Arcydzieło Davida Fostera Wallace’a, autora takich bestsellerów jak „Niepamięć” czy „Blady Król”, i zarazem jedna z najważniejszych amerykańskich powieści końca XX wieku. „Niewyczerpany żart” to pełna błyskotliwego humoru i literackiego rozmachu historia o rodzinie, uzależnieniach, obsesji rozrywki i poszukiwaniu sensu w świecie, który coraz częściej myli szczęście z przyjemnością. Powieść kultowa, prowokacyjna i zaskakująco aktualna.
Gargantuiczna, błyskotliwa i dowcipna historia o pogoni za szczęściem w Ameryce. Portretująca najbardziej wzruszająco dysfunkcyjną rodzinę, jaka pojawiła się w literaturze ostatnich lat, powieść zgłębia zasadnicze pytania o kondycję człowieka i o rozrywkę: czym ona jest i dlaczego w tak dużym stopniu zdominowała nasze życie; jak pragnienie rozrywki wpływa na naszą potrzebę kontaktu z innymi ludźmi; co o nas mówią przyjemności, które wybieramy.
„Niewyczerpany żart” powszechnie uznawany jest za przełomową amerykańską powieść lat 90. i najlepszą jak dotąd próbę uchwycenia rzeczywistości w nierealnym świecie. Główną osią fabuły jest poszukiwanie zaginionej kopii taśmy wideo znanej jako „Rozrywka”: filmu tak zabawnego, że każdy, kto go zobaczy, będzie zmuszony oglądać go w kółko, a zainteresowanie jedzeniem, piciem i podstawowymi warunkami sanitarnymi z czasem wygaśnie.
To pełna rozmachu analiza namiętności i rozkoszy, które czynią nas ludźmi – a także jedna z tych rzadkich książek, które na nowo definiują granice powieści.
✓ Dla takich książek warto żyć”
– Jakub Małecki
✓ Następny krok w ewolucji prozy literackiej”
– „The Atlantic”
✓ Niewyczerpany żart przyćmiewa niemalże każdą powieść napisaną w ostatnim stuleciu”
– „The New York Times”
Niewyczerpany żart
Przekład: Jolanta Kozak
wydanie 2
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera w tej edycji: 17 czerwca 2026
ROK GLAD
Siedzę w gabinecie otoczony głowami i ciałami. Moja poza jest świadomie zgodna z kształtem twardego krzesła. Do tego zimnego pomieszczenia w gmachu Administracji Uniwersytetu, obitego boazerią, obwieszonego remingtonami, zaopatrzonego w podwójne okna chroniące przed listopadowym upałem, izolowanego od odgłosów Administracji zewnętrzną poczekalnią, zaproszono przed chwilą Wuja Charlesa, pana deLinta i mnie. Jestem tu, w środku.
Trzy twarze uplasowały się nad letnimi sportowymi marynarkami i półwindsorami po drugiej stronie stołu konferencyjnego z polerowanej sosny, lśniącego rozpajęczonym światłem arizońskiego południa. To trzej Dziekani – ds. Rekrutacji, ds. Studenckich, ds. Sportu. Nie wiem, która twarz należy do którego.
Wierzę, że sprawiam wrażenie neutralne, może nawet miłe, chociaż pouczono mnie, żebym raczej zgrzeszył neutralnością, niż silił się na przyjemny wyraz twarzy czy też uśmiech.
Zdecydowałem się starannie, mam nadzieję, założyć nogę na nogę, kostka stopy na kolanie, dłonie razem w kroku spodni. Moje splecione palce tworzą lustrzaną serię czytelnych dla mnie liter X. Resztę obsady pokoju przyjęć stanowią: uniwersytecki Dyrektor ds. Prac Pisemnych, uczelniany trener tenisa i prorektor Akademii, pan A. deLint. C.T. jest przy mnie, pozostali, kolejno, w pozycji siedzącej, stojącej, stojącej, znajdują się na marginesie mojego pola widzenia. Trener tenisa pobrzękuje drobnymi w kieszeni. Zapach pokoju ma w sobie coś niejasno spożywczego. Wysokoprzyczepna podeszwa mojego gratisowego buta Nike tkwi równolegle do dyndającego mokasyna brata mojej matki, który występuje tu w roli Dyrektora Szkoły i zasiada w fotelu tuż po mojej, mam nadzieję, prawicy, również twarzą do Dziekanów.
Dziekan z lewej, chudy, żółtawy mężczyzna, którego permanentny uśmiech ma w sobie nietrwałość odcisku w opornym materiale, reprezentuje typ osobowości, który ostatnio nauczyłem się cenić: odracza konieczność mojej reakcji, recytując za mnie, pod moim adresem, moje własne kwestie. Odkąd środkowy Dziekan, który wygląda jak kudłaty lew, podał mu plik wydruków komputerowych, przemawia mniej lub bardziej do tych stronic, uśmiechając się z góry.
– Nazywasz się Harold Incandenza, lat osiemnaście, data ukończenia szkoły średniej w przybliżeniu za miesiąc, obecnie uczęszczasz do Enfieldzkiej Akademii Tenisowej w Enfield, Massachusetts, szkoły z internatem, w którym zamieszkujesz.
Jego okulary do czytania są prostokątne, mają kształt kortów tenisowych z liniami bocznymi zaznaczonymi górą i dołem ramek.
– Według Trenera White’a i Dziekana [nieczytelne] figurujesz w regionalnym, krajowym i kontynentalnym rankingu tenisistów juniorów, jesteś wielce obiecującym sportowcem ONANCAA1, pozyskanym przez nas drogą korespondencji Trenera White’a z obecnym tu doktorem Tavisem, zapoczątkowanej… w lutym bieżącego roku. – Górna strona zostaje usunięta i pedantycznie przeniesiona na spód pliku. – W Enfieldzkiej Akademii Tenisowej zamieszkujesz od siódmego roku życia.
Waham się, czy zaryzykować podrapanie się po prawej stronie ręki, gdzie mam torbiel łojową.
– Trener White informuje nasz wydział, że darzy wielkim szacunkiem program Enfieldzkiej Akademii Tenisowej oraz że drużyna tenisowa Uniwersytetu Stanu Arizona już kilkakrotnie skorzystała na immatrykulacji wychowanków EAT, jednym z których był niejaki pan Aubrey F. deLint, obecny tu dzisiaj wraz z tobą. Trener White i jego personel dali nam…
Słownictwo żółtawego Administratora jest, ogólnie rzecz biorąc, niewyszukane, chociaż muszę powiedzieć, że trafia w sedno. Dyrektor ds. Prac Pisemnych zdaje się mieć większą niż normalna liczbę brwi. Dziekan po prawej stronie dziwnie wpatruje się w moją twarz.
Wuj Charles mówi, że przypuszcza, iż Dziekani skłonni będą potraktować jego słowa jako panegiryk entuzjasty EAT, jednak on zapewnia panów Dziekanów, że to wszystko prawda: Akademia kształci obecnie ni mniej, ni więcej, tylko jedną trzecią z trzydziestu najlepszych juniorów kontynentu we wszystkich przedziałach wiekowych, a ja, czyli Hal, zaliczam się do „samej śmietanki”. Dziekani prawy i środkowy uśmiechają się profesjonalnie, głowy deLinta i trenera skłaniają się ku sobie, a Dziekan z lewej odchrząkuje i podejmuje wątek:
– …do zrozumienia, że mógłbyś już jako student pierwszego roku włączyć się w program szkolenia tenisowego naszego uniwersytetu. Miło nam słyszeć – mówi albo czyta, przekładając kartkę – że znalazłeś się tu po ważnych zawodach, dając nam okazję do spokojnej rozmowy o twoim podaniu, ewentualnym przyjęciu, immatrykulacji i stypendium.
– Poproszono mnie o dodanie, że nasz Hal jest rozstawiony z trójką w Zawodach Singlowych Chłopców do lat 18 prestiżowego WhataBurger Southwest Junior Invitational w Centrum Tenisowym Randolpha – mówi domniemany Dziekan ds. Sportu, którego przekrzywiona głowa ukazuje piegowatą łysinę.
– Mieszczącym się w Parku Randolpha, obok znakomitego hotelu El Con Marriott – wtrąca C.T. – Cała reprezentacja jest, jak dotąd, zachwycona tym miejscem, które…
– Święta prawda, Chuck, i chciałbym przy okazji dodać, że zdaniem Chucka Hal udowodnił już, że zasłużył na swoją wysoką pozycję, dochodząc do półfinału dzięki imponującej podobno wygranej z dzisiejszego rana, a jutro znów zagra w Centrum, ze zwycięzcą dzisiejszego wieczornego spotkania ćwierćfinałowego. Mecz, jeśli się nie mylę, zaplanowany jest na godzinę 8:30…
– Chcą zacząć, zanim przyjdzie ten przeklęty upał. Wprawdzie to suchy upał, ale jednak.
– …i już podobno zakwalifikował się do zimowych Kontynentalnych Rozgrywek Halowych w Edmonton, jak mi donosi Kirk… – Przekrzywia głowę jeszcze bardziej, żeby spojrzeć do góry i w lewo na trenera reprezentacji uniwersyteckiej, którego zęby lśnią w uśmiechu na tle agresywnej opalenizny. – To doprawdy niemało. – Uśmiecha się, patrząc na mnie. – Wszystko się zgadza, Hal?
C.T. nonszalancko założył ręce; w klimatyzowanym blasku słońca ciało na jego tricepsach pokryte jest mapą cętek.
– Wszystko się zgadza idealnie, Bill. – I uśmiecha się. Dwie połówki jego wąsów nigdy dokładnie do siebie nie pasują. – I pozwolę sobie dodać, że Hal jest bardzo przejęty, przejęty tym, że zaproszony został trzeci rok z rzędu do udziału w WhataBurger Invitational, że ponownie należy do społeczności, którą darzy szczerym uczuciem, że może odwiedzić waszych wychowanków i kadrę trenerską, że już potwierdził swoją wysoką pozycję w niełatwych zawodach w tym tygodniu, że wciąż, jak to się mówi, jest na topie, ale najbardziej przejęty jest spotkaniem z wami, panowie, i możliwością obejrzenia tutejszych obiektów. To, co już widział, jest absolutnie najwyższej klasy.
Cisza. DeLint przesuwa plecami po boazerii i centruje na nowo środek ciężkości ciała. Mój wuj promienieje i prostuje się jak rozpięty pasek od zegarka. 62,5% twarzy obecnych w pokoju obraca się w moją stronę z wyrazem życzliwego wyczekiwania. Klatka piersiowa podskakuje mi jak wirówka z butami w środku. Układam usta w kształt, który w moim zamyśle zostanie odebrany jako uśmiech. Obracam się nieznacznie to tu, to tam, dzieląc uwagę między wszystkich obecnych w pokoju.
Cisza zmienia charakter. Brwi żółtego Dziekana tworzą cyrkumfleksy. Dwaj pozostali Dziekani patrzą na Dyrektora ds. Prac Pisemnych. Trener tenisa przesunął się pod szerokie okno, maca ostrzyżone na jeża włosy nad karkiem. Wuj Charles gładzi przedramię powyżej zegarka. Po lśniącym blacie sosnowego stołu przesuwają się nieznacznie cienie zajętych dłoni i jeden cień głowy jak czarny księżyc.
