Trzymający w napięciu thriller, zagadka szachowa i przenikliwy komentarz dotyczący amerykańskiego społeczeństwa.
Sędzia Oliver Garland, tytułowy władca Ocean Park, umiera niespodziewanie. Wiele lat wcześniej zapracował na najważniejsze wyróżnienie, jakie może spotkać amerykańskiego sędziego – został nominowany do Sądu Najwyższego. Stanowiska jednak nie objął, odchodząc z palestry w aurze skandalu. Podczas emitowanych w telewizji przesłuchań wyszły na jaw jego powiązania z bardzo podejrzanymi osobami. Konserwatywny i kontrowersyjny Sędzia Garland już nigdy nie podniósł się po tym publicznym upokorzeniu.
Jednak śmierć Sędziego, który za życia miał więcej wrogów niż przyjaciół, wywołuje wiele pytań. Czy Oliver Garland mógł zostać zamordowany? Jego syn Talcott, profesor prawa, otrzymał od niego tajemniczą wiadomość – zagadkę szachową, którą tylko on może odszyfrować. Kiedy giną kolejne osoby, spokojny i stateczny profesor nie waha się, by zaryzykować swoją karierę, małżeństwo, a nawet życie, aby odkryć prawdę o przeszłości ojca.
Misternie skonstruowana zagadka, błyskotliwie poprowadzona fabuła – doskonale napisana, często zjadliwie zabawna powieść Władca Ocean Park to mieszanka rodzinnych tajemnic i ambicji, morderstwa, segregacji rasowej oraz wątpliwej sprawiedliwości społecznej.
Złożony thriller literacki. Carter zręcznie splata ze sobą kilka wątków – od relacji między ojcami a synami oraz mężami a żonami po politykę epoki Nixona i Reagana.
„Bookpage”
Bardziej w stylu Le Carrégo niż Grishama… Barwna, pełna zwrotów akcji opowieść o oszustwach, a także krytyka społeczna.
„People”
Władca Ocean Park obfituje w rozważania na temat Boga, rodziny, szachów, polityki mianowania sędziów Sądu Najwyższego, lojalności, nieszczęśliwego małżeństwa, mediów, depresji, kwestii rasowych oraz akademickich sporów…
„Boston Globe”
Władca Ocean Park
Przekład: Bożena Jóźwiak
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 22 lipca 2026
PROLOG
DOM NA MARTHA’S VINEYARD
Kiedy mój ojciec w końcu umarł, pozostawił bilety z meczów Redskinsów mojemu bratu, dom przy Shepard Street mojej siostrze, a dom na wyspie Martha’s Vineyard mnie. Najcenniejsze z masy spadkowej były oczywiście bilety z meczów futbolowych, ale w końcu Addison był zawsze ulubieńcem ojca i zagorzałym kibicem. Jako jedyne z dzieci niemal dzielił z nim tę obsesję, no i tylko z nim ojciec rozmawiał w okresie, gdy po raz ostatni spisywał testament. Addison to klejnot w koronie, jeśli wybaczycie mi to określenie, między Mariah a mną panują natomiast dość chłodne stosunki od chwili, gdy – jak to ona określa – przeszedłem na stronę wroga. To skłoniło ojca do zapisania nam domów odległych od siebie o ponad sześćset kilometrów.
Ucieszyłem się, że dostałem dom na Vineyard. Jest to schludny wiktoriański domek na terenie Ocean Park w mieście Oak Bluffs, z mnóstwem gotyckich drewnianych ozdóbek wzdłuż zapadającej się werandy i z pięknym porannym widokiem na białą muszlę koncertową wynurzającą się z morza zielonej trawy na tle rozległego morza jasnoniebieskiej wody. Moi rodzice lubili opowiadać, jak to kupili go za bezcen w latach sześćdziesiątych, kiedy wyspa oraz kolonia przedstawicieli czarnej klasy średniej były jeszcze eleganckie i mało znane. Ostatnio Martha’s Vineyard stoczyła się na dno, przynajmniej zdaniem mojego ojca. Często powtarzał, że jest teraz zatłoczona i hałaśliwa, a poza tym wpuszczają tu wszystkich, przez co rozumiał Afroamerykanów, którym się powodziło gorzej niż nam. Narzekał, że powstaje za dużo nowych domów, psujących piękno dróg i lasów koło najlepszych plaż. Pojawiły się nawet budynki wielorodzinne, szczególnie w pobliżu Edgartown, czego nie mógł pojąć, gdyż uważał południową część wyspy za teren Kennedych – miejsce, gdzie zjeżdżają się na wakacje biali bogacze i ich rozpuszczone dzieci. Ojciec zaś pielęgnował w sobie na poły gniewne, a na poły zazdrosne przekonanie, że biali ludzie pozwalają członkom ciemniejszej nacji – jak zwykł nazywać swoją rasę – roić się i tłoczyć, ale zawsze zachowują otwartą przestrzeń dla siebie samych.
Pośród całego tego zgiełku dom na Vineyard jest jednak małym cudem. Kochałem go już jako dziecko, a dzisiaj kocham jeszcze bardziej. Każdy pokój, każdy ciemny drewniany schodek i każde okno ma do przekazania jakąś zapamiętaną tajemnicę. W dzieciństwie złamałem kostkę i nadgarstek, spadając ze skośnego dachu nad główną sypialnią. Teraz, po ponad trzydziestu latach, zupełnie nie pamiętam, dlaczego tak mi zależało, żeby tam się wdrapać. Dwa lata później, wędrując w ciemnościach po domu w poszukiwaniu wody, usłyszałem dziwny jęk, który skłonił mnie do przykucnięcia na podeście schodów. Stamtąd wypatrywałem przez balustradę, co mogło go spowodować, i w ten sposób na tydzień przed dziesiątymi urodzinami zdołałem rzucić okiem na najważniejszą tajemnicę świata dorosłych. Dostrzegłem swojego o cztery lata starszego brata, Addisona, zmagającego się z piętnastoletnią kuzynką Sally, ciemnoskórą pięknością, na wytartej burgundowej kanapie stojącej naprzeciw telewizora, w cieniu schodów. Żadne z nich nie było kompletnie ubrane, nie potrafiłem jednak określić, których części garderoby im brakuje. W pierwszym odruchu chciałem uciec. Tymczasem zamarłem w dziwnie ekscytującym letargu i obserwowałem, jak się przetaczają, przeplatając ręce i nogi w pozornie przypadkowych pozach. Najwyraźniej „robili to”, jak mawialiśmy w tych prostszych czasach, celowo nie wdając się w szczegóły.
Mój okres nastoletni, monotonny i nudny podobnie jak wiek dojrzały, nie zaowocował takimi przygodami, a już zdecydowanie nie na Vineyard. Chyba najbardziej poruszające dla mnie zdarzenie nastąpiło pod koniec ostatniego lata, które spędziliśmy na wyspie z całą rodziną. Miałem trzynaście lat, a Mariah, wówczas dość pulchna piętnastolatka, wściekła się na mnie za jakąś kąśliwą uwagę na temat jej tuszy. Wzięła pudełko zapałek, po czym ukradła moją ukochaną kartę baseballową firmy Topps z Williem Maysem i wspięła się na strych po ściąganej drabince, składającej się z ośmiu chybotliwych listewek. Kiedy ją w końcu dogoniłem, spaliła kartę na moich oczach, a ja łkałem, klęcząc bezradnie w dusznym upale zakurzonego strychu. Już wówczas byliśmy uwikłani w trwający całe życie układ niechęci. Tego samego lata moja siostra Abigail, wciąż uznawana za dziecko, choć była tylko o rok z okładem młodsza ode mnie, została gwiazdą naszej lokalnej gazety, „Vineyard Gazette”, kiedy w parny sierpniowy wieczór wygrała chyba z osiem nagród podczas okręgowego jarmarku, trafiając strzałkami w balony i piłeczkami baseballowymi w butelki po mleku. W ten sposób ugruntowała swoją pozycję jedynego w rodzinie potencjalnego sportowca. Poza nią żadne z rodzeństwa nawet nie próbowało zdobywać laurów w tej dziedzinie, gdyż rodzice zawsze przedkładali tęgi umysł nad tężyznę fizyczną.
Cztery lata później nie słychać już było chłopięcego śmiechu Abby – ani w Ocean Park, ani nigdzie indziej. Jej radość życia i wesołość, które wnosiła do naszego domu, ulotniły się w jednej tragicznej chwili, gdy na śliskim od deszczu asfalcie niedoświadczona nastolatka bezskutecznie próbowała uniknąć zderzenia z roztańczonym sportowym samochodem. Według świadków był to jakiś luksusowy model, ale nikt go dokładnie nie potrafił opisać. Nigdy go zatem nie znaleziono, gdyż kierowca, który zabił moją siostrę o kilka przecznic od Washington Cathedral w pierwszą wiosnę prezydentury Jimmy’ego Cartera, odjechał na długo przed przybyciem policji. Tego, że Abby miała prawo kierować autem tylko pod opieką osoby dorosłej, nigdy nie podano do wiadomości publicznej. Nie wspomniano też o tym, że w jej pożyczonym samochodzie znaleziono marihuanę. Ani policja, ani nawet prasa nie miały na to ochoty, gdyż mój ojciec był kim był i miał takie, a nie inne powiązania, a ponadto w tamtym okresie szarganie reputacji wielkich nie było jeszcze naszym sportem narodowym. Dzięki temu Abby mogła umrzeć tak niewinna, jak udawaliśmy, że żyła.
W owym czasie Addison kończył już studia, a Mariah miała rozpocząć drugi rok, w związku z czym mnie przypadła niewdzięczna rola jedynego dziecka, jak nazywała to mama. Tamtego lata w Oak Bluffs, kiedy mój milczący ojciec dojeżdżał do sądu federalnego w Waszyngtonie, a matka błąkała się bez celu po pokojach, postawiłem sobie za zadanie wyszukiwanie w domu wspomnień po Abby. Pod stosem książek leżących na czarnym metalowym wózku pod telewizorem znalazłem jej ulubioną grę „Życie”, a w głębi oszklonej szafki nad zlewem – biały fajansowy kubek z legendarnym napisem CZARNE JEST PIĘKNE, kupiony na złość ojcu. W rogu dusznego strychu leżała z kolei wygrana na jarmarku pluszowa panda nosząca imię George, na cześć męczeńskiego czarnego bojownika George’a Jacksona, gubiąca już obrzydliwe różowe paprochy. Teraz, gdy osiągnąłem niebezpieczny wiek średni, muszę przyznać, że wszystkie te wspomnienia z czasem bardzo wyblakły.
