„Żony ze Stepford” to kultowa powieść o równouprawnieniu kobiet, która od lat wciąż zaskakuje i zachwyca czytelników. Stepford to idealne miasteczko dla rodzin. Okolica jest spokojna, a mężczyźni nigdy nie narzekają na swoje żony – wzorowe i wiecznie uśmiechnięte panie domu. Ale jaka prawda kryje się za tą sielanką? Po poznaniu odpowiedzi już nigdy nie spojrzycie na Stepford tak, jak kiedyś…


Kultowa powieść Iry Levina z 1972 roku utrzymana w stylistyce satyrycznego thrillera science fiction.

Opowiedziana w konwencji horroru przewrotna historia o równouprawnieniu, emancypacji kobiet i ich dążeniach do samorealizacji – oraz histerycznej i budzącej grozę reakcji mężczyzn na te zamierzenia.

Stepford w stanie Connecticut to miasteczko idealne i prawdziwy raj dla szczęśliwych rodzin. Kobiety są tu strażniczkami domowego ogniska i prawdziwymi tytankami prac domowych, wulkanami pomysłów i energii, którym uśmiech nigdy nie schodzi z twarzy. Mieszkający tu mężczyźni pragną perfekcyjnych żon i takie dostają, a żeby dostosować rzeczywistość do swoich wymagań, potrafią posunąć się naprawdę daleko…

Joanna Eberhart próbuje łączyć obowiązki gospodyni i matki z pasją fotograficzki. Gdy zamieszkuje z mężem w idyllicznym Stepford, liczy na to, że znalazła wymarzony azyl i wreszcie będzie się realizować. Szybko odkrywa jednak, że miejscowe kobiety to chodzące ideały. Uprzejme, uśmiechnięte, oddane bliskim… aż do granic absurdu.

Wraz z dwoma sąsiadkami próbuje zgłębić tajemnicę ukrytą za fasadą doskonałości. Ale gdy koleżanki z dnia na dzień tracą niepokornego ducha, Joanna czuje, że pętla wokół niej się zaciska.

W Stepford perfekcja to nie wybór. To wyrok.

Inspiracją do opisania tytułowego Stepford było miasteczko Wilton w stanie Connecticut, gdzie autor mieszkał w latach sześćdziesiątych XX wieku. Powieść ekranizowano kilkukrotnie, po raz pierwszy w 1975 roku, a po raz drugi w 2004, w reżyserii Franka Oza i w gwiazdorskiej obsadzie – z Nicole Kidman, Bette Midler, Glenn Close, Matthew Broderickiem i Christopherem Walkenem w rolach głównych.

Książka w nowym tłumaczeniu Janusza Ochaba opatrzona została posłowiem Petera Strauba, jednego z najbardziej cenionych autorów powieści grozy, wielokrotnego zdobywcy Nagrody Brama Stokera, współautora – wraz ze Stephenem Kingiem – powieści „Talizman” i „Czarny dom”.

***

Ira Levin tworzy wspaniałe fabuły z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza – każda jego powieść to prawdziwy majstersztyk!
– Stephen King

Ira Levin – amerykański pisarz pochodzenia żydowskiego, dziecko imigrantów z Rosji, przez całe życie związany z Nowym Jorkiem. Zamiast przejąć interes po ojcu, importerze zabawek, studiował filozofię i filologię angielską na NYU, a potem postanowił żyć z pisania.
Odnajdywał się swobodnie w niemal każdym gatunku – od horroru (Dziecko Rosemary), przez kryminał (nagrodzony Edgarem Pocałunek przed śmiercią), thriller (Chłopcy z Brazylii), science fiction (Ten idealny dzień), po komedię (No Time For Sergeants). Równolegle do powieści przez wiele lat pisał sztuki teatralne. Najbardziej znana to Deathtrap, piąta najdłużej utrzymująca się na deskach sztuka w historii Broadwayu.
Filmowcy chętnie sięgali jednak przede wszystkim po powieści Levina. Najbardziej znane adaptacje to oczywiście słynne Dziecko Rosemary Romana Polańskiego, z Mią Farrow i Johnem Cassavetesem, a także Żony ze Stepford w wersji z 2004 roku, z Nicole Kidman, Matthew Broderickiem i Glenn Close. Wkrótce na platformie Netflix ukaże się miniserial oparty na Chłopcach z Brazylii.

