Mężczyźni rzadziej mówią o swoich problemach – i częściej płacą za to najwyższą cenę. Dr Michał Gulczyński w książce „Mężczyźni” odsłania przemilczane nierówności: w dostępie do opieki zdrowotnej, edukacji, relacjach i społecznym postrzeganiu. To ważny głos w rozmowie o współczesnej męskości.


Wcześniej zaczynają pracę, ale później przechodzą na emeryturę. Wcześniej kończą edukację. Wcześniej umierają. Częściej ulegają wypadkom i wykonują najcięższe, najmniej bezpieczne zawody. Pięciokrotnie częściej odbierają sobie życie. Częściej są bezdomni. Nie mówią o swoich problemach, bo boją się oskarżeń: o mizoginię, słabość albo „brak męskości”.

Żyjemy w czasie, gdy tradycyjne role płciowe tracą swoją jednoznaczność. Kobiecość i męskość przestają być z góry określonymi zestawami oczekiwań. To moment, w którym – obok dyskusji o emancypacji kobiet – warto zobaczyć również te nierówności, które dotyczą mężczyzn. Nierówności często tak oczywiste, że wydają się naturalne lub niewidzialne.

Dr Michał Gulczyński, współzałożyciel Stowarzyszenia na Rzecz Chłopców i Mężczyzn i autor głośnego raportu Przemilczane nierówności. O problemach mężczyzn w Polsce, pokazuje społeczeństwo z innej perspektywy. Pisze o nierównościach w edukacji, dostępie do opieki zdrowotnej i wymiarze sprawiedliwości, o alienacji rodzicielskiej i stereotypach męskości utrwalanych przez media.

To książka, która nie szuka winnych, lecz zrozumienia. I odwagi, by mówić o tym, o czym dotąd milczano.

Michał Gulczyński
Mężczyźni. O nierówności płci
Wydawnictwo Port
Premiera: 18 marca 2026
 
 


Wprowadzenie


Wcześniej zaczynają pracę, ale później przechodzą na emeryturę. Wcześniej umierają. Częściej ulegają wypadkom i pracują w trudniejszych warunkach. Częściej popełniają samobójstwa. Częściej są bezdomni. Wcześniej kończą edukację. Nie mają równych praw. Są nierówno traktowani przez instytucje i pracodawców. Nie mogą otwarcie mówić o swoich problemach, nie narażając się na zarzuty – z jednej strony o mizoginię, a z drugiej o brak męskości.
Mężczyźni w Polsce. Zaczynają interesować społeczeństwo, a zwłaszcza media, naukowców i polityków, gdy sprawiają problemy: głosują na partie antysystemowe albo dopuszczają się przemocy. Od jednych słyszą: „mężczyźni do resocjalizacji” albo „wystarczy, że zostaniecie feministami”. Od drugich, że „mężczyźni są dyskryminowani, ale im to nie przeszkadza” albo „faceci muszą się po prostu ogarnąć”.
W ostatnich latach podziały między kobietami a mężczyznami stały się jednym z najważniejszych tematów w polityce i mediach. Wielu młodych mężczyzn głosuje na partie prawicowe, a wiele młodych kobiet jasno domaga się spełnienia progresywnych postulatów. Media donoszą, że „kobiety wygrały te wybory” albo że „mężczyźni wybrali Nawrockiego”. W mediach społecznościowych „julki” i „kuce”, czy też „p0lki” i „faceciki”, obrzucają się wyzwiskami.
Role społeczne oraz życiowe szanse kobiet i mężczyzn bardzo szybko się zmieniają. Wystarczy spojrzeć na pogłębiające się różnice między płciami w wykształceniu, rosnący odsetek kobiet w polityce czy coraz późniejsze i rzadsze małżeństwa i rodzicielstwo. Owszem, mężczyźni wciąż są liczniejsi wśród tych, którzy mają władzę i fortuny. Ale jednocześnie są też bardziej narażeni na przedwczesną śmierć czy bezdomność.
Filozof John Rawls proponował, aby postawić sobie pytanie: w jakim świecie chcielibyśmy się urodzić, gdybyśmy nie wiedzieli, w jakiej klasie społecznej się urodzimy i jakiej będziemy płci? Jaki świat byłby sprawiedliwy? Wiemy, że obecny świat sprawiedliwy nie jest i istnieją nierówności płci. Ale gdybyśmy musieli wybrać swoją płeć przed urodzeniem się w dzisiejszej Polsce, stojąc za taką „zasłoną niewiedzy”, to wolelibyśmy urodzić się kobietą czy mężczyzną? W dotychczasowych narracjach o równości płci odpowiedź jest jasna: mężczyzną, bo to mężczyźni są uprzywilejowani w społeczeństwie – mają więcej władzy, zasobów, swobody i prestiżu.
Jednak w wyniku zmian, które zaszły w ostatnich dekadach, sprawa staje się coraz mniej oczywista. Nie tylko dla mężczyzn narzekających na feminizm na internetowych forach. Jak powiedziała mi pewna dziennikarka progresywnych mediów (oczywiście poza anteną): „Teraz fajniej jest być kobietą”. Jeśli nie przeszkadza nam ryzyko, a cenimy wyjątkowe sukcesy, bycie mężczyzną zwiększa szanse na dotarcie na szczyt. Ale jeśli chcemy uniknąć najgorszych wyników jak wczesny zgon czy życie w więzieniu albo na ulicy, to będąc kobietą, mamy na to znacznie większe szanse.