Ach, ten dom na Vineyard! Addison dwukrotnie zawierał w nim małżeństwo, jedno mniej więcej udane, a ja też dwukrotnie stłukłem witrażową szybę w podwójnych drzwiach frontowych, raz mniej więcej rozmyślnie. W czasach mojego dzieciństwa mieszkaliśmy tu każdego lata, gdyż do tego właśnie służy letni dom. Każdej zimy ojciec narzekał na koszty jego utrzymania i groził, że go sprzeda, gdyż to właśnie się robi, kiedy szczęście jest wątpliwą inwestycją. A kiedy rak, który ścigał moją matkę przez sześć lat, w końcu zwyciężył, umarła w tym domu, w najmniejszej sypialni z najpiękniejszym widokiem na cieśninę Nantucket, gdyż tak właśnie się postępuje, jeśli można sobie wybrać swój koniec.
Ojciec zmarł przy swoim biurku. Z początku tylko moja siostra i kilka pijanych w trupa osób dzwoniących do nocnych programów radiowych twierdziło, że został zamordowany.
CZĘŚĆ I
TEMAT NOWOTNEGO
Temat Nowotnego – w kompozycji szachowej temat, w którym dwie czarne figury uniemożliwiają sobie nawzajem obronę ważnych pól.
Rozdział 1
Najświeższe wieści telefoniczne
(I)
– To najszczęśliwszy dzień w moim życiu – słyszę w słuchawce podekscytowany głos mojej poślubionej przed niemal dziewięcioma laty żony. Jak się wkrótce okaże, będzie to jednocześnie jeden z najsmutniejszych dni w moim życiu.
– Rozumiem – mówię, wyrażając tonem urazę.
– Och, Misza, dorośnij wreszcie. Nie porównuję go z dniem naszego ślubu. – Pauza. – Ani z urodzeniem dziecka – dodaje w charakterze przypisu.
– Wiem, rozumiem.
Znowu pauza. Nie znoszę pauz podczas rozmowy telefonicznej, ale właściwie to w ogóle nie znoszę telefonu i jeszcze wielu innych rzeczy. Na drugim końcu linii słychać w tle męski śmiech. U mnie jest prawie jedenasta rano, ale w San Francisco dobiega dopiero ósma wieczorem. Nie ma jednak powodu do podejrzliwości – może dzwoni z restauracji, centrum handlowego lub sali konferencyjnej. A może nie.
– Myślałam, że się ucieszysz – odzywa się w końcu Kimmer.
– Naprawdę się cieszę – zapewniam ją, o wiele za późno. – Tylko że…
– Och, Misza, przestań – najwyraźniej straciła cierpliwość. – Nie jestem twoim ojcem. Wiem, w co się pakuję. Mnie nie przydarzy się to, co jemu. Naszemu synowi też nie przydarzy się to, co tobie. Zgoda, kochanie?
„Mnie nic się nie przydarzyło” – chcę skłamać, ale się powstrzymuję. Wolę się nacieszyć tak rzadką przyjemnością usłyszenia „kochanie”. Skoro Kimmer jest w końcu tak szczęśliwa, lepiej nie wywoływać zadrażnień. Nie chcę jej tłumaczyć, że moją radość nieco przyćmiewa obawa, jak na te wieści zareaguje mój ojciec. Mówię zatem tylko:
– Po prostu martwię się o ciebie, nic więcej.
– Potrafię o siebie zadbać – zapewnia mnie, a jest to stwierdzenie tak zgodne z prawdą, że aż przerażające. Podziwiam zdolność mojej żony do ukrywania dobrych wieści, przynajmniej przed własnym mężem. Już wczoraj się dowiedziała, że lata delikatnych zabiegów oraz odpowiednich posunięć politycznych w końcu zaowocowały i znalazła się w czołówce kandydatów na wolne miejsce w federalnym sądzie apelacyjnym. Staram się nie myśleć, z iloma osobami zdążyła się podzielić swoją radością, zanim w końcu zadzwoniła do domu.
– Tęsknię za tobą – mówię.
– Miło to słyszeć, ale niestety, wygląda na to, że muszę tu zostać do jutra.
– Przecież miałaś wrócić dzisiaj.
– No, miałam, ale… po prostu nie mogę.
– Rozumiem.
– Oj, Misza, przecież nie zostaję tu dlatego, że chcę. To moja praca. Nic na to nie poradzę. – Przez kilka sekund obydwoje zastanawiamy się nad tym stwierdzeniem. – Wrócę do domu najszybciej, jak to możliwe, wiesz przecież.
– Wiem, kochanie, wiem. – Stoję za biurkiem i spoglądam przez okno na dziedziniec, gdzie studenci leżą na trawie z nosami w skryptach lub grają w siatkówkę, korzystając z resztek październikowego słońca. Mój gabinet jest jasny i przestronny, lecz nieco zabałaganiony, a to ostatnie określenie można też w zasadzie odnieść do mojego życia. – Wiem – powtarzam po raz trzeci, gdyż nasze małżeństwo przechodzi obecnie etap, w którym czasem trudno podtrzymać rozmowę.
Po odpowiednio długiej chwili milczenia Kimmer powraca do kwestii technicznych.
– Wiesz co? Lada moment FBI zacznie rozmowy z moimi kolegami, no i z mężem. Kiedy to usłyszałam od Ruthie, mówię: „Mam nadzieję, że nie zdradzi im wszystkich moich grzechów”. – Krótki śmiech, zarazem ostrożny i pewny siebie. Moja żona wie, że może na mnie liczyć. Teraz nagle zaczyna przejawiać skromność. – Wiem, że biorą też pod uwagę innych, a niektórzy z nich mają duże osiągnięcia. Ale Ruthie twierdzi, że mam naprawdę spore szanse. – Ruthie to Ruth Silverman, nasza koleżanka ze studiów prawniczych, dawna przyjaciółka Kimmer, a obecnie zastępczyni doradcy Białego Domu.
– Bo masz, jeśli będą decydować względy merytoryczne – odpowiadam lojalnie.
– Brzmi, jakbyś myślał, że nie dostanę tego stanowiska.
– Myślę, że powinnaś je dostać. – Naprawdę tak sądzę. Kimmer to drugi w kolejności najinteligentniejszy znany mi prawnik. Jest partnerem w największej kancelarii w Elm Harbor, które moja żona uważa za małe miasteczko, ja zaś za miasto średniej wielkości. Tylko dwie inne kobiety zaszły tak wysoko, ale nikt inny, kto nie jest biały.
– Może faktycznie ktoś już je sobie załatwił – przyznaje.
– Mam nadzieję, że nie. Chcę, żebyś dostała to, czego pragniesz i na co zasługujesz. – Waham się przez chwilę, po czym ryzykuję: – Kocham cię, Kimmer. Zawsze będę cię kochał.
Moja żona nie odwzajemnia się podobnym wyznaniem, rozpoczyna natomiast nowy wątek.
– Jest chyba czterech czy pięciu finalistów. Ruthie mówi, że są wśród nich profesorowie prawa, a dwaj lub trzej to twoi koledzy. – Uśmiecham się niewesoło. Ruthie jest zbyt sprytna, by wymieniać nazwiska, lecz obydwoje z Kimmer wiemy, że „dwaj lub trzej koledzy” sprowadzają się do Marca Hadleya. Niektórzy uważają go za najbardziej błyskotliwego wśród wykładowców, mimo że przez ćwierć wieku nauczania prawa wydał zaledwie jedną książkę, i to dwadzieścia lat temu. Marc i ja byliśmy w dość bliskich stosunkach, a nie mogę tego powiedzieć o zbyt wielu ludziach, szczególnie z uniwersytetu. Niespodziewana śmierć sędziego Juliusa Krantza cztery miesiące temu zburzyła jednak naszą wątłą przyjaźń, gdyż zapoczątkowała zakulisowy wyścig, który doprowadził nas do tego momentu.
– Mało prawdopodobne, żeby prezydent wybrał kolejnego profesora prawa – stwierdzam, żeby coś powiedzieć. Marc zabiega o stanowisko sędziego znacznie dłużej niż moja żona, a poza tym to dzięki niemu Ruthie, niegdyś ulubiona studentka, osiągnęła obecną pozycję.
– Najlepsi sędziowie wywodzą się spośród osób, które zajmowały się praktyką prawną. – Słowa Kimmer zabrzmiały, jakby cytowała oficjalne zasady konkursu.
– Zgadzam się z tobą.
– Miejmy nadzieję, że prezydent się zgadza.
– Racja. – Wyciągam przed siebie zdrętwiałą rękę. Jestem tak obolały, że nie mogę wygodnie usiąść. Po śniadaniu zawiozłem Bentleya do jego przepłacanego przedszkola, a potem spotkałem się z Robem Saltpeterem, kolegą z pracy, z którym od czasu do czasu grywam w koszykówkę. Jak zwykle nie graliśmy na boisku uniwersyteckim, by nie kompromitować się przed studentami, lecz w YMCA, gdzie większość graczy jest w co najmniej średnim wieku, tak jak my.
– Ruthie mówi, że decyzję podejmą w ciągu sześciu do ośmiu tygodni – dodaje moja żona. Te słowa wzmagają moje podejrzenie, że świętuje o wiele za wcześnie. Jednocześnie zdumiewa mnie uczucie, z jakim wymawia imię Ruthie, jeśli zważyć, że zaledwie dwa tygodnie temu mówiła o niej „Ta mała selekcjonerka sędziów”. – Dowiemy się akurat na Boże Narodzenie.
– Naprawdę uważam, że to wspaniałe wieści, kochanie. Może kiedy wrócisz do domu, moglibyśmy…
– Och, Misza, kochanie, muszę lecieć. Jerry mnie woła. Przepraszam, porozmawiamy później.
– Dobrze. Kocham cię – powtarzam. Deklaracja moich uczuć pada jednak w próżnię.
