Czasem największym dowodem miłości jest pozwolić komuś odejść. W „Kronikach kota podróżnika” Hiro Arikawa zabiera czytelników w niezwykłą podróż przez Japonię, podczas której wspomnienia, przyjaźnie i niewypowiedziane uczucia splatają się w poruszającą opowieść o bliskości i odpowiedzialności.
Satoru staje przed najtrudniejszą decyzją w życiu – musi znaleźć nowy dom dla ukochanego kota. Zanim to zrobi, wyrusza z nim w podróż przez Japonię, odwiedzając dawnych przyjaciół i przemierzając miasta oraz prowincję. Wyprawa szybko okazuje się czymś więcej niż tylko poszukiwaniem opiekuna. To powrót do młodzieńczych marzeń, niewypowiedzianych słów i wyborów, które ukształtowały jego życie.
Narracja prowadzona z perspektywy kota nadaje opowieści lekkości i subtelnego humoru. Uważny koci narrator dostrzega więcej, niż ludzie chcieliby wyznać – widzi ich lęk, tęsknotę, miłość i samotność.
„Kroniki kota podróżnika” to poruszająca historia o odpowiedzialności za tych, których kochamy. To książka o więzi, która nie kończy się wraz z rozstaniem, oraz o tym, że czasem największym aktem miłości jest pozwolić komuś odejść.
Międzynarodowy bestseller i hit niezależnych księgarń – „Kroniki kota podróżnika” oczarowały czytelników na całym świecie. Ta pełna ciepła i empatii azjatycka proza zachwyca subtelnym humorem, mądrością i wyjątkowym spojrzeniem na ludzkie życie.
Kroniki kota podróżnika
Przekład: Anna Horikoshi
Wydawnictwo Relacja
Premiera: 17 czerwca 2026
Raport wstępny
ZANIM WYRUSZYLIŚMY W PODRÓŻ
„Jestem kotem. Imienia jeszcze nie mam” – powiedział jeden z najważniejszych kotów w tym kraju1. Nie wiem dokładnie, na czym polegała jego wielkość, lecz ja przewyższam go pod tym względem, ponieważ posiadam imię. Inna sprawa, że niezbyt mi się ono podoba. To dlatego, że zupełnie nie pasuje do mojej płci.
Otrzymałem je jakieś pięć lat temu. Właśnie wkraczałem w dorosłość. Istnieje wiele teorii na temat obliczania wieku kota, ale wszystkie są zgodne co do tego, że roczny kot jest już w zasadzie dorosły.
Sypiałem wtedy często na masce srebrnego vana, zaparkowanego obok pewnego apartamentowca. Bardzo mi się tam podobało.
Lubiłem to miejsce, bo nikt mnie stamtąd nie przeganiał. Zwykle ludzie przepędzają koty z samochodów sykiem albo machaniem rękami. A przecież są tylko małpami, które nauczyły się prosto chodzić. Naprawdę przewróciło im się w głowie.
Skoro zostawiają samochody pod gołym niebem, to z jakiej racji kot miałby na nie nie wchodzić? Dla kota wszystko, na co można wejść, jest drogą publiczną. Tymczasem jeśli nieostrożnie zostawisz ślady łap na masce samochodu, ludzie od razu widzą w tobie wroga.
Jeśli chodzi o srebrnego vana, nikomu moja obecność nie przeszkadzała, toteż wkrótce stał się moją ulubioną sypialnią. W słoneczne dni maska działała jak ogrzewanie podłogowe. Doceniłem to zwłaszcza podczas mojej pierwszej samodzielnej zimy.
Z nadejściem wiosny skończył się dla mnie pierwszy cykl czterech pór roku. Dla kota to wielkie szczęście urodzić się na wiosnę. Są dwie pory miotów: wiosna i jesień. Niestety bezdomne kotki urodzone jesienią raczej nie mają szans na przeżycie.
Spałem sobie zwinięty w kłębek na cieplutkiej masce samochodu, kiedy nagle poczułem na sobie czyjś gorący wzrok. Uchyliłem powiekę.
Wysoki młody mężczyzna przyglądał mi się, mrużąc oczy. Miał rozanielony wyraz twarzy.
– Zawsze tu śpisz?
A co? Nie podoba się?
– Śliczny jesteś.
No, fakt. Często mi to mówią.
– Mogę cię pogłaskać?
Och, co to, to nie. Wybacz. Fuknąłem i podniosłem przednie łapy w groźnym geście. Mężczyzna wygiął wargi, jakby chciał powiedzieć: „skąpiradło”.
No cóż, być może. Ale czy ty nie poczułbyś się rozdrażniony, gdyby ktoś nieznajomy pogłaskał cię we śnie?
– Rozumiem. Nic za darmo.
O, jesteś dość błyskotliwy. Przerwałeś mój spokojny sen, powinieneś mi to wynagrodzić. Uniosłem lekko głowę i dostrzegłem, że mężczyzna przeszukuje siatkę z zakupami, którą trzyma w ręce.
– Nie kupiłem nic takiego, co byś lubił, kotku.
Oj, oj. Co bym lubił? Jestem bezdomnym kotem, bezdomne koty nie grymaszą! A te suszone małże? Zacząłem obwąchiwać pakunek wystający z siatki. Mężczyzna uśmiechnął się i lekko odsunął moją głowę wnętrzem dłoni.
– Niedobre dla ciebie! Strujesz się. Wiesz, jakie to ostre?
Niedobre dla mnie? Sam jesteś dla mnie niedobry. Czy bezdomny kot, który nie wie, czy dożyje jutra, może przejmować się takimi rzeczami? Teraz, w tej sekundzie, jedyne, czego pragnę, to napełnić żołądek.
Ostatecznie mężczyzna wyjął kotlet z kanapki, obrał go z panierki i położył na dłoni. Mam mu jeść z ręki. Co za szantaż! Chce mnie zmusić, żebym się do niego zbliżył. No ale… taki smaczny, świeży kawałek mięsa… chyba pójdę na kompromis.
Zajęty połykaniem mięsa nie zauważyłem, że palce drugiej ręki zanurzyły się w moim futerku pod brodą i za uszami. Po chwili poczułem łaskotanie w okolicy uszu. Zwykle pozwalam się dotknąć, na moment, ludziom, którzy dali mi coś do jedzenia, jednak mężczyzna robił to tak umiejętnie, jakby był magikiem. Nie mogłem się oprzeć.
Jeśli dasz mi jeszcze trochę, to pozwolę ci podrapać mnie pod brodą. Wwiercam się głową w dłoń mężczyzny. Tak, to zawsze działa.
– W tej została już tylko kapusta.
Wyjął drugą połówkę kanapki i podał mi mięso. Tylko niepotrzebnie usunął panierkę, chętnie napchałbym nią żołądek.
Tak hojnie obdarowany, pozwoliłem mu wygłaskać mnie do woli, ale w końcu stwierdziłem, że zamykam teatrzyk.
Już, już miałem podnieść przednie łapy, gdy mężczyzna powiedział:
– To na razie.
Oderwał ode mnie dłoń i zniknął na schodach prowadzących do mieszkania. Właśnie wtedy, gdy zamierzałem okazać mu zniecierpliwienie. Co za wyczucie! Wiedziałem, że to magik.
Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie. Imieniem mężczyzna obdarzył mnie nieco później.
Od tego czasu pod srebrnym vanem zaczęła się pojawiać sucha karma. Za tylnym kołem jedna garść. Akurat tyle, ile kot zjada podczas jednego posiłku.
To ten mężczyzna podsypywał karmę w nocy. Jeśli akurat byłem w pobliżu, otrzymywał w zamian pozwolenie na głaskanie, ale nawet jeśli mnie nie było, i tak zostawiał mi jedzenie.
Oczywiście zdarzało się, że nie znajdowałem karmy – być może jakiś inny kot zjadał ją przede mną albo mężczyzna gdzieś wyjeżdżał – ale generalnie mogłem liczyć na jeden posiłek dziennie.
