Czy świat, który znamy, właśnie się kończy? „Epoka chaosu” Kacpra Kity to przenikliwy esej publicystyczny, który analizuje zmiany zachodzące w geopolityce po pandemii i w cieniu wojny. Autor pokazuje, skąd bierze się rosnąca siła alternatywnej prawicy i dlaczego dotychczasowy porządek traci na znaczeniu.
W świecie po lockdownie i w cieniu narastających konfliktów zbrojnych coś pękło. Zaufanie do tradycyjnych partii, liberalnych elit i dotychczasowych dogmatów polityki maleje z roku na rok. Dekompozycja sceny politycznej i ładu, który w Europie Zachodniej dominował od II wojny światowej, staje się faktem. W coraz większej liczbie krajów coraz większą popularność zdobywają ugrupowania alternatywnej prawicy. Jedni komentatorzy straszą kresem demokracji, wojną lub falą przemocy, inni świętują i mówią o powrocie „prawdziwych wartości”.
Kacper Kita, politolog i publicysta, przygląda się z bliska tej zmianie. W swojej książce kreśli szeroki obraz zachodzącej transformacji: od Europy po Amerykę. Pokazuje, jak różne oblicza ma alt-prawica, co łączy i co dzieli ugrupowania określane mianem „populistycznych”, oraz dlaczego ich popularność nie jest przypadkiem, lecz logiczną reakcją na słabość dotychczasowego układu.
„Epoka chaosu” to opowieść o czasach politycznego przełomu, w których trwa walka nie tylko o władzę, ale i o definicję samej demokracji. To książka dla tych, którzy chcą zrozumieć, dokąd zmierza świat – i kto dziś wygrywa walkę o jego przyszłość.
Epoka chaosu. Dlaczego świat skręca w prawo
Wydawnictwo Port
Premiera: 22 kwietnia 2026
Wstęp
Stanie się częścią Zachodu było podstawowym celem polskiej polityki po 1989 roku. Zgadzały się co do tego wszystkie liczące się stronnictwa polityczne oraz zdecydowana większość społeczeństwa. W wymiarze instytucjonalnym oznaczało to dążenie do członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim oraz Unii Europejskiej, o które zgodnie zabiegały kolejne rządy. Miało to gwarantować Polsce bezpieczeństwo po katastrofie II wojny światowej oraz prawie pół wieku w sowieckiej strefie wpływów. Zachód oznaczał także, a może przede wszystkim, wolność i dobrobyt, za którymi miliony Polaków tęskniły w PRL-owskiej szarzyźnie i beznadziei. Wielu było gotowych walczyć, ryzykować życie i zdrowie, by osłabić system komunistyczny i uchylić choć trochę drzwi na ten słynny Zachód – jeśli nie dla siebie, to chociaż dla kolejnych pokoleń.
Zachód miał wymiar materialny i kulturowy. Trwały spory o jego definicję aksjologiczną. Czy „prawdziwy Zachód” to przede wszystkim rozmaite „wolności osobiste” i nowoczesny świat demokratyczno-liberalny, z którego Polska powinna brać przykład, by nadrobić swoje zacofanie? A może jednak kluczowa dla zachodniej cywilizacji jest rola chrześcijaństwa, o którym Polska powinna przypominać zsekularyzowanej Europie, jak chciał tego Jan Paweł II? Perspektywy były różne, a kłótnie gorące. Zasadniczego kursu prozachodniego prawie nikt jednak nie kwestionował. Zachód imponował wszystkim kluczowym aktorom polskiego życia publicznego i był dla wszystkich głównym punktem odniesienia.
Ten potężny Zachód oznaczał również polityczną stabilność. Do niej także, obok dobrobytu, bezpieczeństwa i różnie rozumianej wolności, Polacy mogli aspirować. Na tle „dojrzałych demokracji” Europy Zachodniej III RP wydawała się niepoważną kotłowaniną. Jakże często słyszeliśmy o „polskim piekiełku”. Lata 90. były wypełnione całą kawalkadą partii i partyjek, których nazwy niekiedy trudno było spamiętać, oraz regularnie upadających rządów. Polacy byli dopiero uczniami w „szkole demokracji” – a doświadczeni Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy mogli być w niej naszymi nauczycielami.
