W kolejnym tomie serii „Lato z…” William Marx zabiera czytelników w fascynującą podróż, podczas której przybliża postać Don Kichota.
Autor odsłania dzieło Cervantesa na nowo – pod warstwą farsy kryją się filozoficzne rozważania i krytyka społeczna. Sam Don Kichot staje się mistrzem, od którego możemy się nauczyć, jak radzić sobie w coraz bardziej niesprawiedliwym świecie.
To zaproszenie do intelektualnej podróży, podczas której śmiech zastąpi egzystencjalne rozterki. Zanurzenie się w tę opowieść i zaprzyjaźnienie z Don Kichotem działa jak balsam na skołataną duszę.
Książka Williama Marxa będzie piątą wydaną przez Noir sur Blanc publikacją z serii „Lato z…”. Tym razem zapraszamy czytelników do głębokiej analizy ponadczasowego arcydzieła Cervantesa. Choć na pierwszy rzut oka powieść ta może wydawać się wyłącznie farsą, w rzeczywistości jest pomnikiem literackim, który demaskuje wszelkie pozory i przekracza granice między fikcją a rzeczywistością.
Autor ukazuje Don Kichota jako symbol człowieka współczesnego, który w obliczu świata pozbawionego nadziei i złudzeń postanawia ukształtować swoje życie na wzór bohatera eposu rycerskiego. Fikcja staje się dla niego jedyną deską ratunku. Odpowiedzią Cervantesa na chaos jest: wierzyć bez ustanku i działać „tak, jakby” — zastąpić realny świat wyobrażeniem, w którym można zachować nadzieję.
Don Kichot, choć absurdalny i szalony, staje się mistrzem życia, który uczy nas bezgranicznej dobroci i walki z niesprawiedliwością. Pod warstwą śmiechu i burleski kryje się filozofia, metafizyka i ostra krytyka społeczeństwa, a wszystko to możemy odkryć w czterdziestu czterech krótkich rozdziałach będących zapisem audycji prowadzonych przez Williama Marxa w radiu France.
Lato z Don Kichotem
Przekład: Agata Kozak
Seria „Lato z…”
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 5 sierpnia 2026
Od tłumaczki
Od końca XIX wieku powstały cztery przekłady pełnej wersji Don Kichota na język polski, każdy dzieli od poprzedniego kilkadziesiąt lat1. Na potrzeby tej książki pominęłam ten najstarszy, korzystałam z trzech pozostałych. Wojciech Charchalis, autor najnowszego tłumaczenia, wspomina w swojej arcyciekawej przedmowie, że Cervantes dawno potrzebował odświeżenia w polszczyźnie i że archaiczność poprzednich przekładów utrudnia współczesnemu czytelnikowi kontakt z arcydziełem. Charchalis uzasadnia przekonująco swoje odbiegające od tradycji wybory dotyczące chociażby imion takich postaci ludzkich i zwierzęcych, jak Dulcynea – u niego Cudenia – czy Rosynant – u niego Chabeton. Ja z kolei w swoim tłumaczeniu Lata z don Kichotem postanowiłam utrzymać dawne, utrwalone w kulturze polskiej nazwy własne, przede wszystkim dlatego, że posługuje się nimi William Marx. To prawda, że w języku francuskim mają one ten sam źródłosłów co w hiszpańskim, dzięki czemu w naturalny sposób wywołują skojarzenia, których w polszczyźnie nie sposób uzyskać. Rezygnacja z nich zamieniłaby Lato z don Kichotem w zabawę z rebusami. W którymś momencie pojawi się jednak na łamach niniejszej książki Sanczo Brzuchacz Wojciecha Charchalisa – tak, to ciągle ten sam Sanczo, posiadacz obfitej tkanki tłuszczowej w okolicy pasa, jako że hiszpańskie pansa (fr. panse) znaczy ‘brzuszysko’, ‘kałdun’. Każdy z polskich tłumaczy Cervantesa stosuje nieco odmienną transkrypcję i pisownię imion własnych – jeden pisze Pansa przez „s”, u innych mamy „z”, postać tytułowa to raz don małą literą, a innym razem dużą, jedni zapisują arabskie imię i nazwisko Sidi Ahmed Benengeli, u innych ta sama osoba to Cide Hamete Benengeli. Pozwoliłam sobie ujednolicić te warianty na potrzeby swojego tłumaczenia. Postanowiłam wykorzystać kilka przydomków don Kichota, ponieważ uważam, że różne przekłady lepiej pokazują bogactwo tekstu oryginalnego – jest on więc Rycerzem Żałosnego, ale i Smętnego Oblicza, a także Rycerzem o smętnym obliczu. W moim tekście jest jednocześnie przemyślny, zmyślny i pomysłowy. Od Williama Marxa dowiadujemy się, że istnieje około dziesięciu przekładów Cervantesa na japoński i tyleż na chiński. Bardzo byłabym ciekawa, jak wielkie istnieją między nimi różnice, bo że tłumacze mieli twardy orzech do zgryzienia, to pewne!