Ira Levin
Żony ze Stepford
Przekład: Janusz Ochab
Wydawnictwo Albatros
Premiera w tej edycji: 6 maja 2026
 
 


Kobieta z komitetu powitalnego, co najmniej sześćdziesięcioletnia, żwawa i tryskająca młodzieńczą energią (rude włosy, czerwone usta, słonecznie żółta sukienka), spojrzała na Joannę błyszczącymi oczami i odsłoniła zęby w uśmiechu.
– Na pewno się tu pani spodoba! To miłe miasteczko z miłymi ludźmi! Nie mogła pani wybrać lepiej!
Miała brązową skórzaną torbę, ogromną, starą i powycieraną. Zaczęła z niej wyjmować i podawać Joannie różne upominki: paczki z napojami w proszku i zupami, małe opakowanie nieszkodliwego detergentu, broszurkę z kuponami zniżkowymi do dwudziestu dwóch lokalnych sklepów, dwie kostki mydła, opakowanie wkładek antypotowych…
– Wystarczy, wystarczy – powiedziała Joanna, stając w drzwiach z rękami pełnymi prezentów. – Proszę już przestać. Stop. Dziękuję.
Kobieta z komitetu położyła jeszcze na innych rzeczach buteleczkę wody kolońskiej, po czym sięgnęła ponownie do torby – „Nie, naprawdę”, próbowała ją powstrzymać Joanna – i wyjęła z niej okulary w różowych oprawkach i mały notes z wyszywaną okładką.
– Przygotowuję Informacje o nowych mieszkańcach – oznajmiła z uśmiechem i założyła okulary. – Dla „Kroniki”.
Jeszcze raz włożyła rękę do torby, wyciągnęła długopis i sprawdziła czubkiem czerwonego paznokcia, czy pisze.
Joanna powiedziała jej, skąd się przeprowadzili; czym zajmuje się Walter i w której firmie; podała wiek i imiona Kim i Pete’a oraz co robiła, zanim się urodzili; na jakich uczelniach studiowali ona i Walter. Jednocześnie przestępowała nerwowo z nogi na nogę, wciąż obładowana prezentami i zaniepokojona, że nie słyszy dzieci.
– Ma pani jakieś hobby albo szczególne zainteresowania?
Joanna miała już zaprzeczyć, by zakończyć tę rozmowę, zawahała się jednak – odpowiedź, wydrukowana w miejscowej gazecie, mogła stać się drogowskazem dla podobnych jej kobiet, potencjalnych przyjaciółek. W ciągu ostatnich kilku dni poznała lokatorki z sąsiednich domów, wszystkie były miłe i pomocne, ale wydawały się całkowicie pochłonięte rodzinnymi obowiązkami. Może kiedy pozna je lepiej, okaże się, że łączą ich wspólne zainteresowania i troski, ale może rozsądnie byłoby umieścić wskazówkę w gazecie.
– Tak, kilka – odpowiedziała więc. – Gram w tenisa, gdy tylko mam okazję, jestem też półprofesjonalną fotografką…
– Och? – mruknęła kobieta, zapisując tę informację.
Joanna uśmiechnęła się do niej.
– To znaczy, że agencja zarządza prawami do trzech moich zdjęć – wyjaśniła. – Interesuję się też polityką i Ruchem Wyzwolenia Kobiet. Bardzo. Mój mąż też.
– Naprawdę? – Kobieta z komitetu podniosła na nią wzrok.
– Tak – potwierdziła Joanna. – Wielu mężczyzn się tym interesuje.
Nie wdawała się w wyjaśnienia, jakie korzyści przynosi to obu płciom; przerwała na moment rozmowę i odchyliła głowę w stronę korytarza, nasłuchując. Z salonu dobiegał śmiech telewizyjnej publiczności, a Kim i Pete kłócili się ze sobą, jednak nie na tyle zażarcie, by wymagało to interwencji. Uśmiechnęła się do kobiety z komitetu.
– Mąż interesuje się też sportami wodnymi i futbolem amerykańskim – oznajmiła. – Poza tym zbiera stare amerykańskie dokumenty prawne – dodała. Połowa drogowskazu prowadziła teraz do Waltera.
Kobieta z komitetu zapisała wszystko, zamknęła notes i schowała długopis.
– Doskonale, pani Eberhart – powiedziała, uśmiechając się i zdejmując okulary. – Wiem, że spodoba się tu pani. I serdecznie witam panią w Stepford. Jeśli będzie pani potrzebowała jakichś informacji o miejscowych sklepach i usługach, proszę śmiało do mnie dzwonić; numer telefonu jest na okładce broszury z kuponami zniżkowymi.