To nie licytacja ani szukanie winnych

Nie widzę sensu w licytacji, kto ma gorzej, mimo że dziennikarze lubią o to pytać. Moim celem nie jest odpowiedź na to pytanie. Nie neguję problemów kobiet. Niewątpliwie jest ich sporo. Zazwyczaj kobiety są słabsze fizycznie od większości osób dookoła. Oczekuje się od nich opieki nad innymi. Rzadziej są u władzy. Częściej zostają samotnymi rodzicami. Ciąża wiąże się z oczywistym ryzykiem zdrowotnym, ogranicza szanse na karierę i dobre zarobki. Ale ta publikacja nie jest o wszystkich nierównościach płci, tylko o ich drugiej, przemilczanej stronie. Książek o dyskryminacji kobiet i wyzwaniach, którym muszą sprostać, jest wiele. Tymczasem nierówności niekorzystne dla mężczyzn są wciąż rzadko dostrzegane, a rozwiązywane nie są prawie nigdy.
Czy mężczyźni są dyskryminowani? To chyba najczęstsze pytanie otwierające wywiady na temat drugiej strony nierówności płci. Nawet w najbardziej potocznym rozumieniu odpowiedź brzmi „tak” – mężczyźni są w Polsce dyskryminowani przez prawo. Sześćdziesięciolatek musi pracować jeszcze przez pięć lat. Jego rówieśniczka może wybrać: przejść na emeryturę albo pracować dalej i nie płacić podatku dochodowego. Przepisy bezpieczeństwa i higieny pracy (BHP) uwzględniają różnice między płciami. Czasami jest to słuszne, ale prowadzi też do nierównych warunków pracy na tych samych stanowiskach. Na przykład konduktorzy kolei państwowych nie dostają posiłków profilaktycznych, które otrzymują ich koleżanki. Ojcowie nie mogą spędzać z dziećmi tyle czasu co matki. Jednocześnie to od mężczyzn oczekuje się obrony państwa – chociaż służba wojskowa jest zawieszona, wszyscy 18-latkowie są poddawani kwalifikacji. Te przykłady dotyczą tylko dyskryminacji prawnej, a przecież spotykamy się jeszcze z dyskryminacją w codziennych zachowaniach poszczególnych ludzi i instytucji.
Staram się jednak nie nadużywać słowa „dyskryminacja”, bo w ten sposób łatwo byłoby dołożyć cegiełkę do „wojny płci”. Mamy tendencję do zakładania, że jeśli jedna płeć jest dyskryminowana, to druga nie. To nieprawda – kobiety również są dyskryminowane, ale w innych sytuacjach, na przykład gdy pracodawca przy zatrudnianiu bierze pod uwagę plany macierzyńskie kandydatki. Dyskusje o dyskryminacji szybko przeradzają się w poszukiwanie winnych: gdy wskazujemy dyskryminowanych, to poszukujemy też dyskryminujących. Takie podejście utrudnia znajdowanie rozwiązań.
Nie chodzi o uprawianie „ofiaryzmu” i wykazywanie, kto ma gorzej. Spór dotyczy tego, czy mężczyźni również zasługują na wsparcie i podmiotowe traktowanie. Nie mam wątpliwości, że tak. Dlatego skupiam się na problemach, które dotyczą zwłaszcza mężczyzn, i na nierównościach płci, które są dla nich niekorzystne, a nie na dyskryminacji i szukaniu winnych.
Oczywiście nie każdy problem dotyczy wszystkich mężczyzn tak samo. Miałem szczęście urodzić się w kochającej rodzinie w dużym mieście, zdobyć dobre wykształcenie i wybrać zawód, który wykonuję z przyjemnością. Dzięki temu nierówności w edukacji i zdrowiu, a nawet nierówne prawa (jak wiek emerytalny) dotyczą mnie w znacznie mniejszym stopniu niż wielu innych mężczyzn. Dlatego ta książka nie jest o moich własnych doświadczeniach, tylko o tych mężczyznach, którzy mają małe szanse na zaprezentowanie swojej perspektywy w książkach, mediach i polityce. O tych chłopcach, których nie wspiera się w nauce, bo „najważniejsze, żebyś miał zawód”. O tych chłopakach na wsi, których koleżanki wyjechały do dużych miast. O tych 60-latkach, którzy po 40 latach pracy fizycznej nie mogą przejść na emeryturę, tak jak księgowa z ich firmy. A mimo to słyszą, że to oni są uprzywilejowani i w imię równości płci „mają się posunąć”.

