Dogoniliśmy Zachód, ale czy wiemy, co to dla nas oznacza? „Rewolucja ambicji” Jakuba Dymka to przenikliwy reportaż o Polsce po sukcesie, która zaczyna mierzyć się z tymi samymi problemami co najbogatsze kraje Europy. To odważna analiza naszych aspiracji, wyborów i kosztów rozwoju – oraz pytanie o to, dokąd zmierzamy dalej.
Tu jest Polska, tu jest Zachód?
Przez trzy dekady po transformacji Polska goniła Zachód, a elity polityczne podporządkowywały temu celowi swoje działania. Wskaźniki ekonomiczne, społeczne i polityczne wyznaczały kierunek zmian. Jakub Dymek, kulturoznawca, współprowadzący podcast „Dwie lewe ręce” i dziennikarz m.in. „Tygodnika Powszechnego” i „Przeglądu”, stawia tezę, że w ostatniej dekadzie ten projekt został zrealizowany – Polska dogoniła Zachód.
Ciesząc się z rozwoju i rosnącego dobrobytu, nie dostrzegamy jednak, że zaczynamy powielać błędy państw, które chętnie krytykujemy. Migracja została sprywatyzowana – nadal konkurujemy tanią siłą roboczą, tyle że dziś są nią imigranci. Rosną nierówności, a system sprzyja ochronie majątkowych przywilejów wąskich elit kosztem inwestycji w rozwój, przemysł, zdrowie i edukację. Jednocześnie chcemy utrzymać wysoki poziom świadczeń socjalnych i niski wiek emerytalny, nie rozwiązując problemów demograficznych i nie godząc się na migrację. Pogłębiają się nierówności regionalne, a duże metropolie dominują nad resztą kraju.
Problemy, z którymi mierzą się dziś Polacy, są tożsame z wyzwaniami Niemców, Duńczyków czy Francuzów. To efekt naszego sukcesu. A sukces nie przychodzi bez kosztów.
Dogoniliśmy Zachód. Ale co dalej?
Rewolucja ambicji. Jak zmienia się Polska
Wydawnictwo Port
Premiera: 20 maja 2026
Wprowadzenie
W 1988 roku, w którym się urodziłem, marzenia Polaków dało się określić jednym słowem: Zachód. Chcieliśmy żyć w „normalnym kraju”. Zachód był miejscem, gdzie było normalnie. W przeciwieństwie do bloku wschodniego, gdzie wszystko stało na głowie.
Co jest zatem potrzebne do tego normalnego życia? Dobre zarobki i pełne półki w sklepach, system kapitalistyczny i wielopartyjna demokracja. Poza tym wolność słowa i policja, która ściga bandytów, a nie własnych obywateli. Możliwość wyjazdu za granicę na wakacje, a nie przymus emigracji za pracą i ze strachu. Nie zaszkodzi, jeśli o sukcesie i dojściu do majątku decydować będą czynniki inne niż koneksje i talent do załatwiania sobie czegoś. Tak rozumieliśmy ten wyśniony Zachód, którym Polska miała się kiedyś stać.
W 2026 roku, gdy piszę te słowa, marzenie to już się spełniło. Dołączyliśmy do grona najlepszych, nie tylko pod względem nominalnej wielkości PKB. Według choćby Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) Polak cieszy się porównywalnym lub wyższym poziomem i zadowoleniem z życia co obywatel Wielkiej Brytanii, Hiszpanii czy USA1. Obok liczb jest też poczucie sukcesu i spokój o lepszą przyszłość. Mieliśmy dogonić Japonię? Proszę bardzo. Kiedy premier RP ogłasza podczas wizyty w Azji, że jesteśmy równorzędnymi partnerami Japonii i Korei, to nikt się już nie śmieje. Badania podpowiadają, że jesteśmy nie tylko europejskim liderem wzrostu, ale także… optymizmu w patrzeniu w przyszłość2. Startowaliśmy z pułapu, z którego wydawało się to po prostu nieosiągalne.