Dopiero w 2011 r. jakakolwiek partia uzyskała w Polsce wybór na kolejną kadencję. Dziś nie wydaje nam się to czymś nadzwyczajnym, ale był to prawdziwy przełom. Wcześniej rząd zawsze, ale to zawsze, tracił władzę w wyniku wyborów. Mieliśmy też wtedy dopiero drugiego premiera, który utrzymał stanowisko przez pełną czteroletnią kadencję – a pierwszego będącego realnym przywódcą swojego obozu. Większość premierów III RP została wybrana w efekcie kompromisu lub aktualnego stanu rywalizacji między frakcjami, a nie jako rzeczywiści kierownicy państwa i własnej partii. Jerzy Buzek utrzymał się cztery lata, ale za nim sznurkami pociągał Marian Krzaklewski. Co więcej, ich AWS po owej pełnej kadencji nie dostał się nawet do Sejmu. Również „żelazny kanclerz” Leszek Miller upadł w wyniku serii afer, a jego obóz się rozsypał.
Donald Tusk i Jarosław Kaczyński po 2005 r. dodali polskiej polityce stabilności. Ukształtował się bardziej „dojrzały” system dominacji dwóch dużych i trwałych partii, przypominający te zachodnioeuropejskie. Narzekanie na „polskie piekiełko”, dotąd często skoncentrowane na tym, że „politycy nie dorośli”, a państwo jest niepoważne i rozbabrane, zaczęło przesuwać się w kierunku utyskiwań na polaryzację. „Kłócą się i szczują, zamiast ze sobą rozmawiać”, „dzielą Polaków”, „niszczą rodziny” – tego rodzaju zarzutom często towarzyszyło mniej lub bardziej wprost wyrażane przekonanie, że „na Zachodzie to wygląda inaczej”, a „w Europie to nie do pomyślenia”.
Tego Zachodu, który ostatnie kilkadziesiąt lat skupiał w sobie wielopoziomowe aspiracje Polaków, już dziś po prostu nie ma.
W polskiej debacie od lat pojawia się zarzut, że nasze elity polityczne nie są w stanie wyznaczyć żadnego nowego celu zbiorowego dla państwa i narodu, odkąd weszliśmy do NATO i UE. Piszący te słowa go podziela, ale nie jest intencją tej książki, by go powtarzać. Nie jest nią także kopanie leżącego i powtarzanie trywialnej już konstatacji, że „historia się nie skończyła”. Chodzi o pójście o krok dalej. Stoimy dziś bowiem przed dużo poważniejszym wyzwaniem, które zmusza nas do głębokiego przeformułowania dominujących, powszechnie przyjmowanych jako domyślne wyobrażeń nie tylko o miejscu Polski w świecie, ale o owym świecie, który nas otacza.
To nie jest kwestia Donalda Trumpa ani żadnego innego polityka, który jednego dnia może cieszyć się popularnością, a drugiego może ją stracić. Problem jest strukturalny i dotyczy całego świata zachodniego. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w każdym kraju europejskim większym od Polski – Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech i Hiszpanii – doszło w ciągu ostatnich kilkunastu lat do dekompozycji sceny politycznej oraz rozregulowania funkcjonującego dotychczas systemu dwupartyjnego. Obok tych destabilizacji i rozdrobnienia w polityce wewnętrznej mamy też jednocześnie do czynienia z rozchwianiem sytuacji zewnętrznej. Ze spadkiem relatywnego znaczenia Zachodu (a zwłaszcza Europy) w świecie oraz zakwestionowaniem „porządku międzynarodowego opartego na zasadach” (rules-based international order), który funkcjonował przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Demokratyczno-liberalne wartości, które były długo uznawane za uniwersalne, są kwestionowane przez potężnych aktorów państwowych oraz znaczną część społeczeństw na samym Zachodzie. Będąca fundamentem dotychczasowego porządku hegemonia Stanów Zjednoczonych przestała być oczywista wobec wzrostu znaczenia Chin, które stały się potęgą polityczną, gospodarczą i technologiczną, jednocześnie ani trochę się nie demokratyzując. Zarazem rosnąca liczba samych Amerykanów zwyczajnie nie uznaje już pax americana za opłacalny dla siebie i nie chce go dłużej utrzymywać.