(II)
„Jerry mnie woła”. Na spotkanie? Do telefonu? Z powrotem do łóżka? Torturuję się tymi przypuszczeniami aż do chwili wyjścia na zajęcia, które mam poprowadzić o jedenastej. Jak zapewne już się domyśliliście, jestem profesorem prawa. Mam około czterdziestki i w zamierzchłej przeszłości prowadziłem nawet praktykę prawniczą. Obecnie zarabiam na życie, pisząc uczone artykuły, zbyt zawiłe, aby mogły mieć jakieś znaczenie, oraz kilka razy w tygodniu wtłaczając w głowy studentów prawo deliktowe (w semestrze jesiennym) i prawo administracyjne (w semestrze wiosennym). Nasi studenci są zbyt inteligentni, by zadowolić się oceną dobrą, a zarazem zbyt zaabsorbowani sobą, by trwonić cenną energię na szczegóły niezbędne do uzyskania oceny bardzo dobrej. Większości z nich zależy tylko na zaliczeniach, a nie wiedzy, którą oferujemy. Kolejne pokolenia studentów w coraz większym stopniu traktują nas jak szkołę zawodową, w miarę jak przestają dostrzegać związek pomiędzy zdobyciem upragnionego dyplomu a zrozumieniem prawa. Dla profesora prawa nie są to zbyt krzepiące myśli, ale większość z nas co pewien czas się z nimi boryka, a dziś najwyraźniej nadeszła moja kolej.
Zajęcia z prawa deliktowego przebiegły jak zwykle – cóż nowego można powiedzieć na temat systemu ubezpieczeń gwarantujących odszkodowanie niezależnie od winy? – i udało mi się kilka niezbyt oryginalnych, lecz dowcipnych sformułowań, dzięki czemu moich pięćdziesięcioro troje studentów przez większość czasu się śmiało. O wpół do pierwszej wraz z dwoma kolegami powlokłem się na lunch. Ethan Brinkley jest jeszcze na tyle młody, że podnieca go fakt otrzymania stałego etatu profesorskiego, natomiast Theo Mountain uczył prawa konstytucyjnego mojego ojca i mnie, a dzięki przepisom o zakazie dyskryminacji ze względu na wiek oraz niezmordowanej kondycji fizycznej może uczyć jeszcze moje wnuki. Siedząc z nimi w rozpadającym się boksie w „Poście” (tylko niewtajemniczeni nazywają to miejsce „U Posta”), ponurym barze o dwie przecznice od uczelni, słucham, jak Ethan relacjonuje komiczne wypowiedzi Tisha Kirschbauma z przyjęcia, które odbyło się w ostatni weekend u Petera Van Dyke’a. Po raz kolejny uderza mnie myśl, że w naszej szkole prawniczej istnieje białe kółko towarzyskie, wirujące wokół mnie tak szybko, iż tylko chwilami dostrzegam jego zarys. Dopóki Ethan tego nie zakomunikował, nie wiedziałem, że u Petera Van Dyke’a odbyło się ostatnio przyjęcie i nie miałem okazji nie przyjąć na nie zaproszenia. Peter mieszka dwie przecznice ode mnie, ale znajduje się o niebo wyżej w hierarchii naszej szkoły. Natomiast Ethan teoretycznie stoi o wiele niżej ode mnie, nawet jednak w tak liberalnej instytucji kolor skóry tworzy własną hierarchię.
Ethan nie przestaje mówić. Theo, którego gęsta biała broda jest już pobrudzona musztardą, zaśmiewa się z jego opowieści. Ja natomiast, starając się włączyć do rozmowy, zastanawiam się, czy powiedzieć im o Kimmer, żeby przez jedną wspaniałą chwilę zobaczyć, jak pyszałkowatość ulatnia się z ich białych twarzy. Chcę o tym komuś powiedzieć. Po chwili uświadamiam sobie jednak, że jeśli rozpowszechnię tę wiadomość, a następnie to Marc zdobędzie nominację – a spodziewam się, że zdobędzie, choć niezasłużenie – cała ich buta powróci z jeszcze większym nasileniem.
Poza tym Marc na pewno i tak wie. Ruthie nie podałaby Kimmer nazwiska Marca, ale założę się, że jego powiadomiła o niej. Tak się przynajmniej przekonuję, idąc samotnie Town Street w drodze powrotnej na uczelnię. Lunch dobiegł końca. Theo, który ma już wnuczkę w college’u, podczas gdy dzieci większości z nas chodzą jeszcze do szkoły podstawowej, udał się na spotkanie. Ethan, ekspert od terroryzmu i prawa wojennego, wyruszył do siłowni, gdyż stara się utrzymywać w dobrej formie fizycznej na wypadek, gdyby zaprosiła go telewizja CNN lub MSNBC. Ja nie mam nic specjalnego do roboty, wracam więc na uniwersytet. Mijają mnie studenci o najrozmaitszych kolorach skóry i stylach ubioru, przy czym wszyscy poruszają się w ten sam dziwny zuchwały sposób: głowy spuszczone, ramiona zwieszone, łokcie przy bokach, stopy ledwie unoszą nad ziemię, a mimo wszystko wyczuwa się w nim energię, która w każdej chwili może się wyzwolić. Marc zapewne i tak wie. Nie potrafię się uwolnić od tej myśli. Mijam granitową chwałę Wydziału Nauk Przyrodniczych, pochłaniającą chyba wszystkie wolne środki uniwersytetu. Przechodzę obok grupki ciemnoskórych żebraków, każdemu z nich dając dolara. Kimmer nazywa ten zwyczaj „spłacaniem poczucia winy”. Przez chwilę się zastanawiam, ilu z nich to oszuści, ale to jest „niegodna myśl”, jak mawiał mój ojciec. „Jesteś lepszy niż takie poglądy” – tłumaczył w tych rzadkich momentach, kiedy wpadał w gniew i kazał nam kontrolować swoje myśli.
Marc prawdopodobnie wie, powtarzam sobie, wspinając się po szerokich schodach głównego wejścia do budynku prawa. Mogę się założyć, że Ruthie Silverman wszystko mu powiedziała. Theo też ją uczył, a Kimmer i ja byliśmy z nią w jednej grupie podczas studiów, ale to Marcowi Hadleyowi jest najbardziej oddana, podobnie jak wielu naszych studentów.
– Na tym polega problem ze studentami – mruczę pod nosem. Mówię sam do siebie przez całe życie, choć moja żona uznaje ten nawyk za objaw niepoczytalności. – Oni nigdy nie przestają być wdzięczni.
Niemniej jednak rozwaga zwycięża i postanawiam nikomu nie zdradzać wieści od Kimmer. Prawdę mówiąc, większość spraw zachowuję dla siebie. Moje życie, choć czasami bolesne, jest na ogół spokojne, i takim je lubię. Tego słonecznego jesiennego popołudnia przez myśl by mi nie przeszło, że wkrótce zapanują w nim przemoc i strach.
(III)
Przemierzając wysoko sklepiony hol, wpadam na jedną z moich ulubionych studentek, Crystę Smallwood, która przejawia ogromne zamiłowanie do danych liczbowych. Crysta jest ciemna, przysadzista i obdarzona licznymi zdolnościami intelektualnymi. Przed przyjściem do nas studiowała język francuski w Pomonie i nigdy nie wymagano od niej umiejętności operowania liczbami. Po przybyciu do Elm Harbor niemal oszalała ze szczęścia, gdy odkryła statystykę. Zeszłej jesieni uczęszczała na moje zajęcia z prawa deliktowego i dzieliła większość czasu pomiędzy dwie swoje pasje – naszą poradnię prawną, gdzie pomagała matkom na zasiłku uniknąć eksmisji, oraz zestawienia statystyczne, za pomocą których zamierzała udowodnić, że biała rasa zmierza ku autodestrukcji. Trzeba przyznać, że była to perspektywa, która ją cieszyła.
– Halo, profesorze Garland? – słyszę jej głos z wyraźnym akcentem z Zachodniego Wybrzeża.
– Dzień dobry, panno Smallwood – odpowiadam oficjalnie, gdyż przekonałem się już na własnej skórze, że lepiej zbytnio nie spoufalać się ze studentami. Dalej idę w kierunku schodów.
– Wie pan co? – Odcina mi drogę, nie zważając na to, że mogę gdzieś się spieszyć. Crysta nosi bardzo krótkie afro, jedno z ostatnich w tej szkole. Pamiętam jeszcze czasy, gdy większość czarnych kobiet w jej wieku miała taką fryzurę, lecz nacjonalizm okazał się bardziej modą niż ideologią. Oczy ma nieco zbyt szeroko rozstawione, sprawiające niekiedy wrażenie, jakby zezowała. Porusza się bardzo szybko, jak na kobietę o takiej wadze, i trudno przed nią umknąć. – Ponownie przyjrzałam się tym liczbom. Dotyczącym białych kobiet.
– Rozumiem.
Złapany, wpatruję się w sufit ozdobiony stiukami przedstawiającymi symbole religijne, girlandy gałązek cisu oraz symbole kojarzące się ze sprawiedliwością. Wszystko to przemalowywano już tyle razy, że figury straciły swoje wyraźne krawędzie.
– No, i wie pan co? Ich współczynnik płodności, tych białych kobiet, jest tak niski, że około 2050 roku nie będą już się rodziły białe niemowlęta.
– O… jest pani pewna tych liczb? – pytam, gdyż Crysta, choć tak bystra, jest również szalona. Jako jej nauczyciel, przekonałem się, że entuzjazm czyni ją nieuważną i z wielką pewnością siebie podaje dane, których wcale nie przemyślała.
– Może w 2075 roku? – rzuca przyjaznym tonem, sugerując, że jest skłonna do negocjacji.
– Wydaje się to trochę naciągane, panno Smallwood.
– To z powodu aborcji. – Udało mi się ruszyć z miejsca, ale Crysta bez trudu dotrzymuje mi kroku. – Bo zabijają swoje dzieci. To główny powód.
– Naprawdę uważam, że powinna pani zastanowić się nad innym tematem pracy. – Robię zwód i wymijam ją, starając się dotrzeć do marmurowych schodów wiodących do gabinetów wykładowców.
– To nie tylko aborcja – goni mnie jej głos, a jeden z moich kolegów, drobny i nerwowy Joe Janowski, wychyla się przez poręcz, żeby sprawdzić, kto tak krzyczy – to również mieszane małżeństwa, bo białe kobiety…
Jestem już za podwójnymi drzwiami prowadzącymi do naszego korytarza i dalsze spekulacje Crysty do mnie nie docierają.