Czy młody człowiek w latach 80. uwierzyłby, gdybyśmy mu powiedzieli, że w ciągu jego życia Polak będzie mógł bez wizy wlecieć do USA, nasz kraj będzie stawiany za wzór dynamicznej gospodarki, przeciętna pensja pozwoli na zbliżony poziom życia jak w Europie, sklepowe półki będą uginać się od towarów, a stypendia na światowych uczelniach, kariery w globalnych korporacjach i zagraniczne wakacje staną się codziennością pokolenia jego dzieci? A jednak te wszystkie rzeczy, które u progu III RP uznawaliśmy za niezbędne elementy „normalnego Zachodu”, już tu są. A w niektórych dziedzinach – od prędkości wdrażania rozwiązań cyfrowych przez bezpieczeństwo naszych miast aż po szczodrość świadczeń rodzinnych – radzimy sobie po prostu lepiej. Z pewnością nienajgorzej wiedzie się też tym, którzy konsumują owoce tego sukcesu. W gazetach czytam dziś, że „Hiszpania jest ulubionym rynkiem mieszkaniowym Polaków” i że apartamenty na Costa del Sol są w zasięgu polskiej klasy średniej3. Współpasażerka w przedziale drugiej klasy pociągu Intercity, poinformowała mnie wczoraj, że polski jest jednym z najpopularniejszych języków na luksusowych kempingach włoskiego i chorwackiego wybrzeża. Słowo „Dubaj” słyszę na ulicach częściej niż „Usynów”, „Targówek” i „Białołęka”, jak gdyby emirat stał się nową i popularniejszą od innych dzielnicą Warszawy.
Co więcej, doszliśmy do tego miejsca w okresie nieco tylko dłuższym niż jedno pokolenie4. Dzieci moich rówieśników nie znają już innej niż ta określana jako „złoty wiek” rzeczywistości. Polska w UE i G20, na wiecznej fali wzrostowej, z małym bezrobociem, za to przyciągająca miliony migrantów – to dla nich oczywistość. Tak jak dla mnie oczywistością było to, że prezydentem Polski jest Lech Wałęsa, buty do kosza kupuje się na bazarze, a nieopodal mojego rodzinnego domu mieści się baza radzieckich żołnierzy.
Społeczeństwo żadnego państwa, które dokonało podobnego skoku rozwojowego, nie uniknęło zawrotów głowy. Spadająca dzietność i coraz bardziej kosztowny w utrzymaniu system emerytalny, rosnące nierówności, bunt prowincji, egoizm nowej klasy średniej i niechęć do podzielenia się dobrobytem – to tylko część z nich. A w tej książce pojawią się też wpływowe grupy interesu, które blokują potrzebne reformy. Przyglądam się nowym polskim folwarkom i zatrudnionym w nich migrantom sprowadzanym do naszego kraju milionami na żądanie biznesu. My, Polacy, mimo sukcesu nie zawsze jesteśmy w stanie odnaleźć się w hiperkapitalistycznej rzeczywistości. Wygoda wielkich miast napędzanych niewidoczną pracą anonimowych gig-workerów z aplikacji i samotność metropolii to jedno. Wyludniająca się i starzejąca prowincja, gdzie rolnik szuka żony i nie znajduje, to drugie. A pomiędzy nimi średnie i nawet stosunkowo duże miasta, które pytają, dlaczego – skoro jest tak dobrze – u nich jest tak źle. Te same rankingi, które pokazują rosnącą jakość życia, alarmują zarazem, że w Polsce samotność, rozpad więzi społecznych, kurczenie się czasu poświęcanego na odpoczynek i relacje z innymi postępują nawet szybciej niż w innych państwach o podobnym poziomie zamożności5. Wszędzie widzimy nierówno i niesprawiedliwie rozłożone zyski i straty. Pozłotkę nowej epoki i brzydkie blizny transformacji.
W tej książce chciałbym dowieść tej tyleż oczywistej, co wciąż prowokującej tezy: jesteśmy już normalnym krajem Zachodu. Nawet jeśli nie lubimy tak o sobie myśleć. Ale to, że nim jesteśmy, widać nie tylko w poziomie naszego życia i oczekiwań. Jesteśmy nieodróżnialni od normalnych krajów Zachodu w tym, jak podobne do nich błędy popełniamy, jakie trapią nas problemy, gdzie gubi nas pycha, wygoda albo krótkowzroczność. Nasze lęki przypominają te znane z Niemiec, Francji, Holandii czy Wielkiej Brytanii. Znajdujemy się na tej samej trajektorii co oni, tylko w innym miejscu.