Agata Kozak
TAM, GDZIE ZACZYNA SIĘ TA HISTORIA
To zaczęło się tak4:
W pewnej wiosce Manczy, której nazwy nie mam ochoty sobie przypomnieć, nie tak dawno żył szlachcic z rodzaju tych, co to mają wiszącą na kołku kopię, starą tarczę, suchą chabetę i łownego charta.
(I, 1, W. Charchalis, s. 99)
Oto jeden z najsłynniejszych początków (skrupulant nazwałby te słowa incipitem), no więc jeden z najsłynniejszych początków w całej historii literatury, nie mniej sławny niż:
Było to w Megarze, na przedmieściu Kartaginy, w ogrodach Hamilkara5.
Albo:
Przepych i wytworność nigdy nie jaśniały we Francji równym blaskiem jak w ostatnich latach panowania Henryka Drugiego6.
Czy na przykład:
Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób7.
Wróćmy w takim razie do początku:
Przez długi czas kładłem się spać wcześnie8.
Nie, nie o ten początek chodzi! To jest Proust poszukujący straconego czasu, a mnie chodzi o pierwsze słowa Don Kichota:
W pewnej wiosce Manczy, której nazwy nie mam ochoty sobie przypomnieć, nie tak dawno żył szlachcic z rodzaju tych, co to mają wiszącą na kołku kopię, starą tarczę, suchą chabetę i łownego charta.
Ależ dziwny początek! Jesteśmy w wiosce w regionie La Mancha, nie mylić z francuskim departamentem la Manche, w centralnej Hiszpanii, na południe od Madrytu, gdzie okolica jest niemal pustynna, zupełnie niesprzyjająca przygodzie, i oto narrator, a raczej ten, kto opowiada historię, wcale nie podaje nam jej nazwy. To zresztą nie znaczy, że tej nazwy nie pamięta, co przecież może się zdarzyć, lub nigdy jej nie poznał – nie, on nie chce sobie przypomnieć, jak ta wioska się nazywa. Krótko mówiąc, celowo pozbawia nas informacji, którą każdy czytelnik powieści ma prawo znać, dlatego że powieści zwyczajowo sporo mówią o postaciach i o omawianych wydarzeniach.
Odmowa narratora, żeby przypomnieć sobie nazwę, jest równoznaczna z tym, co Freud nazywa wyparciem. Wyparciem świadomym i uczynionym publicznie w naszej przytomności – czytelniczek i czytelników. Co uzasadnia owo wyparcie? Czyżby złe wspomnienia?
Niektórzy twierdzą, że Cervantes trafił do więzienia w miejscowości Argamasilla de Alba. Przewodnicy pokazują tam zwiedzającym loch, w którym rzekomo napisał Don Kichota, ławę, na której ponoć siedział, stół, przy którym jakoby pracował, i jeszcze świeży atrament w kałamarzu. Nie ma obowiązku, by wierzyć w lokalne legendy, których turystyczny cel jest aż nazbyt oczywisty.
Prawda jest taka, że nigdy nie poznamy przyczyny tej dziury w opowieści, ponieważ książka nie pozwala nam jej wypełnić. Czy w takim razie możemy mieć zaufanie do dalszego ciągu? Jest to absolutnie niepewne.
Początkowe opory narratora paradoksalnie wzmacniają wrażenie realności: czytelnik dochodzi do wniosku, że skoro nie chce on sobie przypomnieć nazwy wioski, to zapewne owa wioska rzeczywiście istnieje i opowiedziana historia naprawdę miała miejsce, bo po cóż by zatajać jej nazwę, gdyby nie istniała? Tak oto oscylujemy pomiędzy przeświadczeniem a niedowierzaniem wobec opowiadacza-manipulatora. Już pierwsze zdanie budzi naszą czujność.
Pod koniec drugiej części narrator powraca do owej przedziwnej powściągliwości incipitu: jeżeli odmówił podania miejsca pochodzenia przemyślnego hidalga, zrobił to, „aby wszystkie miasta i miejscowości Manczy spierały się, chcąc go usynowić i uznać za swego tak, jak siedem miast Grecji walczyło o Homera” (II, 74, A.L. i Z. Czerny, s. 658) Poważnie? Druga część powieści została wymyślona, napisana i opublikowana dziesięć lat po pierwszej, więc to retrospektywne wyjaśnienie sformułowano zapewne przy tej okazji.
Cervantes wprowadza nowy typ powieści, w związku z czym warto, by czytelnik nauczył się nie wierzyć we wszystko, co podaje mu się do wierzenia. To szkoła inteligencji i krytycznego podejścia. A także sposób na to, by spojrzeć z pewnego dystansu na całą wiedzę zawartą w książkach i podawaną przez autorytety.
Czy dowiemy się czegoś więcej w tej mierze? To się okaże w następnym rozdziale.







