu zna­cze­nia oraz upraw­nień sprzed okresu pierw­szej wojny świa­to­wej. Uwa­żał, że Ame­ry­ka­nie sami po­tra­fią roz­wią­zy­wać wła­sne pro­blemy. I cie­szył się z tego po­wody ol­brzy­mią po­pu­lar­no­ścią51.
Biz­nes ocho­czo wpro­wa­dzał wła­sne re­guły. Gdy gi­gan­tyczne kor­po­ra­cje, ta­kie jak U. S. Steel czy Ge­ne­ral Mo­tors, zdo­by­wały do­mi­na­cję na ryn­kach i od­no­to­wały nie­bo­tyczne zy­ski, bo­ga­cze sta­wali się klasą samą w so­bie, szcze­gól­nie w No­wym Jorku, sie­dzi­bie Wall Street – naj­po­tęż­niej­szej ma­szyny do wy­twa­rza­nia bo­gac­twa, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dział świat. Gdy w Har­le­mie roz­kwi­tał jazz, a Do­ro­thy Par­ker prze­wo­dziła światu li­te­rac­kiemu w ho­telu Al­go­nquin52, giełda ozła­cała samo mia­sto, a naj­bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wani wzno­sili świą­ty­nie ku czci wła­snej for­tuny, które prze­trwały do dziś. Piąta Aleja, Park Ave­nue czy Cen­tral Park West53, w po­staci, w ja­kiej je dziś znamy, w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze są wy­two­rem lat 20. ubie­głego wieku. Man­hat­tan wy­strze­lił ku gó­rze. Liczba miesz­kań­ców mia­sta wzro­sła nie­mal do 7 mln54, i to nie tyle za sprawą imi­gran­tów przy­by­wa­ją­cych do USA przez El­lis Is­land, jak w po­przed­nich de­ka­dach, ile mi­gran­tów z reszty kraju, opusz­cza­ją­cych pro­win­cję dla uro­ków wiel­ko­miej­skiego ży­cia oraz, w przy­padku wielu, w na­dziei na szyb­kie wzbo­ga­ce­nie.
Aż do prze­łomu XIX wieku giełdy za­cho­wy­wały ogra­ni­czone roz­miary i po­zo­sta­wały na ubo­czu, opa­no­wane głów­nie przez wta­jem­ni­czo­nych w tę grę, zwa­nych in­si­de­rami. W tak zwa­nym do­brym to­wa­rzy­stwie na­by­wa­nie i sprze­da­wa­nie ak­cji trak­to­wano z po­gardą, jako brudne za­ję­cie, do­menę ha­zar­dzi­stów i od­szcze­pień­ców. Więk­szość Ame­ry­ka­nów nie­wiele wie­działa o co­dzien­nych utra­pie­niach rynku ak­cji. W ma­łych i śred­nich mia­stach, gdzie żyła więk­szość lud­no­ści USA, wia­do­mo­ści o to­czą­cych się w wiel­kich me­tro­po­liach grach o pie­nią­dze do­cie­rały z da­leka co naj­wy­żej w po­staci po­gło­sek.
Wszystko zmie­niło się na po­czątku XX wieku, gdy kraj ogar­nęła go­rączka prze­my­słowa. Głodne ka­pi­tału na in­we­sto­wa­nie w fa­bryki i re­klamę swo­ich pro­duk­tów przed­się­bior­stwa ru­szyły tłum­nie na No­wo­jor­ską Giełdę Pa­pie­rów War­to­ścio­wych, gdzie dzienne ob­roty prze­bi­jały su­fit, a am­bitni mło­dzieńcy mie­rzyli się ze sobą spry­tem i in­te­lek­tem. (Nie spo­sób nie za­uwa­żyć, że był to świat kształ­to­wany nie­mal wy­łącz­nie przez męż­czyzn. Ko­biety nie były w nim do­brze wi­dziane: nie do­pusz­czano ich do par­kietu gieł­do­wego ani nie po­zwa­lano na współ­de­cy­do­wa­nie o re­gu­łach gry55 – miały po­zo­stać ob­ser­wa­tor­kami tego dra­matu, któ­rego nie wolno im było re­ży­se­ro­wać, a co naj­wy­żej ob­sa­dzano je w dru­go­pla­no­wych ro­lach go­spo­dyń, żon bądź muz).
W la­tach 20. ry­nek ak­cji stał się mo­to­rem na­pę­dza­ją­cym ca­łość go­spo­darki, a jego tłoki za­częły do­cho­dzić do kresu swej wy­daj­no­ści: pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach, roz­ża­rzony do czer­wo­no­ści, wa­biąc oby­wa­teli jak ćmy do ognia.
Aż w końcu się prze­grzał.
Dłu­go­trwałe i nie­prze­rwane hossy gieł­dowe, ta­kie jak ta z lat 20., ro­dzą zbio­rowe złu­dze­nia. Opty­mizm staje się nar­ko­ty­kiem albo re­li­gią, albo czymś po­śred­nim mię­dzy jed­nym a dru­gim. W at­mos­fe­rze go­rą­cych „cyn­ków”, oka­zji zda­rza­ją­cych się raz na mi­lion, za­bój­czo sku­tecz­nych chwy­tów sprze­da­żo­wych i slo­ga­nów, któ­rym nie spo­sób się oprzeć, lu­dzie tracą zdol­ność wła­ści­wego osza­co­wa­nia ry­zyka i od­róż­nia­nia do­brych po­my­słów od złych.
A na szczy­tach prze­my­słu i rządu, w cza­sie każ­dej ta­kiej ma­nii, stoją czę­sto lu­dzie nie­róż­niący się wcale od in­nych – ułomni, kie­ru­jący się wła­snym in­te­re­sem, skom­pli­ko­wani. Po­py­chają wy­da­rze­nia na­przód, nie­kiedy śmiało, nie­kiedy po omacku, czę­sto nie poj­mu­jąc w pełni kon­se­kwen­cji wła­snych dzia­łań. Stan wrze­nia się utrzy­muje – aż wszystko wy­kipi. Nie­któ­rzy wy­ko­rzy­stują chwilę, na­wet so­bie tego nie uświa­da­mia­jąc. Inni ra­cjo­na­li­zują swoje po­stę­po­wa­nie, prze­ko­nu­jąc sa­mych sie­bie, że służą ja­kie­muś wyż­szemu do­bru. Czy szu­kają wła­dzy, apro­baty, czy też po pro­stu dresz­czu emo­cji pły­ną­cego z po­ko­na­nia prze­ciw­no­ści, rzadko zdają so­bie sprawę z tego, że naj­gor­sze do­piero przed nimi.
Nie­mal je­dyną wspólną ni­cią prze­wi­ja­jącą się przez każdy wielki kry­zys fi­nan­sowy jest za­dłu­że­nie. To siła ob­da­rzona po­tęż­nym ła­dun­kiem opty­mi­zmu. Je­śli wy­obra­żamy so­bie przy­szłość jako kra­inę co­raz to no­wych moż­li­wo­ści i do­bro­bytu, to czemu nie się­gnąć po część tych za­so­bów już dziś? Wła­śnie tak działa dług. Ściąga ju­trzej­sze bo­gac­two do te­raź­niej­szo­ści. Pro­blemy za­czy­nają się wtedy, gdy ogar­nia nas chci­wość i bie­rzemy zbyt wiele. Nikt nie wie na pewno, gdzie prze­biega gra­nica – ani co ro­bić, kiedy od­kry­jemy, że już zo­stała prze­kro­czona. W tym mo­men­cie pa­nika staje się re­ak­cją na­tu­ralną. Przy­szłość na­gle do tego stop­nia się kur­czy i staje się tak po­nura, że nie ma już skąd czer­pać opty­mi­zmu.
Zna­mienna aneg­dota z tej epoki do­ty­czy mło­dego Gro­ucha Ma­rxa. Je­sie­nią 1929 roku, gdy no­to­wa­nia zda­wały się ro­snąć bez końca, Gro­ucho Marx re­gu­lar­nie spę­dzał dłu­gie go­dziny na przy­glą­da­niu się ta­śmie no­to­wań w lo­kal­nym domu ma­kler­skim, w od­dziale New­man Bro­thers & Worms w Great Neck na Long Is­land. Jak opo­wia­dał jego syn, nie zdra­dzał „żad­nych cią­got do ha­za­rdu, a na­wet w naj­po­myśl­niej­szych cza­sach nie prze­sta­wał szu­kać spo­so­bów na ogra­ni­cze­nie do­mo­wych wy­dat­ków”56.
– Niech pan tylko spoj­rzy. RCA do­szła do pię­ciu­set trzy­dzie­stu pię­ciu do­la­rów za ak­cję. Wi­dział pan kiedy coś po­dob­nego?57 – za­gad­nął go jego ma­kler, pan Green.
Gro­ucho ni­czego po­dob­nego nie wi­dział.
– Jest jedna rzecz, któ­rej nie poj­muję, pa­nie Green. Sam mam ak­cje RCA. Ale jak to moż­liwe, że sprze­dają się po 535 do­la­rów za sztukę, skoro spółka ni­gdy do­tąd nie wy­pła­ciła dy­wi­dendy?
Ma­kler ob­ja­śniał mu wszystko w spo­sób, jak gdyby mó­wił do nie­zbyt roz­gar­nię­tego dziecka:
– Pa­nie Marx, prze­cięt­nemu czło­wie­kowi, nie­obe­zna­nemu z wiel­kimi fi­nan­sami, trudno po­jąć to, do czego dzi­siaj do­szło. Ale jedno mogę panu po­wie­dzieć: Wall Street nie ogra­ni­cza się już do tej ulicy. To giełda ogól­no­świa­towa. Kursy będą tylko ro­sły, ro­sły i ro­sły. Ka­puje pan?
Gro­ucho po­zo­sta­wał scep­tyczny.
– Pro­szę po­słu­chać, pa­nie Marx, ta sprawa nas obu prze­ra­sta58. Niech Pan z tym nie wal­czy. Niech pan za­ufa, że zo­sta­nie pan bar­dzo bo­ga­tym czło­wie­kiem. Ja wiem, co mó­wię. Sam dzia­łam na gieł­dzie. Mam ro­dzinę i nie po­dej­mo­wał­bym ta­kiego ry­zyka, gdy­bym nie wie­dział, że ten ry­nek wy­ka­zuje się krzep­kim zdro­wiem.
Gro­ucho, pod wra­że­niem tych wy­wo­dów59, po­wtó­rzył je swemu przy­ja­cie­lowi Ma­xowi Gor­do­nowi, pro­du­cen­towi te­atral­nemu z No­wego Jorku, który rów­nież za­czął grać na gieł­dzie:
– Wall Street nie spro­wa­dza się już do tej ulicy. To giełda ogól­no­świa­towa. Moż­li­wo­ści, ja­kie daje, są nie­ogra­ni­czone.
– To lep­sze niż praca – po­wie­dział Gor­don.
Marx, który w tym okre­sie swo­jej ka­riery był jesz­cze ar­ty­stą wo­de­wi­lo­wym, wie­rzył w cynki gieł­dowe nie­za­leż­nie od osoby, która mu je da­wała60: czy była przy­ja­cie­lem, czy kimś zu­peł­nie ob­cym. Gdy win­dziarz w ho­telu Ritz w Bo­sto­nie po­ra­dził mu za­ku­pić ak­cje Union Car­bide, Marx udał się do naj­bliż­szego biura ma­kler­skiego, które mie­ściło się w jego ho­telu, bo na tyle się już roz­po­wszech­niły, gdzie wy­pi­sał czek na 9000 do­la­rów na za­kup ak­cji. Pe­wien ak­tor, który zaj­rzał do jego gar­de­roby, opo­wie­dział mu o Gold­man Sachs Tra­ding Cor­po­ra­tion61, pu­blicz­nej spółce in­we­sty­cyj­nej utwo­rzo­nej przez pry­watną spółkę Gold­man Sachs po to, by sko­rzy­stać z gieł­do­wej pro­spe­rity. Marx na­tych­miast ku­pił ak­cje za 27 tys. do­la­rów.