Tym, którzy nie zechcą uwierzyć mi na słowo, mogę tylko polecić kolejne rozdziały. Dowiecie się z nich choćby tego, jak Polska powiela politykę migracyjną krajów „starej UE”, a przecież miała rzekomo uczyć się na cudzych błędach. Przeczytacie, jak i my wybraliśmy bezpieczną konsumpcję i państwo dobrobytu ponad geopolityczną niezależność. I że każdy tak naprawdę tego w Polsce chciał! Jednocześnie zaproszę czytelników do miejsc, gdzie wychodzenie z bezrobocia i błędów transformacji nie trwało kilka lat, lecz całe dekady – i gdzie do dziś nie do końca się to udało.
Pokażę też, jak nasza nowo odkryta asertywność napędza polexitowe nastroje. I że dziś my patrzymy na Ukraińców równie nieufnie, jak kiedyś na nas patrzono na Zachodzie. Inne państwa Zachodu i UE służą nam już nie jako wzory do naśladowania, a raczej lustra, w których i my możemy się przejrzeć. Czasami to, co w nich zobaczymy, nie jest dla nikogo przyjemne. Teraz bowiem, gdy pod wieloma względami dogoniliśmy resztę UE i wypracowaliśmy wiele sukcesów, zaczynamy patrzeć na ów świat, który nam imponował, z coraz większym dystansem. Może ten Zachód nigdy nie był taki, jak myśleliśmy?
Proces, który doprowadził nas do tego miejsca, nazywam potrójną rewolucją – godności, aspiracji i ambicji. To przecież oczywiste, że zmieniło się u nas coś więcej niż cyferki w tabelach zamożności i PKB. Przemiany społeczna i polityczna, jakie zaszły w Polsce, nie są zaś „tylko” efektem ubocznym prosperity. My, Polacy, naprawdę się zmieniliśmy. Pierwszy nastąpił zwrot ku godności. Jego hasłem było: „My też jesteśmy ludźmi”, wypowiedziane przez ofiary transformacji ustrojowej i wykluczoną z głównego nurtu modernizacji część Polski. Prawo i Sprawiedliwość wygrało w 2015 roku wybory na hasłach przywrócenia godności i wstania z kolan. To, co początkowo budziło kpinę i rozbawienie, okazało się genialnie skuteczne. Diagnoza mówiąca, że Polacy potrzebują, aby władza zatroszczyła się jednocześnie o ich duchowe i materialne potrzeby, była głęboko prawdziwa. Prawo i Sprawiedliwość nie tylko wypłaciło „reparacje” ofiarom transformacji, ale ją zakończyło. Relacje władzy i społeczeństwa, najbardziej fundamentalne prawa polityki, się zmieniły. Suweren naprawdę powrócił, rządzący zaś musieli zacząć dogadywać się z nim na nowych zasadach. Polska prawica zaś pod przewodnictwem Jarosława Kaczyńskiego, Beaty Szydło i w końcu Mateusza Morawieckiego przejęła ster modernizacji. Rękoma tego ostatniego odebrała liberałom oraz lewicy monopol na rozwój i postęp. Ten godnościowy zwrot dokonał się w latach 2015–2019 i rzeczywistość nigdy potem nie była taka sama. Sukces tak zwanych populistów doprowadził do tego, że i tak zwani antypopuliści się do nich upodobnili. Polska była tu trendsetterem narodów.
Później przyszedł czas na aspiracje. To czas, który można podsumować hasłem: „My też chcemy żyć jak inni” lub „My też chcemy kupować”. Zakończenie transformacji i awans materialny Polaków poskutkowały społeczną liberalizacją, rosnącymi oczekiwaniami, dalej idącą prywatyzacją usług. To też czas nadrabiania zaległości dzięki kompulsywnej konsumpcji. Staliśmy się prawdziwym mistrzem Europy w otwieraniu granic. Było jasne, że coraz większy popyt na tanie towary i usługi mają zaspokoić migranci. Polacy byliby gotowi przymknąć na to oko i przedłużyć mandat każdej władzy, która pozwoliłaby im nacieszyć się dobrobytem. Ale równolegle w społeczeństwie, w którym jak ognia unikamy wyrażeń „klasa społeczna”, narastało klasowe napięcie. Szybko wzbogacona klasa średnia bała się „patologii” i „pińcetplusów”. Jakby tego było mało, najpierw uderzyły pandemia i zamknięcie gospodarki, potem zjawił się milion uchodźczyń i uchodźców z Ukrainy z dziećmi, wreszcie szok cen energii i inflacja. Powodów do zatroskania o status było niemało. Czasy aspiracji w Polsce można opisać za pomocą metafory „kolejki po dobrobyt”6 amerykańskiej socjolożki Arlie Russel Hochschild7. Społeczne napięcia wzięły się z obawy, że po latach czekania i pokornego stania w kolejce po nagrodę, ktoś nas wypchnie albo wyprzedzi. Że przyjdzie jakaś obca grupa i dostanie to, na co my musieliśmy czekać. Lata 2019–2023, ostatecznie zakończone porażką partii dominującej w poprzedniej epoce, były czasem sporu o to, kto pozwoli Polakom na realizację ich aspiracji. I tu okazało się, że więcej nas łączy z innymi społeczeństwami Zachodu, w których „populistom” zwycięstwo dało serce, a porażkę przyniósł portfel. Trump, Orbán, Kaczyński wygrywali na obietnicach wielkiej ofensywy godności. Tracili władzę, gdy nowo odzyskanej godności i pewności siebie zaczynały zagrażać rosnące koszty życia i globalne kryzysy, nad którymi władza nie była już w stanie zapanować.