– Czy Hal dobrze się czuje, Chuck? – pyta Dziekan ds. Sportu. – Hal przed chwilą jakby się… no, skrzywił. Czy coś go boli? Boli cię coś, synu?
– Hal jest zdrów jak ryba. – Mój wuj się uśmiecha, pacyfikując powietrze niedbałym ruchem ręki. – To tylko taki mały, niewinny tik, z nadmiaru adrenaliny wywołanego, jak mi dał do zrozumienia, przebywaniem tutaj, na waszym imponującym kampusie, potwierdzeniem słuszności rozstawienia bez utraty, jak dotąd, ani jednego seta, otrzymaniem oficjalnej pisemnej oferty nie tylko zwolnienia z opłat, ale i stypendium socjalnego od tu obecnego Trenera White’a, na papeterii Pac 10, a także możliwością podpisania Zobowiązania przystąpienia do Narodowego Stowarzyszenia Sportowego Studentów, i to już dzisiaj, tu i teraz.
C.T. patrzy na mnie, a spojrzenie ma upiornie łagodne. Wybieram bezpieczne wyjście: rozluźniam wszystkie mięśnie twarzy, pozbawiając ją jakiegokolwiek wyrazu. Pilnie wpatruję się w kekuliański splot krawata środkowego Dziekana.
Moja milcząca odpowiedź na wyczekującą ciszę zaczyna wpływać na atmosferę w pokoju, drobinki kurzu i kłaczki lnu sportowych marynarek, wzniecane cugiem z ujść klimatyzatorów, tańczą nerwowo w ukośnej płaszczyźnie wpadającego przez okna światła, a powietrze nad stołem musuje jak nad świeżo nalaną wodą sodową. Trener, z lekkim akcentem, który nie jest ani brytyjski, ani australijski, tłumaczy C.T., że całą procedurę ubiegania się o przyjęcie, będącą z reguły miłą formalnością, znakomicie uprawnia fakt, że kandydat ma prawo mówić sam za siebie. Dziekani prawy i środkowy, nachyleni ku sobie, odbywają cichą konferencję, tworząc coś na kształt tipi ze skóry i włosów. Przypuszczam, że trenerowi tenisa chodziło nie o „uprawnianie”, ale o „usprawnianie”, chociaż sensowniejszym, jakkolwiek udźwięcznionym z punktu widzenia fonetyki przejęzyczeniem byłby czasownik „udrażnia”. Dziekan o płaskiej żółtej twarzy nachylił się i odsłania zęby w wyrazie, który ja odczytuję jako zatroskanie. Jego dłonie stykają się na powierzchni stołu konferencyjnego, a palce wyglądają, jakby spółkowały, podczas gdy moja seria czterech X rozplata się i ściskam kurczowo krawędzie krzesła.
Powinniśmy szczerze pogadać o potencjalnych problemach z moim podaniem – zagaja – oni i ja. Rozwija wątek szczerości i jej wagi.
– W materiałach dołączonych do twojego podania, Hal, Komisja Rekrutacyjna zwróciła uwagę na wyniki niektórych testów. – Zerka w dół na kolorowy arkusz ujednoliconych wyników, ukryty w okopie jego ramion. – Członkowie Komisji Rekrutacyjnej analizują twoje wyniki testów, które, jak sam zapewne wiesz i możesz wytłumaczyć, są, powiedzmy to sobie… poniżej normy.
Powinienem się wytłumaczyć.
Jasne, że ten naprawdę dosyć szczery żółty Dziekan po lewej reprezentuje Komisję Rekrutacyjną. A w takim razie drobna ptasia figurka po prawej to Sport, ponieważ zmarszczki na twarzy kudłatego Dziekana pośrodku ściągnęły się w wyraz wyniosłej urazy, z gatunku dzięki-temu-co-jem-naprawdę-doceniam-to-czym-popijam, zdradzający fachowo akademickie zastrzeżenia. A więc pośrodku mamy nieskomplikowaną wierność standardom. Mój wuj spogląda na Sport, jakby zdezorientowany. Poprawia się nieznacznie w fotelu.
Niezgodność odcieni ręki i twarzy Rekrutacji jest wręcz agresywna.
– …wyniki Egzaminów Ustnych niepokojąco bliskie zeru w zestawieniu ze świadectwem szkoły średniej, w której kierownictwie pracują twoja matka i jej brat… – Czyta z arkusza zamkniętego w elipsie jego ramion: – W minionym roku istotnie nieco się opuścił, ale zaznaczam, że opuścił się do oceny „wybitny” z niewiarygodnego wręcz poziomu z trzech poprzednich lat.
– Poza skalą.
– Większość placówek oświatowych nie stosuje nawet oceny A z wieloma plusami – mówi Dyrektor ds. Prac Pisemnych z niemożliwą do zinterpretowania miną.
– Ten rodzaj… jak to powiedzieć… rozbieżności – mówi Dziekan ds. Rekrutacji z miną szczerą i zatroskaną – zapala, rzec muszę, czerwoną lampkę potencjalnego problemu w procedurze przyjęcia.
– Prosimy cię zatem o wyjaśnienie tej ewidentnej rozbieżności, żeby nie rzec matactwa.
Dziekan ds. Studenckich ma cienki głosik, który brzmi absurdalnie, wydobywając się z tak dużej twarzy.
– „Niewiarygodny” miało zapewne znaczyć wielce, wielce imponujący, w odróżnieniu od dosłownego znaczenia słowa „niewiarygodny”, na pewno – mówi C.T., który zdaje się obserwować trenera masującego sobie kark przy oknie. Przez wielkie okno nie widać nic poza oślepiającym słońcem i spękaną ziemią owianą mgiełką upału.
– Do wyjaśnienia pozostaje też kwestia dziewięciu, zamiast dwóch wymaganych, esejów załączonych do podania o przyjęcie na studia, z których część ma rozmiary bliskie monografii, a wszystkie bez wyjątku ocenione zostały jako „celujące”, jakkolwiek z użyciem różnych przymiotników…
Dyr. ds. P.P.: – Ja celowo posłużyłem się w swoich ocenach określeniami „lapidarność” i „przeestetyzowany”.
– …i których tematykę i tytuły na pewno dość dobrze pamiętasz.
Hal: – Założenia neoklasyczne we współczesnej gramatyce normatywnej, Implikacje Przekształceń postfourierowskich w holograficznie mimetycznym kinie, Zjawisko stazy heroicznej w rozrywce telewizyjnej…
– Gramatyka Montaguego a semantyka modalności fizycznej?
– Człowiek, który zaczął podejrzewać, że jest ze szkła?
– Symbolizm trzeciego stopnia w erotykach justyniańskich?
Odsłania znaczne fragmenty dziąseł dotkniętych recesją.
– Powiem krótko: szczerze niepokoi nas to, że osoba, która uzyskała tak niefortunne, nawet jeśli wytłumaczalne, wyniki w testach, jest zarazem autorem tych esejów.
– Nie jestem pewien, czy Hal jest pewien, co tu się implikuje – mówi mój wuj.
Dziekan pośrodku pociera palcami klapy marynarki, interpretując budzące niesmak dane komputerowe.
– W opinii naszej uczelni ze ściśle akademickiego punktu widzenia mamy tu do czynienia z problemem rekrutacyjnym, który Hal musi nam pomóc rozwiązać. Na naszym uniwersytecie pierwszą rolą kandydata jest i musi być rola studenta. Nie możemy przyjąć na studia kandydata, którego mamy powód podejrzewać, że nie sprosta wymaganiom, choćby się nie wiem jak wyróżniał na boisku.
– Dziekan Sawyer ma, oczywiście, na myśli kort, Chuck – mówi Dziekan ds. Sportu, który tak mocno przekrzywia głowę, że wygląda, jakby zwracał się również do tego całego White’a. – Nie wspominając o regulaminie ONANCAA i o szpiclach, którzy wszędzie węszą nieprawidłowości.
Trener uniwersyteckiej kadry tenisa zerka na zegarek.
– Przyjmując, że niniejsze arkusze ocen adekwatnie odzwierciedlają umiejętności kandydata – mówi z powagą Dziekan ds. Studenckich, ściszając piskliwy głos i wciąż wpatrując się w leżące przed nim akta jak w talerz jakiegoś paskudztwa – powiem wprost: uważam, że to byłoby nie fair. Nie fair wobec pozostałych kandydatów. Nie fair wobec całej społeczności akademickiej. – Spogląda na mnie. – A zwłaszcza nie fair wobec Hala. Przyjęcie na studia chłopca, w którym widzimy tylko nadzieję sportową, byłoby równoznaczne z wykorzystaniem go. A nas śledzą tysiące oczu, pilnując, żebyśmy nikogo nie wykorzystywali. Twoje arkusze ocen, synu, mogłyby nas narazić na takie oskarżenie.
Wuj Charles prosi Trenera White’a, żeby zapytał Dziekana ds. Sportu, czy sąd nad moimi wynikami byłby równie surowy, gdybym był, dajmy na to, przynoszącym zyski geniuszem futbolu. Narasta we mnie znajoma panika wobec niezrozumienia, serce mi łomocze. Całą energię ładuję w milczące trwanie na krześle, wewnątrz mam pustkę, moje oczy to dwa wielkie wyblakłe zera. Obiecywano mi, że pójdzie gładko.
Za to wuj C.T. ma urażoną minę człowieka zapędzonego w kozi róg. W podobnych sytuacjach jego głos przybiera dziwaczne brzmienie zanikającego w oddali krzyku.
– Oceny Hala w EAT, która, podkreślam, jest Akademią, a nie obozem czy fabryką, placówką akredytowaną zarówno przez Wspólnotę Massachusetts, jak i przez Stowarzyszenie Północnoamerykańskich Akademii Sportu, skupioną na holistycznych potrzebach zawodnika i ucznia, założoną przez wybitnego intelektualistę, którego nazwiska nie muszę tu wymieniać, w oparciu o rygorystyczny, zaczerpnięty z Oxbridge, system quadrivium-trivium, szkołą wszechstronnie wyposażoną, z wykwalifikowaną kadrą dydaktyczną, powinny wystarczająco dowieść, że mój siostrzeniec potrafi sprostać wszelkim wymogom Pac 10, jak również…
DeLint przysuwa się do trenera tenisowego, który kręci głową.
– …byłby w stanie dopatrzyć się w całej tej historii wyraźnych znamion dyskryminacji sportów elitarnych – mówi C.T., krzyżując i rozplatając nogi, a ja słucham, opanowany i wpatrzony w jeden punkt.
Musująca cisza pokoju tchnie teraz wrogością.
– Myślę, że czas najwyższy, aby nasz kandydat przemówił sam za siebie – mówi bardzo cicho Dziekan ds. Studenckich. – Odnoszę wrażenie, że w pana obecności będzie to niemożliwe.
Dziekan ds. Sportu uśmiecha się ze znużeniem pod dłonią masującą grzbiet nosa.
– Może wyjdziesz na chwilę i poczekasz na zewnątrz, Chuck.