A po­tem, w ostat­nim ty­go­dniu paź­dzier­nika 1929 roku, za­dzwo­nił do niego ma­kler62:
– Do­szło do nie­wiel­kiego za­ła­ma­nia na gieł­dzie, pa­nie Marx. Le­piej niech pan szybko przy­je­dzie z go­tówką na po­kry­cie de­po­zytu za­bez­pie­cza­ją­cego.
Wszystko skoń­czyło się tak, że Gro­ucho mu­siał ob­cią­żyć dom hi­po­teką, by za­pła­cić ma­kle­rowi.
– Czy to nie pan mnie prze­ko­ny­wał, że nie ma żad­nego ry­zyka, że dzia­łamy na rynku świa­to­wym? – za­py­tał wów­czas.
– Chyba się my­li­łem – od­parł za­wsty­dzony Green.
– Nie, to ja się po­my­li­łem – po­wie­dział Gro­ucho. – Bo pana po­słu­cha­łem.
Wszy­scy ko­chamy aneg­doty, zwięźle ob­ja­śnia­jące nam, jak działa świat. Wszy­scy ko­chamy ła­twy pie­niądz. Po­kusa od stu­leci na­pę­dza ludzką głu­potę, czy bę­dzie to wąż w ogro­dzie Eden, czy ryn­kowa ob­se­sja na punk­cie kryp­to­wa­lut albo sztucz­nej in­te­li­gen­cji. Każda ko­lejna fala łu­dzi nas prze­ko­na­niem, że wy­cią­gnę­li­śmy lek­cję z hi­sto­rii i że tym ra­zem już nie damy się oszu­kać.
A po­tem wszystko się po­wta­rza. Tak wła­śnie stało się w roku 1929.

1 W. F. Wam­sley, The Ru­ler of the World’s Lar­gest Bank, „New York Ti­mes”, 29 wrze­śnia 1929 r.
2 Na­tio­nal City jest po­przed­ni­kiem Ci­ti­group. W 1955 r. po­łą­czył się z First Na­tio­nal Bank of the City of New York i w 1976 r. zo­stał prze­mia­no­wany na Ci­ti­bank. Po ko­lej­nej se­rii fu­zji w 1998 r. zo­stał prze­mia­no­wany na Ci­ti­group.
3 Wam­sley, The Ru­ler of the World’s Lar­gest Bank.
4 Uni­ted Sta­tes v. Char­les E. Mit­chell, 32 B. T. A. 1093, 1935 BTA LE­XIS 843 (czer­wiec 1933 r.).
5 Gary Ri­chard­son, Ale­jan­dro Ko­mai, Mi­chael Gou, Da­niel Park, Stock Mar­ket Crash of 1929, Fe­de­ral Re­se­rve Hi­story, 22 li­sto­pada 2013 r.
6 Ta­ble of Sun­rise/Sun­set, Mo­on­rise/Mo­on­set, or Twi­li­ght Ti­mes for an En­tire Year; New York, NY; Rise and Set for the Sun for 1929, US Na­val Ob­se­rva­tory Astro­no­mi­cal Ap­pli­ca­tions De­part­ment, do­stęp 18 maja 2025 r.
7 Exchange Ho­li­day Urged, „New York Ti­mes”, 29 paź­dzier­nika 1929 r.
8 (For­mer) Na­tio­nal City Bank Bu­il­ding, New York City Land­marks Pre­se­rva­tion Com­mis­sion, 12 stycz­nia 1999 r., https://s-me­dia.nyc.gov/agen­cies/lpc/lp/1979.pdf.
9 Tro­ubles of Mit­chell, „Time”, 18 li­sto­pada 1929 r.
10 Ka­th­leen Day, Bro­ken Bar­gain: Ban­kers, Ba­ilo­uts, and the Strug­gle to Tame Wall Street (Yale Uni­ver­sity Press, 2019), s. 45.
11 He­lve­ring v. Mit­chell, 303 US 391 (1938).
12 He­lve­ring v. Mit­chell.
13 Uni­ted Sta­tes v. Char­les E. Mit­chell, ze­zna­nie Hugh B. Ba­kera.
14 Tamże.
15 Na­tio­nal City Uni­tes with Corn Exchange; Forms Lar­gest Bank, „New York Ti­mes”, 20 wrze­śnia 1929 r.
16 Tho­mas F. Hu­er­tas, Joan L. Si­lver­man, Char­les E. Mit­chell: Sca­pe­goat of the Crash?, „Bu­si­ness Hi­story Re­view” 60, nr 1 (wio­sna 1986), s. 81–103.
17 Ak­cjo­na­riu­sze Corn Exchange mo­gli otrzy­mać 360 do­la­rów: Na­tio­nal City Uni­tes with Corn Exchange; Forms Lar­gest Bank, „New York Ti­mes”.
18 Na­tio­nal City Uni­tes with Corn Exchange; Forms Lar­gest Bank, „New York Ti­mes”.
19 Hu­er­tas, Si­lver­man, Char­les E. Mit­chell.
20 He­lve­ring v. Mit­chell.
21 Tamże.
22 Tamże.
23 Uni­ted Sta­tes v. Char­les E. Mit­chell.
24 Hu­er­tas, Si­lver­man, Char­les E. Mit­chell.
25 Fre­de­rick Le­wis Al­len, The Lords of Cre­ation: The Hi­story of Ame­rica’s 1 Per­cent (Open Road In­te­gra­ted Me­dia, 1935), s. 246.
26 Bruce Bar­ton, Is There Any­thing Here That Other Men Co­uldn’t Do?, „Ame­ri­can Ma­ga­zine”, luty 1923 r.
27 Wam­sley, The Ru­ler of the World’s Lar­gest Bank.
28 He­lve­ring v. Mit­chell.
29 We­ary Run­ners Nap on Bank’s Mar­ble Floor; Mit­chell Or­ders Cha­irs Bro­ught for Them, „New York Ti­mes”, 31 paź­dzier­nika 1929 r.
30 He­lve­ring v. Mit­chell.
31 Com­mis­sio­ner of In­ter­nal Re­ve­nue vs. Char­les E. Mit­chell, ste­no­gram roz­prawy, t. 3, cz. 4.
32 W domu Mit­chella przy Pią­tej Alei 934 , mię­dzy East Se­venty-Fo­urth Street a East Se­venty-Fi­fth Street, na Up­per East Side Man­hat­tanu, mie­ści się dziś kon­su­lat Fran­cji.
33 Craig Mit­chell, I Re­mem­ber Fi­fth, „Town & Co­un­try”, wrze­sień 1989 r.
34 Ja­mes L. Grant, Ber­nard M. Ba­ruch: The Ad­ven­tu­res of a Wall Street Le­gend (John Wi­ley & Sons, 1997).
35 He­lve­ring v. Mit­chell.
36 Bar­ton, Is There Any­thing Here That Other Men Co­uldn’t Do?
37 Tamże.
38 Stock Pri­ces Slump $14,000,000,000 in Na­tion-Wide Stam­pede to Unload; Ban­kers to Sup­port Mar­ket To­day, „New York Ti­mes”, 29 paź­dzier­nika 1929 r.
39 Stock Crash 10 Bil­lion Dol­lars, „New York Da­ily News”, 29 paź­dzier­nika 1929 r.
40 Glass As­sa­ils Mit­chell for Bank’s Aid to Mar­ket, Stocks Up in Buy­ing Rush, „New York Ti­mes”, 29 marca 1929 r.
41 Bu­si­ness of Na­tion Unsha­ken, Dec­lare Tre­asury Of­fi­cials, „Phi­la­del­phia In­qu­irer”, 25 paź­dzier­nika 1929 r.
42 Mit­chell, I Re­mem­ber Fi­fth.
43 He­lve­ring v. Mit­chell.
44 John Ken­neth Gal­bra­ith, The Great Crash 1929 (Ho­ugh­ton Mif­flin Com­pany, 1955), s. 116.
45 Becky Lit­tle, Why the Ro­aring Twen­ties Left Many Ame­ri­cans Po­orer, „Hi­story”, 23 marca 2021 r.
46 Cul­ture of Debt Was Dri­ven by GM, „Mar­ket­place”, 26 grud­nia 2009 r.
47 In­stal­l­ment Buy­ing, 1920–1930, „CQ Press”, sty­czeń 1930 r.
48 Gene Smi­ley, Ri­chard H. Ke­ehn, Mar­gin Pur­cha­ses, Bro­kers’ Lo­ans and the Bull Mar­ket of the Twen­ties, „Bu­si­ness and Eco­no­mic Hi­story” 17 (1988), s. 129–142.
49 Wil­liam C. Du­rant, Auto Pio­neer, Dies, „New York Ti­mes”, 19 marca 1947 r.
50 John Hen­drik­son, Bud­get and Tax Les­sons from Pre­si­dent Ca­lvin Co­olidge, Ca­lvin Co­olidge Pre­si­den­tial Fo­un­da­tion, 10 grud­nia 2014 r.
51 Da­vid Gre­en­berg, Ca­lvin Co­olidge (Henry Holt and Com­pany, 2006), s. 57.
52 Ja­mes R. Ga­ines, Wit’s End: Days and Ni­ghts of the Al­go­nquin Ro­und Ta­ble (Har­co­urt Brace Jo­va­no­vich, 1977).
53 Gu­ide to New York City Land­marks, wyd. 3 (John Wi­ley & Sons, 2004).
54 1900–1930 – Fi­fte­enth Cen­sus of the Uni­ted Sta­tes: 1930, Po­pu­la­tion, Vo­lume 6: Fa­mi­lies, Ta­ble 4, U. S. Cen­sus Bu­reau, 8 paź­dzier­nika 2021 r.
55 Pau­lina Bren, She-Wo­lves: The Untold Hi­story of Wo­men on Wall Street (W. W. Nor­ton & Com­pany, 2024). Mu­riel „Mic­kie” Sie­bert była pierw­szą ko­bietą, która 28 grud­nia 1967 r. ku­piła so­bie miej­sce na NYSE.
56 Ar­thur Marx, My Life with Gro­ucho (Bar­ri­cade Bo­oks, 1992), s. 95.
57 Tamże.
58 Tamże, s. 96.
59 Tamże.
60 Wil­liam K. Klin­ga­man, 1929: The Year of the Great Crash (Har­per & Row, 1989), s. 90.
61 In­ve­st­ment Trust Stock Sub­scri­bed, 900,000 Sha­res of New Gold­man Sachs Tra­ding Corp. Pri­ced at 104 Each, „Bro­oklyn Da­ily Ti­mes”, 7 grud­nia 1928 r. Gold­man Sachs, wów­czas pry­watna spółka part­ner­ska, po­wo­łał do ist­nie­nia Gold­man Sachs Tra­ding Cor­po­ra­tion w 1928 r.
62 Marx, My Life with Gro­ucho, s. 125.

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Roz­dział pierw­szy
1 lu­tego 1929

W chłodny, sma­gany wia­trem wie­czór 1 lu­tego 1929 roku1, mniej wię­cej go­dzinę przed pół­nocą, Tho­mas La­mont i jego żona Flo­rence pod­je­chali li­mu­zyną w po­bliże Po­mo­stu nr 54, nie­opo­dal Czter­na­stej Ulicy na Man­hat­ta­nie. Gmach wy­bu­do­wany w stylu be­aux arts, za­pro­jek­to­wany przez tych sa­mych ar­chi­tek­tów co Grand Cen­tral Ter­mi­nal2, był en­klawą prze­py­chu i ele­gan­cji po­śród prze­my­sło­wego śmiet­nika i cuch­ną­cych mię­sem ja­tek na da­le­kim West Side.