Wreszcie przyszedł czas na rewolucję ambicji, która właśnie trwa. I to ona dała tytuł całej książce. Konsumpcja, wygoda, spokój, bezpieczeństwo – to już za mało. Hasłem przewodnim ostatnich lat stało się: „My też możemy robić rzeczy wielkie”. Po 2023 roku widzimy, jak ambicja stała się uniwersalnym językiem polityki. Spór polityczny w naszym kraju dotyczy bowiem tego, kto lepiej i skuteczniej zbuduje „nową Gdynię”. Kiedy jeden lider partyjny ogłasza plan „turbo-Polski”, a drugi odpowiada „turboprzyspieszeniem”, nie sposób ukryć się przed nową retoryką wielkości i potęgi. Nie dościgania Zachodu, ale jego prześcigania. Oczekujemy od naszych polityków tego samego ducha, który 100 lat temu odrodzonej II RP kazał wznieść miasto i port od zera. Brakuje nam dziś żywych symboli podobnej ambicji. A sukcesem Polski mierzonym wyłącznie wskaźnikami w raportach Eurostatu trudno pochwalić się krewnym i znajomym za granicą.
Nasze emocje epoki rewolucji ambicji opisuje też pewna barwna metafora. Co ciekawe, słyszałem ją w zupełnie niezmienionej formie od dwóch nieznających się chyba wzajemnie osób z dwóch różnych politycznych środowisk. A mówi ona, że z polskim rozwojem jest tak: „Wpuścili nas do gabinetów menedżerskich, a nawet na dyrektorskie fotele w wielkich korporacjach. Ale czy kiedyś pozwolą wjechać windą na piętro, gdzie siedzą zarząd, prezesi i spotykają się najwięksi udziałowcy? Oto jest pytanie o miejsce i rolę Polski w globalnej gospodarce”. Politycy konkurują dziś na recepty i pomysły, jak się tam wedrzeć. W jednym nie ma między nimi sporu – wszyscy obiecują, że dzięki nim dojedziemy na najwyższe piętro, już lada moment. Albo wedrzemy się tam siłą. Jeśli nie teraz, to kiedy? Nasza konkurencja słabnie, wielkie potęgi są zajęte sobą, my zaś mamy dynamizm i apetyt na więcej.
Ja sam mam do rewolucji ambicji stosunek ambiwalentny. Cieszę się sukcesem i rozwojem Polski, to oczywiste. Dziś możemy wreszcie na poważnie marzyć nie tylko o indywidualnym bogactwie, ale także o aktywnym państwie i odważnie planować do przodu. To, że spieramy się dziś o rozwój i że powstała wręcz moda na politykę przemysłową czy asertywność na arenie międzynarodowej, jest piękne. Kategorie dobra wspólnego czy gospodarczego patriotyzmu wróciły do łask. W Polsce żyje się dziś lepiej niż kiedykolwiek i nie brak nam uzasadnionych powodów do zadowolenia. Więcej nawet: dumy! W książce staram się nie tylko przywołać na to dowody statystyczne, ale odpowiedzieć, dlaczego nasze państwo wywiązuje się ze swoich zadań czasami lepiej, niż jesteśmy skłonni to przyznać. Czy dzięki wszystkim tym zmianom ostatniej dekady żyjemy dziś w dosłownie innym kraju? Owszem, tak. I jest to kraj zamożniejszy, bezpieczniejszy i pękający z dumy.