Potrzebujemy nowych narracji o nierównościach

W tej książce chcę pokazać, jak mówić o drugiej stronie nierówności płci. My, mężczyźni, potrzebujemy odpowiedniego języka do opisywania swoich problemów. Przez ostatnie kilka lat słyszałem wyrazy wdzięczności ze strony mężczyzn, którzy wcześniej obawiali się odezwać. Gdy próbowali zakwestionować dominujące narracje – zwłaszcza w środowiskach wykształconych, wielkomiejskich i kosmopolitycznych – było to odbierane jako bagatelizowanie problemów kobiet, „antyfeministyczna reakcja”. Większość zarzutów do mojej dotychczasowej publicystyki również wynika z podobnych prób zaszufladkowania: jeśli piszę o dyskryminacji mężczyzn, to na pewno jestem skrajnym prawicowcem. Jeśli w wywiadzie nie padają słowa „patriarchat” albo „toksyczna męskość”, to jestem antyfeministą. Odwrotne opinie słyszę z drugiej strony: skoro piszę o równości płci, to widocznie jestem feministą i „lewakiem”. Mam nadzieję, że ta książka umożliwi nam rozmowę o drugiej stronie nierówności płci, a jednocześnie wymknięcie się z podkręcanego konfliktu „kobiety przeciwko mężczyznom”.
Żyjemy w historycznym momencie. Przechodzimy okres zmian od tradycyjnych, jasno rozgraniczonych i wyznaczonych ról płciowych do nowego systemu, w którym role płciowe są bardziej wyrównane i płynne. Nie powinno dziwić, że obecny kurs wywołuje u wielu mężczyzn sprzeciw. Mężczyźni nie zarabiają już tak wiele więcej od kobiet jak dawniej i instytucje podejmują działania, by te różnice dalej zmniejszać. A jednocześnie nadal społeczeństwo (w tym wiele młodych kobiet) oczekuje, że to mężczyzna będzie odpowiedzialny za utrzymanie rodziny. Z jednej strony słyszą: „moje ciało, moja sprawa” (w kontekście aborcji), a z drugiej wisi nad nimi widmo służby wojskowej – czyli zadysponowania ich życiem i zdrowiem przez państwo. Środowiska deklarujące poparcie dla równości promują takie hasła jak „przemoc ma płeć” i ignorują ofiary przemocy wśród chłopców i mężczyzn. Na mężczyzn spada krytyka, że nie zajmują się wystarczająco swoimi dziećmi i rodzicami, a jednocześnie uniemożliwiają im to nierówne przepisy dotyczące urlopów ojcowskich czy emerytur.
Tradycyjny układ opierał się na jasnym podziale ról, ale jednocześnie utrzymywał relacje między płciami w pewnej równowadze. Mężczyźni byli odpowiedzialni za sferę publiczną i zarobki, a kobiety troszczyły się o ognisko domowe. Według giganta światowej socjologii, Gøsty Espinga-Andersena1, obecnie wychodzimy ze stanu nierównowagi, w którym kobiety „pracowały na dwa etaty”, będąc aktywnymi na rynku pracy i jednocześnie odpowiedzialnymi za wychowanie dzieci i dom. W nowym stanie równowagi kobiety i mężczyźni mieliby po równo dzielić się odpowiedzialnością za utrzymanie rodziny oraz wychowanie dzieci. Oczywiście nie we wszystkich rodzinach, lecz przeciętnie w społeczeństwie, oraz niekoniecznie w dokładnych proporcjach po 50%, ale przynajmniej na poziomie norm kulturowych. Ten potencjalny nowy stan równowagi okazuje się znacznie trudniejszy do osiągnięcia, niż mogłoby się wydawać.
Stary system był oparty na ekonomicznej i politycznej przewadze mężczyzn, ale okupionej gorszym zdrowiem, brakiem więzi z dziećmi i odpowiedzialnością za bezpieczeństwo rodziny i państwa. Wraz z ograniczeniem dyskryminacji kobiet oraz ich lepszym dostępem do władzy i zasobów, coraz więcej przewag mężczyzn wynika nie z samej płci, lecz z tak zwanych kosztów macierzyństwa – ograniczeń będących następstwem rodzenia dzieci i zajmowania się nimi. Gdy co czwarta kobieta nie ma dzisiaj dzieci1*2, a te, które je mają, coraz częściej tworzą związki oparte na partnerskich relacjach, przywileje płynące z samego bycia mężczyzną są już dla wielu nieodczuwalne. Przewagi mężczyzn znacząco stopniały i można powiedzieć, że w młodym pokoleniu są niewielkie i ograniczone do konkretnych grup społecznych czy sytuacji.
Pozostają za to widoczne – a może nawet pod pewnymi względami rosną – koszty bycia mężczyzną. Kto chce, może je nazwać „kosztami patriarchatu”, chociaż w podrozdziale Dlaczego nie wystarczą dotychczasowe narracje o równości? (s. 21) wytłumaczę, z jakich powodów ta narracja nie jest wystarczająca, a tym bardziej skuteczna, jeśli komuś zależy na zmianach. Obecnie męskie przywileje budzą powszechne oburzenie: nie tylko podejmowanie decyzji przez organy składające się z samych mężczyzn, ale także „manele” (od angielskiego „man” i „panel”), czyli konferencyjne dyskusje bez udziału kobiet. Jednocześnie wciąż akceptujemy niekorzyści związane z byciem mężczyzną – w edukacji, zdrowiu, bezpieczeństwie pracy i bezdomności. W takiej nierównowadze nie jest możliwe utrzymanie poczucia sprawiedliwości.
Dlatego jedna ze współczesnych zmian to masowe włączanie się mężczyzn w dyskusję o równości płci. Często na zasadzie sprzeciwu wobec samej idei równości albo dotychczasowych działań. Ale nie zawsze – w końcu w powszechnej świadomości zaczynają istnieć postulaty na rzecz mężczyzn, konstruktywnie przyczyniające się do równości płci. Mężczyźni powoli w tej rozmowie rozwijają własne narracje i dochodzą do głosu. Jestem przekonany, że wiedza i postulaty przedstawione w tej książce ułatwią kobietom i mężczyznom wzajemne zrozumienie swoich perspektyw.