– Trener White dotrzyma towarzystwa w sekretariacie panu Tavisowi i jego koledze – mówi żółty Dziekan, uśmiechając się w moje rozbiegane oczy.
– …nie odnieść wrażenia, że to wszystko było z góry ukartowane – mruczy C.T., odprowadzany do drzwi razem z deLintem. Trener tenisa wyciąga hipertroficzne ramię.
Dziekan ds. Sportu oświadcza:
– Jesteśmy tu wszyscy przyjaciółmi i kolegami.
To nie działa. Uderza mnie myśl, że rdzenny użytkownik łaciny odczytałby EXIT jako podświetloną na czerwono informację ON WCHODZI. Poddałbym się impulsowi skoku do drzwi na ich oczach, gdybym miał pewność, że to, co mężczyźni zebrani w tym pokoju zobaczą, będzie skokiem do drzwi. DeLint mamrocze coś do trenera. Odgłos klawiatur komputerowych i konsoli telefonicznych, gdy drzwi otwierają się na moment, a potem kategorycznie zamykają. Zostaję sam pośród administracyjnych głów.
– …chcieliśmy nikogo obrazić – mówi Dziekan ds. Sportu w płowej marynarce i krawacie sygnowanym drobniutkim nadrukiem – …poza zdolnościami czysto fizycznymi, które, wierz mi, szanujemy, których nam potrzeba, możesz mi wierzyć.
– …wątpliwości w tej kwestii, nie zabiegalibyśmy tak usilnie o bezpośrednią rozmowę z tobą, prawda?
– …że wiedzieliśmy, dzięki kilku podaniom o przyjęcie, które wcześniej przeszły przez dział Trenera White’a, iż Szkoła Enfield kierowana jest, skądinąd imponująco, przez bliskich krewnych najpierw twojego brata, o którego, jak pamiętam, bardzo zabiegał poprzednik White’a, Maury Klamkin, a zatem obiektywność ocen może zostać z łatwością zakwestionowana…
– Przez kogo nie bądź: NAAUP2, nieżyczliwe nam szkoły Pac 10, ONANCAA…
Eseje są stare, zgoda, ale mojego autorstwa; de moi. No ale owszem, stare i nie całkiem na zadany temat, który brzmiał: Najistotniejsze Doświadczenie Dydaktyczne Wszech Czasów. Gdybym wam przedstawił pracę z ubiegłego roku, uznalibyście ją za efekt zabaw niemowlęcia z klawiaturą komputera, chociaż sami używacie „kogo nie bądź” jako dopełnienia bliższego. W tym nowym, mniejszym towarzystwie Dyrektor ds. Prac Pisemnych wyłania się znienacka jako alfa stada, a zarazem osobnik znacznie bardziej zniewieściały, niż to się początkowo zdawało: staje z wypiętym biodrem, ręka w talii, chodzi, kołysząc ramionami, brzęka drobnymi, podciągając spodnie, gdy wślizguje się w fotel, jeszcze ciepły po siedzeniu C.T., zakłada nogę na nogę, naruszając tym samym moją przestrzeń intymną, tak że widzę liczne tiki jego brwi i siateczki kapilarne na worach pod oczami, czując woń płynu do zmiękczania tkanin i skwaśniały już odór miętówki do odświeżania oddechu.
– …chłopcem bystrym, solidnym, ale bardzo nieśmiałym, wiemy o twojej wielkiej nieśmiałości, Kirk White powiedział nam, co usłyszał od twojego atletycznie zbudowanego, lecz dość sztywnego młodszego trenera – mówi cicho Dyrektor, przykrywając miseczką, chyba dłoni, mój biceps pod sportową marynarką (oby nie); więc niech ten chłopiec przełknie ślinę i z ufnością przedstawi swój punkt widzenia tym panom, którzy nie chcą mu zrobić krzywdy, bynajmniej, a tylko wykonują swój zawód, starając się dostrzegać interesy wszystkich stron jednocześnie.
Wyobrażam sobie deLinta i White’a, jak siedzą z łokciami na kolanach w defekacyjnej pozie wszystkich odpoczywających sportowców, deLint wpatrzony w swoje wielkie dłonie, a tymczasem C.T. spaceruje w sekretariacie po orbicie ciasnej elipsy, mówiąc coś do słuchawki przenośnego telefonu. Zostałem przeszkolony przed tym spotkaniem jak mafijny boss przed przesłuchaniem przez komisję RICO. Neutralna i beznamiętna cisza. Rodzaj gry obronnej, którą ćwiczył ze mną Schtitt – najlepsza defensywa: niech się wszystko od ciebie odbija, nie rób nic. Powiedziałbym wam to, co chcecie, i jeszcze więcej, gdyby wydawane przeze mnie dźwięki były tymi samymi, które usłyszycie.
Dziekan ds. Sportu wyziera spod skrzydełka dłoni:
– …pominąć procedury przyjęć sprawiające wrażenie nastawionych przede wszystkim na sport. Żeby nie narobić sobie bigosu, synu.
– Bill ma na myśli pozory, a niekoniecznie żywe fakty, których ty jeden możesz nam dostarczyć – mówi Dyrektor ds. Prac Pisemnych.
– …pozory wysokiej pozycji sportowej, wyniki testów poniżej normy, przesadnie akademickie eseje, niewiarygodne oceny wynikłe z domniemanego nepotyzmu.
Żółty Dziekan nachylił się tak głęboko, że w jego krawacie powstał horyzontalny odcisk krawędzi stołu; jego niezdrowa twarz ma dobrotliwy wyraz tylko-bez-ściemy.
– Niech pan posłucha, panie Incandenza, Hal, wytłumacz mi, proszę, dlaczego nie mielibyśmy zostać oskarżeni o wykorzystanie ciebie, synu. Dlaczego nie miałby tutaj ktoś przyjść i powiedzieć nam: słuchaj no, Uniwersytecie Arizony, wykorzystujesz chłopca wyłącznie dla jego ciała, chłopca tak nieśmiałego i zamkniętego, że nie chce mówić sam za siebie, frajera z naciąganymi ocenami i gotowcem załączonym do podania.
Światło odbite od blatu pod kątem Brewstera różowieje pod moimi zamkniętymi powiekami. Nie mogę uzyskać zrozumienia.
– Nie jestem frajerem – mówię powoli. Wyraźnie. – Moje zeszłoroczne świadectwo mogło być z lekka podrasowane, być może, ale to miało mi pomóc przetrwać trudny okres. Wcześniejsze oceny są de moi. – Oczy mam zamknięte, w pokoju jest cicho. – Widzę, że nie mogę uzyskać zrozumienia. – Mówię głośno i wyraźnie. – Widocznie coś zjadłem.
Zabawne, czego człowiek nie pamięta. Nasz pierwszy dom na przedmieściu Weston, który ledwo sobie przypominam – mój najstarszy brat Orin twierdzi, że pamięta, jak był na podwórku tego domu z naszą matką i pomagał jej wyorać z zimnej gleby coś na kształt ogródka. Wczesna wiosna, marzec albo początek kwietnia. Miejscem pod ogródek był koślawy prostokąt wytyczony patyczkami od lodów i sznurkiem. Orin usuwał z drogi kamienie i twarde grudy ziemi, a Mamuś szła za nim z wypożyczoną glebogryzarką w kształcie taczki, z silnikiem benzynowym, która ryczała, czkała i wierzgała, i, jak pamięta Orin, to raczej ona popędzała Mamuś niż vice versa, a Mamuś jest bardzo wysoka, więc musiała schylać się z bólem do uchwytu, zostawiając za sobą pijany szlak śladów stóp odciśniętych w zaoranej ziemi. Orin pamięta, że w połowie tej orki wypadłem na podwórze w mechatym czerwonym ubranku z Kubusiem Puchatkiem, płakałem i pokazywałem na odwróconej dłoni coś, co, jak twierdzi Orin, wyglądało naprawdę nieprzyjemnie. Orin mówi, że mogłem mieć z pięć lat i poczerwieniałem od płaczu na zimnym wiosennym powietrzu. Powtarzałem w kółko coś, czego Orin nie mógł zrozumieć, dopóki nasza matka nie zauważyła mnie i nie wyłączyła glebogryzarki, która dalej brzęczała w jej rękach, po czym podeszła sprawdzić, co też takiego trzymam. Okazało się, że był to spory płat pleśni – Orin twierdzi, że mógł pochodzić z ciemnego kąta piwnicy domu w Weston, która była nagrzana od pieca i co wiosna zalewana powodziami. Samą pleśń opisuje mój brat jako horrendalną: ciemnozielona, lśniąca, jakby włochata, cętkowana żółtymi, pomarańczowymi i czerwonymi kropkami grzybów pasożytniczych. Co gorsza, widać było, że płat pleśni jest dziwnie niekompletny, nadgryziony, a ślady tego paskudztwa rozsmarowane są wokół moich rozdziawionych ust.
– Ja to zjadłem – oto co powtarzałem.
Podstawiałem pleśń pod nos Mamuś, która do brudnej roboty zdjęła szkła kontaktowe, więc zrazu, pochylona, widziała tylko swoje zapłakane dziecko z rączką wyciągniętą w geście ofiarowania, toteż, posłuszna najbardziej matczynemu z odruchów – ona, która nade wszystko brzydziła się odpadków i nieczystości – sięgnęła po to, co podawało jej dziecię, bo ileż to już razy sięgała po zasmarkaną jednorazową chusteczkę, wyplutego cukierka, przeżutą gumę, w teatrach, na lotniskach, na tylnych siedzeniach samochodów, w holach hal turniejowych. O. stał, jak powiada, podważając butem zmarzniętą grudę i bawiąc się rzepem puchowej kurtki, stał i obserwował Mamuś, która nachyliwszy się do mnie z wyciągniętą ręką i zbliżywszy do obiektu osłabiony wzrok, nagle zamarła, zastygła, gdyż zaczęła identyfikować to, co jej pokazywałem, spostrzegając także na mnie ślady oralnego kontaktu z tymże. O. zapamiętał jej minę jako nie do opisania. Jej wyciągnięta ręka, nadal drżąca w rytm glebogryzarki, zawisła w powietrzu przed moją.
– Ja to zjadłem – powiedziałem.
– Słucham?
O. mówi, że pamięta (sic) tylko tyle, że rzucił jakąś cierpką uwagę, wyginając się do tyłu, żeby opanować nagły skurcz w plecach. Mówi, że widocznie poczuł nieznośne napięcie. Mamuś kategorycznie odmawiała schodzenia do naszej wilgotnej piwnicy. Ja, pamięta O., przestałem płakać i stałem sztywno w tej czerwonej piżamce ze stópkami, w której miałem rozmiar i kształt hydrantu, i z powagą prezentowałem pleśń, niczym sprawozdanie z jakiegoś audytu.
O. mówi, że w tym momencie pamięć go zawodzi, najpewniej z powodu stresu. W jego następnym wspomnieniu Mamuś gania wielkim kręgiem po podwórku, wykrzykując histerycznie:
– O Boże!