Jednak rewolucja ambicji potrafi mieć też mniej szlachetne oblicze. Zawsze mnie uczono, że „pycha kroczy przed upadkiem”. W naszej ojczyźnie dochodzi do głosu nowy rodzaj triumfalizmu, samozachwytu, zachłyśnięcia się własną propagandą. Wielkie ambicje mieszają się momentami z iluzją wielkości. Politycy chwalą się armią i wojskowym potencjałem, którego jeszcze nie ma. Regularnie przelicytowują się w polityce międzynarodowej. Formacja elit czy kształcenie prawdziwej kadry państwowców-fachowców, która pozwoliłaby nam na rywalizację z potężniejszymi od nas, jest na ostatnim miejscu na liście priorytetów. Nasze elity prowadzi przekonanie, że skoro wszystko się udawało przez 30 lat, to przez kolejne dekady będzie podobnie. I oczywiście wiara, że skoro my jesteśmy mądrzejsi, to nauczymy innych prawdy i przekonamy do naszych racji. Kreślimy wizję wielkich wojen i politycznych batalii, które na pewno wygramy w przyszłości, bo mniejsze kryzysy oraz trywialne zadania są dla dzisiejszej Polski wciąż trudne. Ale pomimo to każdy jest ekspertem od tego, jak wielka i potężna powinna być Polska.
Rośnie w siłę przekonanie, że my jesteśmy skazani na kolejne sukcesy, podczas kiedy inni, a przede wszystkim „stara” Europa, wiecznie będą przegrywać. Ekipa „nicniedasizmu” w naszej polityce przegrała z ekipą „wszystkodasizmu”. Tak jak wcześniej kazano nam wierzyć, że w Polsce nic się nie da i lepiej nie mieć ambicji, dziś przeciwnie – kłamliwie zapewnia się nas, że wszystko jest możliwe i „cóż szkodzi obiecać”. Przewodnikiem po świecie jest dla nas w coraz większym stopniu pogarda dla innych narodów i złośliwa satysfakcja, że inni mają gorzej. Jakby cudze kłopoty były naszym odnawialnym źródłem energii.
Rewolucja ambicji poskutkowała też tym, że bagatelizujemy tematy biedy i ubóstwa. Nie mówimy już o porażkach transformacji, a wyłącznie o jej sukcesach. Rozwój rozumiany jako rosnące PKB i wydatki zbrojeniowe zepchnął na dalszy plan inwestycje w edukację, dobrobyt, zdrowie. W wielu wymiarach realistycznie stawiane cele zastąpiliśmy propagandową sloganozą, jak z tą budową „najsilniejszej armii NATO” czy „przeskoczeniem Wielkiej Brytanii”. W tym samym czasie potrafimy zaniedbać sprawy podstawowe: fundamenty naszego systemu energetycznego, ochrony zdrowia czy godnego życia i inwestycji w mniejszych ośrodkach. Ktoś złośliwy mógłby dodać, że chcemy wgnieść nuklearne mocarstwo w ziemię i przegonić największą gospodarkę Europy, ale zorganizowanie sprawnie działającego systemu kaucyjnego do oddawania butelek dalej nas przerasta. Polscy politycy zaś bardziej niż Putina wciąż boją się lokalnego dewelopera, lobbysty albo prezesa amerykańskiej korporacji.
Kiedy wracałem z mojego rodzinnego Wrocławia do Warszawy szybkim pociągiem w gronie zadowolonych z życia pasażerów, obserwowałem przez okno rozlewające się na przedmieścia miasta, pustoszejące wsie, wyrastające w polu bloki i ogromne przemysłowe fermy. Na horyzoncie mieszały się nowe magazyny wielkich korporacji i opuszczone od lat ruiny dawnych hal fabrycznych. Akurat w moje ręce wpadł artykuł wspominający o tym, że mosty kolejowe w nieodległej Nysie i Brzegu Dolnym nie były remontowane od 1997 roku, od powodzi tysiąclecia, więc akurat tamtędy szybkie pociągi nie pojadą. W Polsce czasów rewolucji ambicji kontrastów i paradoksów nie trzeba szukać na siłę, widać je gołym okiem.
Ale właśnie tak dziś wygląda bycie normalnym państwem Zachodu, o czym tak marzyliśmy.