Czas działać!

Gdy pięć lat temu opublikowałem raport Przemilczane nierówności. O problemach mężczyzn w Polsce3, wywołałem falę dyskusji o tym, czy politycy mogą i powinni robić coś dla mężczyzn. Oczywiście niektórzy przede mną zauważali wiele z tych problemów. Prof. Agnieszka Golczyńska-Grondas już w 2004 roku pisała o Mężczyznach z enklaw biedy4, a parę lat później prof. Anna Giza-Poleszczuk mówiła publicznie, że mężczyznom „łatwiej znaleźć się na górze, ale także dużo łatwiej spaść na samo dno”5. Ale pojedyncze publikacje i komentarze socjolożek nie przekładały się na działania i narracje polityczne.
Od tego czasu debata o problemach mężczyzn w Polsce i na świecie znacznie ruszyła do przodu. Po kilku latach od publikacji raportu, dzięki działalności Stowarzyszenia na rzecz Chłopców i Mężczyzn oraz innych organizacji, te nierówności są już coraz mniej „przemilczane”. Coraz rzadziej słyszę od swoich rozmówców „nie wiedziałem”. Pojedynczy politycy zaczynają zwracać uwagę na wybrane problemy, chociaż trudno się doszukać spójności postaw w poszczególnych obozach. Rafał Trzaskowski z jednej strony zauważa, że chłopcom trzeba pomóc w szkole, a z drugiej twierdzi, że „kobiety są lepsze”6. Katarzyna Kotula uważa, że „system emerytalny jest niesprawiedliwy dla mężczyzn”7, a jej partyjna koleżanka, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, wprowadza kolejne świadczenia emerytalne dyskryminujące ze względu na płeć. Krzysztof Bosak zachęca mężczyzn do założenia fartucha i uczestniczenia w obowiązkach domowych8, a Sławomir Mentzen mówi, że mężczyznom nie przeszkadza dyskryminacja i należy przywrócić obowiązkową służbę wojskową9.
Tą książką chcę podsumować wiedzę o problemach mężczyzn w Polsce i zakończyć fazę uświadamiania społeczeństwa. Nierówności dotykające mężczyzn w prawie, edukacji, zdrowiu czy pracy powinny być już wiedzą powszechną. Czas przejść do kolejnego etapu: konkretnych działań i rzeczywistej zmiany. Każdy z poruszonych tematów zasługuje na osobny tom. Tutaj chcę pokazać, którymi sprawami trzeba się zająć i jak zacząć działać.