Dwadzieścia lat temu Polska dopiero co weszła do Unii, a w naszym kraju miało miejsce nowe polityczne otwarcie, które rozpoczęło epokę dominacji PO i PiS. Rok 2005 to jednak także pierwsza poważna rysa na liberalno-progresywnym determinizmie, powszechnym w tejże Unii Europejskiej i wyrażonym w haśle ever closer union. 29 maja 55% Francuzów zagłosowało w referendum przeciw przyjęciu traktatu konstytucyjnego dla Europy przy wysokiej frekwencji 69%. Trzy dni później tego samego wyboru dokonali Holendrzy – na „nie” zagłosowało jeszcze więcej, bo 62%, przy frekwencji 63%. Dwa wielkie narody należące do samego rdzenia Europy Zachodniej, niegdyś imperia kolonialne rozprzestrzeniające w świecie europejską kulturę i dominację, ale zarazem dwa narody współcześnie idące często w awangardzie postępu i nowoczesności, odrzuciły kurs na dalsze zacieśnianie integracji.
Był to niewątpliwie cios dla sił dominujących w UE – ale nie taki, po którym nie można było się szybko pozbierać. Tekst został nieco przeformułowany i przyjęty pod skromniejszą nazwą traktatu lizbońskiego. Tym razem nie zapytano o zdanie ani Francuzów, ani Holendrów i dla bezpieczeństwa przeprowadzono procedurę ratyfikacyjną drogą parlamentarną. Jedynym krajem, w którym odbyło się referendum w sprawie traktatu lizbońskiego, była Irlandia. Traktat został przez większość Irlandczyków odrzucony. Referendum zostało więc przeprowadzone jeszcze raz po roku – za drugim razem wynik był już inny. Traktat lizboński można więc było uchwalić.
Przeskoczmy naprzód o kolejne dziesięć lat. Rok 2015 także był istotną cezurą w najnowszej historii Zachodu. W Europie miał miejsce kryzys imigracyjny związany z napływem setek tysięcy przybyszów przez Morze Śródziemne oraz decyzją Angeli Merkel, by otworzyć przed nimi granice. Presja migracyjna spoza Europy stała się wiodącym tematem debaty publicznej na całym Starym Kontynencie – także w krajach, których to zjawisko dotąd niespecjalnie dotyczyło. Równolegle w Stanach Zjednoczonych w wyborach na prezydenta wystartował znany przedsiębiorca i celebryta Donald Trump, który swoją kampanię oparł na ostrych atakach na klasę polityczną, media i imigrantów. Jedno i drugie można było wówczas traktować jako istotne, ale incydenty. Z perspektywy czasu jest jednak oczywiste, jak ogromne znaczenie miały te wydarzenia dla dalszego losu społeczeństw i państw po obu stronach Atlantyku.
W 2015 r. Trump był atakowany jako promujący uprzedzenia reprezentant „czasów słusznie minionych” czy skazany na porażkę ostatni krzyk rozpaczy białych maczystów. Kanclerz Niemiec była natomiast u szczytu potęgi i cieszyła się opinią odpowiedzialnej przywódczyni Europy, która w razie potrzeby może odgrywać także rolę „liderki wolnego świata”. Po upływie kolejnej dekady to Angela Merkel, a nie Donald Trump, który zaliczył tryumfalny powrót do Białego Domu, wydaje się jednak prędzej figurą anachroniczną. Rozmowa o niej przypomina dziś dywagacje o zakurzonym narzędziu, które znaleźliśmy na strychu i musimy się dobrze zastanowić, zanim przypomnimy sobie, do czego właściwie ono służyło. Także politycy ze „stajni Merkel” muszą się obecnie „trumpizować”, a kolejni establishmentowi liberałowie uznają, że władza warta jest populistycznej mszy.