Przy­stojni, nie­na­gan­nie ubrani La­mon­to­wie pro­mie­nieli, to­ru­jąc so­bie drogę przez ciżbę re­por­te­rów i fo­to­gra­fów ku tra­powi Aqu­ita­nii, luk­su­so­wego, czte­ro­ko­mi­no­wego trans­atlan­tyku dłu­go­ści 275 me­trów3, wy­pły­wa­ją­cego z portu do Cher­bo­urga we Fran­cji.
La­mont, dys­tyn­go­wany, pięć­dzie­się­cio­ośmio­letni star­szy wspól­nik w J. P. Mor­gan & Co.4, na­le­żał do de­le­ga­cji sław­nych ame­ry­kań­skich lu­dzi in­te­resu wy­sy­ła­nych do Pa­ryża na kon­fe­ren­cję, na któ­rej – zgod­nie z po­wszech­nym ocze­ki­wa­niem – miało dojść do za­cie­kłych spo­rów, do­ty­czyła bo­wiem kwe­stii nie­miec­kich re­pa­ra­cji wo­jen­nych.
Była to druga po­do­bna kon­fe­ren­cja w ciągu 4 lat i je­dyny wielki pro­blem geo­po­li­tyczny, jaki wów­czas kładł się cie­niem na świa­to­wej go­spo­darce. Pro­blem, z któ­rym mu­sieli się zmie­rzyć La­mont i jemu po­do­bni, po­zo­sta­wał w grun­cie rze­czy nie­zmie­niony od końca Wiel­kiej Wojny: Niemcy albo nie były go­towe, albo nie były w sta­nie, za­leż­nie od tego, komu dać wiarę, spła­cać An­glii i Fran­cji ol­brzy­miego od­szko­do­wa­nia fi­nan­so­wego uzgod­nio­nego na kon­fe­ren­cji w Wer­salu w 1919 roku5. Stany Zjed­no­czone, li­cząc na czę­ściowe zła­go­dze­nie na­pię­cia przez skło­nie­nie so­jusz­ni­ków do prze­or­ga­ni­zo­wa­nia spłat dłu­gów na­leż­nych od daw­nego prze­ciw­nika, usi­ło­wały nie do­pu­ścić do po­now­nego roz­go­rze­nia kon­fliktu.
Fakt, że od­po­wie­dzial­ność za taką dy­plo­ma­cję spo­czy­wała te­raz na bar­kach li­de­rów ame­ry­kań­skiego biz­nesu, było zna­mien­nym do­wo­dem na to, w ja­kim za­kre­sie han­del przy­ćmił po­li­tykę jako siłę na­pę­dową lat 20.
– Pa­nie La­mont! Pa­nie La­mont! – wo­łali re­por­te­rzy w na­dziei, że uda im się wy­ci­snąć z niego ja­kiś bon-mot na­da­jący się do ła­twego za­cy­to­wa­nia. – Co ma pan do po­wie­dze­nia o tym, że Niemcy nie do­ko­nują płat­no­ści?6
– Ani słowa ko­men­ta­rza – od­parł po­god­nie, pro­wa­dząc żonę ku Aqu­ita­nii.
La­mont, choć lu­bił ga­wę­dzić z prasą, za­wsze za­cho­wy­wał dys­kre­cję wła­ściwą ban­kie­rowi naj­wyż­szej klasy, nie da­jąc się ni­gdy spro­wo­ko­wać ani wcią­gnąć w awan­turę w tak draż­li­wej kwe­stii.
Choć for­mal­nie rzecz bio­rąc, w J. P. Mor­gan La­mont peł­nił funk­cję za­stępcy Jacka Mor­gana, wszy­scy wie­dzieli, że to on w isto­cie kie­ro­wał ban­kiem7. Jack, naj­star­szy syn Johna Pier­ponta Mor­gana Sr., może i był po­do­bi­zną swego zmar­łego ojca i przy­po­mi­nał go ob­wi­słą, nie­zbyt uro­dziwą twa­rzą, trwale na­zna­czoną gry­ma­sem roz­draż­nie­nia, lecz na tym po­do­bień­stwo się koń­czyło. Jac­kowi bra­ko­wało po­wagi wła­ści­wej jego ojcu. Na tyle by­stry, by znać wła­sne ogra­ni­cze­nia, dbał o to, by trzy­mać La­monta za­wsze bli­sko sie­bie8, w go­to­wo­ści wy­stą­pie­nia w roli zwierzch­niego au­to­ry­tetu w każ­dej prze­strzeni, z jego że­la­zną dło­nią spo­witą w ak­sa­mitną rę­ka­wiczkę, czło­wieka prze­ni­kli­wego i na­wet na mo­ment nie­tra­cą­cego z oka kie­runku, w ja­kim roz­wija się dana sy­tu­acja. W biu­rze po­wta­rzano: „Pan Mor­gan mówi do pana La­monta, a pan La­mont do lu­dzi”9.
Jack rów­nież miał tej nocy pły­nąć do Pa­ryża10. Wy­brano go na jed­nego z głów­nych ne­go­cja­to­rów, a La­monta za­bie­rał ze sobą jako swego „za­stępcę”, do­sko­nale wie­dząc, jak bar­dzo bę­dzie na nim po­le­gał. Chcąc unik­nąć kon­taktu z prasą, po­le­cił, by sa­mo­chód pod­wiózł go od strony rufy Aqu­ita­nii; wszedł na po­kład spe­cjal­nym tra­pem prze­zna­czo­nym dla pra­cow­ni­ków statku, z dala od ca­łego za­mie­sza­nia. Prędko udał się do swo­jej ka­juty, pod­czas gdy fo­to­gra­fo­wie sku­piali uwagę na ame­ry­kań­skich po­ten­ta­tach biz­nesu po­kroju La­monta, któ­rzy de­lek­tują się każdą chwilą spę­dzoną w bla­sku re­flek­to­rów.
La­mont czuł, że jest u szczytu swo­jej po­tęgi, był uoso­bie­niem tego, czym miał być ban­kier w tak zwa­nym Domu na Rogu przy Wall Street 2311. Ary­sto­kra­tycz­nej urody, odziany w swój obo­wiąz­kowy czarny gar­ni­tur w prążki i w białą ko­szulę, miał wy­ra­zi­ście błę­kitne oczy, w ką­ciku któ­rych przy każ­dym uśmie­chu po­ja­wiały się zmarszczki – a uśmie­chał się czę­sto. Syn pa­stora, La­mont miał wię­cej pie­nię­dzy niż kie­dy­kol­wiek mógł so­bie wy­obra­zić, i był po imie­niu z każ­dym, od Char­lesa Lind­ber­gha po Be­nita Mus­so­li­niego. Jego re­pu­ta­cja po­zo­sta­wała nie­ska­lana. „Czło­wiek, któ­rego nie spo­sób nie za­uwa­żyć” – jak na­zwał go „Time”. „Opo­wiedz mu dow­cip, a się ro­ze­śmieje. Pod­suń mu po­mysł, a go roz­wi­nie. Po­staw go wo­bec pro­blemu, a za­cznie go roz­wią­zy­wać. Drzwi jego umy­słu ła­two stają otwo­rem…”12
Po wy­ne­go­cjo­wa­niu dla J. P. Mor­gana umowy w ca­łej Eu­ro­pie, Ame­ryce Ła­ciń­skiej i Azji, La­mont uwa­żał się nie tylko za ban­kiera, ale za am­ba­sa­dora ame­ry­kań­skiej za­moż­no­ści – przy­ja­ciela kró­lów, dyk­ta­to­rów i ko­go­kol­wiek, kto aku­rat spra­wo­wał wła­dzę w da­nym kraju. Nie było na świe­cie pro­blemu, któ­rego nie da­łoby się roz­wią­zać cza­ro­dziej­ską różdżką kre­dytu – w każ­dym ra­zie głę­boko w to wie­rzył. Co­kol­wiek dziś wy­da­wało się prze­kra­czać czy­jeś siły płat­ni­cze, roz­pi­sać można było na wy­ko­na­lny har­mo­no­gram przy­szłych spłat. Ten wła­śnie mo­del przy­niósł Sta­nom Zjed­no­czo­nym nie­wia­ry­godny do­bro­byt w mi­nio­nej de­ka­dzie; dla­cze­góż nie miałby zdzia­łać cu­dów także w Eu­ro­pie, w od­nie­sie­niu do re­pa­ra­cji wo­jen­nych?
Wcho­dząc tam­tej nocy na po­kład Aqu­ita­nii, La­mont od­czu­wał szcze­gólną dumę, gdyż jego suk­ces miał wła­śnie stać się dzie­dziczny13: jego naj­star­szy syn, Tho­mas Stil­well La­mont, po­dą­żył jego śla­dem. Za­le­d­wie mie­siąc wcze­śniej, 1 stycz­nia 1929 roku, młody „T. S. L.” zo­stał przy­jęty do grona part­ne­rów Mor­gana wraz z Hen­rym, sy­nem Jacka.
Ogła­sza­jąc te no­mi­na­cje, „New York Ti­mes” za­uwa­żył, że ci mło­dzi męż­czyźni zdo­byli naj­bar­dziej po­żą­dane sta­no­wi­ska na Wall Street. […] Z fi­nan­so­wego punktu wi­dze­nia […] by­cie wspól­ni­kiem w domu Mor­ga­nów za­wsze ucho­dziło za je­den z naj­przed­niej­szych ką­sków w ame­ry­kań­skiej ban­ko­wo­ści. […] Uważa się, że wspól­nic­two w tej fir­mie przy­nosi co naj­mniej mi­lion do­la­rów rocz­nie14.
Istot­nie, 31 grud­nia 1928 roku, by uczcić zna­ko­mity rok, Jack Mor­gan wrę­czył La­mon­towi oraz po­zo­sta­łym star­szym wspól­ni­kom ko­perty z pre­miami, z któ­rych każda za­wie­rała czek na mi­ni­mum mi­lion do­la­rów15.
W prze­ko­na­niu La­monta – i nie­mal wszyst­kich z jego bli­skiego kręgu – rok 1929 za­po­wia­dał się jesz­cze le­piej. „Nie­które czyn­niki, które słu­żyć będą kształ­to­wa­niu fi­nan­so­wej hi­sto­rii tego roku, oka­zują się nad­zwy­czaj sprzy­ja­jące; na­leżą do nich ogromne bo­gac­two kraju, jego zdrowy sys­tem ban­kowy, ro­snąca pro­duk­cja oraz kon­sump­cja […] [jak rów­nież] za­cho­waw­cze me­tody han­dlowe, wy­so­kie płace i za­do­wo­le­nie klasy pra­cu­ją­cej oraz ro­snący eks­port”16 – pi­sał je­den z fe­lie­to­ni­stów „New York Ti­mesa”. „The New York Eve­ning Post” z ko­lei, jego kon­ser­wa­tywny kon­ku­rent, jak pra­wie ni­gdy, się z nim zga­dzał. „Ist­nieją za­sad­ni­cze prze­słanki wska­zu­jące na to, że do­tych­cza­sowy do­bro­byt sam się utrzyma”17 – za­uwa­żał na jego ła­mach eks­pert z dzie­dziny fi­nan­sów Paul Wil­lard Gar­rett.