– Ratunku! Mój syn zjadł to coś! – wrzeszczy w drugim, treściwszym wspomnieniu Orina, wrzeszczy w kółko to samo, trzymając wysoko nakrapiany płat w szczypczykach dwóch palców, biegając teraz dalej, po prostokącie ogródka, a O. jest niemym świadkiem pierwszego w swoim życiu spektaklu histerii u osoby dorosłej. Z okien i sponad ogrodzeń wyłaniają się głowy naszych sąsiadów śledzących bieg zdarzeń. O. pamięta, że potknąłem się o sznurek wytyczający granicę ogródka, po czym podniosłem się umorusany, zaryczany, żeby gonić Mamuś.
– O Boże! Ratunku! Mój syn zjadł to coś! Ratunku! – darła się Mamuś, wydeptując kanciasty szlak tuż po wewnętrznej stronie sznurka, a mój brat Orin zapamiętał, że nawet w histerycznej traumie linia jej ucieczki była schludna, ślady stóp po indiańsku proste, a zwroty w ideogramie sznurka precyzyjne i bojowe, punktowane okrzykami „Mój syn zjadł to coś! Ratunku!”, i że zdublowała mnie dwa razy, zanim wspomnienie się skończyło.
– Moje podanie nie jest gotowcem – oznajmiam im, wołając w mrok czerwonej groty, która otwiera się przed zamkniętymi oczami. – Nie jestem tylko chłopakiem, który gra w tenisa. Mam zawiłą przeszłość. Doświadczenia i uczucia. Jestem skomplikowany.
– Czytam – dodaję. – Studiuję i czytam. Założę się, że przeczytałem wszystko to, co panowie. Pożeram całe biblioteki. Niszczę grzbiety okładek i dyskietki. Zdarza mi się wskoczyć do taksówki i rzucić: „Do biblioteki, i to gazem!”. Moje wyczucie składni i mechaniki zdania jest na pewno, z całym szacunkiem, lepsze niż wasze.
Ale to przekracza mechanikę. Nie jestem maszyną. Czuję i wierzę. Mam opinie. Niektóre z nich są interesujące. Gdyby mi panowie pozwolili, mógłbym mówić i mówić. Porozmawiajmy o czymkolwiek. Moim zdaniem wpływ Kierkegaarda na Camusa jest niedoceniany. Moim zdaniem Dennis Gabor mógł z powodzeniem być Antychrystem. Moim zdaniem Hobbes to po prostu Rousseau w czarnym zwierciadle. Moim zdaniem Hegel ma rację i transcendencja jest absorpcją. Mógłbym was, panowie, zinterfejsować pod ten stół – powiadam. – Nie jestem creatus, wyprodukowany fabrycznie, uwarunkowany, wyhodowany do pełnienia jednej funkcji.
Otwieram oczy.
– Proszę nie myśleć, że mi nie zależy.
Rozglądam się. W moją stronę płynie zgroza. Podnoszę się z krzesła. Widzę obwisłe szczęki, uniesione brwi na drżących czołach, kredowobiałe policzki. Krzesło cofa się pode mną.
– Najsłodsza Matko Chrystusowa – mówi Dyrektor.
– Nic mi nie jest – oświadczam na stojąco. Sądząc po minie żółtego Dziekana, dmie ode mnie brutalny wiatr. Twarze akademików nagle się postarzały. Ośmioro oczu zamieniło się w puste krążki, które gapią się w to, co właśnie ujrzały.
– Dobry Boże – szepcze Dziekan ds. Sportu.
– Proszę się nie martwić – mówię. – Mogę wyjaśnić.
Uspokajam atmosferę niezobowiązującym ruchem ręki.
Obydwie moje ręce wykręca od tyłu Dyrektor ds. Prac Pisemnych, który brutalnie obala mnie na ziemię, przygniatając swoim ciężarem. Czuję smak podłogi.
– Co się dzieje?
– Nic się nie dzieje – mówię.
– Wszystko w porządku! Jestem tutaj! – krzyczy mi w ucho Dyrektor.
– Wezwać pomoc! – woła któryś Dziekan.
Moje czoło jest wciśnięte w parkiet, zimniejszy, niż przypuszczałem. Jestem aresztowany. Usiłuję sprawiać wrażenie wiotkiego i uległego. Moja twarz jest rozgnieciona na płask; ciężar Dyrektora ds. Prac Pisemnych utrudnia mi oddychanie.
– Proszę posłuchać – mówię bardzo powoli, głosem zduszonym przez podłogę.
– Co to, na Boga, za… – krzyczy piskliwie któryś Dziekan – …za dźwięki?
Klikanie przycisków konsoli telefonicznej, szuranie obcasów, piruet, szelest spadającego pliku wiotkich kartek.
– O Boże!
– Ratunku!
Dolna część drzwi otwiera się w lewym peryferium mojego pola widzenia: klin halogenowego światła z korytarza, białe adidasy i zdarty but Nunn Bush.
– Postawcie go!
To deLint.
– Nic mi się nie dzieje – mówię powoli w podłogę. – Jestem tu, w środku.
Zostaję podźwignięty o kulach moich własnych przedramion i potrząśnięty przez purpurowolicego Dyrektora, który tą metodą w swoim mniemaniu przywraca mi spokój.
– Weź się w garść, synu!
DeLint u boku olbrzyma:
– Przestań!
– Nie jestem taki, jak widzicie i słyszycie.
Z daleka wycie syren. Niezdarny półnelson. Postacie w drzwiach. Młoda Latynoska gapi się i przyciska dłoń do ust.
– Nie jestem – mówię.
Nie można nie kochać staroświeckich toalet dla panów: cytrusowa woń krążków zapachowych w długim porcelanowym korytku; kabiny z drewnianymi drzwiami we framugach z chłodnego marmuru; rzędy wąskich umywalek, których misy podtrzymują chwiejne alfabety obnażonych rur; lustra nad metalowymi półeczkami; w tle ludzkich głosów nikły szmer nieustannego ciurkania, wzmożony echem w zderzeniu z mokrą porcelaną i zimną posadzką, której mozaikowy deseń wygląda niemal islamicznie z tak bliskiej perspektywy.
Wywołane przeze mnie zamieszanie buzuje na całego. Zostałem tu na wpół przywleczony przez rzadki tłum pracowników Administracji, w żelaznym uścisku Dyrektora ds. Prac Pisemnych – który najwyraźniej zmienia koncepcję: już myślał, że mam atak epilepsji (stąd siłowe rozwarcie mi ust celem sprawdzenia, czy nie dławię się językiem), że się czymś krztuszę (kaszlałem od podręcznikowego chwytu Heimlicha), że straciłem kontrolę nad sobą w epizodzie psychotycznym (próby odzyskania wzmiankowanej kontroli poprzez zastosowanie rozmaitych postaw i chwytów) – a wokół nas krąży deLint, który usiłuje powstrzymać niewolącego mnie Dyrektora, uczelniany trener tenisa, który powstrzymuje deLinta, i przyrodni brat mojej matki, który przemawia szybkimi kombinacjami polisylab do tria Dziekanów, ci zaś na zmianę sapią, załamują ręce, luzują krawaty, grożą palcem przed nosem C.T. i wymachują ewidentnie już bezużytecznymi arkuszami jak matador muletą.
Przeturlany na wznak po geometrycznych kafelkach, skupiam się potulnie na pytaniu, dlaczego amerykańskie toalety traktowane są przez nas w sytuacjach kryzysowych jak infirmerie, miejsca odzyskiwania kontroli. Moja głowa tkwi w kołysce podołka klęczącego Dyrektora, który tamponuje mi twarz szarobrunatnymi papierowymi ręcznikami, odebranymi z czyjejś ręki wysuniętej z grupy stojących mi nad głową, ja zaś z całą naturalnością, na jaką mnie stać, wpatruję się w dołeczki na dyrektorskich policzkach, najbardziej widoczne wzdłuż linii dolnej szczęki – blizny po dawno przebytym trądziku. Wuj Charles, prawdziwie niezrównany wciskacz kitu, szasta nim bez umiaru, próbując udobruchać mężczyzn, którym porządne otarcie czół przydałoby się znacznie bardziej niż mnie.
– Nic mu nie jest – powtarza. – Sami widzicie, spokojniutki, leży sobie.
– Pan nie widział, co tam zaszło – odpowiada mu zgarbiony Dziekan przez rozczapierzone palce.
– Denerwuje się i tyle, czasami, nerwowy dzieciak, pod wrażeniem…
– Ale jakie on wydawał dźwięki.
– Nie do opisania.
– Jak zwierzę.
– Podzwierzęce odgłosy i dźwięki.
– Nie mówiąc o gestach.
– Czy załatwił pan temu chłopcu jakąś pomoc, doktorze Tavis?
– Jak jakieś zwierzę, które trzyma coś w pysku.
– Chłopiec jest zaburzony.
– Jak osełka masła ubijana knyplem.
– Oszalałe zwierzę z nożem w ślepiu.
– Co pan właściwie chciał osiągnąć, próbując zapisać tego…
– A te jego ręce.
– Pan tego nie widział, Tavis. Te jego ręce…
– Młócił nimi jak cepami. Palce mu się rozczapierzały, dygotały, bębniły, wiły się. Merdały. – Grupa ogląda się chwilowo na kogoś poza moim polem widzenia, kto usiłuje coś zademonstrować.
– Jak na filmie poklatkowym o życiu jakiejś potwornej… narośli.
– Brzmieniem najbardziej przypominało to tonącą kozę. Kozę, która się topi w czymś lepkim.
– Taka seria zdławionych pobekiwań i…
– Tak właśnie: merdały.
– Czyżby odrobina merdania z emocji stała się zbrodnią?
– Narobił pan sobie kłopotów. Dużych kłopotów.
– A jaką miał minę. Jakby się dusił. Palił żywcem. Naprawdę czułem się, jakbym oglądał wizję piekieł.
– On ma jakiś kłopot z komunikacją, jest zaburzony komunikacyjnie, nikt temu nie zaprzecza.
– Temu chłopcu potrzeba opieki.
– A pan, zamiast się nim zaopiekować, przysyła go tutaj, żeby kandydował na studia, współzawodniczył?
– Hal?
– Panu się nawet w najgorszych koszmarach nie śniło, ile kłopotów pan sobie narobił, doktorze, tak zwany Wychowawco, pedagogu.
– …dał nam do zrozumienia, że to czysta formalność. Panowie go zaskoczyli i tyle. Nieśmiały…
– A ty co, White? Chciałeś go przyjąć?
– …wrażliwy i potwornie przejęty, został nagle z wami, bez nas, bez swojej grupy wsparcia, bo kazaliście nam wyjść, gdyby nie to…
– Widziałem go tylko w grze. Na korcie jest doskonały. Możliwe, że to geniusz. Nie mieliśmy pojęcia. Jego brat gra w cholernej NFL, na litość boską. Uznaliśmy, że mamy do czynienia z wybitnym tenisistą o południowo-zachodnich korzeniach. Jego wyniki nie mieściły się w tabeli. Obserwowaliśmy go przez cały Turniej WhataBurgera ubiegłej jesieni. Nie wywijał rękami, nie wydawał żadnych dźwięków. Oglądaliśmy istny balet, powiedział mi potem jeden kumpel.
– Święte słowa, White, oglądaliście balet. Ten chłopak jest baletowym wyczynowcem, to gracz.