Problemy mężczyzn to wspólne wyzwanie cywilizacyjne

Niektóre tematy poruszone w tej książce budzą czasem u moich rozmówczyń niepokój. Czy kobiety powinny się obawiać „praw mężczyzn”? Jestem przekonany, że w większości kwestii nie mają nic do stracenia – jeśli rzeczywiście zależy im na równości płci. Często to właśnie kobiety pierwsze wykazują zrozumienie dla nierówności, o których mówię. Szczególnie świadome są matki synów, które zauważają, że chłopcy funkcjonują w szkole zupełnie inaczej niż dziewczynki, a szkoły nie zwracają na to odpowiedniej uwagi. Konieczność zmian zauważają także żony, którym zależy na zdrowiu swoich mężów.
Zagrożeniem dla dobrostanu kobiet nie jest zajęcie się równością płci także od strony mężczyzn, lecz bezczynność, przez którą narastają sprzeciw wobec idei równości i napięcia między płciami. Działania na rzecz równości nie są „grą o sumie zerowej”, w której zysk jednej strony to jednoczesna strata drugiej. Poprawa warunków życia mężczyzn wcale nie oznacza, że warunki życia kobiet się pogorszą – i odwrotnie. Niektóre rozwiązania postulowane w celu poprawy jakości życia mężczyzn – jak urlop ojcowski czy dbanie o ich zdrowie – będą miały niemal bezpośrednie przełożenie na swobodę wyboru kobiet czy szczęśliwe funkcjonowanie rodzin. Walka z wykluczeniem społecznym mężczyzn i uzależnieniami przyczyni się do ograniczenia przestępczości. Perspektywa, którą prezentuję, to szansa dla całego naszego społeczeństwa na mniej przemocy, biedy i samotności. Na szczęśliwsze związki, aktywnych ojców i żyjących dziadków. Na rzeczywistą równość.
O problemach mężczyzn powinniśmy myśleć jako o cywilizacyjnym wyzwaniu, przed którym stoi nasz kraj. Szymon Hołownia, startując w wyborach w 2020 roku, ogłosił jako swój cel wprowadzenie Polski do pierwszej dziesiątki krajów pod względem „rozwoju społecznego”. Jako miarę sukcesu proponował Wskaźnik Rozwoju Społecznego10 opracowywany przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Składa się on z trzech czynników: dochodu narodowego na osobę, liczby lat edukacji i oczekiwanej długości życia. Dwa ostatnie z nich to obszary, w których różnice między płciami w Polsce są szczególnie duże. Jak pokazuję w następnych rozdziałach, to właśnie nierówności między płciami niekorzystne dla mężczyzn odróżniają nas od Europy Zachodniej. Dotyczy to zwłaszcza zdrowia i wykształcenia. Bez zwrócenia uwagi na te nierówności nie wejdziemy na wyższy poziom rozwoju. Będziemy dalej marnować nasz potencjał. Nie „dogonimy Zachodu”, nie zwracając uwagi na wykluczenie społeczne, przedwczesne zgony czy problemy edukacyjne chłopców. Nie rozwiążemy „problemów z mężczyznami”, takich jak przestępczość i przemoc, bez rozwiązania problemów mężczyzn.

Czy równość to dobry cel?