– Dziękuję, na pewno skorzystam – odparła Joanna. – I dziękuję za to wszystko.
– Proszę je wypróbować, to naprawdę dobre produkty! – zapewniła ją kobieta. – Do widzenia! – rzuciła, obracając się na pięcie.
Joanna ją pożegnała i obserwowała, jak idzie łukowatą ścieżką do swojego poobijanego czerwonego Volkswagena. Nagle w oknach auta pojawiły się psy, czarne i brązowe szaleństwo spanieli, skaczących i szczekających, naciskających łapami na szyby. Wzrok Joanny przyciągnęła jakaś ruchoma biel za Volkswagenem; po drugiej stronie ulicy, wzdłuż której ciągnął się szpaler młodych drzewek, w domu Claybrooków na piętrze znów poruszyło się coś białego i zza jednej szyby przesunęło się za sąsiednią – ktoś mył okna. Joanna uśmiechnęła się na wypadek, gdyby Donna Claybrook właśnie na nią patrzyła. Biała plama przesunęła się na niższą szybę, a potem w bok.
Volkswagen wystartował spod krawężnika z zaskakująco głośnym rykiem, a Joanna wycofała się do korytarza i zatrzasnęła biodrem drzwi.
Pete i Kim kłócili się głośniej.
– Śmierdząca kupa! Sraczka!
– Au! Przestań!
– Przestańcie! – zawołała Joanna, rzucając naręcze próbek na stół kuchenny.
– Ona mnie kopie! – wrzeszczał Pete, a Kim krzyczała:
– Wcale nie! I ty jesteś sraczka!
– Natychmiast przestańcie! – powtórzyła Joanna, podchodząc do okrągłego okienka w drzwiach, i zajrzała do pokoju.
Pete leżał na podłodze, za blisko telewizora, a Kim stała obok niego, czerwona na twarzy, z trudem powstrzymując się od wymierzenia mu kolejnego kopniaka. Oboje byli nadal w piżamach.
– Kopnęła mnie dwa razy – powiedział Pete, a Kim krzyknęła:
– Zmieniłeś kanał! Zmienił kanał!
– Nie zmieniłem!
– Oglądałam Kota Feliksa!
– Cisza! – rozkazała Joanna. – Cisza, natychmiast! Kompletna, głucha, totalna cisza!
Spojrzeli na nią oboje – Kim wielkimi, niebieskimi oczami Waltera, Pete jej ciemnobrązowymi.
– Ścigajcie ich do samej mety! – zawołał telewizor.
– A, stoicie za blisko telewizora – przemówiła Joanna. – B, wyłączcie go; i C, ubierzcie się oboje. To zielone coś na zewnątrz to trawa, a to żółte, które na nią świeci, to słońce.
Pete podniósł się z podłogi i wcisnął wyłącznik na odbiorniku. Ekran zgasł, zostawiając tylko na chwilę żółtą kropkę pośrodku. Kim zaczęła płakać.
Joanna jęknęła i przeszła do salonu. Przykucnąwszy, przygarnęła Kim do ramienia, przygładziła jej piżamę i pocałowała miękkie, jedwabiste loki.
– Ach, daj już spokój – pocieszała ją. – Nie chcesz się pobawić z tą miłą Allison? Może znów zobaczycie pręgowca.
Pete podszedł do Joanny i podniósł kosmyk jej włosów. Spojrzała na niego i powiedziała:
– Nie zmieniaj jej kanałów.
– Och, dobra – odparł, nawijając kosmyk na palec.
– A ty go nie kop – zwróciła się do Kim. Pogłaskała ją po plecach i próbowała pocałować w mokry od łez policzek.
Tego dnia to Walter miał zmywać naczynia, a Pete i Kim bawili się spokojnie w pokoju chłopca, Joanna wzięła więc szybki, chłodny prysznic, włożyła szorty, koszulę oraz buty sportowe i uczesała włosy. Nim je związała, zajrzała jeszcze do dzieci; siedziały na podłodze i bawiły się stacją kosmiczną Pete’a.
Oddaliła się cicho i zeszła na dół po przykrytych niedawno dywanem schodach. To był miły wieczór. Wreszcie rozpakowali się do końca, Joanna była czysta i wypoczęta, miała też nadzieję, że zostanie jej kilka lub kilkanaście minut – dziesięć do piętnastu, jeśli będzie miała szczęście – by posiedzieć na zewnątrz z Walterem i popatrzyć na ich drzewa i niecały hektar posesji.