– W każdym razie ktoś w rodzaju sportowego sawanta. Baletowa kompensacja głębokich problemów, które pan szanowny wolał zatuszować, nakładając mu przed nami kaganiec milczenia.
Para kosztownych brazylijskich espadryli mija mnie z lewej i wchodzi do kabiny, po czym espadryle obracają się i stają noskami do mnie. Ciurkanie do urynału w tle pobrzmiewających słabym echem głosów.
– …lepiej już po prostu pójdziemy – mówi C.T.
– Spokój mojego snu został na zawsze zakłócony, szanowny panie.
– …sobie myślał, że wtryni nam zaburzonego kandydata ze sfabrykowanym świadectwem, przepchnie go bokiem przez parodię rozmowy wstępnej i wciśnie na siłę w gorset rygorów życia akademickiego?
– Hal funkcjonuje, ty dupku. Jeżeli stworzy mu się sprzyjające warunki. Sam radzi sobie doskonale. Owszem, ma pewne kłopoty z kontrolowaniem emocji w rozmowie. Czy słyszeliście, żeby choć raz temu zaprzeczył?
– Byliśmy świadkami zachowania ledwo na poziomie ssaków, szanowny panie.
– Akurat. Spójrzcie sami. Aubrey, jak ci teraz wygląda nasz porywczy młody człowiek?
– Szanowny pan zapewne źle się czuje. To nie jest koniec sprawy.
– Jak to karetka? Czy wy w ogóle nie słuchacie? Mówię wam, że nie ma…
– Hal? Hal?
– Nafaszerować go prochami, wystąpić w roli jego tuby, nie dać mu dojść do słowa i ma pan teraz: leży jak katatonik z wybałuszonymi oczami.
Trzask kolan deLinta.
– Hal?
– …rozdmuchać to publicznie w jakiejś zniekształconej wersji. Nasza Akademia ma wybitnych alumnów, radców prawnych. Hal jest kompetentny, czego można dowieść. Ma takie referencje, że szczęka opada, Bill. Czyta jak odkurzacz. Rozumuje analitycznie.
Ja sobie po prostu leżę, słucham, wącham papierowy ręcznik, śledzę piruet espadryla.
– Życie nie kończy się na siedzeniu i interfejsowaniu, co może być dla was nowiną.
A czy można nie kochać tego szczególnego lwiego ryku spuszczanej wody w toalecie publicznej?
Nie na darmo mawiał Orin, że w tych stronach ludzie poza domem śmigają tylko od klimatyzacji do klimatyzacji. Słońce jak młot. Już czuję, jak jedna strona mojej twarzy zaczyna się smażyć. Błękitne niebo jest lśniące i spęczniałe od upału, nieliczne cirrusy wiatr postrzępił po brzegach w cienkie pasma przypominające włosy. Ruch uliczny nie umywa się do bostońskiego. Nosze są szczególnego typu, na wszystkich czterech rogach mają pasy do unieruchomienia pacjenta. Ten sam Aubrey deLint, którego przez tyle lat lekceważyłem jako płaskiego formalistę, przyklęknął obok noszy na kółkach, żeby mi uścisnąć unieruchomioną rękę i powiedzieć: „Trzymaj się tam, Buckaroo”, zanim się włączył z powrotem w spór administracyjny przy drzwiach karetki. To jest ambulans specjalny, wolę nie myśleć, skąd przysłany, z obsadą nie tylko ratowników medycznych, ale i lekarza psychiatry. Ratownicy podnoszą mnie delikatnie i wprawnie mocują pasy. Lekarz, oparty plecami o bok karetki, unosi obie dłonie w geście beznamiętnej mediacji pomiędzy Dziekanem a C.T., który dalej dźga powietrze anteną komórki jak szablą, oburzony, że niepotrzebnie wiozą mnie karetką na jakiś Ostry Dyżur, wbrew mojej woli i interesom. Płytko poruszona zostaje kwestia, czy zaburzeni w ogóle mają wolę i interesy, a jednocześnie jakiś superszybki myśliwiec, lecący zbyt wysoko, aby dało się go usłyszeć, przecina niebo z południa na północ. Lekarz wzniósł obie ręce i poklepuje powietrze na znak niezaangażowania. Ma potężną sinawą szczękę. Na jedynym Ostrym Dyżurze, na jakim się dotąd znalazłem, nosze psychiatryczne wturlano do środka i zaparkowano przy siedzeniach w poczekalni. Były to gięte krzesła z pomarańczowego plastiku i trzy z nich w dalszej części rzędu zajmowały trzy różne osoby, wszystkie trzymały puste fiolki po lekarstwach i pociły się obficie. Już samo to byłoby dość okropne, a tymczasem na skrajnym krześle, tuż przy moim zabezpieczonym pasami wezgłowiu, siedziała kobieta w T-shircie, z rzemienną cerą, w czapce szofera ciężarówki i z silnym przechyłem na prawą burtę; zwracając się do mnie, skrępowanego i unieruchomionego, zaczęła opowiadać, jak to z dnia na dzień nabawiła się nagłego, anormalnego gigantyzmu prawej piersi, o której mówiła „cycek”; miała niemal parodystyczny quebecki akcent, którym przez blisko dwadzieścia minut, dopóki mnie stamtąd nie wywieźli, relacjonowała stan obecny „cycka” oraz potencjalne diagnozy. Ruch i szlak przelotu odrzutowca przypominały cięcie chirurgiczne, odsłaniające pod błękitem białe mięso, które po przejściu ostrza stopniowo rozszerzało się w klin. Widziałem kiedyś słowo NÓŻ wypisane palcem na zaparowanym lustrze niepublicznej toalety. Stałem się infantofilem. Jestem zmuszony przewracać zamkniętymi oczami w górę lub na boki, żeby nie dopuścić do pożaru czerwonej groty, którą nagrzewa słońce. Ruch uliczny ma charakter ciągły i daje się słyszeć jako „ćśśś, ćśśś, ćśśś”. Słońce, jeśli choć na sekundę zajrzy w rozbiegane oko, wywołuje niebieskie i czerwone plamy, jak migająca żarówka.
– Czemu nie? Czemu nie? Czemu nie nie, skoro najlepsze rozumowanie, na jakie cię stać, to czemu nie?
Głos C.T. zamiera z oburzenia. Teraz kątem prawego oka widzę już tylko waleczne dźgnięcia jego antenki. Odwiozą mnie na jakieś Pogotowie, położą na Oddziale Powypadkowym, gdzie potrzymają mnie, dopóki nie odpowiem na wszystkie pytania, a potem, kiedy już odpowiem, podadzą mi środki uspokajające – czeka mnie więc odwrotność standardowej kolejności jazdy, karetki i oddziału Pogotowia: najpierw jazda, potem odlot. Myślę przelotnie o świętej pamięci Cosgrovie Watcie. Myślę o hipopaliczkowatym terapeucie od żałoby. Myślę o Mamuś ustawiającej w porządku alfabetycznym puszki zupy w szafce nad mikrofalówką. Myślę o parasolu Jegomościa zawieszonym za uchwyt na krawędzi stolika na pocztę tuż za drzwiami sieni Domu Dyrekcji. Kontuzjowana kostka nie bolała mnie przez ten cały rok. Myślę o Johnie „Z.N.P.” Waynie, który wygrałby tegoroczny Turniej WhataBurgera, wyobrażam go sobie, jak stoi na czatach w masce na twarzy, gdy Donald Gately i ja wykopujemy głowę mojego ojca. To prawie niewątpliwe, że Wayne by wygrał. A Venus Williams jest właścicielką rancza pod Green Valley – możliwe, że przyjdzie obejrzeć finały Chłopców i Dziewcząt do lat 18. Jak stąd wyjdę, będę miał jeszcze kupę czasu przed jutrzejszym półfinałem; ufam Wujowi Charlesowi. Dzisiaj wieczorem prawie na pewno wygra Dymphna, który ma szesnaście lat, ale jego urodziny wypadają dwa tygodnie przed graniczną datą 15 kwietnia; więc jutro o 8:30 Dymphna będzie jeszcze zmęczony, podczas gdy ja, na lekach uspokajających, wyśpię się jak suseł. Jeszcze nigdy nie grałem z Dymphną w turnieju, nie grałem też sonicznymi piłkami dla niewidomych, ale obserwowałem go w eliminacjach, przed ćwierćfinałem, gdzie z trudem pokonał Petropolisa Kahna, i wiem, że jest mój.
Zacznie się na Pogotowiu, przy kontuarze recepcji, jeżeli C.T. spóźni się, jadąc za karetką, albo w wyłożonej zieloną glazurą sali za pokojem z agresywnie cyfrową maszynerią; chyba że, skoro mamy ten specjalny ambulans z obsadą lekarską, zacznie się już podczas samej jazdy: jakiś sinoszczęki doktorek, wyszorowany do antyseptycznego połysku, z nazwiskiem wyhaftowanym kursywą na górnej kieszonce białego kitla i z markowym piórem wiecznym od kompletu, zasadzi się przy noszach, domagając się wywiadu, etiologii i diagnozy metodą sokratejską, uporządkowaną i punkt po punkcie. Według szóstej edycji Słownika Oksfordzkiego Języka Angielskiego istnieje dziewiętnaście niearchaicznych synonimów słowa „niekomunikatywny”, w tym dziewięć zlatynizowanych i cztery saksońskie. W niedzielnym finale zagram albo ze Stice’em, albo w Polepem. Może na oczach Venus Williams. Ale to niewątpliwie jakiś fizyczny bez kwalifikacji – pomocnik sanitariusza z poobgryzanymi do żywego mięsa paznokciami, szpitalny ochroniarz, zmęczony salowy, Kubańczyk, który zwraca się do mnie per jou, spojrzy z góry w połowie swojej krzątaniny, pochwyci, w swoim mniemaniu, mój wzrok i spyta: „Stary, a ty co mi opowiesz?”.
ROK PIELUCHOMAJTEK DEPEND DLA DOROSŁYCH
Gdzie ta kobieta, która miała przyjść. Mówiła, że przyjdzie. Erdedy myślał, że już powinna była przyjść. Siedział i myślał. Znajdował się w salonie. Kiedy zaczynał czekać, jedno okno było pełne żółtego światła i rzucało świetlisty cień na podłogę, i dalej siedział i czekał, gdy ten cień zaczął blaknąć i został przecięty rozjaśniającym się cieniem okna w innej ścianie. Na jednej ze stalowych półek podtrzymujących jego sprzęt audio znajdował się owad. Owad w kółko wchodził i wychodził z jednego z otworów stelaża, w którym zamocowano półki. Owad był ciemny i miał lśniący pancerzyk. Erdedy ciągle na niego zerkał. Raz czy drugi już się podnosił, żeby podejść i obejrzeć owada z bliska, ale bał się, że kiedy podejdzie i zobaczy go z bliska, zabije stworzenie, a zabić je się obawiał. Nie skorzystał z telefonu, aby zadzwonić do kobiety, która obiecała przyjść, bo gdyby zablokował linię akurat w momencie, gdy ona próbuje się do niego dodzwonić, słysząc sygnał „linia zajęta”, mogłaby sobie pomyśleć, że Erdedy nie jest zainteresowany, i wściec się, i zanieść gdzie indziej to, co mu obiecała.