Gdy powiedziałem koleżance profesorce (zaangażowanej w równość w nauce), że w 2023 roku po raz pierwszy w historii kobiety zdobyły więcej habilitacji niż mężczyźni11, wzruszyła ramionami. Stwierdziła, że ucieszy się dopiero wtedy, gdy na uczelniach będzie tyle rektorek co rektorów. Ten smutny przykład pokazuje, że tego „króliczka” nie da się złapać. Społeczeństwo, a zwłaszcza osoby działające na rzecz równości, przyzwyczaiło się do gonienia. Przez lata i dekady mówiono najpierw, że kobiet jest za mało w nauce, a później, że jest ich mało wśród profesorów. Gdy kobiety zaczęły zdobywać 40% tytułów profesorskich i 50% habilitacji12, cel ten wydał się błahy i pomijalny wobec kolejnego wyznaczonego wyzwania.
Dążenie do równości płci przypomina pogoń Achillesa za żółwiem: gdy zmniejszymy dystans o połowę, zawsze pozostanie druga połowa. Gdy osiągniemy jeden cel, pojawia się kolejny. Równość płci jest dzisiaj zdecydowanie bardziej procesem niż jasno określonym celem. Na poziomie idei może się to wydawać słuszne – zawsze będzie jeszcze coś do poprawy; podobnie jest przecież z innymi abstraktami jak „dobrobyt”. Ale ktokolwiek chce działać dla równości płci, potrzebuje wizji tego, jak ma wyglądać „świat równych płci”. Do czego dążymy? Czy celem jest, żeby wszędzie było po 50% kobiet i mężczyzn (a właściwie 51,5% mężczyzn i 48,5% kobiet, bo w takich proporcjach rodzą się dzieci)? Czy może „co najmniej 50% kobiet” w przyjemnych i atrakcyjnych miejscach, a dowolne proporcje płci tam, gdzie nie ma czego zazdrościć (jak wojsko czy wypadki w pracy)?
Potrzebujemy nowych, realnych wizji równości i nadziei, że dzięki odpowiednim działaniom świat stanie się lepszy i dla kobiet, i dla mężczyzn. Jeśli istotne są nierównowagi w zawodach, dlaczego mniej ważne miałyby być nierówności w edukacji od jej najwcześniejszych etapów? Bez równości w edukacji nie da się przecież osiągnąć równowagi na rynku pracy. Bez równych praw – pod względem wieku emerytalnego czy urlopów dla rodziców – nie będzie też mowy o równym podziale opieki nad dziećmi i innymi członkami rodziny.
Niektórzy czytelnicy mogą w tym miejscu zapytać: czy w takim razie w ogóle potrzebujemy równości? Skoro różnice między płciami wciąż się utrzymują (nawet w krajach uznawanych za najbardziej postępowe), to może zamiast zwracać uwagę na drugą stronę nierówności płci, powinniśmy porzucić całą ideę? Moim zdaniem to zły pomysł. Zgadzam się, że dążenie do pełnej równowagi płci we wszystkich obszarach życia, za wszelką cenę, nie jest najsensowniejszym pożytkowaniem naszej energii. Więcej na ten temat piszę choćby w rozdziale o edukacji: nie wiadomo, jak wiele musielibyśmy zainwestować w to, żeby osiągnąć dokładną równowagę liczebną wśród studentów informatyki i pielęgniarstwa albo w wynikach egzaminów i z polskiego, i z matematyki.
Nie rozwiążemy jednak ważnych problemów społecznych bez zwrócenia uwagi na kwestie wynikające z płci. Niezależnie od poglądów politycznych powinno nam zależeć na tym, żeby Polki i Polacy czuli się bezpiecznie, żyli długo i nie popełniali samobójstw. Wiele osób zaczyna się interesować nierównościami wtedy, gdy zauważają, jak różne są trajektorie edukacyjne i migracyjne młodych ludzi. Ich zaniepokojenie budzi „demografia”, a konkretnie to, że Polki i Polacy nie dobierają się w pary i mają mało dzieci.
Konserwatyści zazwyczaj przypisują te nierówności naturze. To błędne podejście. Porównanie międzynarodowe pokazuje, że mężczyźni wcale nie muszą popełniać samobójstw kilkukrotnie częściej od kobiet. Nie muszą też umierać o ponad siedem lat wcześniej od kobiet. Mogą czerpać satysfakcję z większego zaangażowania w ojcostwo. Dlatego warto porównywać wyniki kobiet i mężczyzn między sobą oraz z innymi krajami. Niekorzystne wyniki mężczyzn w porównaniu z kobietami pokazują, jak wiele można poprawić i na jakich grupach powinniśmy skupić swoją uwagę. Nie wierzę też, że możemy takich dyskusji w ogóle uniknąć i przywrócić świat „ślepy na płeć” – taki, w którym relacje między płciami uznawano za naturalne i niezmienne.

Dlaczego nie wystarczą dotychczasowe narracje o równości?