Przeszła korytarzem. W kuchni było nieskazitelnie czysto, pralka wirowała miarowo. Walter stał przy zlewie, pochylał się ku oknu i patrzył w stronę domu Van Santów. Na jego koszuli pojawił się ślad potu przypominający plamy atramentowe Rorschacha; królik z uszami pochylonymi na boki. Walter odwrócił się do Joanny, drgnął, zaskoczony, i uśmiechnął się do niej.
– Jak długo tu jesteś? – spytał, wycierając dłonie w ścierkę do naczyń.
– Właśnie weszłam – odpowiedziała.
– Wyglądasz jak nowo narodzona.
– I tak się czuję. Dzieciaki bawią się grzecznie jak aniołki. Chcesz wyjść na zewnątrz?
– Dobrze – odparł, składając ścierkę. – Ale tylko na kilka minut. Chcę podejść do Van Santów i porozmawiać z Tedem. – Zawiesił ścierkę na suszarce. – Dlatego tam patrzyłem – wyjaśnił. – Przed chwilą skończyli jeść.
– O czym chcesz z nim rozmawiać? – spytała, gdy szli razem na patio.
– Właśnie zamierzałem ci powiedzieć. Zmieniłem zdanie: wstąpię do tego Stowarzyszenia Mężczyzn.
Joanna przystanęła i spojrzała na niego ze zdumieniem.
– Skupia się tam zbyt wiele ważnych rzeczy, żebym z tego zrezygnował – tłumaczył. – Lokalna polityka, działalność charytatywna i tak dalej…
– Jak możesz wstępować do takiej przestarzałej, staroświeckiej…
– Rozmawiałem w pociągu z kilkoma mężczyznami – przerwał jej. – Z Tedem, Vikiem Stavrosem i paroma innymi, których mi przedstawili. Przyznają, że organizacje, do których nie dopuszcza się kobiet, to przeżytek. – Wziął ją za rękę i ruszyli dalej. – Ale można to zmienić tylko od wewnątrz. Więc spróbuję wspomóc ten proces. W sobotę wieczorem idę na pierwsze spotkanie. Ted opowie mi pokrótce, kto jest w której komisji. – Wyciągnął w jej stronę paczkę papierosów. – Dziś jesteś paląca czy niepaląca?
– Och… paląca – odparła, sięgając po jednego.
Stali na skraju patio, w chłodnym błękitnym zmierzchu wypełnionym graniem świerszczy. Walter przysunął płomień zapalniczki do papierosa Joanny, a potem do swojego.
– Spójrz tylko na to niebo – rzucił. – Warte każdego centa, które nas kosztowało.
Joanna podniosła wzrok – niebo było fioletoworóżowe, błękitne i granatowe, piękne – a potem spojrzała na swojego papierosa.
– Organizacje można zmieniać od zewnątrz – powiedziała. – Piszesz petycje, organizujesz pikiety…
– Ale od środka jest łatwiej – odparł Walter. – Zobaczysz: jeśli ci mężczyźni, z którymi rozmawiałem, są typowymi członkami tej organizacji, nawet się nie obejrzysz, a będzie to Stowarzyszenie Wszystkich. Koedukacyjny poker. Seks na stole do bilardu.
– Gdyby mężczyźni, z którymi rozmawiałeś, byli typowymi członkami tej organizacji, to już byłoby Stowarzyszenie Wszystkich. Och, w porządku, wstępuj, jeśli chcesz. Ja wymyślę jakieś hasła na transparenty. Będę miała mnóstwo czasu, kiedy zacznie się rok szkolny.
Walter objął ją ramieniem.
– Wstrzymaj się z tym na chwilę – poprosił. – Jeśli w ciągu pół roku nie zaczną przyjmować kobiet, odejdę stamtąd i będziemy maszerować razem. Ramię w ramię. „Tak dla seksu; nie dla seksizmu!”
– „W Stepford nudno jak na stepie” – wygłosiła, sięgając po zapalniczkę leżącą na stole ogrodowym.
– Niezłe.
– Poczekaj, aż się rozkręcę.
Dopalili papierosy i stali przez chwilę obok siebie, patrząc na ciemną połać trawnika i wysokie drzewa, czarne sylwetki na tle fioletoworóżowego nieba, w którym były zamknięte. Między pniami pobłyskiwały plamy światła – okna domów przy następnej ulicy, Harvest Lane.