Ludzie są jednak nieprzewidywalni i nie można na nich polegać. To wie każdy bezdomny kot. Dlatego ważna jest dywersyfikacja sposobów pozyskiwania pożywienia. To żelazna zasada.
Nie za blisko, nie za daleko. „Znajomi” – wydawało się, że tak już zostanie, kiedy wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło naszą relację. Los.
Bardzo bolesny los.
Przebiegałem przez ulicę w nocy. Światła samochodu odkryły moją obecność. Już byłbym po drugiej stronie, gdyby nie ogłuszający dźwięk klaksonu. To przez ten klakson! Zamarłem ze strachu i to opóźniło moją ucieczkę. Zabrakło mi pół centymetra. Samochód uderzył we mnie z niewyobrażalną siłą. Wyleciałem w powietrze jak z procy. Co się dalej działo, nie mam pojęcia.
Ocknąłem się na trawniku. Bolało mnie całe ciało, tak jak nigdy w życiu. Ale żyłem.
No, to mi się oberwało – pomyślałem i spróbowałem wstać. Do diabła! – wrzasnąłem. Boli!! – Prawa tylna łapa bolała mnie okropnie.
Upadłem na ziemię. Wykręciłem się do tyłu, żeby wylizać ranę, i zobaczyłem, co się stało. Kość przebiła futerko i wystawała na zewnątrz.
Gdyby to była rana po ugryzieniu albo rana cięta, wylizałbym się z tego językiem. Ale to?! Nie dam rady. Ból kości był tak przeszywający, że zastanawiałem się, jak ja to wszystko znoszę.
Co robić? Co robić? Halo!
Niech mi ktoś pomoże! Ale kto się będzie przejmował bezdomnym kotem? Właśnie: nikt.
Przypomniałem sobie jednak o mężczyźnie, który codziennie przynosił mi karmę. On pewnie by mi pomógł. Nie wiem, czemu tak pomyślałem. Ani przyjaciel, ani rodzina, ot, znajomy. W zamian za smaczne kąski dawałem mu się głaskać. Łączyło nas tylko tyle. Dlaczego miałby mi pomóc?
Zacząłem iść, wlokąc za sobą złamaną nogę. Drgania wywoływane uderzeniami łapy o nierówności drogi przenosiły się na wystającą kość. Przewróciłem się po drodze wiele razy, nie mogąc wytrzymać bólu. Już nie mogę, już nie mogę, nie zrobię następnego kroku!
Wypadek wydarzył się nie aż tak daleko od srebrnego vana, ale kiedy dotarłem na parking, zaczynało świtać.
Teraz to już naprawdę koniec. Nie zrobię ani kroku więcej. Położyłem się na ziemi.
Boliiii! – miauknąłem na całe gardło.
Wołałem z całej siły wiele razy, lecz wkrótce mój głos osłabł. Miauczenie również powoduje drgania i pogłębia ból.
W pewnej chwili ktoś pojawił się na schodach. Podniosłem głowę. On!
– A więc to ty? Tak myślałem.
Mężczyzna zbladł i podbiegł w moim kierunku.
– Co się stało? Potrącił cię samochód?
Niestety, wstyd się przyznać, dałem się zaskoczyć.
– Boli? Jasne, że boli. Po co pytam?
Właśnie, głupie pytanie, nie denerwuj mnie. Lepiej zajmij się biednym rannym kotem.
– Tak się darłeś, że mnie obudziłeś. Wołałeś mnie, prawda?
Prawda, prawda. Czemu tak długo nie przychodziłeś?
– Wierzyłeś, że ci pomogę?
No, nie w stu procentach, ale… – przekomarzałem się. Mężczyzna pociągnął nosem. Płacze?
– Dobrze, że sobie o mnie przypomniałeś! Mądry kotek.
Koty z natury nie płaczą, lecz w tym momencie zrozumiałem, jak to jest, kiedy chce się płakać.
A co miałem zrobić? Przypomniałem sobie o tobie, bo nie miałem innego wyjścia. Pomyślałem, że tylko ty możesz mi pomóc.
Wymyślisz coś, prawda? Ja już nie daję rady. Ten ból mnie przerasta. Poza tym boję się. Co ze mną będzie?
– Nie martw się. Wszystko będzie w porządku.
Mężczyzna włożył mnie do pudełka wysłanego miękkim ręcznikiem i zapakował do samochodu.
Gabinet weterynarza, gdzie następnie się udaliśmy, jest najgorszym miejscem na ziemi, jakie widziałem, więc pozwólcie, że daruję sobie szczegółowy opis. Chyba każde zwierzę ma podobne odczucia. Jedna wizyta u weterynarza wystarcza, żeby znienawidzić to miejsce na całe życie. Nie będę was zamęczał kocią martyrologią.
Do czasu zagojenia rany miałem pozostać w mieszkaniu mężczyzny. Mój znajomy mieszkał sam, zajmował niewielki pokój, kuweta stała w przedsionku łazienki, a miseczka na karmę i wodę – w kuchni.
Jak już wiecie, jestem mądrym i grzecznym kotem, toteż natychmiast zrozumiałem, do czego służy kuweta, i nie miałem ani jednej wpadki. Nie ostrzyłem pazurów o ściany i drewniane elementy konstrukcji domu. Te miejsca objęte były całkowitym zakazem. Jeśli chodzi o meble i dywan, reguły nie były tak ostre. Mężczyzna wprawdzie patrzył na mnie smutno, kiedy oddawałem się tej czynności na dywanie i meblach, ale jego wzrok nie wyrażał totalnej dezaprobaty. Umiem odróżnić „nie” od „absolutnego nie”.
Minęły jakieś dwa miesiące, zanim kość się zrosła i można było usunąć szwy. W ciągu tego czasu poznałem imię mężczyzny. Nazywał się Satoru Miyawaki.
Satoru cały czas zwracał się do mnie: „Kot”, „Pan Kot” albo po prostu mówił mi na ty, zależnie od sytuacji. No cóż, nie miałem imienia, więc było to naturalne.
Nawet gdybym miał imię, nie byłbym w stanie zakomunikować tego mężczyźnie. Ludzie nie są tak doskonali jak koty, rozumieją jedynie własny, ludzki język. Zwierzęta są wielojęzyczne.
Za każdym razem, kiedy pokazywałem Satoru, że chcę wyjść z mieszkania, on spuszczał wzrok i z powagą tłumaczył mi sytuację:
– Jak wyjdziesz, to już pewnie nie wrócisz. Poczekaj, aż wyzdrowiejesz. W przeciwnym razie będziesz chodził z tą nitką w nodze do końca życia.
Jeśli trochę zagryzałem zęby, mogłem już chodzić, więc nie widziałem nic strasznego w tym, że nić będzie tkwiła w mojej nodze, ale Satoru robił tak zmartwioną minę, że nie umiałem się sprzeciwić. No dobra, poczekam jeszcze z wyjściem na spacer.
Wkrótce nadszedł dzień, gdy rana zagoiła się zupełnie.
Stanąłem przed drzwiami wyjściowymi i jak zwykle miauknąłem z przejęciem: Wypuść mnie! Dziękuję ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś, ale na mnie już pora. Zrobię dla ciebie wyjątek. Możesz już nie przynosić podarunków. I bez nich pozwolę ci się głaskać tam, na masce srebrnego vana.
Tym razem twarz Satoru nie była zmartwiona, lecz smutna. Jak wtedy, gdy drapałem meble albo dywan. „Wolałbym nie, ale skoro musisz…” – taki miała wyraz.
– A więc wybierasz wolność?
Oj, nie rób takiej płaczliwej miny. Przez ciebie mnie też będzie smutno odejść.
– A może byś został?
Zamurowało mnie. Jestem rodowitym dachowcem. Pomysł, żeby zostać czyimś kotem, w ogóle nie zaświtał w mojej głowie.