Kiedyś byłem taki jak ona, przypominam sobie, wchodząc do gabinetu. Z taką samą pewnością rozprawiałem o tematach, o których nie miałem zielonego pojęcia. Byłem intelektualnie młodszy, a równocześnie intelektualnie śmielszy. To pewnie dzięki temu dostałem pierwszą pracę.
Dzięki temu, a również dzięki tej szczęśliwej okoliczności, że byłem synem swojego ojca, gdyż jego wpływy na uczelni tylko nieznacznie osłabły po szoku, którym było jego przesłuchanie w Senacie. Nawet teraz, choć od upadku Sędziego minęło już ponad dziesięć lat, studenci zatrzymują mnie, aby się upewnić, że mój ojciec to rzeczywiście ten, o którym słyszeli. Koledzy natomiast wypytują mnie, jak to jest dzień po dniu ze stoickim spokojem przysłuchiwać się, jak członkowie komisji metodycznie go niszczą.
– Jakbym oglądał kogoś w zugzwangu1– odpowiadam zawsze, lecz oni nie są prawdziwymi szachistami i nie rozumieją tego. Ponieważ jednak są profesorami, udają, że zrozumieli.
Aby się oderwać od tych niewesołych myśli, zaczynam przeglądać korespondencję. Przypomnienie z rektoratu na temat opłat za parking. Zaproszenie na konferencję dotyczącą reformy prawa deliktowego. Odbędzie się w Kalifornii za trzy miesiące, ale musiałbym sam opłacić podróż. Pocztówka od gościa z Idaho, mojego przeciwnika w korespondencyjnym turnieju szachowym – udało mu się znaleźć pewne posunięcie, a ja liczyłem, że je przegapi. Przypomnienie od Bena Montoi, prodziekana, że dziś wieczorem będzie przemawiał jakiś znany prawnik. Umiarkowanie groźny list z biblioteki uniwersyteckiej, dotyczący książki najwyraźniej przeze mnie zagubionej. Ze środka stosu wyciągam nowy numer „Harvard Law Review” i przeglądam spis treści, po czym szybko odrzucam pismo: zawiera kolejny uczony artykuł wyjaśniający, dlaczego mój niesławny ojciec jest zdrajcą swojej rasy. Do tego właśnie poziomu zeszła ciemniejsza nacja – mimo że nie potrafimy wpłynąć na żadne zdarzenie w białej Ameryce, trwonimy cenny czas i energię intelektualną na obrzucanie się oszczerstwami, tak jakby poprawie kwestii rasowej najlepiej służyło skopanie tyłka innym czarnym.
No dobrze, wykonałem już swoją pracę na dzisiaj.
Nagle dzwoni telefon.
Wpatruję się w niego, nie pierwszy raz rozmyślając, jakie to paskudne, nachalne, niecywilizowane urządzenie – irytuje, przeszkadza, wdziera się do umysłu. Nie wiem, dlaczego Alexander Graham Bell uchodzi za takiego wspaniałego wynalazcę. Jego dzieło zniszczyło wszelką prywatność. Telefon nie ma sumienia – dzwoni, kiedy śpimy, kąpiemy się, modlimy, kłócimy, czytamy i uprawiamy miłość. Również wówczas, gdy rozpaczliwie pragniemy być sami. Postanawiam nie odbierać. Dość już się wycierpiałem, i to nie tylko dlatego, że moja nieprzewidywalna żona tak nagle zakończyła rozmowę. Był to jeden z tych dziwnych czwartków, kiedy telefon nieustannie gniewnie domagał się uwagi. Zadzwoniła zdenerwowana redaktorka czasopisma prawniczego, żądając wstępnej wersji artykułu, z którym się spóźniałem. Potem niezadowolony student chciał się umówić na spotkanie, a American Express próbowało wyjaśnić sprawę płatności za zeszły miesiąc. Dziekan naszej szkoły prawniczej, Lynda Wyatt – która chce, by wykładowcy, studenci i absolwenci zwracali się do niej „dziekanie Lyndo” – zadzwoniła tuż przed lunchem, informując mnie, że znalazłem się w kolejnym z tworzonych przez nią ad hoc komitetów. „Proszę cię o to, bo cię uwielbiam” – nalegała matczynym głosem, ale wiem doskonale, że mówi tak do wszystkich, których nie lubi.
Telefon nie przestaje dzwonić. Czekam, aż się włączy automatyczna sekretarka, ale ta, jak większość niskobudżetowego uniwersyteckiego sprzętu, działa najlepiej wówczas, gdy jest niepotrzebna. Mam zamiar go zignorować, lecz przychodzi mi na myśl, że może to Kimmer chce naprawić niemiłe wrażenie po naszej rozmowie. Albo dalej się kłócić. Podnoszę słuchawkę, przygotowany na obie możliwości, tymczasem zamiast głosu żony słyszę Mallory’ego Corcorana, partnera i ostatniego przyjaciela ojca, znanego z umiejętności załatwiania w Waszyngtonie różnych spraw. Dzwoni, by powiedzieć, że Sędzia nie żyje.
Rozdział 2
Wizyta na wybrzeżu
(I)
Przyjeżdżam do Waszyngtonu w piątek po południu, nazajutrz po śmierci ojca. Zostawiam bagaże w domu Milesa i Very Madisonów, moich nieśmiałych i przyzwoitych teściów, a następnie udaję się na Shepard Street i tu stwierdzam, że Mariah, jak to ona, załatwiła już większość tego, co było do zrobienia. Bez porozumiewania się wiedzieliśmy, że rodzina nie może liczyć na nieodpowiedzialnego Addisona, który musiał jeszcze pozmieniać swoje plany podróży.
Dawno temu Mariah była pulchnym, nieporządnym dzieckiem cierpiącym na ogromny kompleks niższości z powodu młodszej siostry o jaśniejszym odcieniu skóry. Obsesyjne przejmowanie się pigmentacją jest nadal przekleństwem naszej rasy, szczególnie w rodzinach takich jak moja. Z wiekiem Mariah stała się majestatyczną, niemal królewską pięknością, nie cieszyła się jednak specjalnym zainteresowaniem mężczyzn ze Złotego Wybrzeża (jak nazywamy wąski pas zamieszkiwany przez wyższą warstwę klasy średniej ciemniejszej nacji). Teraz może przybiera trochę na ciele, ale tego można się było spodziewać po urodzeniu pięciorga dzieci, twierdzi moja żona, z zawodu prawnik, z zamiłowania guru sprawności fizycznej. Sama Kimmer urodziła tylko jedno dziecko, na poły planowane. Daliśmy mu na imię Bentley – to panieńskie nazwisko jego babki ze strony matki.
Dorosła Mariah jest fantastycznie zorganizowana – jako jedyna odziedziczyła po ojcu tę cechę – i niezmordowana. Kiedy jednak tylko przekraczam próg brzydkiego, chaotycznie zbudowanego domu przy Shepard Street, w którym oboje mieszkaliśmy jako nastolatki, natychmiast zrzuca na mnie resztę pracy. Nie robi tego bynajmniej ze smutku, złośliwości czy wyczerpania. Kieruje nią to samo przekonanie, które kazało jej rzucić pracę dziennikarki, a robić karierę w wychowywaniu dzieci. Mariah przejawia szczególne, dobrowolne podporządkowanie wobec mężczyzn, odziedziczone po naszej matce, która wymagała od swoich dwóch córek nie tyle odgrywania określonej roli, co prezentowania pewnej postawy – że są zadania nieodpowiednie dla ich płci. Kimmer nie znosi u mojej siostry tej cechy i nie może jej wybaczyć, że marnuje umysł, który zapewnił jej członkostwo w Phi Beta Kappa na Uniwersytecie Stanforda. Powiedziała jej to nawet w oczy podczas przyjęcia bożonarodzeniowego odbywającego się dwa lata temu w tym właśnie domu. Mariah odparła spokojnie i z uśmiechem, że dzieci zasługują na najlepsze lata jej życia. Kimmer, która po urodzeniu Bentleya właściwie nie przerwała kariery zawodowej, uznała te słowa za osobisty atak i tym zdaniem podzieliła się głośno. W ten sposób zdobyliśmy z siostrą jeszcze jeden powód, żeby się do siebie nie odzywać.
Wszystkie te nieporozumienia nie zmieniają jednak faktu, że kocham i szanuję swoją siostrę. Kiedy byliśmy młodsi, wszyscy uznawali Mariah za najzdolniejsze z czwórki dzieci moich rodziców, i to ona najusilniej i z największym zapałem starała się zrobić rzecz niewykonalną – zyskać ich aprobatę. Ojca cieszyły jej sukcesy w liceum i na studiach. Mamie sprawiła radość, zawierając tylko jedno, i to szczęśliwe, małżeństwo. Na szczęście poprzedni nieodpowiedni narzeczony uciekł z jej najlepszą przyjaciółką. Po wyjściu za mąż rodziła wnuki z regularnością, która cieszyła oboje rodziców. Jej mężem jest biały i nudny bankier inwestycyjny, dziesięć lat od niej starszy. Mariah powiedziała rodzinie, że poznała go na randce w ciemno, ale Kimmer złośliwie utrzymuje, że to musiały być ogłoszenia matrymonialne. Prawdę mówiąc, Mariah zawsze miała pociąg do białych mężczyzn, już od czasów liceum w Sidwell Friends, gdy pod czujnym okiem naszego groźnego ojca zaczęła się umawiać na randki.
Teraz w domu przy Shepard Street Mariah wita gości w holu, poważna i oficjalna w granatowej sukni z pojedynczym sznurem pereł – prawdziwa szykowna pani domu, jak powiedziałaby moja matka. Gdzieś w tle sączą się dźwięki świadczące o okropnym guście muzycznym ojca: Puccini z librettem w języku angielskim. Hol jest mały i ciemny, a na dodatek zastawiony przypadkowo dobranymi meblami z ciężkiego drewna. Po lewej stronie znajduje się wejście do salonu, po prawej do jadalni, a w głębi korytarz prowadzący do pokoju rodzinnego i kuchni. Przy drzwiach do jadalni zaczynają się szerokie, proste schody wiodące na piętro, a wzdłuż korytarza na górze ciągnie się galeryjka, gdzie nieraz kucałem, żeby obserwować przyjęcia i partyjki pokera moich rodziców. Tam również kazał mi się ukryć Addison, kiedy chciał mi udowodnić, że Święty Mikołaj nie istnieje. Za galeryjką znajduje się ogromny gabinet, w którym umarł mój ojciec. Ku swemu zdumieniu dostrzegam tam kilka osób opierających się o poręcz, zupełnie jakby do nich należała. W ogóle w domu jest znacznie więcej ludzi, niż się spodziewałem. Cały parter wypełniają ciemne garnitury. Większość białych Amerykanów zapewne nawet nie przypuszcza, że jest aż tylu dobrze sytuowanych Afroamerykanów niezajmujących się sportem lub rozrywką. Zastanawiam się przez chwilę, ilu gości cieszy się ze śmierci naszego ojca znacznie bardziej, niż wskazuje na to wyraz ich twarzy.