– Robert Ardrey ma rację. – Joanna westchnęła. – Mam bardzo silny instynkt terytorialny.
Walter spojrzał na dom Van Santów, a potem na zegarek.
– Wrócę do środka i dokończę zmywanie – powiedział i pocałował ją w policzek.
Odwróciła się do niego, ujęła go pod brodę i pocałowała w usta.
– Ja zostanę tu jeszcze kilka minut – odparła. – Zawołaj mnie, jeśli będą się awanturować.
– Jasne. – Walter skinął głową i wszedł do domu przez drzwi salonu.
Joanna objęła się ramionami i potarła je; robiło się chłodno. Potem zamknęła oczy, odchyliła głowę do tyłu i wdychała zapach trawy, drzew i świeżego powietrza – wspaniały. Po chwili otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą pojedynczą plamkę gwiazdy na granatowym niebie, trylion kilometrów nad nią.
– Jasna gwiazdeczko, śliczna gwiazdeczko… – wyszeptała i dokończyła rymowankę w myślach.
Wypowiedziała też w głowie życzenie, żeby byli szczęśliwi w Stepford. Żeby Pete i Kim radzili sobie dobrze w szkole, żeby ona i Walter znaleźli wkrótce przyjaciół i spełnienie. Żeby Waltera nie męczyły dojazdy do pracy, choć to właśnie on chciał się tu przeprowadzić. Twierdził, że życie całej ich czwórki wzbogaci się przez to, a nie umniejszy, czego obawiała się Joanna, opuszczając duże miasto – brudne, zatłoczone, niebezpieczne, ale pełne życia.
Jakieś dźwięki i ruch skierowały jej uwagę ku domowi Van Santów.
Carol Van Sant, widoczna teraz jako ciemna sylwetka na tle światła wypływającego zza drzwi jej kuchni, przyciskała pokrywę kubła na śmieci. Potem pochyliła się nisko, wsuwając na moment rude włosy w smugę światła, i podniosła z ziemi coś okrągłego, kamień; położyła go na pokrywie.
– Cześć! – zawołała Joanna.
Carol stanęła prosto i odwróciła się w jej stronę, wysoka i długonoga. Blask z wnętrza domu przenikał jej sukienkę, sprawiał, że wydawała się naga.
– Kto tam?! – odkrzyknęła.
– Joanna Eberhart. Przestraszyłam cię? Przepraszam.
Joanna podeszła do płotu, który oddzielał ich posiadłość od działki Van Santów.
– Cześć, Joanna – odpowiedziała Carol z nosowym akcentem z Nowej Anglii. – Nie, nie przestraszyłaś mnie. Przyjemny wieczór, prawda?
– Tak. Skończyłam się właśnie rozpakowywać, więc jest tym przyjemniejszy. – Musiała mówić głośno: Carol stała przy drzwiach swojego domu, wciąż zbyt daleko na swobodną rozmowę, choć Joanna przeszła do kwietnika graniczącego z płotem. – Kim i Allison świetnie się dzisiaj bawiły – oznajmiła. – Doskonale się ze sobą dogadują.
– Kim to cudowna dziewczynka – odpowiedziała Carol. – Cieszę się, że Allison ma taką miłą nową sąsiadkę. Dobranoc, Joanno. – Skierowała się z powrotem do środka.
– Hej, poczekaj jeszcze moment! – zawołała Joanna.
Carol odwróciła się do niej ponownie.
– Tak?
Joanna żałowała, że nie może przejść za kwietnik i płot, by zbliżyć się do domu Van Santów. Choć równie dobrze, do cholery, to Carol mogła podejść do płotu. Co takiego pilnego miała do zrobienia w tej lśniącej miedzią kuchni, wypełnionej blaskiem świetlówek?
– Walter przyjdzie do was, żeby porozmawiać z Tedem – powiedziała do na pozór nagiej sylwetki Carol. – Może kiedy już położysz dzieci, wpadłabyś do mnie na kawę?
– Dziękuję, bardzo bym chciała, ale muszę nawoskować podłogę w salonie.
– Dziś?
– Mogę to zrobić tylko dzisiaj, zanim zacznie się szkoła.
– Naprawdę nie możesz z tym poczekać? Zostały jeszcze trzy dni.
Carol pokręciła głową.