Kiedy byłem ranny, to wiadomo, korzystałem z uprzejmości i opieki, ale teraz byłem zdrowy i zamierzałem wrócić do mojego bezdomnego życia. Zamierzałem? To złe wyrażenie. Uważałem, że muszę.
Skoro muszę, to lepiej odejść natychmiast. Nie powinienem się dłużej naprzykrzać. Koty lubią trzymać fason.
Satoru, jeśli chciałeś mnie przyjąć pod swój dach na zawsze, to trzeba było mówić od razu!
Przecisnąłem się między nogami mężczyzny i wybiegłem przez otwarte drzwi na zewnątrz. Po kilku krokach zatrzymałem się, odwróciłem głowę i zawołałem: Miau! Chodźmy!
Jak na człowieka Satoru nieźle rozumiał mój język. Po chwili wahania poszedł za mną.
Była jasna, księżycowa noc, miasto pogrążone we śnie. Na widok przejeżdżającego samochodu włosy na moim ogonie stanęły dęba. Strach przed uderzeniem, od którego łamią się kości, na zawsze pozostał w moim ciele. Satoru przyglądał mi się z uwagą i troską.
Obeszliśmy razem kilka sąsiednich ulic i wróciliśmy pod drzwi mieszkania.
Miau! Otwórz! – powiedziałem.
Podniosłem wzrok na Satoru. Nieomal rozpłakał się z radości.
– A więc chcesz wracać do mnie?
Tak, otwieraj szybciej.
– Chcesz być moim kotem?
Tak, ale czasem będziemy chodzić razem na spacery.
W ten sposób zostałem kotem Satoru.
– Miałem w dzieciństwie kota. Był podobny do ciebie jak dwie krople wody. Popatrz! – Satoru wyjął z szafy album.
Niemal wszystkie zdjęcia w albumie przedstawiały pewnego kota. Mogłem się tego spodziewać, mój znajomy miał lekkiego hyzia na punkcie naszego gatunku. To się zdarza.
Swoją drogą osobnik na zdjęciach rzeczywiście był bardzo do mnie podobny. Prawie cały biały, brązowo-czarne plamy tylko na pyszczku i na ogonie. Plamki na czole podniesione do góry jak zdziwione brwi, ogonek bardziej czarny, zakrzywiony na samym końcu.
Mój ogonek też jest zakrzywiony, ale w drugą stronę. Natomiast pyszczki mieliśmy identyczne.
– Nazywał się Hachi, jak ósemka, bo te plamki na czole układają się w kształt znaku „osiem”.
O matko! Co za durne imię! Mam nadzieję, że dla mnie wymyślisz coś oryginalniejszego…
Jeśli powie Kyu, dziewiątka, to pójdę się powiesić!
– Może Nana, siódemka?
No nie! Odejmowania nie przewidziałem! Z zaskoczenia nie mogłem wydobyć głosu.
– Popatrz, haczyk układa się w lewą stronę. Jak popatrzeć z góry, przypomina arabską siódemkę.
Chyba mówił o moim ogonie.
Ale zaraz, zaraz! Nana to bardzo kobiece imię. Ja jestem samcem! Zdecydowanie jestem samcem. Nie wziąłbyś tego pod uwagę?
– No jak? Podoba ci się? Moim zdaniem może być. Siedem to szczęśliwa liczba.
Nieeeu!
Niestety moje miauknięcie przyjął za dobrą monetę. Zmrużył oczy i podrapał mnie pod brodą.
Nie! To imię jest okropne! Ale co to? Z mojego gardła bezwiednie wydobyło się głośne mruczenie.
– Widzę, że ci się podoba.
I koniec. Zostałem ochrzczony. Nie miałem szans, żeby to sprostować. Satoru jeszcze długo drapał mnie pod brodą.
– Musimy się przeprowadzić.
Tu, gdzie mieszkaliśmy, nie wolno było trzymać zwierząt. Właściciel apartamentowca zgodził się na moją obecność tylko do czasu wyleczenia rany. Satoru znalazł inne mieszkanie w tej samej dzielnicy. Może nie powinienem tego mówić, ale żeby się przeprowadzać z powodu kota? Satoru miał na punkcie kotów niezłego fioła.
W ten sposób zaczęło się nasze wspólne życie. Mój współlokator spisywał się znakomicie, mnie też chyba nie mógł nic zarzucić.
Naprawdę dobrze nam się razem mieszkało. Te pięć lat.
*
Ja w moim kocim życiu osiągnąłem wiek największej sprawności, Satoru właśnie przekroczył trzydziestkę.
– Nana, przepraszam cię – powiedział Satoru skruszonym głosem. Głaskał mnie we wszystkie strony, jakby chciał wygłaskać przebaczenie.
Nic się nie stało.
– Naprawdę, strasznie mi przykro…
Nie musisz kończyć, Satoru. Jestem domyślnym kotem.
– Nie sądziłem, że będziemy musieli się rozstać.
Tak to w życiu jest. Nie wszystko układa się po naszej myśli.
Skoro Satoru nie może mnie już dłużej trzymać, po prostu wrócę do życia sprzed pięciu lat. Jeśli pomyślę, że mogłem trafić z powrotem na ulicę zaraz po wyleczeniu łapy, to przecież pięć lat wygodnego życia spadło mi jak z nieba. Mam małą przerwę, ale szybko to nadrobię. Nawet jutro mogę wrócić na ulicę.
Niczego nie straciłem. Przeciwnie, zyskałem imię i pięć lat życia z Satoru. Jak przystało na kota, zwykle przyjmuję zrządzenia losu ze stoickim spokojem, nie starając się niczego zmienić.
No, może z wyjątkiem tego zrządzenia, jakim było złamanie nogi. Wtedy poprosiłem o pomoc Satoru.
– Chodź, Nana, idziemy!
Wszedłem do podróżnej klatki. Byłem grzecznym kotem, wchodziłem spokojnie do klatki nawet wtedy, gdy mężczyzna wiózł mnie do weterynarza, a to przecież przeklęte miejsce.
I tak po pięciu latach wzorowy współlokator zamienił się w idealnego towarzysza podróży.
Satoru podniósł klatkę i zaniósł mnie do srebrnego vana.
Raport – 01
KOSUKE
„Dawno nie pisałem”.
To początek maila.
Nadawca: Satoru Miyawaki. Przyjaciel z dzieciństwa, który wyprowadził się do innego miasta jeszcze w czasach podstawówki. Przeprowadzał się później jeszcze wielokrotnie, lecz nigdy nie zerwaliśmy kontaktu. Nadzwyczaj długotrwała znajomość, bo obaj jesteśmy już po trzydziestce. Zdarza się, że nie widujemy się kilka lat, ale przy kolejnym spotkaniu nie ma to żadnego znaczenia. Rozmowa toczy się tak, jakbyśmy rozstali się wczoraj.
„Przepraszam, że tak nagle zwracam się z taką prośbą, ale czy mógłbyś adoptować mojego kota?”
Dalej pisze, że bardzo kocha kota, jednak zaistniała pewna sytuacja, w związku z którą nie może się już opiekować kotem i szuka dla niego nowego domu.
Na temat samej „pewnej sytuacji” nie ma w liście ani słowa. Jeśli mogę pomóc, Satoru przywiezie kota przy najbliższej okazji, aby mi go pokazać.
Do maila załączone były dwa zdjęcia. Na widok plamek na czole kota omal nie spadłem z krzesła.
– Wykapany Hachi!
Kot na zdjęciu kropka w kropkę przypominał tego, którego znaleźliśmy kiedyś, dawno temu.
Przejechałem myszką na kolejne zdjęcie. Podniesiony zakręcony ogonek. Haczyk w kształcie siódemki.
Takim haczykiem kot zagarnia szczęście i sprowadza je do domu – ktoś tak powiedział, ale kto? Ach, to słowa żony, która wyjechała do rodziców. Nie powiedziała, kiedy wróci.