Giełda wzro­sła o zdu­mie­wa­jące 62 punkty pro­cen­towe w po­rów­na­niu z tym sa­mym okre­sem roku 1928 – wię­cej niż kto­kol­wiek uwa­żał za moż­liwe. Na za­mknię­ciu se­sji 1 lu­tego in­deks Dow Jo­nes In­du­strial Ave­rage osią­gnął war­tość 319,69 punktu w sto­sunku do 197,87 punktu z po­przed­niego roku.
Tego sa­mego dnia, w któ­rym młody Tom zo­stał mia­no­wany wspól­ni­kiem, w Nowy Rok La­mon­to­wie wy­dali przy­ję­cie w swo­jej wa­ka­cyj­nej po­sia­dło­ści nie­da­leko Char­le­ston w Ka­ro­li­nie Po­łu­dnio­wej, na cześć am­ba­sa­dora w Mek­syku Dwi­ghta Mor­rowa i jego żony Eli­za­beth18. Wśród go­ści zna­leźli się wy­bitny sę­dzia fe­de­ral­nego sądu ape­la­cyj­nego Le­ar­ned Hand z mał­żonką Fran­ces oraz Wal­ter Lip­p­mann, kie­row­nik działu re­dak­cyj­nego „The New York World”, wraz z żoną Faye.
Po uro­czy­stej ko­la­cji, w trak­cie jed­nej z sa­lo­no­wych za­baw, sę­dzia Hand, ob­sa­dzony w roli Otella, udał, że dusi po­duszką drobną Faye. Nie­stety, jego za­pał i tu­sza oka­zały się dla niej na­zbyt wiel­kim ob­cią­że­niem. gdy chwiej­nie pod­nio­sła się z ka­napy z jej z wy­glą­da­ją­cego na zła­many nosa, try­snęła krew. Sę­dzia wy­glą­dał, jakby chciał się za­paść pod zie­mię ze wstydu19.
La­mont, za­chwy­cony ko­la­cją, a może i tym, co mó­wiła o dro­dze, jaką udało mu się prze­być w wyż­szych sfe­rach, chwa­lił się wów­czas naj­młod­szemu sy­nowi Au­sti­nowi w li­ście, w któ­rym re­la­cjo­no­wał ów wie­czór, że sę­dzia Hand „oba­wia się, że przez resztę ży­cia na jego ka­rie­rze sę­dziego Sta­nów Zjed­no­czo­nych cie­niem kładł bę­dzie się fakt, że na przy­ję­ciu zła­mał pew­nej da­mie nos”20.
Jed­nak mimo ca­łej żar­li­wo­ści, z jaką wy­zna­wał nową re­li­gię Wall Street, La­mont róż­nił się od swo­ich ró­wie­śni­ków. Skromne po­cho­dze­nie i wła­snymi si­łami osią­gnięty awans w świe­cie in­te­re­sów da­wały mu nieco szer­szą per­spek­tywę. Pra­gnął nie tyle bo­gac­twa, ile wiel­ko­ści. Wie­dział, że on sam, nie Jack Mor­gan, jest praw­dzi­wym dzie­dzi­cem etosu J. P. Mor­gana: prze­ko­na­nia, że wielki czło­wiek może okieł­znać nie­sforne siły ryn­kowe i zbu­do­wać lep­szy świat. Całe ży­cie przy­go­to­wy­wał się na tę chwilę, opa­no­wu­jąc re­guły dy­plo­ma­cji naj­wyż­szego szcze­bla, tak bar­dzo wów­czas po­trzebną do tego, by spu­ścić po­wie­trze z na­pęcz­nia­łego go­ry­czą nie­miec­kiego ba­lona. Czuł się wię­cej niż go­tów pod­jąć to wy­zwa­nie.
Z Flo­rence wspartą na swoim ra­mie­niu od­wró­cił się od fo­to­gra­fów sto­ją­cych przed Aqu­ita­nią. Ta po­dróż – i ten rok, 1929 – mo­gły przy­pie­czę­to­wać jego spu­ści­znę.
Uro­dzony w roku 1870, La­mont wy­cho­wał się w pół­noc­nej czę­ści stanu Nowy Jork, gdzie jego oj­ciec, ubogi pa­stor ko­ścioła me­to­dy­stów, za­chę­cał czworo swo­ich dzieci do czy­ta­nia ksią­żek i roz­wi­ja­nia umie­jęt­no­ści sa­mo­dziel­nego my­śle­nia21.
Choć La­mon­to­wie byli dość ubo­dzy, Tho­mas oka­zał się pry­mu­sem, który za­pra­co­wał so­bie na miej­sce w Exe­ter, a po­tem na Ha­rvar­dzie, gdzie roz­wi­nął skrzy­dła dzięki swej in­te­li­gen­cji, tro­skli­wej na­tu­rze i szcze­ro­ści. Już na pierw­szym roku zo­stał re­dak­to­rem „The Ha­rvard Crim­son”22, a póź­niej pre­ze­sem tego pi­sma. Dwa dni po ukoń­cze­niu stu­diów za­trud­nił się jako re­por­ter w „New-York Tri­bune”, za­nu­rza­jąc się w „naj­ohyd­niej­sze cze­lu­ści mia­sta”. Śmiało szu­kał te­ma­tów pro­wa­dzą­cych go da­leko od sza­cow­nych dziel­nic Man­hat­tanu, mię­dzy in­nymi na te­mat „mor­der­stwa w Hell’s Kit­chen, wy­bu­chu cho­lery na Lo­wer East Side oraz wo­jen gan­gów w Chi­na­town”.
„Po­zo­stali re­por­te­rzy zwy­kli się ze mnie na­bi­jać – wspo­mi­nał póź­niej – mó­wiąc, że za­wsze usi­łuję na­uczyć się wy­ko­ny­wa­nia pracy mo­jego bez­po­śred­niego zwierzch­nika. I nie było to da­le­kie od ­prawdy”23.
Oże­nił się w wieku 25 lat i pra­gnąc za­pew­nić no­wej żo­nie Flo­rence taki stan­dard ży­cia, jaki jego zda­niem jej się na­le­żał24, La­mont prze­szedł do świata biz­nesu, by z cza­sem do­łą­czyć do przy­ja­ciela Henry’ego Da­vi­sona w Ban­kers Trust, no­wego typu fir­mie fi­nan­so­wej, po­dej­mu­ją­cej ry­zyko da­leko więk­sze niż tra­dy­cyjne banki. Pierw­sza de­kada XX wieku była spek­ta­ku­lar­nym cza­sem na roz­po­czę­cie ka­riery w fi­nan­sach. Lu­dzie, któ­rzy zbili for­tuny w ca­łym kraju, czy to na tek­sty­liach, gór­nic­twie, me­ta­lach, han­dlu de­ta­licz­nym, czy ko­le­jach, ścią­gali do No­wego Jorku, go­towi pu­ścić swój ma­ją­tek w obieg i pod­jąć nowe, eks­cy­tu­jące wy­zwa­nia. Do zwa­bie­nia tych świeżo upie­czo­nych mi­lio­ne­rów wy­star­czały nie­na­ganna re­pu­ta­cja i oka­zały gmach z kosz­tow­nymi de­ta­lami rzeź­bio­nymi w mar­mu­rze.
La­mont świet­nie so­bie ra­dził, po­dob­nie jak Ban­kers Trust, lecz wła­śnie wtedy, gdy za­czy­nał czuć się co­raz le­piej w no­wej skó­rze, w 1907 roku Wall Street ogar­nęła pa­nika – ta sama, która od­ci­snęła tak trau­ma­tyczne piętno na Char­le­sie Mit­chellu. Uczciwy i cie­szący się po­wszech­nym sza­cun­kiem Ban­kers Trust nie po­zo­sta­wał cał­ko­wi­cie od­porny na ten kry­zys. Jego prze­trwa­nie, a być może prze­trwa­nie ca­łej tej branży, za­le­żało osta­tecz­nie od ka­prysu jed­nego czło­wieka, wiel­kiego J. Pier­ponta Mor­gana.
Je­sie­nią 1907 roku le­gen­darny J. Pier­pont Mor­gan miał 70 lat i im­po­nu­jący okres jego pa­no­wa­nia zbli­żał się do końca25. Za­ło­żona w 1871 roku spółka J. P. Mor­gan & Co. ucho­dziła za „naj­więk­szą mię­dzy­na­ro­dową in­sty­tu­cję ban­kową na świe­cie”26 oraz „kwa­terę główną po­tęgi fi­nan­so­wej w świe­cie biz­nesu”27. Żadna po­je­dyn­cza osoba w dzie­jach Wall Street nie spra­wo­wała więk­szej wła­dzy i nie miała więk­szych wpły­wów niż on. Pod jego rzą­dami Dom Mor­gana do­po­mógł w uno­wo­cze­śnie­niu go­spo­darki USA, prze­kształ­ca­jąc roz­le­głe za­ple­cze względ­nie nie­wiel­kich przed­się­biorstw, ty­po­wych dla ka­pi­ta­li­zmu XIX wieku, w po­tężne struk­tury kor­po­ra­cyjne do­mi­nu­jące w wieku XX.
Gdy wy­buchł kry­zys, Mor­gan brał wła­śnie udział w kon­fe­ren­cji epi­sko­pal­nej w Rich­mond w Wir­gi­nii28. We­te­ran, któ­remu udało się prze­trwać nie­jedną już pa­nikę gieł­dową, po­cząt­kowo za­cho­wy­wał zimną krew; jed­nak po kilku roz­pacz­li­wych wie­ściach na­pły­wa­ją­cych od wspól­ni­ków po­le­cił do­cze­pić swój pry­watny wa­gon Pul­l­mana do lo­ko­mo­tywy pa­ro­wej i po­wró­cił na Man­hat­tan.
W so­botni wie­czór 2 li­sto­pada 1907 roku29, po za­koń­czo­nym ty­go­dniu, w któ­rym do­szło do upadku prze­szło dwu­dzie­stu ban­ków, Mor­gan zwo­łał ma­gna­tów świata fi­nan­sów na na­radę w swo­jej re­zy­den­cji na rogu Trzy­dzie­stej Szó­stej Ulicy i Ma­di­son Ave­nue i na­ka­zał im sa­mo­dziel­nie roz­strzy­gnąć, które in­sty­tu­cje mają zo­stać wzmoc­nione za­strzy­kiem ka­pi­tału, a któ­rym po­zwoli się upaść, wy­ma­zu­jąc przy oka­zji oszczęd­no­ści ty­sięcy de­po­nen­tów, do­pro­wa­dza­jąc do ru­iny spółki, a co za tym idzie ka­riery i ży­cie wielu osób. Za­pro­szony na to spo­tka­nie przez Da­vi­sona w na­dziei, że po­może zna­leźć roz­wią­za­nie, La­mont przy­był tuż po pół­nocy i ode­grał na nim je­dy­nie rolę sta­ty­sty. Za­pa­mię­tał je jed­nak na za­wsze.
– Trudno by­łoby wy­obra­zić so­bie bar­dziej nie­przy­sta­jące do wagi wy­da­rzeń miej­sce spo­tka­nia dla za­tro­ska­nych ban­kie­rów – wspo­mi­nał póź­niej. – W jed­nym ga­bi­ne­cie – wznio­słe, wspa­niałe ta­pi­se­rie zwi­sa­jące ze ścian, rzad­kie eg­zem­pla­rze wy­dań Bi­blii oraz ilu­mi­no­wane śre­dnio­wieczne rę­ko­pisy wy­peł­nia­jące ga­bloty; w dru­gim – ko­lek­cja mi­strzów wcze­snego re­ne­sansu, Ca­sta­gno, Ghir­lan­daio, Pe­ru­gino, by wy­mie­nić tylko kilku; ogromny otwarty ko­mi­nek, uchy­lone lekko drzwi do sancta sanc­to­rum, gdzie prze­cho­wy­wano ory­gi­na­lne rę­ko­pisy […] A po­śród tego ca­łego prze­py­chu […] wzbu­rzony tłum ban­kie­rów, zbyt roz­trzę­sio­nych, by usiąść i swo­bod­nie roz­ma­wiać, [krę­cą­cych się] po tej cu­dow­nej mar­mu­ro­wej sali, prze­cha­dza­ją­cych się w górę, i w dół po wy­soko skle­pio­nych kom­na­tach, z ich wy­po­sa­że­niem w stylu ci­nqu­ecento, cze­ka­ją­cych na pod­ję­cie do­nio­słych de­cy­zji przez na­szego no­wo­cze­snego Me­dy­ce­usza30.