– Nie, i tak już za długo z tym zwlekałam. Podłoga jest cała porysowana. Poza tym Ted wychodzi później na zebranie Stowarzyszenia Mężczyzn.
– Chodzi tam co wieczór?
– Prawie.
Dobry Boże! – pomyślała Joanna.
– A ty zostajesz i zajmujesz się domem? – spytała.
– Zawsze jest coś do zrobienia – odpowiedziała sąsiadka. – Wiesz, jak to jest. Teraz muszę jeszcze skończyć kuchnię. Dobranoc.
– Dobranoc.
Joanna obserwowała, jak Carol – z profilu jej biust wydawał się za duży – wchodzi do kuchni i zamyka drzwi. Niemal natychmiast pojawiła się w oknie nad zlewem, odkręciła na moment kran, wzięła coś do ręki i zaczęła szorować. Jej rude włosy były zadbane i lśniące, twarz o wąskim nosie wyglądała na zamyśloną (i – tak, do cholery – inteligentną), duże piersi podskakiwały w rytm szorowania.
Joanna wróciła na patio. Nie, nie wiedziała, jak to jest, Bogu dzięki. Nie wiedziała, jak to jest być kompulsywną gospodynią domową. Kto mógł mieć pretensje do Teda za to, że wykorzystuje naiwniaczkę, która sama się prosi o wykorzystywanie?
Ona mogła, ot kto.
Walter wyszedł z domu w lekkiej marynarce.
– Nie sądzę, żeby zajęło mi to więcej niż godzinę – powiedział.
– Ta Carol Van Sant jest po prostu niewiarygodna – oznajmiła Joanna. – Nie może przyjść do mnie na kawę, bo musi woskować podłogę w salonie. Ted chodzi co wieczór na spotkania Stowarzyszenia Mężczyzn, a ona siedzi w domu i haruje.
– Jezu… – mruknął Walter, kręcąc głową.
– W porównaniu z nią moja matka to Kate Millett* – prychnęła Joanna.
Walter parsknął śmiechem.
– Do zobaczenia później – rzucił, pocałował ją w policzek i przeszedł przez patio.
Joanna spojrzała jeszcze raz na gwiazdę, teraz nieco jaśniejszą – Bierz się do roboty, pomyślała, kierując te słowa do niej – i weszła do domu.
Wszyscy czworo pojechali w sobotę rano, przypięci pasami w swoim nowiutkim, lśniącym kombi. Joanna i Walter, oboje w ciemnych okularach, rozmawiali o sklepach i zakupach, Pete i Kim opuszczali i podnosili elektrycznie sterowane szyby, opuszczali i podnosili, aż Walter kazał im przestać. Dzień był słoneczny, a powietrze rześkie, oznaka nadchodzącej jesieni. Pojechali do centrum Stepford (białe witryny sklepów i budynków w stylu kolonialnym, jak z pocztówek), by korzystając z kuponów zniżkowych, kupić narzędzia i brakujący sprzęt kuchenny oraz leki. Potem wybrali się na południe drogą numer dziewięć do dużego, nowego centrum handlowego, gdzie również wykorzystali kupony, by kupić buty dla Pete’a i Kim (ależ się musieli wyczekać!) i drabinki do ćwiczeń, tym razem bez zniżki. Następnie udali się na wschód, na Eastbridge Road, do McDonalda (wszyscy zjedli po Big Macu i wypili po shake’u czekoladowym); potem nieco dalej na wschód do sklepu z antykami (niski ośmiokątny stolik, bez dokumentów); w końcu w różne strony świata, po całym Stepford – Anvil Road, Cold Creek Road, Hunnicutt, Beavertail, Burgess Ridge – by pokazać Pete’owi i Kim (Joanna i Walter widzieli już to wszystko, gdy szukali domu) ich nową szkołę oraz szkoły, do których mieli chodzić później, dziwaczny budynek o nieodgadnionej na pierwszy rzut oka funkcji, który okazał się spalarnią śmieci, oraz tereny piknikowe, gdzie budowano właśnie basen. Na prośbę Pete’a Joanna zaśpiewała Good Morning Starshine, a potem wszyscy odegrali MacNamara’s Band, przy czym każdy udawał, że gra na innym instrumencie, aż na końcu Kim zwymiotowała, choć Walter zdążył się zatrzymać, wypiąć ją z pasów i wyciągnąć z samochodu, Bogu dzięki.