Być może wcale nie wróci. Już chyba pora, żeby to sobie uświadomić.
Gdyby taki kotek kręcił się po domu i zagarniał ogonkiem małe szczęśliwe chwile, może wówczas dałoby się żyć tu beztrosko nawet bez dzieci?
Mogę wziąć kota – pomyślałem. Jest piękny, podobny do Hachiego. No i ten przynoszący szczęście haczyk na ogonie. Poza tym chętnie spotkałbym się z Satoru.
„Przyjaciel pyta, czy nie przyjęlibyśmy jego kota” – napisałem do żony. Odpowiedziała tylko: „Rób, co chcesz”. Nie ściągnę jej z powrotem do domu za pomocą kota, ale ta sprawa musiała wzbudzić jej zainteresowanie, bo dotychczas w ogóle nie odpisywała na moje maile.
Z drugiej strony gdyby kot przyjaciela był już u mnie w domu, kto wie, może żona przyjechałaby zobaczyć zwierzę? To mogłaby być dobra pułapka. Ona lubi koty. Gdybym jeszcze udawał, że nie umiem zająć się swoim podopiecznym, żona może zapomniałaby o zwadzie i ze względu na kota zamieszkałaby tu z powrotem?
Ale co ojciec na to powie? On nienawidzi zwierząt! Tylko czemu ja się tym przejmuję? To mój dom, co mnie obchodzi reakcja ojca?
No właśnie. Nie dziwię się żonie. Nie mogła na mnie liczyć. Jestem tu gospodarzem, a w moich myślach tym domem ciągle rządzi ojciec.
Bunt wobec apodyktycznego ojca przesądził o sprawie, Kosuke Sawada zgodził się przyjąć kota.
W następnym tygodniu Satoru Miyawaki przyjechał srebrnym vanem, wioząc ze sobą ukochane zwierzę.
Słysząc warkot silnika, Kosuke wyszedł przed zakład. Przyjaciel właśnie wjeżdżał na parking.
– Witaj, Kosuke! Kopę lat! – Satoru oderwał ręce od kierownicy i wymachiwał nimi przez otwarte okno.
– Dobra, zaraz się przywitamy, najpierw zaparkuj – ponaglił przyjaciela Kosuke, uśmiechając się ironicznie. Nie widzieli się ze trzy lata, ale Kosuke jak zwykle był bardzo spięty. Zawsze taki był, od dzieciństwa.
– Mogłeś wjechać na to dalsze miejsce, a nie wciskać się tu pod drzwi.
Przed zakładem znajdowały się trzy zadaszone miejsca parkingowe. Najtrudniej było wjechać na to tuż przy wejściu, zastawione na dodatek jakimiś skrzyniami, toteż klienci zakładu zajmowali miejsca w kolejności od najdalszego do najbliższego. Samochody rodziny wjeżdżały na stare podwórko.
– Ale przecież to miejsce dla klientów.
– Dziś zamknięte, zapomniałeś?
Zakład fotograficzny, który Kosuke odziedziczył po ojcu, był nieczynny w środy. Koledzy najpierw chcieli wyznaczyć spotkanie na weekend, żeby zatrudniony w korporacji Satoru mógł bez problemów przyjechać, ale ostatecznie przyjaciel stwierdził, że to on ma prośbę, więc to on dostosuje się do czasu pracy Sawady.
– A, rzeczywiście. – Satoru wysiadł z samochodu, drapiąc się po głowie. Gestem tym tuszował swoje roztargnienie. W drugiej ręce trzymał klatkę z kotem.
– To Nana?
– Tak. Widziałeś zdjęcie? Ma wygięty ogonek. Taki haczyk w kształcie siódemki. Dlatego Nana. Fajne imię, prawda?
– Fajne? Masz dar do nadawania kotom beznadziejnych imion. Poprzedni nazywał się Hachi. Wiadomo, przecież tak miał napisane na czole.
Gdy obydwaj weszli do domu, Kosuke chciał zobaczyć Nanę. Kot jednak burczał, schowany w głębi klatki, i wcale nie zamierzał wychodzić. Zaglądanie do klatki też nic nie dało, bo odwrócił się tyłem i pokazywał tylko swój czarny haczyk i fragment białego grzbietu.
– Co się stało? Nana? Kici, kici, wyjdź, kotku…
Satoru próbował poprawić humor kota, przemawiając do niego przymilnie, ale po jakimś czasie dał za wygraną.
– Przepraszam cię. Chyba się spłoszył. Jest w obcym domu. Dajmy mu jeszcze chwilę, niech się przyzwyczai.
Zostawili otwarte drzwiczki i zajęli się sobą.
– Jesteś samochodem, więc nie proponuję alkoholu. Czego się w takim razie napijesz? Kawa, herbata?
– Niech będzie kawa.
Kosuke nalał kawy do dwóch filiżanek.
– Nie ma dziś żony? – spytał Satoru, biorąc filiżankę z rąk przyjaciela.
Co by mu tu powiedzieć – zastanawiał się Kosuke, jednak milczenie trwało trochę zbyt długo, żeby jakakolwiek historia zabrzmiała wiarygodnie.
– Nie ma, chwilowo wyprowadziła się do rodziców.
– Och! Przepraszam, nie wiedziałem, że to niewygodny temat. – Satoru wyraźnie stracił wątek. – No to… w takiej sytuacji… czy naprawdę możesz wziąć kota? A jak żona wróci i nie będzie się jej podobał?
– Żona lubi koty. Może uda mi się sprowadzić ją tutaj z powrotem za pomocą kota?
– Ale każdy ma inne upodobania…
– Wysłałem jej zdjęcia, te, które mi przysłałeś. Odpowiedziała, żebym robił, co chcę.
– Coś mi się nie wydaje, by to była pozytywna odpowiedź.
– O, bardzo pozytywna. To jedyna kwestia, w której w ogóle dostałem odpowiedź.
Być może żona „złowi się” na kota – brzmiało to trochę jak żart, lecz Kosuke naprawdę pokładał w kocie nadzieję na naprawę związku.
– Satoru, jeśli ona wróci, to przecież nie jest osobą, która złapie kota za kark i wyrzuci z domu. A jeśli nie wróci, to ja sam będę się nim opiekował. Nie widzę żadnego problemu.
Aha – Satoru zabrakło argumentów. Nastąpiła zmiana w kierunku zadawania pytań.
– Czemu musisz pozbyć się kota?
– A… takie sprawy… – Satoru podrapał się po głowie, robiąc zmartwioną minę. – Tak się złożyło, że nie możemy już być razem.
Ach! Wszystko jasne! Powinienem był się domyślić, gdy Satoru zgodził się przyjechać do mnie w środku tygodnia. Już wtedy coś mi nie grało.
– Zwolnienia?
– No, tak… w każdym razie nie możemy być razem.
Satoru z trudem wyduszał słowa, toteż Kosuke postanowił nie drążyć dłużej tego tematu.
– Muszę Nanie zapewnić nowy dom i poproszę o to wszystkich moich przyjaciół.
Jeszcze bardziej chciałbym ci pomóc. Potrzebujesz pomocy i jesteś moim przyjacielem.
– A z tobą wszystko w porządku? To znaczy masz jakieś plany? Potrzebujesz pomocy?
– Dzięki. Jeśli tylko uda mi się gdzieś ulokować Nanę, to wszystko będzie w porządku.
Kosuke poczuł, że niczego więcej się nie dowie. W każdym razie zaproponował pomoc.
– Swoją drogą, nie wyobrażasz sobie mojego zdziwienia, kiedy zobaczyłem zdjęcie Nany. Nie wiedziałem, że Hachi ma sobowtóra!
– Niesamowite, prawda? W rzeczywistości są jeszcze bardziej podobne, niż to się wydaje na zdjęciu.
Satoru zerknął na klatkę, ale nic nie wskazywało na to, że Nana zamierza wyjść.