Progresywiści również mało interesują się problemami mężczyzn. W dotychczasowych narracjach skupiają się na perspektywie kobiet, ich aspiracjach i napotykanych przez nie ograniczeniach. Oczywiście zdarzają się od tego wyjątki, o których piszę w podrozdziale Mężczyźni w politykach równości płci i programach politycznych (s. 365). Ale ich sztandarowy postulat równości płci w praktyce oznacza niemal wyłącznie wspieranie kobiet. „Włączanie mężczyzn” do polityki równościowej zazwyczaj przyjmuje perspektywę he for she, czyli ogranicza się do rozważania, co chłopcy i mężczyźni mogą zrobić dla kobiet. Druga strona nierówności pozostaje nieuświadomiona, przemilczana albo jest bagatelizowana.
Progresywne dyskusje o mężczyznach ogniskują się na pytaniu: „Co zrobić z mężczyznami?”13. Naczelne miejsce w tych dyskusjach zajmują ci mężczyźni, którzy budzą zaniepokojenie komentatorów, jak stadionowi chuligani albo wyborcy „męskich” partii. Ale także incele – od angielskiego involuntary celibate, czyli osoby żyjące w mimowolnym celibacie – albo szerzej „manosfera”, czyli część internetu, w której mężczyźni dyskutują o swoim życiu w sposób niepozbawiony negatywnych emocji. Rozmowy motywowane obawami skupiają się na subkulturach zamiast na konkretnych trudnościach napotykanych przez mężczyzn. Z pewnością mężczyzn, którzy do nich przynależą, dotyka wiele zjawisk, o których piszę w tej książce – jak nierówne traktowanie, samotność czy trudność w znalezieniu partnerki. Ale te same problemy dotyczą też wielokrotnie większej liczby osób, które nie są tak aktywne w internecie i organizacjach społecznych.
Wygodną odpowiedzią na wszystko, co padnie w tej książce, byłyby zapewne popularne hasła: „to przez patriarchat” albo „to naturalne”. Ale żeby rozwiązać problemy, nie można poprzestać na przywołaniu ogólnych, abstrakcyjnych pojęć. To tak, jakbyśmy na dane o nierównościach między wsią a miastem albo o biedzie odpowiadali: „to przez kapitalizm”. W ten sposób można zamknąć dyskusję z poczuciem usatysfakcjonowania, że ma się rację. Takie hasła mogą co najwyżej wskazywać ogólny kierunek albo wzniecać rewolucyjne nastroje (mobilizować do obalania patriarchatu lub kapitalizmu), ale nie dają nam ani dokładnej diagnozy, ani nie prowadzą do konkretnych działań. Jeśli mężczyznom szkodzą stereotypy, to jakie i w jakich sytuacjach? Jeśli mężczyźni zachowują się w szkodliwy dla siebie sposób, to jak możemy pomóc im to zmienić? Jeśli mężczyźni są nierówno traktowani, to jak powinniśmy zmienić przepisy i funkcjonowanie instytucji?
Obie strony – progresywna i konserwatywna – popełniają też co najmniej dwa wspólne błędy. Pierwszy to przypisywanie mężczyznom sprawczości. W tradycyjnym podejściu oznacza to mówienie mężczyznom, że powinni sami wziąć się w garść i zadbać o swoje sprawy. Z kolei w progresywnym wydaniu objawia się to sprowadzeniem wszystkich problemów mężczyzn do konsekwencji norm męskości. Takie założenie przekłada się na poszukiwanie rozwiązań niemal wyłącznie w zmianie zachowania samych mężczyzn. Jeśli mają problemy zdrowotne – powinni się po prostu częściej badać i nie pić alkoholu. Jeśli chłopcy słabiej sobie radzą w szkole – widocznie są leniwi, jak pisała prof. Magdalena Środa14.
Wiele kierowanych do mężczyzn publikacji, a zwłaszcza materiałów w internecie, skupia się na męskości, czyli na tym, jak być mężczyzną. Z jednej strony mężczyźni słyszą: „bądź czuły”, a z drugiej: „przejrzyj na oczy: tak naprawdę to kobiety są uprzywilejowane; walcz o swoje”. Nie jestem coachem ani terapeutą, więc nie odpowiem, jak zostać szczęśliwym mężczyzną. Moim zdaniem nie wystarczy powiedzieć: „bądźcie mężczyznami inaczej”. Strukturalne problemy się od tego nie rozwiążą. Wolę zapytać o konkrety: „dlaczego chłopcy z powiatu siedleckiego mają słabe wyniki w nauce?” albo „dlaczego niektórzy chłopcy trafiają do poprawczaków?”, niż zacząć od diagnozy: „musimy znieść stereotypy” albo „musimy wrócić do korzeni”. A po znalezieniu odpowiedzi – zacząć wprowadzać realne, systemowe rozwiązania.
Obie strony przeceniają też znaczenie idei (zwłaszcza feminizmu) i trendów kulturowych. Tymczasem nowe napięcia między płciami wynikają przede wszystkim ze zmian technologicznych15 albo innych nagłych wydarzeń. Gdy w czasie wojen mężczyźni wyjeżdżali na front, kobiety przejmowały ich role – pracowały na przykład w śląskich kopalniach. W większości krajów Europy kobiety uzyskały prawa wyborcze po I wojnie światowej. Wiele badań pokazuje, że właśnie brak mężczyzn prowadził do usamodzielnienia się kobiet – czy to w XIX-wiecznym Paragwaju, gdzie w wojnie zginęła prawdopodobnie większość dorosłych mężczyzn16, czy w zachodniej Afryce17, skąd jako niewolników wywożono znacznie więcej mężczyzn niż kobiet, czy to w powojennej Europie18.
Również dzisiaj to obiektywne, realne zjawiska wywołują zmiany. W gospodarce coraz ważniejszy staje się sektor usług, który nie pozwala mężczyznom wykorzystać naturalnej przewagi siły fizycznej. Większe korzyści zaczyna za to przynosić przewaga kobiet w umiejętnościach interpersonalnych. Technologia, poza ogromną poprawą jakości życia, generuje także zagrożenia. Media społecznościowe stworzyły nowe możliwości wyrażania i eskalowania emocji. Aplikacje randkowe rewolucjonizują nasze podejście do tworzenia związków i doświadczenia interakcji z płcią przeciwną.
Wiele z problemów mężczyzn istniało od dawna, ale pogłębiło się w ostatnich dekadach. Nawet bardzo stare zjawiska mogą mieć nowe konsekwencje. Gdy w XIX wieku Ernst Ravenstein formułował swoje „prawa migracji” na podstawie danych z Wielkiej Brytanii, jedno z nich brzmiało: „kobiety migrują częściej od mężczyzn”19. O „celibacie” francuskich rolników pisał już w latach 60. jeden z najważniejszych socjologów XX wieku, Pierre Bourdie20. Wtedy podziały polityczne między płciami nie były tak jaskrawe jak obecnie. Dzisiaj jednak nabrzmiewają – zwłaszcza w młodym pokoleniu. Luka płci w edukacji wyższej powstała wraz z upowszechnieniem się szkolnictwa wyższego, które w Polsce nastąpiło w latach 90. Transformacja systemowa zmieniła też relacje między zawodami i poziomami wykształcenia.
Nie rozstrzygając, czy wynika to z natury, czy z kultury, nie zmieniły się nasze odruchowe reakcje na problemy mężczyzn. Uwypukla to wojna na Ukrainie. Wciąż właśnie od mężczyzn oczekujemy walki i zapewniania bezpieczeństwa. Nadal często w medialnych doniesieniach podkreśla się, że „wśród ofiar były kobiety i dzieci”. Na cierpienie i niepowodzenia mężczyzn jesteśmy mniej wyczuleni.