To wszystkich uspokoiło. Ruszyli w drogę powrotną, przejeżdżając znów przez centrum Stepford – powoli, bo Pete powiedział, że on też może zwymiotować. Walter wskazał na białą drewnianą bibliotekę i dwustuletni biały budynek Towarzystwa Historycznego, również z drewna.
Spoglądając przez okno, Kim wyjęła z ust resztkę landrynki i spytała:
– A ten duży budynek?
– To siedziba Stowarzyszenia Mężczyzn – wyjaśnił Walter.
Pete pochylił się, naciągając pas bezpieczeństwa, i spojrzał na wskazane przez Kim miejsce.
– To tam idziesz dziś wieczorem? – spytał.
Walter skinął głową.
– Zgadza się.
– Jak się dostaniesz do środka?
– Kawałek dalej, na zboczu, jest podjazd.
Dogonili ciężarówkę z otwartym tyłem, w którym stał mężczyzna ubrany w spodnie khaki i przytrzymywał się boków plandeki szeroko rozłożonymi rękami. Miał brązowe włosy, pociągłą, szczupłą twarz i nosił okulary.
– To Gary Claybrook, prawda? – spytała Joanna.
Walter nacisnął klakson i pomachał ręką przez okno. Ich sąsiad z naprzeciwka pochylił się, by na nich spojrzeć, uśmiechnął się i odmachał, a potem znów szybko złapał się ciężarówki. Joanna odpowiedziała uśmiechem i również podniosła dłoń.
– Dzień dobry, panie Claybrook! – zawołała Kim.
– Gdzie jest Jeremy?! – wrzasnął Pete.
– Nie słyszy cię – uświadomiła go Joanna.
– Chciałbym się kiedyś tak przejechać ciężarówką – powiedział chłopiec i westchnął.
– Ja też! – zawtórowała mu Kim.
Ciężarówka trzeszczała i zgrzytała, pnąc się mozolnie w górę stromego podjazdu skręcającego w lewo. Gary Claybrook uśmiechnął się do nich niepewnie, jakby zakłopotany. Pojazd był do połowy wypełniony małymi pudełkami.
– Co on robi, dorabia sobie na boku? – spytała Joanna.
– Raczej nie, jeśli zarabia tyle, ile mówił mi Ted – odparł Walter.
– Ach tak?
– Co to znaczy „dorabiać na boku”? – spytał Pete.
Zapaliły się światła stopu ciężarówki, zaczął migać lewy kierunkowskaz.
Joanna wyjaśniła synowi, czym jest dorabianie na boku.
Jakiś samochód zjechał szybko w dół zbocza, a ciężarówka zmieniła pas na lewy.
– To jest ten podjazd, o którym mówiłeś, tato? – spytał Pete, a Walter skinął głową.
– Tak, to właśnie ten podjazd.
Kim opuściła niżej szybę i krzyknęła ponownie:
– Dzień dobry, panie Claybrook!
Pomachał im, kiedy go mijali.
Pete rozpiął pas bezpieczeństwa i wspiął się kolanami na siedzenie.
– Mogę tam kiedyś pójść? – spytał, patrząc przez tylną szybę.
– Nie, przykro mi – odpowiedział Walter. – Dzieci nie mają tam wstępu.
– Kurczę, ale mają wielki płot! – zawołał Pete. – Jak w Zuchach Hogana!
– Żeby nie dopuszczać do siebie kobiet – mruknęła Joanna, patrząc do przodu i przykładając palce do oprawki okularów.
Walter uśmiechnął się pod nosem.
– Naprawdę? – zdziwił się Pete. – Dlatego mają takie wysokie ogrodzenie?
– Pete rozpiął pas – poinformowała Kim.
– Pete… – upomniała go Joanna.
Pojechali w górę Norwood Road, a potem na zachód Winter Hill Drive.
Dla zasady nie zamierzała wykonywać żadnych prac domowych. Nie żeby nie miała do zrobienia mnóstwa rzeczy, w tym takich, które chciała zrobić, jak choćby ustawić regały w salonie – ale nie tego wieczoru, nie, proszę pana. Wszystko to mogło poczekać, do cholery. Nie była Carol Van Sant ani nie była Mary Ann Stavros – która odkurzała właśnie w jednym z pokojów na dole, gdy Joanna poszła opuścić rolety u Pete’a.