– Ja też zdębiałem, jak go zobaczyłem. Pomyślałem, że to Hachi.
To nie było możliwe, Hachi nie żył. Kosuke poczuł się urażony lekkością, z jaką Satoru podchodził do tego smutnego tematu.
– A co się później stało z Hachim?
– Odszedł, kiedy byłem w liceum. Jego właściciel nas zawiadomił. Wypadek samochodowy.
Och, to musiała być dla Satoru przytłaczająca wiadomość. Gdzie był i co robił, kiedy ją otrzymał?
– Szkoda, że mnie wtedy nie powiadomiłeś.
Nie mogliśmy nic poradzić, ale przynajmniej opłakalibyśmy śmierć kota, którego obaj znaliśmy. Satoru zrobił to pewnie w samotności.
– Przepraszam cię. Rzeczywiście tak byłem zajęty swoim smutkiem, że o tobie zapomniałem.
– Nie przepraszaj, głupku!
Kosuke zamarkował uderzenie przyjaciela pięścią, a Satoru w odpowiedzi uchylił się przed wyimaginowanym ciosem.
– Wydaje mi się, że czas się zatrzymał. Pamiętasz dzień, kiedy znaleźliśmy Hachiego? Dla mnie to jakby się zdarzyło wczoraj.
Czy pamiętam?
– Nigdy tego nie zapomnę.
Obaj uśmiechnęli się do wspomnień.
*
Niedaleko od Zakładu Fotograficznego Sawada na niewielkim wzniesieniu znajdowała się elegancka dzielnica mieszkaniowa. Trzydzieści lat temu można ją było nazwać dzielnicą wzorcową, taką, do której przychodzi się oglądać nowe domy.
W takim miejscu w niewielkim bloku mieszkał mały Satoru z rodzicami. Trójosobowa rodzina.
Koledzy zaczęli chodzić na basen w drugiej klasie szkoły podstawowej. Kosukego zapisała matka, bo chłopiec od małego cierpiał na rozmaite alergie, a ona się dowiedziała, że woda wzmacnia skórę. Satoru trafił na basen z innego powodu. Po prostu pływał tak szybko, iż rozeszła się plotka, że ma błony między palcami. Nauczyciel wychowania fizycznego zarekomendował zapisanie chłopaka do klubu.
Zawsze skory do zabawy Satoru w wolnym czasie lubił pełzać po dnie basenu jak salamandra i łapać znienacka któregoś z kolegów za nogę. Trener, którego tego rodzaju żarty wyprowadzały z równowagi, krzyknął kiedyś na chłopca: „Dość już tego, Kappa2!”. To przezwisko natychmiast przylgnęło do chłopca. Zależnie od humoru trener wołał na niego również „Płetwacz”.
Kiedy jednak zaczynał się trening, Satoru przechodził na tor dla zaawansowanych pływaków, a Kosuke zostawał na torze dla alergików.
Gdy Kappa, zwany też Płetwaczem, sunął po wodzie jak torpeda, robił na kolegach niemałe wrażenie. Kosuke, mimo że Satoru był jego najbliższym przyjacielem, czuł zazdrość. Też chciałbym tak pływać – myślał.
Zwykła sympatia do kolegi wracała, kiedy widział go z rozbitym czołem, bo ten czasami uderzał głową o dno basenu.
Tego dnia wskazówka barometru uczuć Kosukego przesunęła się na stronę zazdrości. Minęły już dwa lata, odkąd razem zaczęli chodzić na basen. Był początek lata.
Kosuke pierwszy przybył na miejsce spotkania, u podnóża wzniesienia, na którym stało nowe osiedle, stamtąd zawsze szli na basen razem.
Pod tablicą z mapą osiedla leżało tekturowe pudło i miauczało donośnie. Kosuke zajrzał do środka ostrożnie przez szparę w górnej części pudła. Dwie białe, puchowe kulki. Gdzieniegdzie brązowe i czarne plamki.
Patrzył na nie z otwartymi ze zdumienia ustami. Jakież to bezbronne i słabe istoty! Bał się ich dotknąć, żeby nie zrobić im krzywdy.
– O rany! Kotki!
Głos, który usłyszał nad głową, należał do Satoru.
– Skąd je masz? – Satoru przykucnął obok.
– Tu były.
– Ale super!
Przez chwilę onieśmieleni głaskali mięciutkie kulki delikatnie, końcami palców, ale wkrótce Satoru nie wytrzymał.
– Weźmiemy je na ręce?
„Nie wolno ci dotykać zwierząt, masz alergię” – wielokrotnie powtarzane słowa matki przemknęły mu przez głowę, ale skoro Satoru może, to on, Kosuke, zrobi to samo. Pal licho! Poza tym to on pierwszy znalazł kocięta.
Chłopcy wsuwają dłonie pod kocięta i podnoszą je do góry. Ależ lekkie!
Oczywiście zabawa jest zbyt przyjemna, żeby ją przerwać, więc koledzy spóźnią się na trening. Jeszcze chwilę, już idziemy, już naprawdę idziemy… Z trudem odrywają się od pudła. Zajrzymy do was po treningu – obiecują. Biegną w stronę basenu na złamanie karku.
Przekroczyli dozwolony limit spóźnienia, więc dostali od trenera po głowie. Nieważne.
Drogę powrotną z basenu też pokonali biegiem.
Pod tablicą informacyjną osiedla wciąż leżało to samo pudło, ale w środku był już tylko jeden kotek. Ktoś musiał przygarnąć drugiego. A więc los pozostałego w pudełku kociego niemowlaka zależy tylko od nas.
Był śliczny. Dwie plamki na łepku i czarny zakręcony ogonek. Usiedli po obu stronach pudła i wpatrywali się w śpiące, zwinięte w kłębek zwierzątko tak intensywnie, że gdyby wzrok palił, wypaliliby w nim wielką dziurę.
Czy istnieje na świecie dziecko, które nie chciałoby zabrać do domu istoty tak malutkiej i mięciutkiej? A co się stanie, jeśli spróbują to zrobić? Obydwaj zastanawiali się nad tym samym i obaj wiedzieli, o czym myśli drugi.
U mnie? Matka na pewno się sprzeciwi, powie, że mam alergię. Poza tym ojciec nie przepada za zwierzętami…
Zajętego ponurymi myślami Kosukego uprzedził Satoru:
– Zapytam mamę, może pozwoli.
– Czekaj, to nie fair!
Ten nagły wybuch miał swoje korzenie gdzie indziej.
Na niedawnym treningu usłyszał, jak dziewczynka, która bardzo mu się podobała, westchnęła w kierunku Satoru: „Ale on jest świetny!”. Chodziło o to, że świetnie pływa, i rozważając to, co powiedziała, z perspektywy czasu, prawdopodobnie miała na myśli: „Ale ten wstrętny Kappa świetnie pływa!”, co niekoniecznie było komplementem i nie powinno stać się powodem do zazdrości.
Satoru szybko pływał, nie miał alergii, miał za to łagodnych rodziców, którzy na pewno pozwolą mu przygarnąć kotka. Nie dość, że ta śliczna dziewczyna wzdycha, jaki to on świetny, to jeszcze bez większego trudu będzie mógł trzymać w domu to delikatne, puchate stworzenie. Czy może być na świecie większa niesprawiedliwość?
Satoru, oskarżony o nieuczciwość, wyglądał jak uderzony obuchem. Widząc jego zmieszaną minę, Kosuke poczuł się dodatkowo winny.
– To nie fair, bo ja go pierwszy znalazłem.
Słysząc to wymyślone naprędce uzasadnienie, Satoru natychmiast kiwnął głową i przeprosił. Głupi.
– Rzeczywiście, ty go pierwszy znalazłeś. To twój kot, Ko-chan3.
Kosuke tak już namieszał, że teraz nie miał innego wyjścia, jak tylko kiwnąć głową na znak dumnego przyjęcia przeprosin, wziąć pudło z kotem i w niezbyt miłym nastroju z powodu kłótni z kolegą udać się do domu.