Rozwiązywać problemy mężczyzn, nie tylko z mężczyznami

Dlatego potrzebujemy nowej narracji o chłopcach i mężczyznach. Wobec zmian kulturowych wielu mężczyznom brakuje kompasu, jakim były tradycyjne normy: jasno wyznaczonych celów, które powinni w życiu osiągnąć. Oczywiście niektórzy mogą zmienić swoje życie przez skorzystanie z rad dotyczących tego, jak być mężczyzną. Ale nawet setki szkoleń nie rozwiążą systemowych problemów i strukturalnych nierówności.
Czas na zmianę podejścia do równości płci. Musimy zwrócić uwagę na potrzeby mężczyzn i ograniczenia wynikające z okoliczności, w których się urodzili i wychowali. Musimy odpowiedzieć sobie, jak ma wyglądać równość i o czym mogą marzyć mężczyźni w XXI wieku. Popularne narracje skupiają się na tym, że mężczyźni „tracą przywileje”, ale nie zauważają, że wszelkie „koszty” związane z oczekiwaniami wobec nich pozostają niezmienione, a nawet się pogłębiają.
To nie jest kolejna książka o tym, jak mężczyźni powinni się zmienić. To książka o tym, na co jako społeczeństwo nie zwracamy uwagi i co musimy zrobić dla chłopców i mężczyzn. Pokazuję fakty świadczące o nierównościach i proponuję działania. Nie zamierzam naprawić chłopców i mężczyzn, lecz im pomóc. Żeby to się udało, musimy przestać myśleć o mężczyznach – a zwłaszcza chłopcach – wyłącznie jako kowalach własnego losu i zwrócić uwagę na systemowe ograniczenia, które napotykają. Ale jednocześnie zapewnić im podmiotowe traktowanie. Skupić się na problemach mężczyzn, a nie na problemach z mężczyznami.
Pięć rozdziałów dotyczy nierówności w poszczególnych dziedzinach życia: edukacji, zdrowiu, pracy i emeryturach, wykluczeniu społecznym oraz rodzicielstwie. W wielu miejscach podkreślam, że różnice między płciami dotykają zwłaszcza chłopców z biedniejszych rodzin, mieszkających na wsi i mężczyzn mniej wykształconych i pracujących fizycznie. Tym najbardziej potrzebującym poświęcam rozdział Męskie twarze wykluczenia. Pokazuję w nim zjawiska, które z perspektywy zamożnych osób z dużych miast mogą być trudne do zauważenia. W każdym przypadku, opierając się na danych i badaniach naukowych, staram się określić konkretne problemy społeczne oraz ich przyczyny i zaproponować rozwiązania, a także przedstawić podejmowane już gdzieniegdzie działania.
Kolejne dwa rozdziały skupiają się na relacjach między płciami i polityce. W pierwszym wyjaśniam, dlaczego kobietom i mężczyznom coraz trudniej się dogadać – i w życiu prywatnym, i w sferze publicznej. W drugim pokazuję, dlaczego opisywane problemy tak długo mogły pozostawać bez reakcji i dlaczego trudno wymusić działanie polityków. Niektóre nierówności są przecież oczywiste, na przykład w wieku emerytalnym, długości życia czy wynikach edukacyjnych w szkole podstawowej. Mimo to wciąż się utrzymują i wcale nie są obejmowane równościową agendą.
Dotychczasowe narracje i działania skupiały się na problemach z mężczyznami. Moim celem jest wytyczenie drogi do rozwiązywania problemów mężczyzn. To kluczowe wyzwanie cywilizacyjne, przed którym stoi Polska. Dzięki reakcjom na mój raport i kilkuletniej działalności znacznie lepiej zrozumiałem, dlaczego tak rzucające się w oczy problemy nie są rozwiązywane. Ale też poznałem wiele osób i organizacji, które już podejmują działania. W ostatnim rozdziale proponuję zasady, które pomogą nam działać dalej, również w życiu prywatnym – w kierunku nowej umowy płci.
 

 
Wesprzyj nas