Obiecała mu zdobyć jedną piątą kilograma marihuany, 200 gramów nadzwyczajnie dobrej marihuany, za 1250 $ US. Próbował zerwać z paleniem marihuany już z siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt razy. Zanim ta kobieta go poznała. Nie wiedziała, że Erdedy już wcześniej próbował przestać. Zwykle wytrzymywał tydzień albo dwa tygodnie, a niekiedy dwa dni, a potem postanawiał zapalić sobie jeszcze w domu po raz ostatni. Po raz ostatni szukał kogoś nowego, kogoś, komu nie mówił jeszcze, że musi przestać palić zioło, więc błaga, żeby pod żadnym warunkiem nie załatwiać mu żadnego towaru. Musiała to być osoba postronna, bo wszystkim znajomym dilerom zapowiedział, że zrywa z nałogiem. Pośrednik też musiał być kimś całkiem nowym, bo ilekroć Erdedy zdobył trochę towaru, przyrzekał sobie, że to już ostatni raz, a pośrednikowi zapowiadał, błagał go, aby w ramach zbawiennej przysługi już nigdy, przenigdy nie dostarczał mu wiadomej substancji. I osoby, której to zapowiedział, już nigdy nie prosił o towar ponownie, ponieważ był dumny, a także dobry i nie chciał nikogo stawiać w tego rodzaju sprzecznej sytuacji. Poza tym uważał, że świruje na punkcie zioła, i bał się, że inni też to zauważą. Siedział, myślał i czekał w nierównym X światła z dwóch różnych okien. Raz i drugi zerknął na telefon. Owad zniknął w otworze stalowej ramy, w której zamocowana była półka.
Obiecała przyjść o określonej godzinie i ta godzina już minęła. W końcu się poddał i zadzwonił na jej numer, korzystając z funkcji audio, i odczekał kilka dzwonków, martwiąc się, że tak długo blokuje linię, aż odezwała się jej poczta głosowa: komunikatowi towarzyszył strzępek ironicznego utworu pop, po którym jej głos pospołu z głosem męskim oznajmił: oddzwonimy – a owo „my” sugerowało, że są parą, mężczyzna był przystojnym czarnoskórym studentem prawa, a ona projektowała scenografie, i nie zostawił wiadomości, bo nie chciał, żeby się dowiedziała, jak bardzo to mu jest potrzebne. Zachowywał się w tej sprawie z daleko posuniętą nonszalancją. Kiedy mu powiedziała, że zna typa w Allston, zaraz po drugiej stronie rzeki, który sprzedaje średnie ilości towaru z wysoką zawartością żywicy, ziewnął i odpowiedział no, może, no, właściwie czemu nie, jasne, wyjątkowa okazja, nie kupowałem już od nie pamiętam kiedy. Ona na to, że ten typ z Allston mieszka w przyczepie, ma zajęczą wargę, hoduje węże i nie używa telefonu, w sumie nie zalicza się bynajmniej do osób przyjemnych i pociągających, ale często sprzedaje towar ludziom teatru z Cambridge i ma grono oddanych zwolenników. On na to, że już nawet nie pamięta, kiedy ostatnio kupował, tak dawno to było. Powiedział, że chyba poprosi ją o zakup przyzwoitej ilości, bo ostatnio dzwonili do niego przyjaciele z pytaniem, czy może im trochę załatwić. Miał taką fazę, że często mówił, że załatwia towar dla przyjaciół. Dzięki temu, kiedy ona nie miała towaru na umówiony czas i zaczynał się denerwować, mógł jej powiedzieć, że to jego przyjaciele zaczynają się denerwować, że jemu jest głupio, że zawraca jej głowę takim głupstwem, ale przyjaciele się denerwują i męczą go o to, więc chciałby wiedzieć, co ma im odpowiadać. Ujmował to tak, że jest między młotem a kowadłem. Mógł powiedzieć, że przyjaciele dali mu pieniądze i teraz się denerwują, wywierają nacisk, dzwonią i zawracają mu głowę. Ta taktyka nie była możliwa w tym konkretnym przypadku, bo jeszcze nie dał pośredniczce tych 1250 dolarów. Nie zgodziła się. Była dobrze sytuowana. Miała dobrze sytuowaną rodzinę, czym tłumaczyła, skąd ma takie ładne mieszkanie, w którym projektuje mroczne turpistyczne scenografie dla grupy teatralnej z Cambridge, wystawiającej chyba wyłącznie sztuki niemieckie. Nie przejmowała się zanadto pieniędzmi i powiedziała, że sama pokryje koszty, jak pojedzie do Allston sprawdzić, czy tamten facet jest w domu w swojej przyczepie, gdzie jej zdaniem na pewno będzie tego popołudnia, a on jej zwróci, jak już dostanie towar. Taki układ, zaproponowany na pełnym luzie, bardzo go speszył, więc siląc się na jeszcze większy luz, powiedział jasne, świetnie, jak chcesz. Wracając myślą do tamtej rozmowy, był pewien, że powiedział „jak chcesz”, co go poniewczasie zmartwiło, bo mogło zabrzmieć, jakby mu w ogóle nie zależało, nic a nic, tak niewiele, że nic by się nie stało, gdyby zapomniała skombinować towar albo zadzwonić, a przecież odkąd podjął decyzję, żeby jeszcze raz ściągnąć do domu marihuanę, zależało mu bardzo. Zależało mu bardzo. Zbyt luzacko potraktował tę kobietę, trzeba ją było zmusić, żeby wzięła od niego 1250 dolarów, bo tak nakazują względy grzeczności, bo on nie chciałby stawiać jej w niewygodnej sytuacji finansowej z tak trywialnego i marginalnego powodu. Pieniądze wytwarzały poczucie obowiązku, a on chciał, żeby kobieta czuła się zobowiązana dotrzymać obietnicy, skoro jej obietnica tak go wytrąciła z równowagi. A skoro już dał się wytrącić z równowagi, zależało mu na tym tak bardzo, że aż bał się to okazać. Skoro poprosił ją o zdobycie towaru, musiał wykonać szereg posunięć. Owad powrócił na regał. Nie wyglądało na to, żeby coś robił. Po prostu wylazł z otworu w stelażu na skraj stalowej półki i tak siedział. Po dłuższej chwili zniknął z powrotem w otworze stelaża, w którym najprawdopodobniej też nie robił nic. A on poczuł się podobny do tego owada z dziury w stelażu, na którym zamocowana była półka, ale nie był pewien, na czym właściwie to podobieństwo polega. Skoro postanowił po raz ostatni wejść w posiadanie marihuany, musiał teraz wykonać szereg posunięć. Musiał połączyć się przez modem z agencją i zawiadomić, że ma awarię i wysyła notatkę elektroniczną na teleputer koleżanki z prośbą, by na resztę tygodnia przejęła jego zgłoszenia, ponieważ on sam będzie przez kilka dni bez kontaktu z powodu wspomnianej awarii. Musiał zostawić wiadomość głosową na swojej automatycznej sekretarce z informacją, że począwszy od tego popołudnia, będzie przez kilka dni nieosiągalny. Musiał wysprzątać sypialnię, której po zażyciu substancji nie będzie opuszczał, nie licząc błyskawicznych wypadów do lodówki i do łazienki. Musiał wywalić całe piwo i alkohol, gdyż picie alkoholu w połączeniu z paleniem trawy przyprawiało go o zawroty głowy i mdłości, a nie mógł ufać sobie, że się nie napije, kiedy już zacznie palić. Musiał zrobić zakupy. Musiał zgromadzić zapasy. Teraz już tylko jeden czułek owada sterczał z dziurki w stelażu. Sterczał, ale się nie ruszał. Musiał kupić napój gazowany, herbatniki, chleb, wędlinę, majonez, pomidory, M&M’sy ciasteczka Jak Domowe, lody, mrożony tort czekoladowy Pepperidge Farm i cztery puszki polewy czekoladowej do wyjadania dużą łyżką. Musiał złożyć zamówienie na filmy w wypożyczalni InterLace. Musiał kupić lek na nadkwasotę, której nabawi się w nocy po zjedzeniu tego wszystkiego, co zje. Musiał kupić nowy bong, bo ilekroć wypalił absolutnie ostatnią partię marihuany, postanawiał, że to koniec, basta i szlus, już mu nawet nie smakuje, no właśnie, koniec z ukrywaniem się, zgrywaniem przed kolegami, zostawianiem wiadomości na automatycznej sekretarce, przepakowywaniem samochodu poza osiedle, zamykaniem okien, zaciąganiem zasłon i żaluzji, z życiem na krótkich wektorach pomiędzy filmami na teleputerze InterLace, lodówką a ubikacją, i wtedy wywalał swój bong, zawinięty w kilka plastikowych reklamówek. Zamrażalnik jego lodówki wytwarzał lód w postaci nieprzezroczystych bloczków i wykroju półksiężyca, które on uwielbiał: kiedy palił w domu, zawsze wypijał wielkie ilości zimnej wody gazowanej z lodem. Język nabrzmiewał mu na samą myśl. Spojrzał na telefon i na budzik. Wyjrzał przez okna, ale nie na listowie i asfaltowy podjazd pod domem. Wyczyścił już odkurzaczem żaluzje i zasłony, wszystko było gotowe do zamknięcia. Kiedy tylko przyjdzie kobieta, która obiecała przyjść, cały system zostanie zamknięty. Przeszło mu przez myśl, że on sam zniknie w dziurce stelaża wewnątrz siebie, na którym wspiera się konstrukcja czegoś innego w jego