Niespodziewanie matka Kosukego nie sprzeciwiła się specjalnie, widząc kota.
– Dzięki pływalni od dawna nie widziałam u ciebie żadnej wysypki. Jeśli będziesz po nim sprzątał, to może zostać. Ostatnio u wujka bawiłeś się z kotem i nic ci się nie stało.
Swoją drogą, rzeczywiście ostatnio nie dokuczały mu objawy alergii. Do lekarza chodził teraz bardzo rzadko.
Niestety przeszkodą nie do pokonania okazał się ojciec.
– Nie, nie, nie! Żadnych kotów!
Taka była jego pierwsza reakcja, a potem w ogóle nie chciał rozmawiać.
– A jak będzie sobie ostrzył pazury w tym domu? Poza tym kot kosztuje. Czy ja po to pracuję, żeby utrzymywać kota?
Matka wstawiła się za synem, ale to tylko dolało oliwy do ognia. Ojciec stawał się coraz bardziej zacięty. Stanęło na tym, że jeszcze przed kolacją Kosuke musi odnieść kota na miejsce, z którego go zabrał.
Chłopiec wziął pudło i bliski płaczu ruszył w kierunku wzgórza.
Nie mógł jednak zostawić kotka pod tablicą na pastwę losu, więc pomimo niedawnej kłótni poszedł do kolegi.
– Ojciec nie pozwolił… – zaszlochał.
– Rozumiem – odparł Satoru, kiwając głową. – Ale czekaj! Mam pomysł.
Powiedziawszy to, chłopiec zniknął w głębi mieszkania. Pewnie poszedł poprosić mamę – myślał Kosuke, czekając na kolegę w progu. Po chwili Satoru pojawił się znowu. Miał ze sobą sportową torbę, w której zwykle nosił rzeczy na basen.
– Satoru? Gdzie idziesz z tą torbą? Zaraz będzie kolacja. Jak tylko ojciec wróci.
– Zjedzcie beze mnie – odparł chłopak. – Ja i Kosuke uciekamy z domu. Niedługo wrócimy.
– Co?! – Zwykle opanowana i łagodna matka tym razem podniosła głos: – Satoru! Co ty wygadujesz?
Zdaje się, że smażyła właśnie tempurę, ale wybiegła z kuchni i zajrzała do przedpokoju.
– Ko-chan, co się tu dzieje?
Niestety Kosuke nie miał zielonego pojęcia. W rzeczywistości okrzyk: „Co?!” wyrwał się również z jego ust.
Nieważne – Satoru pociągnął kolegę za rękę i wybiegli z domu.
– Czytałem niedawno taką książkę: chłopak w naszym wieku musi wyrzucić szczeniaka, którego właśnie znalazł, bo ojciec nie zgadza się na przygarnięcie zwierzęcia. Bohater oczywiście nie może tego zrobić, więc ucieka z domu. Ojciec znajduje syna w środku nocy i wtedy zgadza się na psa pod warunkiem, że chłopiec weźmie na siebie wszystkie obowiązki związane z trzymaniem zwierzęcia.
Satoru streścił przeczytaną książkę z wypiekami na twarzy.
– To dokładnie tak samo jak z tobą. Tylko zamiast szczeniaka mamy kotka. Na pewno się uda. Pomogę ci.
Poza tym, że zamiast psa mamy kota, dużą różnicę stanowił fakt, że bohater książki nie potrzebował pomocnika – pomyślał Kosuke – ale może rzeczywiście ojciec zmartwi się trochę moją ucieczką i pozwoli zatrzymać zwierzątko?
Warto spróbować.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobili, było kupno karmy. Zaopatrzyli się w puszkę z karmą dla kociąt w pobliskim sklepiku.
– Chcemy coś do jedzenia dla małego kotka.
– To powinno być dobre. – Ekspedient wybrał puszkę. Miał czerwone, farbowane włosy, ale wbrew pozorom okazał się wrażliwym człowiekiem.
Następnie zjedli kolację na ławce przy skwerku dla dzieci. Satoru zabrał z domu chleb i cukierki, więc najedli się do syta. Kotek dostał pokarm z puszki.
– W książce było napisane „w środku nocy”, więc musimy tu posiedzieć do dwunastej.
Satoru zapakował do torby nawet budzik. Nie zapomniał o niczym.
– Ale jeśli tak długo nie wrócę do domu, to ojciec strasznie się zdenerwuje.
Rodzic, choć uprzejmy dla klientów, w domu był upartym i wybuchowym despotą.
– Hm… Robimy to dla kota. Możliwe, że twój tato się zdenerwuje, lecz koniec końców wybaczy. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze.
Wybaczający ojciec to ten z książki. Mój ojciec jest z innej bajki. Czy aby na pewno wszystko będzie dobrze?
Obok chłopców, bawiących się z kotkiem dla zabicia czasu, co chwilę przechodził jakiś człowiek. Właściciele psów na wieczornym spacerze oraz starsze panie. Kobiety zwykle przystawały i zagadywały:
– Nie za późno? Co wy tu robicie? Wracajcie do domu, rodzice czekają.
Zdaje się, że od początku to miejsce nie było najlepsze. Wszyscy w okolicy znali chłopców z widzenia.
– Proszę się nie martwić. Uciekliśmy z domu.
Coś tu nie gra. Nie tak to powinno wyglądać. Kosuke nie miał pojęcia, na czym polega prawdziwa ucieczka z domu, ale przeczucie mówiło mu, że powinna wyglądać inaczej.
Po zagadnięciu przez piątą z kolei ciekawską staruszkę Kosuke nie wytrzymał i głośno podał w wątpliwość założenia całego przedsięwzięcia:
– Wiesz co, Satoru? Chyba nie tak się ucieka z domu.
– Myślisz? Ale w książce ojciec szuka syna na skwerku.
– Tutaj to chyba nie ma sensu…
Przede wszystkim chodziło o wzbudzenie litości w ojcu Kosukego. „Biedny synku, skrzywdziłem cię, ale zrozumiałem swój błąd. Już dobrze, zgadzam się na kotka” – takie miało być zakończenie. Tymczasem nikt nie okazywał im litości.
– Satoru! – Wołanie matki przyjaciela poderwało chłopców na nogi.
– Tak szybko nas znalazłaś? – zdziwił się Satoru.
– A myślałeś, że nie znajdę?
Zdumienie kobiety było większe niż chłopca. Chyba wszystkie staruszki zachodziły do domu Satoru i zdawały mamie relację: „Pani syn ciągle jeszcze bawi się na skwerku”.
– Mamo, przepraszam cię, ale nie możesz nas jeszcze złapać! Ko-chan, idziemy! – Satoru chwycił pudło i zaczął uciekać.
Kosuke nie miał wielkiego wyboru. Musiał również kontynuować ucieczkę. Chociaż rozwój wypadków znacząco odbiegł już od historii opisanej w książce, ciągle jeszcze istniała szansa na nieoczekiwany zwrot akcji i szczęśliwe zakończenie.
Chłopcy wyminęli matkę Satoru i pobiegli w dół wzgórza, nabierając w ten sposób rozpędu.
– Mam was! – Głos ojca Kosukego, niczym grzmot, dopadł ich na dole. Żegnaj, zwrocie akcji, żegnaj, szczęśliwe zakończenie. Teraz najlepiej położyć uszy po sobie i jak najszybciej przeprosić.
– Uwaga! Wróg na horyzoncie! Ko-chan, wiejemy…
Faktycznie, tym razem to już nie przelewki. Historia opisana w książce i ich własna historia nie miały już ze sobą nic wspólnego. Jaki w takim razie będzie morał tej opowieści? Kosuke nie umiał sobie wyobrazić zakończenia i jedyne, co mógł teraz zrobić, to biec ze wszystkich sił i nie dać się wyprzedzić koledze.