Podchodzę do Mariah, lecz ona, zamiast mnie uścisnąć, cmoka powietrze koło moich policzków i mruczy: „Tak się cieszę, że tu jesteś”, zupełnie jakbym był jednym z ojcowskich partnerów z firmy lub znajomych, z którymi grał w pokera. Potem kładzie mi ręce na ramionach i spogląda w przestrzeń za moimi plecami. Choć w jej oczach widać zmęczenie, spojrzenie ma jasne i nieco złośliwe:
– A gdzie Kimberly? (Mariah nie zgadza się mówić „Kimmer”, gdyż trąci jej to manierą godną uczennicy prywatnego liceum; przecież moja żona skończyła Szkołę Panny Porter i taka maniera jak najbardziej jej przysługuje).
– W drodze z San Francisco – wyjaśniam. – Wyjechała na kilka dni w sprawach służbowych. – Potem zbyt szybko dodaję, że Bentley został u sąsiadów. Wczoraj odebrałem go wcześniej z przedszkola, ale potem doszedłem do wniosku, że będę miał do załatwienia zbyt wiele spraw, żeby się nim zajmować. Kimmer odbierze go wieczorem i jutro przyjadą pociągiem. Kiedy przedstawiam te wszystkie szczegóły ze świadomością, że zbyt wiele mówię, czuję w sobie ogromną pustkę, której – mam nadzieję – nie widać na mojej twarzy, ponieważ brakuje mi żony pod wieloma względami, których nie jestem jeszcze gotów omawiać z rodziną.
Nie muszę jednak się troszczyć o skrywanie emocji, ponieważ Mariah musi się uporać z mnóstwem własnych i bynajmniej nie kryje bólu ani zagubienia. Zapomniała już, że pytała o moją żonę.
– Nie rozumiem tego – mówi cicho, potrząsając głową i wbijając mi palce w ramię. Tymczasem jestem przekonany, że rozumie doskonale. Przecież nie dalej jak w zeszłym roku Sędzia znalazł się w szpitalu, gdyż okazało się, że przeprowadzona dwa lata temu operacja założenia bajpasów nie dała oczekiwanych rezultatów. Śmierć ojca nie była więc całkowitym zaskoczeniem.
– To mogło nastąpić w każdej chwili – mruczę.
– Ale dlaczego akurat teraz?
Trudno cokolwiek na to odpowiedzieć. Co najwyżej można wspomnieć, że taka była wola Boża, ale tego w naszej rodzinie nikt nie robi. Kiwam głową i poklepuję ją po ręce, ale że czuje się tym urażona, przestaję. Mariah przymyka oczy, starając się zebrać siły, po czym otwiera je i znów jest Garlandówną. Wzdycha, odrzuca do tyłu głowę, jakby nadal miała długie włosy, które nosiła jako nastolatka, po czym mówi tonem zupełnie nieprzepraszającym:
– Przepraszam, że nie ma dla was miejsca w domu, ale na dole śpią dzieciaki, a na poddaszu połowa kuzynów. – Wzrusza ramionami, jakby chciała dać do zrozumienia, że nie miała wyboru, ale wyczuwam jej prawdziwe intencje. Po prostu spokojnie znaczy swoje terytorium i rzuca mi wyzwanie, żebym to zakwestionował.
Nie mam zamiaru.
– W porządku – mówię z uśmiechem, który zawsze wytrącał ją z równowagi.
Ku mojemu zaskoczeniu na twarzy siostry nie widać jednak triumfu. Po tym zwycięstwie wydaje się jeszcze bardziej nieszczęśliwa i po raz pierwszy nie wie, co powiedzieć. Nie pamiętam, żebym kiedyś widział Mariah mniej pewną siebie. No, ale w końcu ona najbardziej kochała Sędziego, choć czasami też nie mogła go znieść.
– Hej, mała – mówię miękkim głosem. Zwracaliśmy się tak do siebie, kiedy mieliśmy naście lat i próbowaliśmy się polubić. – Hej, daj spokój, wszystko będzie dobrze.
Mariah niezdecydowanie przytakuje ruchem głowy, ale moje słowa nie uspokajają jej. Zresztą nic w tym dziwnego, skoro mi nie ufa. Ssie dolną wargę, na co nigdy by sobie nie pozwoliła w obecności swoich dzieci. W końcu wspina się na palce i szepce piskliwym głosem, łaskocząc mi oddechem ucho:
– Muszę z tobą o czymś porozmawiać, Tal. To ważne. Coś… coś jest nie w porządku.
Pochylam się ku niej zdumiony, a ona rozgląda się po całym holu, jakby obawiała się, że ktoś nas podsłucha. Podążając za jej spojrzeniem, wodzę wzrokiem po mało znanych dalekich krewnych oraz tak zwanych przyjaciołach, których nie widzieliśmy od czasu żenującej walki o zatwierdzenie nominacji ojca. W końcu zatrzymuję wzrok na jej mężu, Howardzie Dentonie. Wygląda na człowieka, któremu dobrze się powodzi, i doskonale pasuje do tego miejsca, mimo że jest biały. Howard jest zapalonym kulturystą i choć przekroczył pięćdziesiątkę, chlubi się szerokimi ramionami i wąskimi biodrami. Mój szwagier uwielbia Mariah, ale kocha też pieniądze. Teraz, choć od czasu do czasu rzuca pełne czci spojrzenie na moją siostrę, pochłonięty jest ożywioną rozmową z gromadką młodych kobiet i mężczyzn, których nie rozpoznaję. Z ich tłumionej energii, ubiorów firmy Brooks Brothers oraz z tego, że jeden z nich wciska Howardowi wizytówkę, mogę się jednak domyślać, że nawet tu i teraz załatwiane są interesy.
To samo przytrafiało się mojemu ojcu, nawet po jego upadku. Wchodził do pokoju i nagle każdy czegoś od niego chciał. Otaczała go ta szczególna aura, zawierająca subtelne przesłanie, że jest on osobą, wokół której i poprzez którą załatwiane są różne sprawy – osobą, którą warto znać. I oto akurat Howard, z rzednącymi brązowymi włosami, w szytym na miarę garniturze i z siedmio-, a może już ośmiocyfrowym dochodem, miałby posiadać tę samą moc. Teraz zatem moja kolej, by poczuć się urażonym, i to nie w imieniu rodziny, lecz raczej własnej rasy. Przed oczyma widzę nagle jasnoczerwone plamy. Zdarza mi się to od czasu do czasu, gdy szczególnie odczuwam łączność z ciemniejszą nacją i jej uciskiem. Pokój wokół mnie znika. Poprzez czerwoną zasłonę dostrzegam niewyraźnie te ambitne czarne dzieciaki w ambitnych garniturach, młodych ludzi niewiele starszych od moich studentów, jak zabiegają o łaski mojego szwagra, gdyż jest on dyrektorem zarządzającym u Goldmana Sachsa. W tym momencie doskonale rozumiem pasję, z którą w latach sześćdziesiątych wielu czarnych nacjonalistów przeciwstawiało się polityce dyskryminacji pozytywnej. Przestrzegali, że w ten sposób nasza społeczność straci najlepszych potencjalnych liderów, którzy wysłani na dobre uczelnie zmienią się w… no cóż, lojalnych pracowników wielkich firm i w garniturach Brooks Brothers będą walczyć o łaski białych kapitalistów. Ówcześni bojownicy przewidywali, że nasi przywódcy zostaną podstępnie nakłonieni do zdobywania nowych celów. Wspaniałe tytuły naukowe i jeszcze wspanialsze pieniądze dla nielicznych zamiast sprawiedliwości dla wielu. Nacjonaliści mieli rację. Ja należę do tych nielicznych. Moja żona też do nich należy. Moja siostra. Moi studenci. Te dzieciaki wciskające swoje wizytówki mojemu szwagrowi. A świat jest w kolorze takiej jasnej, wściekłej czerwieni. Mam nogi jak z kamienia i kamienną twarz. Stoję całkiem nieruchomo, pozwalając czerwieni spływać po mnie. Pławię się w niej, jak człowiek, który niemal umarł z pragnienia, mógłby się pławić w potokach wody. Absorbuję ją wszystkimi porami i czuję, jak nabrzmiewają nią wszystkie komórki mego ciała. Wyczuwam w powietrzu niemal elektryczne napięcie, zwiastun nadchodzącej burzy, i wspominam, przeklinając w tej naładowanej wściekłością chwili, każde jabłko, które kiedykolwiek wypolerowałem dla kogoś białego, kto mógł mnie wesprzeć w marszu do przodu…
„Nie myśl o tym, mały”, szepce moje sumienie. Tylko że to nie sumienie, ale Mariah, która dotyka mojego ramienia i mówi zaskakująco cierpliwym tonem:
– On już taki jest. – Spoglądam w dół i widzę, że moje dłonie zacisnęły się w pięści. Wiem, że to nie trwało długo, może sekundę lub dwie. Te chwile, gdy czerwień przesłania mi widok, zawsze trwają krótko i często mam wrażenie, że mógłbym je przemienić w wieczność – pozostać zamknięty pomiędzy tą sekundą a następną i żyć w świecie wspaniałej czerwonej furii. Teraz też mam takie poczucie. Potem spoglądam w górę i widzę ból – nie, niedostatek – w brązowych oczach swojej siostry. Czego Howard jej nie zapewnia? Nie po raz pierwszy się zastanawiam, co ona w nim widzi (prócz pieniędzy)? Moja żona twierdzi, że wybierając partnera, Mariah przed czymś uciekała, ale przecież wszystkie dzieci naszych rodziców uciekały jak najdalej i najszybciej przed tym samym czymś, lub raczej kimś, a ani Addison, ani ja nie poślubiliśmy osoby tak bezbarwnej jak Howard.