wnętrzu. Nie był pewien, czym jest to coś wewnątrz niego, i nie czuł się na siłach podjąć czynności, jakich wymagałoby zbadanie tej kwestii. Kobieta miała przyjść już prawie trzy godziny temu. W trakcie programu terapii dziennej, którą odbył przed dwoma laty, psycholog, niejaki Randi przez i, z wąsem kanadyjskiego konnego policjanta, powiedział mu, że jest niedostatecznie zaangażowany w proces eliminowania substancji ze swojego życia. Musiał kupić nowy bong u Bogarta na Poster Square w Cambridge, bo ilekroć wykończył resztkę posiadanych substancji, wywalał wszystkie bongi i fajki, osłonki i rurki, i bibułki do skrętów, i pęsety do petów, zapalniczki, Visine i Pepto-Bismol, i ciastka, i mrożonki, żeby wyeliminować na przyszłość wszelką pokusę. Za każdym razem po wyrzuceniu tych przedmiotów odczuwał optymizm i siłę woli. Kupił nowy bong i zgromadził zapasy dzisiaj rano, zdążył ze wszystkim do domu grubo przed zapowiedzianym przyjściem tej kobiety. Myślał o nowym bongu i o nowej paczuszce okrągłych mosiężnych osłonek w torbie od Bogarta na stole w zalanej słońcem kuchni i nie mógł sobie przypomnieć, jakiego koloru jest jego nowy i definitywnie ostatni bong. Poprzedni był pomarańczowy, a jeszcze wcześniejszy przydymiony różowy, który w raptem cztery dni zamulił się na dnie od żywicy. Nie mógł sobie przypomnieć koloru tego nowego i definitywnie ostatniego bonga, którego teraz będzie używał, ale doszedł do wniosku, że obsesyjne sprawdzanie i konwulsyjne ruchy popsują atmosferę nonszalanckiego spokoju, który koniecznie chciał zachować, czekając – stercząc bez ruchu – na tę kobietę, którą poznał na projektanckiej sesji w ramach małej kampanii prowadzonej przez jego agencję dla nowego festiwalu Wedekinda organizowanego przez jej małą spółkę teatralną, czekając na kobietę, z którą dwukrotnie odbył stosunek seksualny na cześć jej niezobowiązującej obietnicy. Usiłował przypomnieć sobie, czy ta kobieta jest ładna. Na konto swoich ostatnich marihuanowych wakacji zaopatrzył się jeszcze w wazelinę. Kiedy palił marihuanę, miał skłonność do wzmożonej masturbacji, bez względu na to, czy nadarzała się okazja odbycia stosunku, na marihuanie wolał masturbację od stosunku, a dzięki wazelinie wracał do normalnego funkcjonowania niepoobcierany i nieobolały. Wzdragał się przed powstaniem i sprawdzeniem koloru bonga także dlatego, że idąc do kuchni, musiałby przejść tuż obok konsoli telefonicznej, a nie chciał ulec pokusie zadzwonienia do tej kobiety, która obiecała, że przyjdzie, ponieważ czułby się głupio, zawracając jej głowę czymś, co sam przedstawił jako bagatelkę, a bał się, że jeszcze głupiej wyglądać będzie na jej automatycznej sekretarce kilka głuchych telefonów, no i niepokoiło go, że może zająć linię w sytuacji, gdy ona akurat dzwoni, co z pewnością by zrobiła. Zdecydował się zainstalować w audiofonie funkcję Rozmowa Oczekująca za symboliczną opłatę, ale zaraz przypomniał sobie, że przecież po raz ostatni ulega temu, co Randi przez i nazwał nałogiem niemniej niszczycielskim niż czysty alkoholizm, a więc właściwie nie potrzebuje funkcji Rozmowa Oczekująca, ponieważ taka sytuacja jak obecna więcej się nie powtórzy. Ten ciąg myśli doprowadził go niemal do złości. Aby utwierdzić się w opanowaniu, w jakim czekał, siedząc w oświetlonym słońcem fotelu, skupił zmysły na bezpośrednim otoczeniu. Żadnej części obserwowanego wcześniej owada nie było już widać. Tykania jego przenośnego budzika składały się w istocie z trzech krótszych tyknięć, oznaczających domniemane przygotowanie, ruch i zatrzymanie w nowej pozycji. Zaczynał nabierać obrzydzenia do siebie za to, że tak gorliwie czeka na obiecaną dostawę czegoś, co i tak już przestało być fajne. Już nawet nie był pewien, czy jeszcze to lubi. Wysuszało mu jamę ustną i śluzówkę oczu, powodowało zaczerwienienie i uwiąd skóry twarzy, a on nie znosił, kiedy twarz mu więdła, jakby marihuana erodowała całą spójność mięśni twarzowych, i strasznie się wstydził tego, że twarz mu więdnie, i już dawno zabronił sobie palić zioło w obecności innych osób. Już nawet nie wiedział, co go w niej tak pociągało. Nie umiał nawet znaleźć się wśród ludzi w dniu, w którym palił marihuanę, tak bardzo się wstydził. Na dodatek po trawie często miewał bolesne zapalenie opłucnej, jeżeli palił ostro przez dwa dni z rzędu przed ekranem InterLace w swojej sypialni. Jego myśli wystrzeliwały wtedy zygzakowato w dziwnych kierunkach i gapił się zachłannie niczym nierozgarnięte dziecko na kartridżową rozrywkę – bo gromadząc kartridże z filmami na wakacje z marihuaną, wybierał takie, w których dużo rzeczy wybuchało i się zderzało, co taki fachowiec od niemiłych faktów jak Randi uznałby na pewno za źle rokujące. Wygładził krawat pod szyją, mobilizując intelekt, wolę, samowiedzę i przekonanie, i powziął decyzję, że kiedy ta jego ostatnia kobieta wreszcie przyjdzie, bo przyjdzie na pewno, będzie to po prostu pożegnalna orgietka z marihuaną. Wypali po prostu tak dużo w tak krótkim czasie, a wrażenie i wspomnienie tego będzie tak obrzydliwe, że z chwilą, gdy jak najszybciej pozbędzie się tego z domu i z życia, już nigdy więcej nie zachce mu się zapalić. Już on o to zadba, żeby stworzyć sobie w pamięci naprawdę przykry zestaw obmierzłych skojarzeń z substancją. Trawa go przerażała. Budziła w nim lęk. Nie samej trawy się bał, tylko tego, że po jej wypaleniu boi się wszystkiego innego. Dawno już przestała mu przynosić wyzwolenie, ulgę czy przyjemność. Na ten ostatni raz wypali całe 200 gramów – 120 gramów oczyszczonej, bez szypułek – w cztery dni, ponad uncję dziennie, w zwartych, ciężkich, ekonomicznych, pojedynczych dawkach umieszczonych w dziewiczym bongu wysokiej jakości, w niewiarygodnych, szaleńczych dawkach dziennych, potraktuje to jak misję, jak pokutę i terapię behawioralną zarazem, przepali się przez 30 wysokojakościowych gramów dziennie, zaczynając, gdy tylko się obudzi, łyknie wody z lodem, żeby odkleić język od podniebienia, i zażyje lek na nadkwasotę – dochodząc średnio do 200 lub 300 ciężkich buchów dziennie, liczby obłędnej i rozmyślnie niemiłej, i potraktuje to jak misję, żeby palić cięgiem, nawet jeżeli – o ile towar będzie tak dobry, jak zapewniała kobieta – po pięciu buchach nie będzie mu się chciało nabijać z powrotem bonga przez co najmniej godzinę. Zmusi się i nabije. Wypali wszystko, nawet gdyby nie chciał. Nawet gdyby dostał zawrotów głowy i mdłości. Dzięki dyscyplinie, wytrwałości i woli uczyni całe to doświadczenie tak nieprzyjemnym, tak poniżającym, obmierzłym i wstrętnym, że od tej chwili jego model behawioralny ulegnie modyfikacji i on już nigdy nie zechce tego powtórzyć, gdyż wspomnienie czterech dni w amoku będzie zbyt głęboko i brutalnie wypalone w jego pamięci. Wyleczy się przesytem. Przewidywał, że kobieta, kiedy już przyjdzie, będzie chciała wypalić razem z nim coś z tych 200 gramów, posiedzieć, posłuchać jego imponującej kolekcji nagrań Tita Puente i zapewne odbyć stosunek seksualny. Jeszcze nigdy nie uprawiał seksu po marihuanie. Szczerze mówiąc, sam pomysł go odrzucał. Zespolenie wyschłych ust usiłujących się całować, jego wstydliwe myśli zapętlone wokół siebie jak wąż na patyku, kiedy miota się nad nią, stękając chrypliwie, z podpuchniętymi przekrwionymi oczami, z oklapłą, zwiędłą twarzą, której obwisłe fałdy muskają fałdy jej zwiędłej, oklapłej twarzy – twarzy, która miota się po poduszce, poruszając spieczonymi wargami. Odpychająca myśl. Postanowił, że każe jej rzucić z daleka to, co przyniosła, a potem sam rzuci jej z daleka 1250 dolarów w wysokich nominałach, radząc, by uważała, żeby drzwi nie walnęły jej w tyłek, gdy będzie wychodzić. Nie powie „w tyłek”, tylko „w dupę”. Będzie dla niej tak niegrzeczny i niemiły, że wspomnienie własnego braku elementarnej przyzwoitości i jej ściągniętej, obrażonej miny stanie się dodatkowym czynnikiem zniechęcającym na zawsze, na przyszłość, do ryzyka wykonania telefonu do niej i powtórzenia czynności, do której się właśnie zobowiązał.