Na­pię­cie da­wało się wy­czuć w po­wie­trzu do tego stop­nia, że Mor­gan za­mknął ban­kie­rów na klucz w swo­jej bi­blio­tece, skąd nie mo­gli wyjść bez uprzed­niego doj­ścia do ja­kie­goś po­ro­zu­mie­nia w spra­wie, gdy on sam za­ba­wiał się grą w pa­sjansa i pa­lił cy­gara w są­sied­nim po­koju31. Było ja­sne, że je­śli nie znajdą żad­nego roz­wią­za­nia, ame­ry­kań­ski sys­tem ban­kowy naj­praw­do­po­dob­niej się za­ła­mie. „Sy­tu­acja nie mo­gła się dłu­żej wy­my­kać się spod kon­troli” – pi­sał póź­niej o kry­zy­sie La­mont. „Trzeba go było ra­to­wać”32. I tak też zro­biono. Ban­kie­rzy do­szli do po­ro­zu­mie­nia, gdzie na­leży wy­ty­czyć gra­nicę mię­dzy in­sty­tu­cjami, ich zda­niem za­słu­gu­ją­cymi na prze­trwa­nie a całą resztą i zo­bo­wią­zali się fi­nan­so­wać te, które zna­la­zły się po wła­ści­wej stro­nie. Siłą wła­snej woli, je­den czło­wiek po­wstrzy­mał całą go­spo­darkę przed ru­nię­ciem w prze­paść, da­jąc po­kaz oso­bi­stej po­tęgi naj­więk­szego ame­ry­kań­skiego fi­nan­si­sty, który już w tam­tej chwili wy­da­wał się ana­chro­niczny. Czy taki ma­newr mógłby jesz­cze kie­dy­kol­wiek się po­wieść?
Trzy lata póź­niej, pod ko­niec paź­dzier­nika 1910 roku, La­mont nie­spo­dzie­wa­nie otrzy­mał we­zwa­nie od sa­mego Mor­gana, by sta­wił się na Wall Street 2333. Choć od pa­niki mi­nęło już sporo czasu, wciąż tkwiła świeżo w pa­mięci, a La­mont, któ­remu do­brze się wio­dło w Ban­kers Trust, do końca nie wie­dział, czy ma się z za­pro­sze­nia cie­szyć, czy ra­czej oba­wiać, że znów nad­ciąga ja­kiś kry­zys.
Wpro­wa­dzony do czę­ści wy­dzie­lo­nej dla wspól­ni­ków, gdzie wy­brańcy pra­co­wali ra­mię w ra­mię, uj­rzał J. Pier­ponta sie­dzą­cego przy wła­snym se­kre­ta­rzyku z ro­letą.
– Pro­szę po­dejść – po­wie­dział Mor­gan, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem wwier­ca­jąc się w mło­dzieńca. Wpa­try­wał się w po­tem w La­monta za­my­ślony, jakby sza­co­wał jego war­tość. – La­mont – ode­zwał się wresz­cie – chcę, żeby z po­cząt­kiem przy­szłego stycz­nia do­łą­czył pan do na­szego grona jako wspól­nik34.
La­mont miał wów­czas 40 lat i nie zdą­żył zdo­być więk­szego do­świad­cze­nia w po­rów­na­niu z in­nymi part­ne­rami Mor­gana, ta­kimi jak jego przy­ja­ciel Da­vi­son z Ban­kers Trust, który rok wcze­śniej do­łą­czył do J. P. Mor­gan w cha­rak­te­rze wspól­nika.
– W czym mógł­bym być panu po­mocny? – za­py­tał La­mont, za­wsze za­bie­ga­jący o względy. 
– Och, za­ję­cia znaj­dzie się u nas aż nadto – za­pew­nił go J. Pier­pont. – Pro­szę po pro­stu za­jąć się tym, co uzna pan za ko­nie­czne do zro­bie­nia. – Za­pa­dła chwila ci­szy, po czym Mor­gan za­dał py­ta­nie: – Zga­dza się pan, czyż nie?
La­mont ski­nął na znak zgody35, ale na­za­jutrz do­rzu­cił jesz­cze je­den wa­ru­nek: chciał, by za­gwa­ran­to­wano mu trzy mie­siące urlopu rocz­nie. Po­dróże – jak wy­ja­śniał Mor­ga­nowi – są mu nie­zbędne do lep­szego ro­zu­mie­nia świata, a za­tem przy­datne i cenne będą rów­nież w jego pracy w J. P. Mor­gan.
– Zgoda! – od­po­wie­dział J. Pier­pont. – Oczy­wi­ście. – Po czym za­czął mu za­chwa­lać rejs po Nilu.
– To chyba po­nad moje moż­li­wo­ści przy czwórce dzieci – od­parł La­mont. Tho­mas i Flo­rence mieli już wów­czas trzech sy­nów i córkę: Tho­masa S., Au­stina, Ele­anor i Cor­liss36.
– Nie­do­rzecz­ność – uznał Mor­gan. – Niech pan za­bie­rze ze sobą parę niań, a wszystko się uda. Sam tak zro­bi­łem, gdy moje dzieci były jesz­cze małe37.
Wie­ści o awan­sie La­monta przy se­kre­ta­rzyku z ro­letą pod nu­me­rem 23 na Wall Street ro­ze­szła się bły­ska­wicz­nie. „Do­łą­czył pan do grona po­tęż­nych i moż­nych”38 – pi­sał mu bli­ski współ­pra­cow­nik z kręgu biz­nesu, dzięki czemu La­mont miał mieć od­tąd wpływ na stan­dardy mo­ralne „pło­tek świata in­te­re­sów”.
W pierw­szych la­tach pracy u Mor­gana La­mont wpoił so­bie ry­tu­ały i oby­czaje pa­nu­jące w fir­mie, za­ra­zem jed­nak nie­kiedy ła­god­nie pły­nął pod prąd. Etos Mor­gana wy­ma­gał, by pra­cow­nicy trzy­mali się z dala od pu­blicz­nych spoj­rzeń. Firma, ow­szem, prze­ka­zy­wała fun­du­sze – przez po­śred­ni­ków, ni­gdy bez­po­śred­nio – ma­jące słu­żyć prze­ku­py­wa­niu dzien­ni­ka­rzy i pod­rzu­ca­niu zgod­nych z ich po­li­tyką ma­te­ria­łów39, lecz bez­po­śred­nich roz­mów z re­por­te­rami miano uni­kać za wszelką cenę.
Stro­niąc od kon­tak­tów z prasą, Mor­gan spo­wił się aurą ta­jem­nicy i in­tryg. La­mont za­pro­po­no­wał jed­nak zmianę stra­te­gii. Tłu­ma­czył, że an­ga­żu­jąc dzien­ni­ka­rzy, firma zy­ska znacz­nie więk­sze szanse na kształ­to­wa­nie do­god­nego dla niej prze­kazu. Dzięki pry­wat­nym li­stom i wspól­nym lun­chom40 za­cie­śniał re­la­cje z pi­sa­rzami, re­dak­to­rami oraz wy­daw­cami, zaś re­klamy za­miesz­czał tam, gdzie po­zwa­lały zjed­nać so­bie czy­jąś przy­chyl­ność. Do tego sa­mego za­chę­cał rów­nież po­zo­sta­łych wspól­ni­ków, w za­mia­rze prze­ko­na­nia opi­nii pu­blicz­nej, że Dom Mor­gana na­prawdę „składa się z istot ludz­kich”.
Po pa­nice wy­bu­chłej w 1907 roku na­stroje po­li­tyczne w kraju zwró­ciły się ostro prze­ciw no­wo­jor­skiemu es­ta­bli­sh­men­towi ban­ko­wemu. Kry­tycy na­zy­wali go „tru­stem pie­nięż­nym”41 i twier­dzili, że jego człon­ko­wie bo­gacą się kosz­tem zwy­kłych Ame­ry­ka­nów.
Naj­więk­szym mo­no­po­lem w tym kraju – oświad­czył Wo­od­row Wil­son na po­czątku swej kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej w 1911 roku – jest mo­no­pol pie­nią­dza42.
Tego sa­mego roku Ko­mi­sja Ban­ko­wo­ści i Wa­luty Izby Re­pre­zen­tan­tów wsz­częła śledz­two pod prze­wod­nic­twem kon­gres­mena Ar­sène’a P. Pujo z Lu­izjany. Głów­nym po­dej­rza­nym w tej spra­wie był sam J. Pier­pont Mor­gan43. Mor­gana, który wy­raź­nie pod­upadł na zdro­wiu, we­zwano wów­czas do zło­że­nia ze­znań przed Kon­gre­sem, gdzie mu­siał sta­nąć na­prze­ciw in­te­li­gent­nego, am­bit­nego praw­nika Sa­mu­ela Unter­my­era, do­radcy i śled­czego z ra­mie­nia ko­mi­sji. Mor­gan całe ży­cie sta­rał się uni­kać po­dob­nego wi­do­wi­ska pu­blicz­nego; w po­przed­nich la­tach za­dbałby o to, by w po­dob­nej sy­tu­acji zna­leźć się gdzieś poza kra­jem, do­póki nie opad­nie fala za­in­te­re­so­wa­nia. Te­raz jed­nak pre­sja opi­nii pu­blicz­nej oka­zała się zbyt silna, by mógł uchy­lić się od od­po­wie­dzi.
Za­miast wy­na­jąć spe­cja­li­stę od wi­ze­runku do od­po­wia­da­nia na py­ta­nia prasy zwią­zane ze śledz­twem, La­mont prze­ko­nał Mor­gana i part­ne­rów, że sam zaj­mie się tą sprawą44. Po­dej­mo­wał w ten spo­sób ogromne oso­bi­ste ry­zyko: gdyby jego stra­te­gia ob­ró­ciła się prze­ciw niemu, czy w fir­mie po­zo­sta­łoby dla niego jesz­cze ja­kieś miej­sce?
Nowy plan La­monta był pro­sty: za­mie­rzał spo­ty­kać się z re­por­te­rami i re­dak­cjami, ofe­ru­jąc im kontr­nar­ra­cję45. Pro­blem nie po­lega na tym, jak mó­wił pra­sie, że ban­kie­rzy mają zbyt ogromną wła­dzę, lecz na tym, że sam sys­tem ban­kowy jest wa­dli­wie zor­ga­ni­zo­wany i źle za­rzą­dzany. Od­ważni oby­wa­tele, tacy jak J. Pier­pont Mor­gan, twier­dził, zo­stali w isto­cie zmu­szeni do za­ję­cia luki po­zo­sta­wio­nej przez rząd.
Chcąc do­po­móc Mor­ga­nowi w przy­go­to­wa­niu się do ze­znań, La­mont wró­cił do bi­blio­teki przy Trzy­dzie­stej Szó­stej Ulicy46. Mor­gan ki­piał urazą na myśl, że zmu­sza się go do sta­wa­nia w obro­nie wła­snej re­pu­ta­cji, którą uwa­żał za nie­po­szla­ko­waną, i ka­riery, w któ­rej za­wsze wy­ka­zy­wał się uczci­wo­ścią.