A jednak małżeństwo mojej siostry jest szczęśliwe.
Mariah wymawia cicho moje imię, dotyka mej twarzy i choć przez chwilę nie jest moim przeciwnikiem. Czerwień znika i znów widzę pokój. Mam ochotę ją uścisnąć, czego nie robiłem od dziesięciu lat, i nawet wierzę, że mi na to pozwoli. Ale odpowiedni moment mija.
– Porozmawiamy później – mówi, odpychając mnie delikatnie, lecz stanowczo. – Idź się przywitać z Sally – dodaje i odwraca się do kolejnego gościa. – Płacze w kuchni.
Głupio kiwam głową. Nadal nie wiem, skąd się u mnie biorą takie nastroje. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy miałem poprzedni atak. Ruszam w kierunku ponurego korytarza, a Mariah już dziękuje za przybycie następnemu gościowi, którego cmoka w oba policzki. Po drodze witam się z Howardem, lecz jest tak zajęty zbieraniem wizytówek, że tylko uśmiecha się i kiwa mi ręką. Przez chwilę widzę wokół jego głowy błysk czerwieni, która zaraz znika. Mam wrażenie, że każdy skrawek podłogi wypełniony jest niezliczonymi kuzynami, jak ich nazywał ojciec. Prawdę mówiąc, zyskali sobie to miano tylko dlatego, że Sędzia nie zadał sobie trudu, żeby ich naprawdę poznać. Wśród kuzynów prym wiedzie wiecznie młoda Alma. Rodzice chcieli, żebyśmy ją nazywali ciotką Almą, chociaż sama zainteresowana kazała nam w sekrecie mówić do siebie „po prostu Alma”. Nieraz pod jej nieobecność traktowaliśmy to polecenie dosłownie, wołając na przykład: „Mariah, czy jest już Po Prostu Alma?”, a nawet „Mamo, tato, dzwoni Po Prostu Alma!”. Alma, kuzynka w drugiej linii albo cioteczna babka mojego ojca, przyznaje się do osiemdziesięciu jeden lat, choć prawdopodobnie żyje znacznie dłużej. Chuda jak patyk, hałaśliwa, wesoła i rubaszna, nigdy nie siedzi spokojnie, poruszając się z wdziękiem, jakby w głowie rozbrzmiewały jej jazzowe rytmy, które podtrzymywały na duchu ciemniejszą nację od czasów jej niewolniczych początków. Jako dziecko zawsze starałem się ją odszukać podczas rodzinnych spotkań, gdyż miała zwyczaj wyciągać z kieszeni jakieś drobne i wciskać je nam. Teraz również jej szukam, bo po śmierci mamy odgrywa w naszej rodzinie rolę siły grawitacji przyciągającej nas do siebie, jakby potrafiła zakrzywić przestrzeń.
– Talcott! – woła na mój widok Alma, opierając się na kunsztownie rzeźbionej lasce i posyłając mi zalotny uśmiech. – Chodźże no tu!
Całuję ją delikatnie, a ona obdarza mnie szybkim uściskiem. Wyraźnie wyczuwam jej kruche kości i nie mogę się nadziwić, że wichry dziejów nie zdołały jej zdmuchnąć. Jej oddech przepojony jest zapachem papierosów. Wiem, że to Koole, które pali od dnia legendarnego protestu, w którym brała udział jako uczennica szkoły średniej w Filadelfii jakieś siedemdziesiąt lat temu. Alma przez ponad pół wieku była żoną kaznodziei, odgrywającego poważną rolę w życiu politycznym Pensylwanii i wychwalanego przez samego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych.
– Miło cię widzieć, Almo.
– I w tym właśnie problem! Jedyne, co przystojni faceci chcą ze mną robić, to mnie widzieć! – Chichocze i całkiem mocno klepie mnie po ramieniu. Mimo wątłej postury urodziła sześcioro dzieci, które nadal żyją. Pięcioro z nich skończyło studia, z czego czworo trwa nadal w swych pierwszych związkach małżeńskich, z czego troje jest zatrudnionych przez miasto Filadelfia, z czego dwoje jest lekarzami, z czego jedno homoseksualistą – najwyraźniej mamy tu do czynienia z jakąś prawidłowością liczbową. W każdym razie dzieci Almy wraz z jej wnukami i prawnukami stanowią największy podzbiór niezliczonych kuzynów. Alma mieszka w ciasnym mieszkaniu w jednej z najgorszych dzielnic Filadelfii, rzadko jednak tam przebywa, gdyż przez większość czasu odwiedza swoich potomków.
– Almo, chyba nie dałbym ci rady.
Jeszcze raz ją ściskam i chcę odejść, ale wówczas Alma łapie mnie za rękę. Jej oczy częściowo przesłania zaćma, ale spojrzenie ma nadal ostre i żywe.
– Wiesz, że twój ojciec bardzo cię kochał, prawda?
– Tak – odpowiadam, choć w wypadku Sędziego miłość nie była kwestią wiedzy, tylko domysłów.
– Talcotcie, on miał względem ciebie plany.
– Plany?
– Związane z rodziną. Jesteś teraz głową rodziny.
– Sądziłbym, że będzie nią Addison – mówię sztywno. Czuję się urażony, a nie jestem pewien dlaczego.
Alma potrząsa małą głową.
– Nie, nie. Nie Addison. Ty. Twój tata chciał, żeby tak było.
Zaciskam usta, zastanawiając się, czy ona mówi poważnie. Z jednej strony mi to pochlebia, z drugiej denerwuje. Pomysł, że miałbym zostać głową rodziny Garlandów, cokolwiek to znaczy, jest dziwnie pociągający. Zapewne przejawia się w ten sposób atawistyczna męska chęć dominacji.
– W porządku, Almo.
Alma mocniej ściska moje ramię na znak, że nie ma zamiaru umilknąć.
– On miał w stosunku do ciebie plany. Chciał, żebyś to ty… – Mruga i odchyla się ode mnie. – No, mniejsza o to. Sam cię powiadomi.
– Kto mnie powiadomi?
Alma decyduje się jednak odpowiedzieć na inne pytanie.
– Masz szansę doprowadzić wszystko do porządku, Talcotcie. Potrafisz to naprawić.
– Co naprawić?
– Rodzinę.
Kręcę głową.
– Almo, nie mam pojęcia, o czym mówisz.
– Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Pamiętasz te dobre czasy w Oak Bluffs? Wy jako dzieciaki, wasz tata, mama, ja, wujek Derek. Wtedy, kiedy Abigail była jeszcze z nami. – Alma kończy zdanie nagłym łkaniem.
Biorę ją za rękę.
– Żaden człowiek nie potrafi tego naprawić.
– Słusznie. Ale twój tatuś powie ci, co masz robić, kiedy nadejdzie pora.
– Mój tata? Masz na myśli Sędziego?
– A masz innego tatę? – To jednak prawda, co mówią o Almie: że z wiekiem trochę pomieszało jej się w głowie.
W końcu udaje mi się od niej uwolnić i przypominam sobie, że miałem poszukać Sally. Kolejna niezrównoważona niewiasta w rodzinie Garlandów. Zastanawiam się, czy to mężczyźni Garlandów stanowią przyczynę neurotycznych zachowań kobiet, czy to po prostu zbieg okoliczności. Przepycham się przez tłum. Dlaczego oni wszyscy znaleźli się tutaj teraz, czyżby czekali na stypę? A może Mariah jej nie planuje? Para nieznajomych wyciąga do mnie ręce. Ktoś inny szepce, że musimy dziękować Bogu za to, co mamy, i że Sędzia nie cierpiał. Mam ochotę odwrócić się i spytać: „Byłeś tam?”, ale zamiast tego przytakuję ruchem głowy i idę dalej, tak jak zrobiłby ojciec. Widzę kolejną białą twarz i słyszę, że pochodnia została przekazana i teraz wszystko zależy od dzieci, ale mówiący nie określa, co rozumie przez „wszystko”. Już pod samymi drzwiami do kuchni serdecznym uściskiem dłoni obdarza mnie starszy pastor baptystów, zajmujący wysokie stanowisko w radzie jednej z organizacji praw człowieka. Jestem przekonany, że zeznawał przeciw zatwierdzeniu nominacji mego ojca do Sądu Najwyższego, a teraz ma czelność udawać, że wraz z nami go opłakuje. Pastor nie ma zamiaru puścić mojej dłoni. Czuję, jak jego starcze palce przesuwają się po mojej skórze, i w końcu uświadamiam sobie, że usiłuje przekazać mi tajne powitanie jakiegoś bractwa. Zapewne nie ma pojęcia, że jednym z niewielu aktów buntu przeciw sposobowi życia moich rodziców – od którego wybawiła mnie Kimmer, również buntowniczka – było odrzucanie wszelkich sygnałów ze strony takich grup. Nie mam najmniejszej ochoty go o tym informować. Pragnę tylko uwolnić się wreszcie od jego obłudnej obecności i czuję, że za chwilę znów otoczy mnie zasłona czerwieni. On jednak nie pozwala mi odejść. Opowiada, jak był dawniej zżyty z ojcem, jak mu przykro, że tak się to wszystko ułożyło. Już mam mu odpowiedzieć w sposób niegodny chrześcijanina, kiedy nagle przetacza się obok nas huragan małych ciał, niemal powalając nas na podłogę. To piątka dzieci Dentonów, w wieku od czterech do dwunastu lat, pędzi na oślep, by rujnować inną część domu. Noszą imiona Malcolm, Marshall, Martin i Martina (bliźniaki) oraz Marcus, a Mariah usilnie się stara znaleźć imię dla szóstego, które ma się pojawić pod koniec lutego lub na początku marca. Nie jest to łatwe, skoro pragnie zarówno uczcić naszą historię, jak i zachować dotychczasową zasadę, by zaczynało się na „M”. Ta ostatnia ciąża i tak jest skandalem, przynajmniej w czterech ścianach mojego domu. W ubiegłym roku czterdziestodwuletnia Mariah zwierzyła się mojej zdumionej żonie, że pragnie urodzić jeszcze jedno dziecko. W rozmowie ze mną Kimmer zdecydowanie potępiła ten pomysł jako nieodpowiedzialne marnotrawstwo i folgowanie własnym zachciankom. Kimmer, podobnie jak mój ojciec, najbardziej ceni tych, którzy najmniej się od niej różnią.