Jeszcze nigdy nie czekał w takim napięciu na kobietę, z którą nie chciał się widzieć. Doskonale pamiętał ostatnią laskę, którą wciągnął w próbę odbycia ostatnich wakacji z ziołem przy zaciągniętych zasłonach. Ta ostatnia kobieta była tak zwaną artystką zawłaszczającą, co chyba znaczyło, że kopiuje i upiększa prace innych artystów, po czym sprzedaje je za pośrednictwem prestiżowej galerii na Marlborough Street. Miała własny manifest artystyczny, który zawierał radykalne treści feministyczne. Pozwolił podarować sobie jeden z jej mniejszych obrazów, który zasłonił pół ściany nad jego łóżkiem i przedstawiał sławną aktorkę filmową, której nazwiska nigdy nie mógł sobie przypomnieć, oraz mniej sławnego aktora filmowego, w czułej scenie ze słynnego starego filmu, romantycznej scenie uścisku, skopiowanej z podręcznika historii kina, lecz znacznie powiększonej i usztucznionej, zagryzmolonej jaskrawoczerwonymi literami, układającymi się w obsceniczne wyrazy. Ta ostatnia kobieta była seksowna, lecz nieładna, podczas gdy kobieta, której teraz nie chciał widzieć, ale niecierpliwie na nią czekał, była ładna w spłowiałym, przywiędłym typie Cambridge, czyli ładna, ale nie seksowna. Artystce zawłaszczającej dał do zrozumienia, że był kiedyś uzależniony od spidu, sam pamiętał, że mówił jej o dożylnym uzależnieniu od chlorowodorku metamfetaminy[1], opisał nawet paskudny smak chlorowodorku w ustach narkomana po wstrzyknięciu preparatu, bo starannie zbadał ten temat. Ponadto dał jej do zrozumienia, że marihuana powstrzymuje go przed zażywaniem narkotyku, z którym naprawdę ma problem, więc jeśli z entuzjazmem odpowie na jej propozycję załatwienia marihuany, to tylko dlatego, że heroicznie powstrzymuje się od mroczniejszych, głębszych i bardziej uzależniających ciągotek i potrzebuje jej pomocy. Nie przypominał sobie dokładnie, gdzie i jak dał jej to wszystko do zrozumienia. Z pewnością nie usiadł i nie okłamał jej z kamienną twarzą, raczej stworzył wrażenie, które podsycał, pozwalając mu nabrać własnego życia i mocy. Owad był teraz całkowicie widoczny. Znajdował się na półce, na której stał jego cyfrowy korektor dźwięku. Możliwe, że w istocie nie cofnął się całkowicie w otwór w stelażu półki. To, co wyglądało na jego ponowne pojawienie się, mogło wynikać z nieuwagi obserwatora albo ze światła padającego przez okna bądź też z wizualnego kontekstu otoczenia owada. Stelaż wystawał ze ściany i był trójkątem z matowej stali, z otworami, w które wchodziły półki. Metalowe półki, na których stał sprzęt audio, pomalowane były na ciemną, przemysłową zieleń i przeznaczone pierwotnie na żywność w puszkach. W zamierzeniu projektanta był to dodatkowy regał kuchenny. Owad siedział w ciemnym lśniącym pancerzyku, w znieruchomieniu sugerującym gromadzenie sił, siedział jak karoseria pojazdu, z którego chwilowo wymontowano silnik. Był ciemny, miał lśniący pancerzyk i czułki, które sterczały, ale się nie ruszały. On czuł, że musi skorzystać z łazienki. Jego ostatni kontakt z artystką zawłaszczającą, z którą odbył stosunek płciowy, podczas którego ona rozpylała w powietrzu jakieś perfumy z pojemnika, który trzymała w lewej ręce, leżąc pod nim i wydając szeroki wachlarz dźwięków, i rozpylała te perfumy tak obficie, aż poczuł ich zimną mgiełkę osiadającą mu na plecach i ramionach, co go zmroziło i zraziło, więc ten ostatni kontakt po jego wycofaniu się w ukrycie z marihuaną, którą ona mu załatwiła, miał formę przysłanej przez nią kartki, będącej fotograficznym pastiszem wycieraczki z szorstkiej zielonej plastikowej trawy, z napisem WITAJ i zamieszczonym obok pochlebnym reklamowym zdjęciem artystki zawłaszczającej w jej galerii w Back Bay, a pomiędzy napisem i zdjęciem widniał znak nierówności, czyli znak równości przekreślony ukośną linią, dołem zaś biegł obsceniczny tekst majuskułą, który on odniósł do siebie, tekst dopisany tłustą czerwoną kredką, z licznymi wykrzyknikami. Obraziła się, bo spotykali się codziennie przez dziesięć dni, a kiedy wreszcie zdobyła mu 50 gramów genetycznie udoskonalonej hydroponicznej marihuany, powiedział, że uratowała mu życie i jest jej wdzięczny, i przyjaciele, którym obiecał zdobyć towar, też są jej wdzięczni, ale teraz ona musi sobie iść, bo on jest umówiony i musi się już zbierać, ale na pewno zadzwoni do niej później jeszcze tego dnia, i wymienili mokry pocałunek, a ona powiedziała, że czuje przez marynarkę, jak mu serce bije, i odjechała przerdzewiałym autem bez tłumika, a on poszedł i przeparkował swój samochód do podziemnego garażu kilka przecznic dalej, wrócił biegiem, zaciągnął czyste rolety i zasłony i zmienił tekst na automatycznej sekretarce na wiadomość o nagłym wyjeździe z miasta, i spuścił oraz domknął żaluzje w sypialni, i wyjął z torby od Bogarta swój nowy różowy bong, i nie pokazywał się przez trzy dni, i zignorował ponad dwa tuziny wiadomości głosowych, protokołów i e-notatek wyrażających zaniepokojenie nagłym charakterem jego nagrania na automatycznej sekretarce, i nigdy więcej się z artystką nie skontaktował. Miał nadzieję, że ona uzna, iż znowu uległ chlorowodorkowi metamfetaminy i pragnie jej oszczędzić udręki oglądania jego ponownego staczania się w piekło uzależnienia chemicznego. W istocie natomiast po raz kolejny postanowił, że te 50 gramów nasączonego żywicą zioła, które było tak mocne, że drugiego dnia przyprawiło go o stan lękowy tak paraliżujący, że wysikał się w pamiątkowy ceramiczny wazon z herbem Uniwersytetu Taftsa, żeby uniknąć wychodzenia z sypialni, to będzie jego ostatnia orgia narkotykowa, więc musi odciąć się od wszelkich przyszłych źródeł pokusy i dostawy, co oczywiście obejmowało artystkę zawłaszczającą, która, przypomniał sobie, przyszła z towarem dokładnie o wyznaczonej godzinie. Z ulicy dobiegł go odgłos pojemnika na śmieci opróżnianego do śmieciarki EWD. Wstyd na myśl o tym, że, z drugiej strony, ona może postrzegać jego zachowanie jako obmierzły fallocentryzm, dodatkowo ułatwił mu unikanie jej. A właściwie nie wstyd. Raczej pewien dyskomfort na samą myśl. Musiał dwa razy wyprać pościel, żeby wywabić z niej zapach tamtych perfum. Wszedł do łazienki w celu skorzystania z toalety, pilnując się bardzo, żeby nie spojrzeć ani na owada widocznego na półce po lewej, ani na konsolę telefoniczną ustawioną na lakowej stacji roboczej po prawej. Był zdecydowany nie tknąć ani jednego, ani drugiego. Gdzie się podziała ta kobieta, która obiecała przyjść. Nowy bong w torbie od Bogarta był pomarańczowy, co znaczyło, że mógł błędnie zapamiętać poprzedni bong jako pomarańczowy. Nasycony jesienny oranż rozjaśniał się w oranż cytrusowy po uniesieniu plastikowego cylindra pod późnopopołudniowe światło wpadające przez okno nad kuchennym zlewem. Metalowy trzpień i miseczka wykonane były z szorstkiej nierdzewnej stali, takiej z widocznym ziarnem, nieładnej i czysto funkcjonalnej. Bong miał pół metra wysokości i osadzony był na obciążonej podstawie obciągniętej miękkim sztucznym zamszem. Dziurka odpowietrzacza wycięta byle jak w grubym pomarańczowym plastiku naprzeciwko trzpienia jeżyła się plastikowymi zadrami, które podczas palenia mogły mu pokaleczyć kciuk, ale to postanowił zaliczyć na poczet pokuty, którą odbędzie po przyjściu i wyjściu kobiety. Drzwi do łazienki zostawił otwarte, żeby na pewno usłyszeć telefon albo domofon. W łazience niespodziewanie poczuł ścisk w gardle i rozszlochał się na całego. Trwało to dwie lub trzy sekundy, po których szloch nagle ustał i pomimo prób nie chciał powrócić. Minęły już cztery godziny od niefrasobliwie obiecanej pory odwiedzin kobiety. Gdzie był, kiedy zaczynał czekać, w łazience czy w fotelu przy oknie, w pobliżu telefonu, owada i okna, przez które wpadał równy prostokąt światła? Słońce wpadało przez okno pod kątem coraz bardziej ukośnym. Jego cień stał się równoległobokiem. Światło wpadające przez okno południowo-zachodnie było proste i czerwonawe. Pomyślał, że powinien skorzystać z łazienki, ale nie był w stanie. Spróbował załadować cały stos kartridżów filmowych do stacji dysków i włączyć wielki teleputer w sypialni. W lustrze nad TP widział dzieło sztuki zawłaszczającej. Ściszył fonię do minimum i wycelował pilotem w TP jak jakąś bronią. Siedział na skraju łóżka z łokciami na kolanach i przeglądał plik kartridżów. Każdy kartridż w stacji opadał na komendę i uruchamiał czytnik z kliknięciem i owadzim furkotem, a on go skanował. Erdedy nie mógł jednak skupić się całkowicie na teleputerze, ponieważ przy żadnym filmie nie udało mu się wytrwać dłużej niż kilka sekund. Z chwilą, gdy zorientował się, o co chodzi w filmie, opadało go przemożne, dręczące poczucie, że na innym kartridżu znajdzie coś zabawniejszego, co właśnie w tej chwili potencjalnie traci. Zdawał sobie sprawę, że będzie miał dość czasu na obejrzenie wszystkich filmów, był też intelektualnie świadom bezsensu odczuwania w tej sytuacji paniki z powodu straty. A jednak. Ekran wisiał na ścianie, o połowę większy od dzieła sztuki feministycznej. Erdedy przez jakiś czas przeglądał kartridże. Konsola telefoniczna ożywiła się podczas gorączkowego skanowania. Zerwał się, zanim wybrzmiał pierwszy dzwonek, i rzucił do telefonu, owładnięty ekscytacją czy może ulgą, wciąż z pilotem TP w garści, ale to był tylko zaprzyjaźniony kolega z pracy, więc gdy dobiegł go głos nienależący do kobiety, która obiecała mu przynieść to, co postanowił przez kilka najbliższych dni wyrugować na zawsze ze swojego życia, omal nie zemdliło go z rozczarowania, bo w jego organizmie świeciła teraz i dzwoniła kolosalna dawka wezbranej omyłkowo adrenaliny, więc tak szybko zakończył rozmowę z kolegą, by zwolnić linię dla tamtej kobiety, że miał pewność, iż kolega uznał go albo za obrażonego, albo za zwykłego chama. Dodatkowo wytrąciła go z równowagi myśl, że o tak późnej porze jego automatyczna sekretarka nie recytowała informacji o niedostępności abonenta, którą to informację podałaby, gdyby kolega zadzwonił po wizycie tej kobiety, kiedy on zamknąłby cały system łączący go ze światem; stał więc nad konsolą telefoniczną, usiłując zdecydować, czy ryzyko ponownego telefonu kolegi lub kogoś innego z agencji jest wystarczająco znaczne, by usprawiedliwić zamianę komunikatu automatycznej sekretarki z informacji o jego nagłym wyjeździe po południu na informację o nagłym wyjeździe wieczorem, ale doszedł do wniosku, że skoro kobieta obiecała przyjść, to pozostawienie tekstu w stanie niezmienionym będzie gestem wierności wobec tej obietnicy, a może nawet w jakiś pokrętny sposób obietnicę tę wzmocni. Śmieciarka opróżniała kontenery na całej ulicy. Wrócił na fotel przy oknie. Stacja dysków i wizor TP w sypialni wciąż były włączone i przez skos uchylonych drzwi widział migotanie ekranu o wysokiej rozdzielczości, a na nim kolory podstawowe, przechodzące jeden w drugi w półmroku pokoju, więc przez chwilę zabijał czas próbami wyobrażenia sobie rozrywkowych scen na ekranie niepilnowanego wizora, o których to scenach mogłyby świadczyć zmieniające się kolory i intensywność światła. Fotel stał przodem do pokoju, a nie do okna. Czytanie podczas oczekiwania na marihuanę nie wchodziło w grę. Pomyślał o masturbacji, ale zrezygnował. Nie odrzucił tego pomysłu aż tak raptownie, żeby na niego nie zareagować i nie patrzeć, jak odpływa. Zastanowił się głęboko nad pragnieniami i ideami poddanymi obserwacji wolnej od reakcji, zastanowił się nad impulsami, które więdną, gdy odmówić im ekspresji, i na jakimś poziomie poczuł, że ma to coś wspólnego z nim i jego aktualną okolicznością i że to coś zasłuży niewątpliwie na miano problemu, o ile problemu tego nie rozwiąże ostatnia wyczerpująca orgia, na którą się zdecydował, ale nie zdążył nawet się zastanowić, w jaki sposób obraz przepływających jałowych impulsów odnosi się czy to do niego, czy do owada, który właśnie cofnął się do swojej dziurki w kanciastym stelażu, bo w tym dokładnie momencie telefon i domofon zadzwoniły równocześnie, oba głośno, raptownie i z taką udręką, jakby ktoś je przeciągnął przez bardzo małą dziurkę do wnętrza olbrzymiego balonu kolorowej ciszy, w której on siedział, czekając, i rzucił się najpierw do konsoli telefonicznej, potem do modułu domofonu, potem znów do konsoli, po czym podjął próbę rzucenia się do obu jednocześnie i stanął rozkraczony, z dziko rozpostartymi ramionami, jak coś wyrzuconego, plaśniętego, zagrzebanego między tymi dwoma dźwiękami, bez jednej myśli w głowie.