Ojciec z zespołem metabolicznym i małą sprawnością ruchową został w tyle już na pierwszym zakręcie, ale później rozciągała się prosta droga, na której nie było gdzie się schować.
– Ko-chan, tutaj! – Satoru wbiegł do sklepiku, w którym niedawno kupowali karmę dla kota. Sklep świecił pustkami: kilka osób czytających książki, za które nie zamierzały zapłacić, i ufarbowany ekspedient, rozkładający towar na półkach.
– Proszę nas schować. Jesteśmy ścigani! – zawołał Satoru pełnym głosem.
Słysząc tę dziwaczną, lecz zwięzłą prośbę, ekspedient spojrzał na chłopców podejrzliwie.
– Jak nas złapią, będziemy musieli go wyrzucić. – Pudło, które Satoru podniósł wyżej, żeby pokazać zawartość młodemu mężczyźnie, właśnie zaczęło wydawać dźwięk podobny do syreny karetki pogotowia. Kotek wystraszył się huśtania podczas ucieczki.
Ekspedient popatrzył chwilę na pudło, po czym nie mówiąc ani słowa, obrócił się na pięcie i poszedł w kierunku zaplecza. Po kilku krokach spojrzał w stronę chłopców i przywołał ich gestem ręki.
Przez małe podwórko wydostali się na uliczkę z tyłu sklepu.
– Dziękujemy, wujku!
Znów biegną, Satoru pierwszy, Kosuke za nim. Czyja jest ta ucieczka?
Kosuke obejrzał się za siebie. Ekspedient miał naburmuszoną minę, ale pomachał im na pożegnanie.
Zajrzeli tu, zajrzeli tam, ale liczba miejsc, w których jako dzieci mogliby się schować, była ograniczona.
Ostatecznie wybrali szkołę. Dorośli – znajomi i sąsiedzi – którzy poruszeni wieścią o zniknięciu chłopców, przeczesywali okolicę, dotarli również tutaj.
Nie wiedzieli oni jednak (o czym wiedział każdy uczeń), że jedno z okien na parterze miało wadliwą konstrukcję i z łatwością można się było dostać tamtędy do środka. W czasie, gdy tłum dorosłych biegał tu i tam pod budynkiem, szukając sposobu, żeby wejść do szkoły, chłopcy pięli się już po schodach na najwyższe piętro.
Jeszcze parę schodów i byli na dachu. Zdyszani usiedli i odłożyli pudło z kotem.
– Wszystko z nim w porządku? Strasznie musieliśmy go wyhuśtać…
W pudełku panowała podejrzana cisza. Otworzyli tekturową przykrywkę. Kotek leżał zwinięty w kącie. Kosuke powoli wsunął rękę do pudła, żeby dotknąć malucha.
MIAAAU!
Takiego wrzasku jeszcze do tej pory nie słyszeli.
– Musimy go uciszyć.
Zaczęli głaskać i przemawiać do kociaka jeden przez drugiego, ale ten nie zamierzał się uspokoić. W końcu bezradnie rozłożyli ręce.
– Słychać miauczenie!
– Tam na dachu.
Tłumek zaczął gromadzić się w jednym miejscu pod szkołą.
– Kosuke! Złaź, pókim dobry!
Tubalny głos należał do ojca uciekiniera. Z tonu głosu można było wnioskować, że głowa chłopca odkształci się od uderzeń pięścią4, jeśli ojciec złapie go w swoje ręce.
Kosuke spojrzał na przyjaciela z wyrzutem i łzami w oczach.
– Nic nie jest w porządku, okłamałeś mnie!
– Nie wymiękaj. Zaraz wszystko obróci się na dobre.
– Nie sądzę…
Z dołu dał się słyszeć kolejny okrzyk:
– Satoru, schodź natychmiast.
Ojciec Satoru wystąpił w roli reprezentanta grupy ścigającej drugiego chłopca.
– Tam jest drabina przeciwpożarowa!
Ktoś nadgorliwie podzielił się tym spostrzeżeniem i poruszenie na dole wskazywało na to, że ojciec Kosukego, któremu adrenalina dodała animuszu, zaczął się wspinać po tej drabinie.
– To już koniec. – Kosuke ukrył twarz w dłoniach.
Satoru podbiegł do barierki okalającej dach i wychylił się, żeby krzyknąć w stronę tłumu:
– Nie wchodź! Bo skoczę!
Tłum na dole wstrzymał oddech.
– Tak mówi Ko-chan…
Cooo? – powiedziałby Kosuke, gdyby nie zamurowało go ze zdziwienia.
– Co ty wygadujesz, Satoru! – Kosuke szarpnął przyjaciela do tyłu, odzyskując głos.
– Spokojnie! Teraz nastąpi wielka kulminacja – odparł z uśmiechem Satoru, pokazując koledze uniesiony do góry kciuk.
– Synku, to prawda? – tym razem dał się słyszeć głos matki Satoru.
– Prawda, prawda. Już zdejmuje buty!
Tłum wydał pomruk.
– Kosuke, nie spiesz się, porozmawiajmy – przemówił ojciec Satoru.
– Ja ci dam! – Parę buchającą z głowy ojca Kosukego było widać niemal z dachu. – Koniec tego mazgajstwa, zaraz cię dopadnę!
– Niech pan tego nie robi! Ko-chan podjął decyzję. Umrze razem z kotem, jeśli nie mogą żyć razem.
Po tej groźbie Satoru zwrócił się do kolegi z poważną miną:
– Ko-chan, przestawiłbyś jedną nogę za barierkę?
– Zwariowałeś?
– Ale to dla kota, chcesz go mieć, prawda?
– No chcę, ale… – Czy naprawdę musi ryzykować życie tylko po to, żeby mieć kota? To przecież jakiś absurd. W tej książce, którą czytał Satoru, chłopiec nie musiał skakać z dachu dla szczeniaka. Może zapytałby rodziców, czy jemu pozwolą zatrzymać kota?
Satoru zrobił taką minę, jakby połknął żabę.
– Jak to? To znaczy, że ja go mogę wziąć?
– Może najpierw, zanim popełnię samobójstwo, rozważymy tę opcję?
Twarz Satoru rozpromienił uśmiech.
– Mamo, tato! Ko-chan pyta, czy pozwolicie mi hodować kota.
– Oczywiście, synku, tylko sprowadź kolegę bezpiecznie na ziemię.
Wzburzenie na dole trwało. Mylnym domysłom i komentarzom nie było końca.
*
…Satoru, ale ty byłeś niemądry!
Nie wychodząc z klatki, przysłuchiwałem się wspomnieniom z dzieciństwa Satoru i Kosukego. No dobrze: podsłuchiwałem, ale czy mogłem puścić mimo uszu historię tak pełną absurdów?
– Pamiętasz manto, jakie spuścił nam ojciec, kiedy zeszliśmy z dachu?
– Pamiętam. Twój ojciec zbił nas obu tak, że na następny dzień mieliśmy spuchnięte głowy, wyglądaliśmy jak Budda.
Bohater opowieści, kotek, który postawił na nogi pół osiedla, to najwyraźniej Hachi, mój poprzednik.
– Swoją drogą, Hachi był maści tricolor, to podobno niezwykle rzadkie u samców?
Naprawdę? Ja też jestem samcem i wyglądam tak samo jak Hachi. To znaczy, że jestem wyjątkowo rzadkim kotem? Nadstawiłem uszu.
– Nie – roześmiał się Satoru. – Niestety nie. Pytałem weterynarza. Żeby zaliczyć kota do maści tricolor, powierzchnia kolorowych plam musi być większa. Hachi był prawie cały biały, tylko czoło i ogon miał innego koloru.
Ach – Kosuke uniósł w górę ręce i splótł je na piersi w geście zadumania. Widziałem to przez szparę w klatce.
– Długo żałowałem, że nie spróbowałem przekonać ojca tym argumentem. Że Hachi był prawdziwym tricolorem. Ale okazuje się, że nie był.