Roz­prawa od­była się na ty­dzień przed Bo­żym Na­ro­dze­niem w 1912 roku. Wy­stą­pie­nia Mor­gana z tego dwu­dnio­wego po­stę­po­wa­nia sta­no­wiły im­po­nu­jący ob­raz zde­rze­nia z ogrom­nym im­pe­tem sta­rego świata z no­wym. Mimo gradu bez­względ­nych py­tań Unter­my­era Mor­gan upar­cie ob­sta­wał przy swoim sta­no­wi­sku, nie przy­zna­jąc się do ni­czego, na­wet tego, że wy­wie­rał ja­ki­kol­wiek wpływ na dzia­ła­nia in­nych47.
Py­ta­nie: Twier­dzi pan, że czło­wiek ma­jący ogromną wła­dzę, taką jak pan – przy­znaje pan, że ją ma, prawda?
Od­po­wiedź: Nie wiem, sza­nowny Pa­nie.
P: Przy­znaje pan, że ją ma, czyż nie?
O: Nie są­dzę.
P: W ogóle pan się do niej nie po­czuwa?
O: Nie, nie po­czu­wam.
Mor­gan nie po­dej­mo­wał żad­nej próby prze­ko­ny­wa­nia czy po­jed­na­nia, od­rzu­ca­jąc ja­kie­kol­wiek po­dej­rze­nie, że jego au­to­ry­tet mógłby być efek­tem jego wła­snych za­bie­gów. Na­wet je­śli inni uzna­wali go za po­tęż­nego i na­gi­nali swą wolę do jego, dla­cze­góż miałby po­no­sić za to od­po­wie­dzial­ność?
Być może naj­do­sko­nal­sze pod­su­mo­wa­nie ży­cio­wego motta Mor­gana sta­no­wiła chwila, gdy Unter­myer do­ci­skał go w kwe­stii na­tury kre­dytu48.
P: Czy kre­dyt han­dlowy nie opiera się przede wszyst­kim na pie­nią­dzu lub ma­jątku?
O: Nie, pro­szę pana, naj­pierw jest cha­rak­ter.
P: Przed pie­niędzmi czy ma­jąt­kiem?
O: Przed pie­niędzmi i przed wszyst­kim in­nym. Nie można go ku­pić za pie­nią­dze.
P: A więc czło­wiek z cha­rak­te­rem, bez żad­nego opar­cia poza nim, może uzy­skać do­wolny kre­dyt, jaki tylko mu się za­ma­rzy, a czło­wiek po­sia­da­jący ma­ją­tek może go nie uzy­skać?
O: Bar­dzo czę­sto tak wła­śnie bywa.
P: Czy taka jest wła­śnie za­sada pa­nu­jąca w in­te­re­sach?
O: Taka jest za­sada pro­wa­dze­nia in­te­re­sów, sza­nowny pa­nie.
J. Pier­pont Mor­gan, roz­go­ry­czony aż do ostat­nich dni, trzy mie­siące póź­niej zmarł w Rzy­mie, 31 marca 1913 roku49. Jego ciało prze­wie­ziono z po­wro­tem do No­wego Jorku, a jego na­bo­żeń­stwo ża­łobne od­być się miało w Ko­ściele Epi­sko­pal­nym Świę­tego Je­rzego przy Wschod­niej Szes­na­stej Ulicy. Mor­gan zo­sta­wił in­struk­cje co do cha­rak­teru ca­łej ce­re­mo­nii: miała być krótka, trwać za­le­d­wie czter­dzie­ści pięć mi­nut i skła­dać się głów­nie z hym­nów, bez żad­nej mowy po­że­gnal­nej50. Mor­gan, jak za­wsze, nie za­mie­rzał po­zwo­lić ni­komu prze­ma­wiać w swoim imie­niu.
Nie było wąt­pli­wo­ści, że miej­sce na­stępcy Mor­gana na czele firmy zaj­mie J. P. Mor­gan ju­nior, Jack51. Ale nie było też naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że Jack ni­gdy sa­mo­dziel­nie nie zdoła wy­peł­nić luki po­zo­sta­łej po ojcu. Nie zno­sił być na wi­doku: jako na­sto­la­tek padł ofiarą próby po­rwa­nia52, do­świad­cze­nia, które spra­wiło, że póź­niej za wszelką cenę sta­rał się uni­kać pu­blicz­nego roz­głosu. Za­do­wa­lała go więc rola re­pre­zen­tu­ją­cego firmę fi­gu­ranta, pod­czas gdy Da­vi­son, La­mont i garstka po­zo­sta­łych star­szych part­ne­rów wy­zna­czała kie­ru­nek jej dzia­ła­nia. W la­tach Wiel­kiej Wojny męż­czyźni ci na zmianę peł­nili funk­cję peł­no­moc­ni­ków Mor­gana, ma­jąc do czy­nie­nia z pre­zy­den­tami, pre­mie­rami, se­kre­ta­rzami stanu, mi­ni­strami fi­nan­sów i in­nymi wy­so­kimi urzęd­ni­kami, a zwłasz­cza z przed­sta­wi­cie­lami naj­bliż­szego wów­czas so­jusz­nika Sta­nów Zjed­no­czo­nych, czyli An­glii.
U za­ra­nia lat 20. La­mont wcho­dził w naj­lep­szy okres ka­riery jako jedno z ostat­nich ogniw łą­czą­cych dawny sys­tem, w któ­rym po­je­dyn­czy czło­wiek był nie­mal w sta­nie na­giąć giełdę do swej woli, z gwał­tow­nie i nie­ubła­ga­nie nad­cią­ga­jącą przy­szło­ścią, w któ­rej giełda ura­stała do roli po­tęgi, nie­mal nie do po­ję­cia dla ludz­kiego ro­zumu.
La­mont zda­wał so­bie sprawę z tego, że ośmio­dniowa po­dróż na po­kła­dzie Aqu­ita­nii bę­dzie miała ogromne zna­cze­nie, po dro­dze mu­siał bo­wiem za­jąć się spra­wami da­lece wy­kra­cza­ją­cymi poza ne­go­cja­cje re­pa­ra­cyjne, nad któ­rymi miał za­da­nie czu­wać. Tego sa­mego ranka, 1 lu­tego 1929 roku, przed wej­ściem na sta­tek, wraz z po­zo­sta­łymi wspól­ni­kami Domu Mor­gana wy­słali bli­sko 230 li­stów i te­le­gra­mów do głów­nych klien­tów53 oraz zna­jo­mych, ja­kich mieli za­równo w śro­do­wi­sku ban­ko­wym, jak i poza nim, by ogło­sić ofertę, w ich mnie­ma­niu, nie do od­rzu­ce­nia.
Dom Mor­gana wkro­czył bo­wiem na pole no­wego ro­dzaju dzia­łal­no­ści ban­ko­wej, or­ga­ni­zu­jąc syn­dy­katy in­we­sto­rów w celu po­wo­ła­nia do ist­nie­nia no­wych spółek spe­ku­la­cyj­nych z uży­ciem po­tęż­nej dźwi­gni fi­nan­so­wej. Tak jaw­nie ry­zy­kowne przed­się­wzię­cia wy­wo­ła­łyby gry­mas od­razy na twa­rzy Mor­gana, gdyby jesz­cze żył, lecz do tego czasu La­mont z ze­spo­łem sami zdą­żyli już ulec go­rączce gieł­do­wej. Na­stała nowa epoka. Klienci żądni byli no­wych in­te­re­sów. Trzeba było za nimi na­dą­żać albo zo­stać gdzieś da­leko w tyle.
Naj­śmiel­szym z przed­się­wzięć firmy było na­wią­za­nie part­ner­stwa z braćmi Van Swe­rin­gen z Cle­ve­land, eks­cen­trycz­nymi, wio­dą­cymi sa­mot­ni­czy ży­wot ka­wa­le­rami Ori­sem i Man­ti­sem, któ­rzy dzie­lili ze sobą sy­pial­nię w roz­le­głej po­sia­dło­ści wiej­skiej. Mimo wszyst­kich swych dzi­wactw Van Swe­rin­ge­no­wie byli nie­ustra­szeni w za­wie­ra­niu trans­ak­cji: za­cią­gali gi­gan­tyczne po­życzki na bu­dowę pięk­nych przed­mieść Sha­ker He­ights, a także pod­miej­skiej li­nii ko­le­jo­wej łą­czą­cej je z mia­stem, po czym za­częli gro­ma­dzić port­fel ak­cji li­nii ko­le­jo­wej. Z po­mocą part­ne­rów Mor­gana udało im się skon­so­li­do­wać ak­tywa o war­to­ści 3 mld do­la­rów, pod au­spi­cjami hol­dingu Al­le­ghany Cor­po­ra­tion, chwiej­nego i zło­żo­nego im­pe­rium ob­li­ga­cji i ak­cji uprzy­wi­le­jo­wa­nych54.
To, co Van Swe­rin­ge­nom udało się zbu­do­wać w Al­le­ghany, było nie tyle wy­jąt­kiem, ile za­po­wie­dzią naj­now­szej mody na Wall Street: po­wo­ły­wa­nia za­mknię­tych fun­du­szy in­we­sty­cyj­nych, zwa­nych tru­stami. W po­ło­wie lat 20. pro­mo­to­rzy od­kryli, że ma­giczną dźwi­gnię można pa­ko­wać i prze­pa­ko­wy­wać nie­ustan­nie nowo. Taki trust po­zy­ski­wał pie­nią­dze od lud­no­ści, sku­po­wał ko­szyk ak­cji i ob­li­ga­cji, a na­stęp­nie fi­nan­so­wał się ko­lej­nymi pa­kie­tami ak­cji uprzy­wi­le­jo­wa­nych oraz za­dłu­żeń. Po­tem można było po­wo­łać do ist­nie­nia ko­lejny trust, który na­by­wał udziały w pierw­szym, wzmac­nia­jąc w ten spo­sób do­dat­kowo dźwi­gnię fi­nan­sową. Na po­zór wy­glą­dało to na dy­wer­sy­fi­ka­cję port­fela; w rze­czy­wi­sto­ści było to je­dy­nie po­mno­że­nie dźwi­gni. Zwy­kłym in­we­sto­rom wy­da­wało się to bez­piecz­nym spo­so­bem na po­wie­rze­nie za­rzą­dza­nia pie­niędzmi fa­chow­com, lecz praw­dzi­wym ma­gne­sem były sto­jące za tym na­zwi­ska: Mor­gana, Gold­mana i po­zo­sta­łych ma­gna­tów fi­nan­so­wych. In­we­sto­rzy ku­po­wali nie tyle spółki, ile re­pu­ta­cje. I przez pe­wien czas sama wiara w to wy­star­czała: naj­mod­niej­sze tru­sty po­dwa­jały albo po­tra­jały swą cenę, czę­sto ob­ra­cano nimi po za­wy­żo­nych ce­nach, znacz­nie prze­wyż­sza­ją­cych war­tość we­wnętrzną ich ak­ty­wów.