(II)
Pochodzę ze starej rodziny, co w wypadku naszej rasy związane jest nie tyle ze statusem społecznym, co prawnym. Nasi przodkowie cieszyli się wolnością i zarabiali na życie, kiedy większość przedstawicieli ciemniejszej nacji była jeszcze w kajdanach. Oczywiście nie wszyscy nasi przodkowie byli wolni, ale o tamtych się nie mówi. Udało nam się zatrzeć ten fragment historycznej pamięci równie skutecznie, jak reszta Ameryki zatarła znacznie poważniejszą zbrodnię. Ponadto, jako dobrzy Amerykanie, nie tylko wybaczamy zbrodnię niewolnictwa, ale nawet upamiętniamy zbrodniarzy. Mój starszy brat otrzymał imię po Waldzie Addisonie, uznawanym często za naszego patriarchę, który po otrzymaniu wolności sam posiadał niewolników aż do czasu, gdy w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku musiał uciekać na Północ. Do ucieczki skłoniła go zmiana polityki stanu Wirginia wobec wolnych czarnuchów, jak ich wówczas określano, po buncie Neda Turnera. Zatrzymał się na krótko w Waszyngtonie, gdzie mieszkał w rojących się od komarów slumsach zwanych wówczas George Town. Jeszcze krócej przebywał w Pensylwanii, aż w końcu osiedlił się w Buffalo, gdzie zrezygnował z zajęcia farmera i zaczął pracować na barkach. Historia rodzinna milczy o tym, co się stało z sześcioma niewolnikami Walda. Natomiast sam dziadek Waldo, jak lubił go nazywać mój ojciec, włączył się do ruchu abolicjonistycznego. Znał podobno Fredericka Douglassa, chociaż trudno sądzić, żeby się przyjaźnili lub mieli ze sobą wiele wspólnego poza faktem, że obaj byli wcześniej niewolnikami. Ojciec z upodobaniem snuł przypuszczenia, że dziadek Waldo mógł być członkiem Underground Railroad – podziemnej siatki pomagającej zbiegłym niewolnikom w dotarciu do wolnych stanów lub Kanady. „Przecież to logiczne, skoro pracował na jeziorach i kanałach” – powtarzał z oczyma rozpalonymi nadzieją. W miarę jak ojcu przybywało lat, te przypuszczenia stały się dla niego faktem. W letnie wieczory siadywaliśmy zatem na werandzie domu na Vineyard, popijając różową lemoniadę i oganiając się od komarów, a ojciec snuł opowieści o niewiarygodnych czynach Walda, tak jakby był ich świadkiem. Słuchaliśmy o ryzykownych przedsięwzięciach, spiskach i zasługach. Tyle że nie było na to żadnych dowodów. Nieliczne fakty, które udało się ustalić, wskazywały na to, że dziadek Waldo był zapitym, niestroniącym od kradzieży, samolubnym łajdakiem. Jego czterej synowie byli takimi samymi łajdakami, a ukochana córka Abigail poślubiła kolejnego. To właśnie jej mężowi, włókniarzowi z Connecticut, zawdzięczamy rodowe nazwisko. Jedyny syn Abigail był kaznodzieją, a jego starszy syn – profesorem uniwersytetu. Z kolei drugi syn tego ostatniego to już mój ociec, który w swoim szczytowym okresie był sędzią federalnym, bliskim powiernikiem dwóch prezydentów i kandydatem na sędziego Sądu Najwyższego. W najgorszym okresie natomiast, choć o nic formalnie nieoskarżony, stał się publicznie poniżanym celem (skłonna do melodramatów Mariah uważa, że ofiarą) śledztw prowadzonych przez każdą gazetę i sieć telewizyjną w kraju, nie mówiąc już o przesłuchaniach przed trzema komisjami Kongresu i dwiema wielkimi ławami przysięgłych.
A teraz ojciec nie żyje. Śmierć to ważny sprawdzian dla rodzin tak starych i dumnych jak nasza. Ukrywanie cierpienia jest równie naturalne, jak jeżdżenie niemieckimi samochodami, gra w boule i spędzanie wakacji w Oak Bluff czy zarabianie pieniędzy. Mój ojciec nie życzyłby sobie łez. Zawsze nauczał, by zostawić przeszłość przeszłości – nazywał to „kreśleniem linii”. „Kreślisz linię i stajesz po jednej stronie, a przeszłość zostawiasz po drugiej”. Zawsze miał na podorędziu mnóstwo takich sentencji. Kiedy był w odpowiednim nastroju, recytował je w napuszony sposób, jakby oczekiwał, że zanotujemy je dla potomności. Szybko nauczyliśmy się nie przychodzić do niego ze swoimi problemami, gdyż jego jedyną odpowiedzią było przybranie surowego wyrazu twarzy i pouczanie nas na temat życia, prawa lub miłości… szczególnie miłości, gdyż jego małżeństwo z naszą matką było bardzo udane i w związku z tym uważał się za eksperta w tych sprawach. „Nikt nie potrafi przez cały czas opierać się pokusie”, przestrzegł mnie pewnego razu, gdy niesłusznie sądził, że kusi mnie romans z siostrą mojej przyszłej żony. „Sztuka polega na tym, żeby jej unikać, Talcotcie”. Trudno to uznać za szczególnie głębokie lub oryginalne przemyślenie, ale ojciec, przybierając dostojną sędziowską minę, potrafił sprawić, że najbardziej przyziemne i oczywiste spostrzeżenia brzmiały w jego ustach jak odwieczna mądrość.
Powinienem chyba w tym momencie wyjaśnić, że moim prawdziwym imieniem nie jest Misza, lecz Talcott. Rodzice wybrali mi takie imię na cześć ojca mojej matki, oczekując od niego w zamian spadku. Rzeczywiście posłusznie zostawił im pieniądze. Ja nienawidzę jednak tego imienia od chwili, gdy z jego powodu zacząłem być wyśmiewany w szkole. Chociaż rodzice zabraniali nam używania zdrobnień, rodzeństwo i przyjaciele litościwie skrócili je do Tal. Osoby mi najbliższe nazywają mnie jednak Misza, co jest angielską wersją rosyjskiego imienia Michaił, które też bywało moim przydomkiem. Nie jestem Rosjaninem ani nie mówię po rosyjsku. Rodzice też nie nadali mi takiego imienia, bo którzy czarni rodzice, poza najbardziej zagorzałymi komunistami w latach trzydziestych i czterdziestych, mogliby to zrobić? Ale mam swoje powody, dla których wolę imię Misza, mimo że ojciec go nie znosił.
A może właśnie dlatego.
Nie ulega bowiem wątpliwości, że ojciec, jak większość ojców, wywarł na nas wpływ. Tożsamość mojego rodzeństwa i moją częściowo określił bunt przeciw jego autokratycznym rządom. Podobnie jak większość buntowników często jednak nie dostrzegamy, jak wiele rzeczy łączy nas z tym, czym niby gardzimy.
(III)
MUSZĘ MIEĆ CHWILĘ WYTCHNIENIA.
Zgodnie z prośbą Mariah spędzam nieco czasu w kuchni z zapłakaną Sally. Wychowywał ją jedyny brat ojca, zmarły już wujek Derek, którym ojciec gardził ze względu na uprawianą przez niego politykę. Sally jest naszą przyszywaną kuzynką, gdyż jest córką drugiej żony wujka, Thery, i jej pierwszego męża, ale to Dereka uważa za ojca. W tęgiej, samotnej kobiecie z nieszczęśliwymi oczyma łani i dziwną fryzurą trudno mi dziś rozpoznać tamtą śmiałą i wojowniczą nastolatkę, która dawno temu była potajemną kochanką Addisona. Obecnie Sally pracuje na Kapitolu w jakiejś mało znanej podkomisji. Pracę tę dostała tylko dzięki malejącym już wówczas wpływom mojego ojca. Żadnej innej nie zdołała utrzymać. Borykała się w życiu z niejednym problemem i nabrała zwyczaju sprowadzania każdej rozmowy do narzekań na temat tego, jak okropnie traktowały ją wszystkie osoby, z którymi kiedykolwiek miała do czynienia. Sally nosi zbyt ciasne sukienki w okropne kwieciste wzory i choć nie pije już tak dużo jak kiedyś, Kimmer widziała, że łyka garściami tabletki wyciągane z wielkiej płóciennej torby, z którą się nie rozstaje. Teraz również ma ją przy sobie.
Poklepuję kuzynkę po szerokich plecach i po bełkotliwości głosu usiłuję ocenić, ile mogła wziąć tego czegoś, co akurat łyka. Przypominam sobie, jaka kiedyś była ożywiona, serdeczna i zabawna. Pozwalam na hałaśliwy pocałunek, który ląduje zbyt blisko moich ust, i w końcu mogę się wycofać z powrotem do holu. Słyszę astmatyczny śmiech Almy, ale się nie odwracam. Spoglądam na Howarda, który nadal załatwia interesy, i widzę czerwoną chmurę wokół jego szyi. Muszę stąd uciekać, ale Mariah się wścieknie, jeśli opuszczę dom, a ja nigdy nie potrafiłem sobie radzić z furią kobiet. Tęsknię za ożywczą przyjemnością, którą niesie rozegranie partii szachów. Mógłbym zagrać on-line, ale zostawiłem laptop u Madisonów.
Teraz wystarczy mi jednak po prostu odrobina samotności.
Wślizguję się do małego pokoju, który kiedyś był gabinetem ojca, a potem został przerobiony na bibliotekę z niskimi czereśniowymi regałami na dwóch ścianach i małym zabytkowym biurkiem z telefonem pod oknem. Boazerię również wykonano z drzewa czereśniowego i ozdobiono nie fotografiami świadczącymi o pozycji gospodarza (te wiszą na górze), lecz niewielkimi gustownymi rysunkami nieznanych artystów, oryginalną akwarelą Larry’ego Johnsona i małym, bardzo ładnym szkicem Miró, podarowanym niedawno Sędziemu przez pewnego konserwatywnego milionera. Przez chwilę w przypływie chciwości zastanawiam się, któremu z dzieci przypadnie Miró, ale domyślam się, że zostanie w tym domu.