Jeszcze raz wypada jednak podkreślić, że Donald Trump jest tylko wyjątkowo efektownym symptomem szerokiego zjawiska. Nie ogranicza się ono także do żadnego pojedynczego kraju. Pokazanie tego jest podstawowym zamiarem tej książki. Często słyszymy bowiem w mediach o sukcesach rozmaitych „populistów” z prawa i z lewa, ale rzadko kiedy ktokolwiek zestawia ze sobą ewolucję scen politycznych w poszczególnych państwach. To nie jest „wypadek przy pracy”. W ciągu ostatnich kilkunastu lat dekompozycja wystąpiła jednocześnie w USA i we wszystkich dużych krajach europejskich. Nigdzie nie ma już stabilnego duopolu, który był jeszcze niedawno – np. w 2010 r. – ogólnym standardem. Powszechnie nasila się także polaryzacja i rośnie temperatura sporów, a maleje obszar objęty społecznym konsensusem. Maleje zaufanie do elity politycznej i optymizm co do przyszłości. Powszechnie podważane są podstawowe liberalne dogmaty, takie jak swobodny przepływ ludzi i kapitału. Na wielu frontach powraca polityka siły, ignorująca międzynarodowe organizacje i prawo. Nad wszystkim tym wisi także zasadnicze pytanie o rzeczywisty wpływ społeczeństw zachodnich na własny los wobec erozji państwa narodowego. Nic dziwnego, że rośnie niezadowolenie z wybieranych w wyborach polityków, skoro ci politycy mają coraz mniejsze przełożenie na życie społeczeństw, a obywatele coraz częściej odczuwają bezsilność i bezradność.
Dlatego nie ma już Zachodu, do którego aspirowali Polacy. Opowieści o spokojnych, bogatych i bezpiecznych krajach, w których „ludzie się do siebie uśmiechają”, a politycy razem rozwiązują problemy obywateli, coraz częściej nadają się najwyżej do kabaretów. To nie jest książka o Polsce, ale jest pisana dla Polaków – i dlatego zaczyna się od refleksji nad polskim stosunkiem do Zachodu. Także po to, by podkreślić wagę opisywanego zjawiska dla nas – tu i teraz. Po prostu szkoda czasu i szkoda Polski na dyskusje oderwane od współczesnej rzeczywistości, głęboko zależne od nieaktualnych paradygmatów, a nierzadko także wyobrażeń, które nigdy nie były prawdziwe. Zbyt dużo się dzieje, a nasz los w całej tej zawierusze jest zbyt niepewny. Oczywiście nie chodzi też o to, by kwestionować, że możemy się wiele nauczyć od innych narodów. Piszącemu te słowa obce jest poczucie wyższości wobec Europy Zachodniej, nierzadko w polskiej debacie kryjące się za maską tromtadrackiego patriotyzmu. Czerpać z zewnątrz musimy jednak z głową. Potrzebujemy także uczyć się na cudzych błędach oraz dostrzegać znaczenie odległych nam państw i regionów, zamiast tkwić w nieaktualnej perspektywie zachodo- i europocentrycznej. Czy nam się to podoba, czy nie, ostatnie dekady przyniosły globalny spadek znaczenia naszego kontynentu. Z tego także wypada wyciągnąć wnioski.
Nic nie wskazuje, by sytuacja miała się w przewidywalnej przyszłości uspokoić – wprost przeciwnie. Przed Europą mnóstwo zewnętrznych i strukturalnych czynników destabilizacyjnych – agresywna polityka Rosji, rywalizacja amerykańsko-chińska, przemiany technologiczne, presja migracyjna z Afryki, dramatyczny spadek dzietności, wzrost nierówności i pauperyzacja klasy średniej, silne napięcia między płciami. Tak mocne rozchwianie scen politycznych w oczywisty sposób musi mieć głębsze podłoże niż zużycie się tego czy innego polityka. Wskazaniu możliwych przyczyn poświęcona będzie druga część książki. Oczywiście nie rości sobie ona pretensji do wyczerpującego opisu każdego ze wspominanych zjawisk. To tylko próba syntezy, która siłą rzeczy reprezentuje subiektywny punkt widzenia autora oraz ma nadzieję być tylko i aż głosem w rozkręcającej się dyskusji.