Dla ogółu prze­cięt­nych na­byw­ców ak­cje Al­le­ghany wy­ce­niono na 35 do­la­rów, gdyż La­mont był świę­cie prze­ko­nany, że przy ro­sną­cych kur­sach z ła­two­ścią się sprze­da­dzą. Wspól­nicy Domu Mor­gana mo­gli jed­nak ku­po­wać je po taj­nej ce­nie 20 do­la­rów za ak­cję. La­mont zgar­nął dla sie­bie 18 500 ak­cji, osią­ga­jąc szybki zysk na pa­pie­rach w wy­so­ko­ści 277 500 do­la­rów55. Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji za­skar­bie­nia so­bie przy­chyl­no­ści, od­wie­dził na­stęp­nie więk­szość „przy­ja­ciół firmy”, w tym by­łego pre­zy­denta Co­olidge’a, se­kre­ta­rza ma­ry­narki Char­lesa Adamsa, pio­niera lot­nic­twa Char­lesa Lind­ber­gha, ge­ne­rała Johna J. Per­shinga, a także Mit­chella, Ber­narda Ba­ru­cha i Johna Ra­skoba, ofe­ru­jąc im taki sam ra­bat. De­pe­sze w tej spra­wie, jak choćby ta wy­słana do wy­bit­nego prze­my­słowca Wil­liama Wo­od­ina, utrzy­mane były w to­nie swo­bod­nej, przy­ja­ciel­skiej rady:

Drogi Pa­nie Wo­odin,
cho­ciaż nie skła­damy żad­nej oferty ak­cji, gdyż nie jest to ten ro­dzaj pa­pieru war­to­ścio­wego, jaki chcie­li­by­śmy ofe­ro­wać pu­blicz­nie, zwra­camy się z py­ta­niem do nie­któ­rych na­szych naj­bliż­szych przy­ja­ciół, czy nie ze­chcie­liby na­być czę­ści tych ak­cji po tej sa­mej ce­nie, po ja­kiej sami za nie pła­cimy, mia­no­wi­cie po 20 do­la­rów za udział. Są­dzę, że ak­cje te sprze­dają się na gieł­dzie po około 35 do 37 do­la­rów za sztukę, co ozna­cza nie­wiele po­nad to, że lu­dzie pra­gną spe­ku­lo­wać. Re­zer­wu­jemy dla Pana 1000 ak­cji po 20 do­la­rów za sztukę, je­śli tylko ży­czy so­bie Pan je mieć w swym port­felu. Z tymi ak­cjami nie są zwią­zane żadne wa­runki, to­też może je Pan od­sprze­dać, kiedy tylko przyj­dzie Panu na to ochota […] Pra­gniemy je­dy­nie, by Pan wie­dział, że po­my­śle­li­śmy o Panu przy tej oka­zji56.

La­mont oso­bi­ście dyk­to­wał de­pe­sze kie­ro­wane do naj­waż­niej­szych osób57, w tym jedną do Al­berta H. Wig­gina, prze­wod­ni­czą­cego Chase Na­tio­nal Bank, o któ­rym po­wia­dano, że jako je­dyny ośmie­lił się od­mó­wić zo­sta­nia wspól­ni­kiem Mor­gana58. Wig­gin je­chał tego po­po­łu­dnia ko­leją, więc La­mont, chcąc zy­skać pew­ność, że wia­do­mość do­trze do niego na­tych­miast, wy­słał ją bez­po­śred­nio do po­ciągu: „Wa­gon nr 27, prze­dział A, przy­jazd do Do­uglas w Ari­zo­nie dziś o 13.01”59. Oferta obej­mo­wała dzie­się­cio­krot­nie wię­cej ak­cji niż ta zło­żona Wo­odi­nowi i ozna­czała na­tych­mia­stowy zysk rzędu 150 tys. do­la­rów.
Chłopcy Van Ess z Cle­ve­land wła­śnie prze­or­ga­ni­zo­wali ­Al­le­ghany Cor­po­ra­tion, spółkę hol­din­gową ma­jącą prze­jąć ich główne udziały w ak­cjach ko­le­jo­wych. Wczo­raj wy­emi­to­wa­li­śmy 35 mi­lio­nów do­la­rów za­bez­pie­czo­nych za­sta­wem. Dziś Gu­aranty ofe­ruje 25 mi­lio­nów do­la­rów ak­cji uprzy­wi­le­jo­wa­nych. Nie skła­damy żad­nej oferty ak­cji zwy­kłych, ale odło­ży­li­śmy dla Pana i jego naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków 10 tys. ak­cji po ce­nie obo­wią­zu­ją­cej nas sa­mych, mia­no­wi­cie po 20 do­la­rów. Na rynku po­za­gieł­do­wym wy­ce­nia się je na 35 do­la­rów za sztukę.

Pro­szę o pilny te­le­gram z de­cy­zją. Dziś wie­czo­rem od­pły­wam do Pa­ryża.
Z naj­lep­szymi po­zdro­wie­niami
TOM

Na po­kła­dzie Aqu­ita­nii La­mont ocze­ki­wał od­po­wie­dzi na swoją ofertę. Po la­tach po­dró­żo­wa­nia luk­su­so­wymi li­niow­cami na statku miesz­czą­cym 3 239 pa­sa­że­rów60 czuł się swoj­sko i wy­god­nie po­śród prze­strzen­nych sa­lo­nów wy­po­czyn­ko­wych i pro­me­nad, skle­pów z bi­żu­te­rią i de­li­katną por­ce­laną, z główną klatką scho­dową, któ­rej kunsz­tow­nie kuta ba­lu­strada sko­pio­wana zo­stała z ja­kie­goś fran­cu­skiego zamku61. O je­de­na­stej rano kel­ne­rzy po­da­wali con­sommé62. Po­po­łu­dniową her­batę można było pić w sa­lo­nie ogro­do­wym urzą­dzo­nym w stylu an­giel­skim, a ćwi­czeń za­ży­wać w sali gim­na­stycz­nej oraz w ba­se­nie o głę­bo­ko­ści 2 me­trów 30 cen­ty­me­trów.
W prze­stron­nej ja­dalni za­re­zer­wo­wa­nej dla pierw­szej klasy, utrzy­ma­nej w stylu Lu­dwika XVI, ser­wo­wano nie tylko ka­wior i inne de­li­ka­tesy, ale także naj­lep­sze wina i inne al­ko­hole63, co było luk­su­sem nie­do­zwo­lo­nym na stat­kach do­ku­ją­cych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych w okre­sie pro­hi­bi­cji. Do co­dzien­nych atrak­cji to­wa­rzy­skich na­le­żały te­nis po­kła­dowy, shuf­fle­bo­ard, ping-pong, tańce oraz bale ko­stiu­mowe64.
La­mont miał na statku do za­ła­twie­nia jesz­cze je­den zu­chwały in­te­res65. Od mie­sięcy po ci­chu knuł in­trygę ma­jącą do­pro­wa­dzić do prze­ło­mo­wej jego zda­niem fu­zji mię­dzy In­ter­na­tio­nal Te­le­phone & Te­le­graph (ITT), RCA i We­stern Union, przed­się­wzię­cia o po­ten­cjal­nie re­wo­lu­cyj­nym wy­mia­rze, które po­zwo­li­łoby na stwo­rze­nie ogól­no­świa­to­wej sieci te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­nej, a za­ra­zem za­gwa­ran­to­wałby po­tężny mo­no­pol, w świe­tle ustawy an­ty­tru­sto­wej uchwa­lo­nej w 1927 roku naj­praw­do­po­dob­niej nie­le­galny. To go jed­nak nie od­strę­czało.
La­mont re­pre­zen­to­wał ITT jako klienta66. I tak się aku­rat zło­żyło, że prze­by­wał te­raz przez po­nad ty­dzień na statku w gro­nie no­wych to­wa­rzy­szy broni re­pre­zen­tu­ją­cych Stany Zjed­no­czone: Owena Younga, pre­zesa Ge­ne­ral Elec­tric, spółki-matki RCA, oraz szefa RCA, Da­vida Sar­noffa67. Obie firmy były rów­nież klien­tami Domu Mor­gana.
„Dłu­gie roz­mowy pro­wa­dzone z Youn­giem o po­łą­cze­niu Ra­dio Corp. z We­stern Union”68 – jak od­no­to­wał w dzien­niku trze­ciego dnia rejsu. Young, jak pi­sał, za­pro­po­no­wał po­wo­ła­nie po­je­dyn­czego tru­stu in­we­sty­cyj­nego do prze­pro­wa­dze­nia tej trans­ak­cji. La­mont z ty­po­wym dla sie­bie opty­mi­zmem wie­rzył, że zdoła do­pro­wa­dzić to śmiałe przed­się­wzię­cie do skutku.
Dru­giego dnia po­dróży La­mont, któ­rego do­padł lekki atak cho­roby mor­skiej, za­mknął się w ka­bi­nie, by spo­rzą­dzić i wy­słać do biura w No­wym Jorku dwie dłu­gie szy­fro­wane de­pe­sze w tej spra­wie69. Nie mar­twił się, że wiele straci, pra­cu­jąc pod po­kła­dem, bo – jak z ubo­le­wa­niem za­no­to­wał w dzien­niku – było „nie­zbyt zimno, ale bra­ko­wało słońca. Mgły i ciężko fa­lu­jące mo­rze”70.
Po ośmiu dniach na mo­rzu, 8 lu­tego, Aqu­ita­nia przy­biła do Cher­bo­urga71. La­mon­to­wie obu­dzili się o 6.15 rano i po­śpiesz­nie ze­szli na ląd. „Po­dróż prze­bie­gła spo­koj­nie i była dość wy­godna – tro­chę czy­ta­nia, tań­ców, bry­dża, nie­re­gu­lar­nie, za to sporo snu”72 – za­pi­sał La­mont w dzien­niku.
De­le­ga­cja ame­ry­kań­ska wsia­dła do spe­cjal­nego po­ciągu i około trze­ciej po po­łu­dniu 8 lu­tego do­tarła do Pa­ryża, gdzie na­tych­miast ob­siadł ją rój dzien­ni­ka­rzy.
– Mie­li­śmy zna­ko­mitą prze­prawę – po­wie­dział im Mor­gan. – Spra­wiła mi przy­jem­ność. Nie, nie mogę po­wie­dzieć, jak długo po­trwa kon­fe­ren­cja73.
Young, La­mont i Jack Mor­gan za­po­zo­wali do paru zdjęć.
– Tym ra­zem czeka nas sporo cięż­kiej pracy – za­uwa­żył Young. – Oczy­wi­ście je­stem na­sta­wiony opty­mi­stycz­nie, ale nie mogę nic wię­cej zdra­dzić przed roz­po­czę­ciem kon­fe­ren­cji74.
Na twa­rzy La­monta ry­so­wał się uśmiech.

1 Mor­gan and Young Sail with Ad­vi­sers, „New York Ti­mes”, 2 lu­tego 1929 r.
2 Grand Cen­tral Gran­deur, in the Vil­lage, Vil­lage Pre­se­rva­tion Blog, 31 stycz­nia 2013 r.
3 Giant Cu­nar­der Laun­ched To-Day, „Jer­sey Jo­ur­nal”, 21 kwiet­nia 1913 r.
4 Mor­gan and Young Sail with Ad­vi­sers, „New York Ti­mes”.
5 John May­nard Key­nes, The Eco­no­mic Con­se­qu­en­ces of the Pe­ace (Har­co­urt, Brace and Howe, 1920).
6 Mor­gan and Young Sail with Ad­vi­sers, „New York Ti­mes”.
7 Bu­si­ness: Fa­ith, Ban­kers & Pa­nic, „Time”, 11 li­sto­pada 1929 r.
8 Ron Cher­now, The Ho­use of Mor­gan: An Ame­ri­can Ban­king Dy­na­sty and the Rise of Mo­dern Fi­nance (Si­mon & Schu­s­ter, 1990).