– Pieniądz ciągnie do pieniądza – mruczę nieżyczliwie.
Zamykam drzwi i siadam przy biurku. Na regałach za obrotowym fotelem z czerwonej skóry stoją dziesiątki albumów, eleganckich i zupełnie zwyczajnych, wypchanych fotografiami, gdyż moja matka była niezwykle sumiennym kronikarzem rodzinnego życia. Wyciągam jeden na chybił trafił i okazuje się, że zawiera zdjęcia Addisona z dzieciństwa. Drugi jest poświęcony Abby. Trafiam na zdjęcie przedstawiające ją w wieku dziesięciu lat w stroju Małej Ligi, z czapeczką zawadiacko zsuniętą do tyłu i kijem baseballowym na ramieniu. Pamiętam, że rodzice musieli zagrozić pozwem, żeby pozwolono jej grać. Stare czasy. Ojciec nie opuścił żadnego meczu, choćby nie wiem jak był zajęty. Później, w chwilach nostalgicznej zadumy, mawiał o tych dawnych dniach: „tak jak to było przedtem”, mając na myśli czas przed śmiercią Abby. Niemniej jednak nakreślił linię, zostawił przeszłość przeszłości i żył dalej.
Przeglądam albumy. W trzecim są nasze zdjęcia z dni rozdania świadectw – Addison, Mariah i ja na różnych etapach edukacji, a także zdjęcia Mariah i Addisona odbierających rozmaite nagrody. Głównie Addisona. Mnie nie ma, bo nigdy żadnej nagrody nie zdobyłem. Z wymuszonym uśmiechem dalej kartkuję strony. Większość albumu jest pusta, być może to miejsce na zdjęcia wnuków. Odkładam go na miejsce i biorę następny. Jest w bardzo ładnej oprawie z miękkiej starej skóry farbowanej na granatowo, ale nie ma w nim zdjęć, tylko mnóstwo wycinków z gazet. Zdaje się, że wszystkie dotyczą…
O nie.
Szybko zamykam album, a potem oczy i widzę, jak pewnego wiosennego wieczoru mój ojciec wybiega z domu, wołając do matki: „Nie ruszaj się stąd, Claire, zostań tu, mamy jeszcze troje dzieci, którymi trzeba się zająć. Zadzwonię do ciebie ze szpitala”. A jeszcze później matka podnosi słuchawkę telefonu wiszącego na kuchennej ścianie i widzę, że trzęsą jej się ręce. Wydaje z siebie przerażony jęk i opiera się o blat szafki, a kiedy odwraca się po pewnym czasie, jest już chłodna i opanowana. Tylko ja na to patrzyłem, gdyż Mariah i Addison wyjechali na studia, a Abby gdzieś wyszła. W wieku piętnastu lat Abby stale gdzieś chodziła i ciągle kłóciła się z rodzicami. Matka kazała mi się ubrać i szybko zaprowadziła mnie do sąsiadów, chociaż jako siedemnastolatek spokojnie mógłbym zostać sam w domu. Pocałowała mnie na pożegnanie i odjechała drugim samochodem w jakiejś niewiadomej, lecz niewątpliwie tragicznej sprawie. Było już po północy, kiedy ojciec po mnie przyszedł. Kazał mi usiąść w salonie przy Shepard Street i tam trzęsącym się głosem – tak odmiennym od swego zwykłego głosu spikera radiowego – powiedział, że Abby nie żyje.
Od dnia pogrzebu aż do swojej śmierci niemal nie wspominał jej imienia.
A jednak prowadził album z wycinkami, i niewątpliwie był to dziwny album.
Otwieram oczy i dalej przewracam strony.
Od razu zauważam, że coś tu jest nie w porządku.
Tylko cztery pierwsze fragmenty dotyczą Abby. Wycięty z gazety artykuł o jej śmierci. Oficjalny nekrolog. Artykuł, który ukazał się tydzień po wypadku, informujący, że policja nie ma żadnego tropu. Artykuł opublikowany po dwóch miesiącach z tymi samymi niewesołymi informacjami.
Pamiętam, że w tamtym okresie ojciec stale chodził zagniewany. Nieustannie. I zaczął pić. Pił w samotności, tak jak to robią alkoholicy, zamknięty w tym właśnie pokoju. Być może nad tym albumem.
Odwracam stronę. Następny wycinek nosi datę o kilka miesięcy późniejszą i dotyczy śmierci małego dziecka potrąconego przez nieznanego sprawcę w stanie Maryland. Czuję, jak przechodzi mnie dreszcz. Na kolejnej stronie znów wycinek: młody student seminarium, również wypadek spowodowany przez nieznanego sprawcę. Przeglądam dalej i cały cierpnę. Strona za stroną artykuły z gazet na temat niewinnych ludzi zabitych przez sprawców, którzy uciekli z miejsca wypadku. Opisy z dwóch, niemal trzech lat z całych Stanów Zjednoczonych. Starsza kobieta wychodząca z supermarketu w małym miasteczku. Funkcjonariusz policji kierujący ruchem w dużym mieście. Bogata studentka z politycznymi powiązaniami – jej kabriolet został zmiażdżony przez ciągnik siodłowy. Reporter zmieciony przez kombi, gdy zmieniał koło na ruchliwej autostradzie. Trener szkolnej drużyny piłkarskiej zmiażdżony przez taksówkę. Uboga matka sześciorga dzieci, słynny pisarz, urzędnik bankowy, chirurg, poszukiwany włamywacz, nastolatka spiesząca do pracy przy pilnowaniu dziecka, syn znanego polityka – mieszanka amerykańskiej tragedii. Na niektórych artykułach widoczne są stemple różnych instytucji trudniących się zbieraniem wycinków z całego kraju na interesujące cię tematy. Inne to zaledwie kilka linijek z „Post” lub „Star”. Bardzo nieliczne oznaczone są wyblakłą niebieską gwiazdką, a na marginesie wpisano przy nich daty, zazwyczaj znacznie późniejsze niż data publikacji. Przeglądając wstecz kolejne historie, dochodzę do wniosku, że gwiazdką oznaczono te, w których sprawcę w końcu złapano. Przy kilku artykułach dotyczących aresztowań widoczne są krótkie gniewne notatki, sporządzone niewyraźnym charakterem pisma mojego ojca: „mam nadzieję, że usmażą tego sukinsyna” lub „lepiej sobie znajdź dobrego prawnika” albo „przynajmniej ci rodzice doczekali się sprawiedliwości”.
Szybko przerzucam kartki do końca. Ostatnie wycinki pochodzą z końca lat siedemdziesiątych, czyli mniej więcej z okresu, kiedy Sędzia przestał pić. To by się zgadzało. Ale reszta nie ma sensu.
To nie jest nostalgiczny album ojca tęskniącego za zmarłym dzieckiem, lecz produkt umysłu ogarniętego obsesją. Robi wrażenie czegoś diabelskiego, i to w tradycyjnym chrześcijańskim sensie, czyli dzieła Szatana. Wydaje się, że powietrze wokół albumu jest aż gęste od umysłowej zgnilizny, jakby nawiedzone przez ducha człowieka, który go wykonał… lub ducha, który go opanował i zmusił do zrobienia tego. Szybko wsuwam album na miejsce w obawie, że mógłby mnie jakoś zainfekować swoim obłędem. Dziwne, że stoi akurat tutaj, wśród weselszych wspomnień. Raczej niewiele dzieci chciałoby się dowiedzieć o takim szaleństwie rodziców, nawet jeśli było przejściowe. Sądzę też, że niewielu rodziców chciałoby, żeby ich dzieci o czymś takim wiedziały. Garlandowie mają tyle drobnych tajemnic, a wśród nich również tę, że kiedy Abby zginęła, mojemu ojcu pomieszało się trochę w głowie, ale potem doszedł do siebie.
Ponownie zamykam oczy i wygodnie układam się na fotelu. Doszedł do siebie. To jest ważne. Ojciec wyzdrowiał. Mężczyzna, którego mamy pochować w przyszłym tygodniu, nie jest tym samym, który przesiadywał w tym brzydkim pokoju i bezsensownie się upijał, przewracając strony tego chorego albumu i terroryzując swoją rodzinę okropnym milczeniem świadczącym o emocjonalnej pustce.
Doszedł do siebie.
A jednak mój fanatycznie skryty ojciec trzymał ten album świadczący o jego przejściowej niepoczytalności w takim miejscu, gdzie każdy przypadkowy gość mógł się na niego natknąć. Pojmuję, że Sędzia wykonał taki album w swoim szaleństwie, ale przechowywanie go przez następne lata było nieostrożne i zupełnie nie pasuje do jego charakteru. Innych dowodów pozbył się już dawno temu. Na przykład nie trzyma w domu butelek po wypitych trunkach. A jednak album nadal stoi na półce. Całe szczęście, że nikt się na niego nie natknął, gdy komisja senacka prowadziła jego przesłuchanie w sprawie…
Drzwi do pokoju nagle się otwierają i staje w nich Sally w nadmiernie obcisłej szarej sukience. Piersi jej falują, a przez łzy prześwituje pełen uniesienia, choć nieco bezradny uśmiech. Widzę na jej twarzy wyraz lekkiego zmieszania, jakby zaskoczyło ją to, że znalazła mnie od razu w pierwszym miejscu, do którego zajrzała. W końcu oznajmia mi, że dzwonił Addison. Oczy jej błyszczą, pełne szczęścia. Już jedzie, dodaje radośnie, nie zdając sobie sprawy, że dla innych ta wiadomość nie musi być tak ekscytująca. Będzie tu najpóźniej jutro. Mrugam, starając się skupić. Sally przypomina mi postać ze sztuki Becketta. Podnoszę się, kiwam głową i staram się zasłonić sobą półkę, bezsensownie martwiąc się, że może zauważyć album z wycinkami. Addison przyjeżdża, powtarza Sally. Ta wiadomość tak ją przeobraża, że można w niej dostrzec pewien powab. Będzie tu wkrótce, zapewnia mnie Sally, naprawdę niedługo.
Jej pełen uwielbienia głos brzmi tak, jakby obwieszczała przybycie Mesjasza. Tymczasem gdyby spytać liczne kobiety mojego brata, większość z nich zapewne opisałaby go raczej jako kogoś z przeciwnego bieguna.