Kosuke spojrzał na klatkę. Pospiesznie odwróciłem wzrok. Nie ma sensu, żeby poczuł do mnie sympatię.
– A jak Nana? Pyszczek podobny do Hachiego, a reszta ubarwienia? Zalicza się do tricolor?
– Nie, to zwykły mieszaniec.
Zwykły mieszaniec! Dzięki. – Spojrzałem na Satoru obrażonym wzrokiem.
– Ale dla mnie ma większą wartość niż rodowity tricolor. No i to podobieństwo do Hachiego! Nie wydaje ci się, że to zrządzenie losu? Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Nanę, od razu pomyślałem, że będzie moim ważnym przyjacielem.
Nie, wcale nie podskoczyłem z radości. Wiedziałem, że Satoru powiedział to specjalnie. Chciał mnie udobruchać.
Z drugiej strony zaczynałem rozumieć, dlaczego płakał, kiedy znalazł mnie ze złamaną nogą. To dlatego, że Hachi zginął potrącony przez samochód już po tym, jak Satoru musiał się z nim rozstać. Bał się, że znów straci kogoś ważnego w wypadku.
– To był dobry kot, taki spokojny.
Satoru roześmiał się:
– Ha, ha, trochę za spokojny! Nie był zbyt bystry.
Z rozmowy przyjaciół wynikało, że Hachi nie był zbyt rozgarnięty. Z tych kotów, które złapane za kark zwieszają łapy. Prawdziwy kot podkurcza je w takiej sytuacji. Hachi niczego w życiu nie upolował. Co za wstyd!
Ja? Ja oczywiście jestem prawdziwym kotem. Pierwszego wróbla złapałem, jak miałem niecałe pół roku. Mimo że trudniej upolować zwierzę o dwóch nogach niż to, które porusza się na czterech.
– Rzeczywiście, kręciło mu się w głowie po chwili zabawy w gonienie jakiejś zabawki lub trawki.
– No cóż, to był delikatny kotek.
– A Nana? Jaki jest pod tym względem?
– Nana uwielbia gonić swoją sztuczną myszkę. Ma taką zabawkę z króliczego futerka.
Matko! Co za potwarz! Ja lubię tę głupią mysz? Przede wszystkim to beznadziejna i denerwująca atrapa!
Jest troszkę podobna do prawdziwej myszy, ale kiedy ją łapię i zatapiam w niej kły, i nie czuję ani kropli tego smakowitego soku, to ogarniają mnie złość i poczucie pustki. Jak na kreskówce, którą czasem oglądam w telewizji: jakiś samuraj zabija nie tego, co trzeba, i krzyczy: „Niepotrzebnie stępiłem sobie miecz!”. Tak się właśnie czuję. „Niepotrzebnie tępię sobie zęby!”
Do takiej zabawki można by zaszyć kawałek mięsa. Że też nikt w sklepie z zabawkami dla zwierząt nie przyjmuje zażaleń od nas, prawdziwych klientów. Patrzą tylko na to, żeby usatysfakcjonować właścicieli, a nas nikt o zdanie nie pyta.
Osobiście stres po zabawie taką zabawką staram się rozładować na spacerze. Trudno jednak coś złowić, kiedy Satoru depcze mi po piętach, a zwykle chodzimy na spacer razem.
Wygląda to tak, że jeśli zobaczę potencjalną ofiarę, Satoru nagle zaczyna wykonywać jakieś zamaszyste ruchy albo robić hałas. Patrzę na niego piorunującym wzrokiem, a on udaje, że niczego się nie domyśla. Oczywiście wie dobrze, o co mi chodzi.
Kiedy ze złości zaczynam machać ogonem, Satoru robi skruszoną minę i próbuje się tłumaczyć:
– Masz przecież w domu suchą karmę. Nie musisz zabijać. I tak nie zjadasz tego, co upolujesz.
Nie zjadam, nie zjadam! Ale jesteś głupi. Przecież nie o to chodzi. Wszystkie zwierzęta na świecie mają zabijanie wpisane w naturę. Jedne zabijają zwierzęta, inne rośliny. Cóż, że rośliny nie mają głosu i nie mogą się skarżyć? Łowienie tego, co się daje złowić – to instynkt kota. Kot poluje dla treningu, niekoniecznie dlatego, że jest głodny.
Zwierzę, które nie umie samodzielnie zdobyć pożywienia, jest skończone. Tylko ludzie tego nie rozumieją. Satoru też, bo jest człowiekiem.
– Nana umie polować?
– Umie? Mało powiedziane. Nana jest mistrzem polowania. Załatwi każdego gołębia, który usiądzie na moim balkonie.
O tak. Nie lubię tych ważniaków. Trzymają się blisko ludzi, jakby to było ich terytorium. Wiele razy Satoru przemawiał do mnie ze łzami w oczach:
– Znowu zabiłeś gołębia? Czemu? Nawet go nie zjadłeś!
Jeśli nie chcesz, żebym polował na balkonie, to nie przeszkadzaj mi podczas spacerów.
Poza tym sam narzekałeś, że napaskudziły ci na materac5. Teraz masz czysty materac, a ja mogę sobie zapolować. To się nazywa upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Swoją drogą, gołębie prawie nie przylatują już na nasz balkon. Mógłbyś przynajmniej mi podziękować.
– Z tymi gołębiami to miałem kłopot. Wróbla czy mysz mogłem zakopać na trawniku pod blokiem. Raz-dwa i po krzyku, nikt nie zauważa. A gołębia musiałem zanieść do parku i po kryjomu zakopać. Trzydziestoletni mężczyzna zakopujący w parku coś wielkości gołębia wygląda, jak by nie patrzeć, podejrzanie.
– Faktycznie, coraz więcej słyszy się strasznych historii.
– Właśnie. Jeśli ktoś mnie przyłapał, musiałem się tłumaczyć: „Wie pan, mój kot upolował gołębia…”, ale ludzie raczej nie przyglądali się temu, co zakopuję, tylko odwracali głowę i oddalali się jak najszybciej. Oczywiście w takich chwilach Nana miał co innego do roboty.
A, to nie wiedziałem. Trzeba było powiedzieć, to bym ci towarzyszył. Sam jesteś sobie winny, bo nie powiedziałeś. Nie będę przepraszał.
– Nana, w przeciwieństwie do Hachiego, jest pewnie dzikim kotem. W głębi serca.
– Możliwe. Ale empatią dorównuje Hachiemu. Jeśli tylko mam chandrę albo coś mi dolega, zawsze do mnie przychodzi.
Wiadomo. Nie będę się specjalnie cieszył.
– Czasami wydaje mi się, że rozumie, co się mówi.
To raczej wy, ludzie, jesteście głupi, bo uznaliście, że koty nie rozumieją waszej mowy. Takie jest moje zdanie.
– Hachi też był dobrym kotem. Zawsze, kiedy przychodziłem do was po awanturze z ojcem, siadał mi na kolana.
– No tak. Ciekawe, że zawsze wiedział, kto jest pokrzywdzony. Po kłótni rodziców wybierał kolana tego, kto przegrał. Z dziećmi było gorzej, bo nikt się nie chciał przyznać, że przegrał, a tu kot wskakuje ci na kolana.
– Nana też wybiera przegranego?
– Jasne. Nana jest dobrym kotem.
Satoru, muszę cię pochwalić. Za to, że powtarzając za Kosukem, nie użyłeś słowa „też”.
Może Hachi był dobrym kotem, ale kiedy słyszę: „Hachi to, Hachi tamto”, mam ochotę zniknąć.
– Przepraszam cię, Satoru – nagle odzywa się Kosuke. – Za to, że wtedy nie mogłem przygarnąć Hachiego.
– Nic nie mogłeś zrobić.
W głosie Satoru nie ma żalu. Jeśli jest, to w głosie Kosukego.