9 Pan Mor­gan prze­ma­wia do pana La­monta, The Mir­rors of Wall Street (G. P. Put­nam’s Sons, 1933).
10 Mor­gan and Young Sail with Ad­vi­sers, „New York Ti­mes”.
11 The Ho­use on the Cor­ner, „Wall Street Jo­ur­nal”, 23 wrze­śnia 1926 r.
12 Bu­si­ness: Fa­ith, Ban­kers & Pa­nic, „Time”.
13 Edward La­mont, The Am­bas­sa­dor from Wall Street (Ma­di­son Bo­oks, 1993).
14 Sons of 3 Part­ners En­ter Mor­gan Firm, „New York Ti­mes”, 1 stycz­nia 1929 r.
15 Cher­now, The Ho­use of Mor­gan.
16 The Fi­nan­cial Outlook for 1929, „New York Ti­mes”, 1 stycz­nia 1929 r.
17 Ran­do­lph Bar­tlett, Por­trait of a Year: 1929, „Ame­ri­can Mer­cury”, paź­dzier­nik 1935 r., s. 144.
18 Edward La­mont, The Am­bas­sa­dor from Wall Street, s. 250–251.
19 Tamże.
20 Tamże, s. 250.
21 Cor­liss La­mont, The Tho­mas La­monts in Ame­rica (A. S. Bar­nes, 1971).
22 T. W. La­mont Is Dead in Flo­rida, „Ha­rvard Crim­son”, 3 lu­tego 1948 r.
23 Tho­mas Wil­liam La­mont, Across World Fron­tiers (Har­co­urt, Brace and Com­pany, 1951).
24 La­mont, The Am­bas­sa­dor from Wall Street, s. 35.
25 J. P. Mor­gan’s Life One of Trium­phs, „New York Ti­mes”, 1 kwiet­nia 1913 r.
26 Mar­tin Horn, J. P. Mor­gan & Co. and the Cri­sis of Ca­pi­ta­lism: From the Wall Street Crash to World War II (Cam­bridge Uni­ver­sity Press, 2022).
27 Fre­de­rick Le­wis Al­len, The Lords of Cre­ation: The Hi­story of Ame­rica’s 1 Per­cent (Open Road In­te­gra­ted Me­dia, 1935).
28 Ro­bert F. Bru­ner, The Pa­nic of 1907: Les­sons Le­ar­ned from the Mar­ket’s Per­fect Storm (John Wi­ley & Sons, 2007).
29 Cher­now, The Ho­use of Mor­gan.
30 La­mont, Across World Fron­tiers, s. 36.
31 Bru­ner, The Pa­nic of 1907, s. 131.
32 La­mont, Across World Fron­tiers, s. 36.
33 La­mont, The Am­bas­sa­dor from Wall Street, s. 41.
34 La­mont, Across World Fron­tiers, s. 40.
35 La­mont, The Am­bas­sa­dor from Wall Street, s. 47; La­mont, Across World Fron­tiers.
36 La­mont ucho­dził za czło­wieka wielce ro­dzin­nego, od­da­nego żo­nie Flo­rence i czworgu dzieci. W 1926 r. wy­słała mu list, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że od­kryła jego ro­mans: „Jak mo­głeś tak długo utrzy­my­wać to w ta­jem­nicy? I dla­czego mi się z tego nie zwie­rzy­łeś? Wy­daje mi się, że za­wsze z wielką wy­ro­zu­mia­ło­ścią od­no­si­łam się do two­ich dam i drob­nych wy­bry­ków i dla­tego za­słu­gi­wa­łam na twoje za­ufa­nie i szcze­rość. A ona też ma na imię Ele­anor […]. Czuję, że nie mogę jej przyj­mo­wać w no­wo­jor­skim domu […]. Po tych wszyst­kich two­ich czu­łych epi­zo­dach z Ame­lią B. […] do­staję ze­wsząd li­sty z wy­ra­zami współ­czu­cia. Twoja ze zła­ma­nym ser­cem, Flo­rence”. W tym cza­sie Tho­mas prze­by­wał na wa­ka­cjach na wy­spie Na­ssau. List ten zo­stał spro­wo­ko­wany pu­bli­ka­cją fo­to­gra­fii ich pięt­na­sto­let­niej córki Ele­anor La­mont w nie­dziel­nym wy­da­niu cza­so­pi­sma „New York Ti­mesa” z ro­to­gra­wiu­rami. Ale wy­raź­nie nie przed­sta­wiała mło­dej Ele­anor. Ta Ele­anor La­mont była star­sza – być może była to wła­śnie ko­chanka Toma? Ga­zeta omył­kowo wy­dru­ko­wała por­tret in­nej ko­biety au­tor­stwa ar­ty­sty, który spor­tre­to­wał rów­nież młod­szą Ele­anor. Ale „ta druga ko­bieta” była osobą obcą. Flo­rence na­pi­sała ten list do męża w żar­to­bli­wym to­nie, do­łą­cza­jąc do niego wy­ci­nek pra­sowy; we­dług syna La­monta, Cor­lissa, „cały ten epi­zod przez długi czas po­zo­sta­wał jed­nym z naj­czę­ściej po­wra­ca­ją­cych ro­dzin­nych aneg­dot”. Choć Tho­mas La­mont zo­stał wiel­kim re­ki­nem ka­pi­ta­li­zmu, jego syn Cor­liss wy­rósł na za­de­kla­ro­wa­nego so­cja­li­stę. Nie wy­gląda na to, by Cor­liss po­róż­nił się z oj­cem, ale w 1939 r. na­pi­sał książkę za­ry­so­wu­jącą jego po­glądy i za­ty­tu­ło­waną You Mi­ght Like So­cia­lism: A Way of Life for Mo­dern Man [So­cja­lizm nie jest taki zły: spo­sób na ży­cie dla czło­wieka no­wo­cze­snego]
37 La­mont, Across World Fron­tiers.
38 La­mont, The Am­bas­sa­dor from Wall Street, s. 43.
39 Cher­now, The Ho­use of Mor­gan.
40 Horn, J. P. Mor­gan & Co. and the Cri­sis of Ca­pi­ta­lism, s. 49.
41 No Mo­ney Trust, Says Mor­gan Firm; in Sta­te­ment to Pujo Com­mit­tee It De­nies That 180 Men Con­trol $25,000,000,000, „New York Ti­mes”, 25 stycz­nia 1913 r.
42 Ray Stan­nard Ba­ker, Wil­liam E. Dodd, red., The Pu­blic Pa­pers of Wo­od­row Wil­son, Col­lege and State, 2 t. (Har­per & Bro­thers Pu­bli­shers, 1925), s. 307.
43 No Mo­ney Trust, Says Mor­gan Firm, „New York Ti­mes”.
44 Cher­now, The Ho­use of Mor­gan, s. 150.
45 La­mont, The Am­bas­sa­dor from Wall Street, s. 49.
46 Tamże, s. 50.
47 Tes­ti­mony of J. P. Mor­gan Be­fore the Bank and Cur­rency Com­mit­tee of the Ho­use of Re­pre­sen­ta­ti­ves, at Wa­shing­ton D. C., Li­brary of Con­gress, 18 i 19 grud­nia 1912 r.
48 Te­sti­mony of J. P. Mor­gan Be­fore the Bank and Cur­rency Com­mit­tee of the Ho­use of Re­pre­sen­ta­ti­ves, at Wa­shing­ton D. C.
49 J. P. Mor­gan’s Bier Seen Only by Few, „New York Ti­mes”, 13 kwiet­nia 1913 r.
50 Tamże.
51 La­mont, The Am­bas­sa­dor from Wall Street, s. 40, 56.
52 Fer­di­nand Pe­cora, Re­mi­ni­scen­ces of Fer­di­nand Pe­cora, 1962, wy­wiad prze­pro­wa­dzony przez Do­na­lda F. Shau­gh­nessy’ego, 1962, Co­lum­bia Cen­ter for Oral Hi­story, Co­lum­bia Uni­ver­sity, s. 855. La­mont po­wie­dział Pe­co­rze: „Za­wsze był czło­wie­kiem nie­śmia­łym, który w miarę moż­li­wo­ści uni­kał pu­blicz­nego roz­głosu. […] Gdy młod­szy Mor­gan był na­sto­lat­kiem, pod­jęto próbę jego po­rwa­nia. Wy­wo­łało to głę­boki nie­po­kój w ca­łej ro­dzi­nie, szcze­gól­nie u jego ojca, po­nie­waż miał tylko jed­nego syna. […] Od tego czasu młod­szy Mor­gan stale oto­czony po­zo­sta­wał ochro­nia­rzami, na­wet gdy po­szedł na stu­dia”.
53 Stock Exchange Prac­ti­ces: He­arings Be­fore the Com­mit­tee on Ban­king and Cur­rency, Uni­ted Sta­tes Se­nate (1932–1934), Prze­słu­cha­nia w spra­wie re­zo­lu­cji Se­natu nr 84 i 56, cz. 1, fra­ser.stlo­uis­fed.org/ti­tle/87.
54 „Van Swe­rin­gen, Oris Pa­xton and Man­tis Ja­mes”, En­cyc­lo­pe­dia of Cle­ve­land Hi­story, do­stęp 19 maja 2025 r., Case We­stern Re­se­rve Uni­ver­sity, case.edu/ech/ar­tic­les/v/van-swe­rin­gen-oris-pa­xton-and-man­tis-ja­mes.
55 Stock Exchange Prac­ti­ces: He­arings Be­fore the Com­mit­tee on Ban­king and Cur­rency, cz. 1.
56 Tamże.
57 Stock Exchange Prac­ti­ces: He­arings Be­fore the Com­mit­tee on Ban­king and Cur­rency, Uni­ted Sta­tes Se­nate (1932–1934), Prze­słu­cha­nia w spra­wie re­zo­lu­cji Se­natu nr 84 i 56, cz. 5, fra­ser.stlo­uis­fed.org/ti­tle/87.
58 In­ter­na­tio­nal: No­thing Re­so­un­ding, „Time”, 24 sierp­nia 1931 r.; Nomi Prins, All the Pre­si­dents’ Ban­kers: The Hid­den Al­lian­ces That Drive Ame­ri­can Po­wer (Ha­chette, 2014).
59 Stock Exchange Prac­ti­ces: He­arings Be­fore the Com­mit­tee on Ban­king and Cur­rency, cz. 5.
60 A New Cu­nar­der Aqu­ita­nia „Scien­ti­fic Ame­ri­can”, 6 czerwca 1914 r.
61 Lu­xury on the Aqu­ita­nia, „New York Ti­mes”, 8 marca 1914 r.
62 Ar­tist Ste­als Ride 1st Class in Aqu­ita­nia, „New York He­rald Tri­bune”, 19 paź­dzier­nika 1929 r.
63 Ar­tist Ste­als Ride 1st Class in Aqu­ita­nia, „New York He­rald Tri­bune”.
64 Pro­gram of Events, RMS Aqu­ita­nia, Sep­tem­ber 1929, Gje­nvick-Gjønvik Ar­chi­ves, do­stęp 19 maja 2025 r., ggar­chi­ves.com/Oce­an­Tra­vel/On­bo­ar­dE­vents/Cu­nard-1929–09-Event­sPro­gram-Aqu­ita­nia.html
65 War­ren Sloat, 1929: Ame­rica Be­fore the Crash (Mac­mil­lan, 1979), s. 96–97.
66 Sloat, 1929, s. 96.
67 Cher­now, The Ho­use of Mor­gan.
68 Tho­mas W. La­mont Pa­pers, 1894–1948, box 173, Ba­ker Li­brary, Hi­sto­ri­cal Col­lec­tions De­part­ment, Ha­rvard Bu­si­ness School, Cam­bridge, Mas­sa­chu­setts.
69 Tho­mas W. La­mont, Diary of T. W. La­mont, 1–7 lu­tego 1929 r.
70 Tamże.
71 La­mont Pa­pers, 1894–1948, box 173.
72 La­mont, Diary of T. W. La­mont.
73 Henry Wa­les, Mor­gan Smi­les at First Te­sts as ‘Pu­blic Man, „Chi­cago Tri­bune”, 9 lu­tego 1929 r.
74 Tamże.

 
Wesprzyj nas