Nie, proszę pana. Walter był na spotkaniu Stowarzyszenia Mężczyzn, w porządku; musiał tam pójść, by wstąpić do organizacji, i będzie musiał chodzić raz czy dwa w tygodniu, by zmienić ją od środka. Ale nie zamierzała pracować w domu w czasie, gdy będzie tam siedział (przynajmniej nie za pierwszym razem), tak jak on nie zamierzał zajmować się domem, gdy ona gdzieś wyjdzie na dłużej – a planowała to zrobić w następny pogodny, księżycowy wieczór: wybrać się do centrum, by sfotografować te kolonialne witryny, używając techniki długiej ekspozycji. (W nieregularnych szybach sklepu żelaznego będzie falowało odbicie księżyca, może da to interesujący efekt).
Kiedy więc już Pete i Kim pogrążyli się w głębokim śnie, zeszła do piwnicy, by ją pomierzyć i zastanowić się wstępnie, jakich musi dokonać zmian, by przerobić ją na ciemnię. Potem wróciła na górę, zajrzała do dzieci, zrobiła sobie wódkę z tonikiem i przeszła do gabinetu. Włączyła radio, ustawiła je na jakieś rzewne, ale przyjemne melodie w stylu Richarda Rodgersa, ostrożnie przesunęła dokumenty i rzeczy Waltera na skraj biurka, po czym wyjęła szkło powiększające, czerwoną kredkę i stykówki zdjęć, które pstryknęła na szybko przed wyjazdem z miasta. Większość z nich nadawała się do wyrzucenia, jak zresztą podejrzewała, gdy je robiła – nigdy nie radziła sobie dobrze, gdy musiała działać w pośpiechu – ale znalazła jedno, które naprawdę jej się spodobało: zdjęcie elegancko ubranego, młodego czarnego mężczyzny z teczką dyplomatką, spoglądającego gniewnie na pustą taksówkę, która właśnie go minęła. Gdyby dobrze powiększyła jego twarz i przyciemniła tło, by wydobyć rozmazaną taksówkę, mogłaby uzyskać frapujący obraz – taki, którym z pewnością zainteresowałaby się agencja. Istniało duże zapotrzebowanie na zdjęcia pokazujące w udramatyzowany sposób napięcia rasowe.
Postawiła czerwoną gwiazdkę obok stykówki i szukała dalej fotografii, które były dobre, a przynajmniej częściowo dobre i nadające się do kadrowania. Przypomniała sobie o wódce z tonikiem i upiła łyk.
Piętnaście po jedenastej czuła się już zmęczona, przesunęła więc swoje rzeczy na swoją stronę biurka, rzeczy Waltera z powrotem na środek, po czym wyłączyła radio, zaniosła szklankę do kuchni i ją umyła. Sprawdziła drzwi, zgasiła wszędzie światło – z wyjątkiem przedpokoju – i poszła na górę.
Słoń Kim leżał na podłodze. Joanna go podniosła i wsunęła pod koc obok poduszki; potem naciągnęła przykrycie na ramiona córki i delikatnie pogłaskała ją po włosach.
Pete leżał na plecach, z otwartymi ustami, dokładnie tak samo jak wtedy, gdy zaglądała tu poprzednio. Poczekała chwilę, by się upewnić, że jego pierś się porusza, potem otworzyła szerzej drzwi, zgasiła światło na korytarzu i przeszła do sypialni swojej i Waltera.
Rozebrała się, splotła włosy w warkocz, wtarła krem w twarz, umyła zęby i położyła się do łóżka.
Za dwadzieścia dwunasta. Zgasiła lampę.
Ułożywszy się na plecach, wysunęła na bok prawą rękę i nogę. Brakowało jej obecności Waltera, ale dotyk szerokiej połaci gładkiej i chłodnej pościeli był przyjemny. Ile razy kładła się sama do łóżka, odkąd się pobrali? Niewiele; w te noce, gdy wyjeżdżał z miasta w sprawie Marburga-Donlevy’ego; wtedy, gdy leżała w szpitalu z Pete’em i Kim; w noc, kiedy zabrakło prądu; kiedy pojechała do rodzinnego domu na pogrzeb wujka Berta – w sumie może dwadzieścia albo dwadzieścia pięć razy w ciągu ponad dziesięciu lat. A nie było to złe uczucie. Na Boga, czuła się znów jak Joanna Ingalls. Pamiętasz ją?
Zastanawiała się, czy Walter się upija. W tej ciężarówce, którą jechał Gary Claybrook, był zapewne alkohol (czy też te kartony były za małe na butelki z alkoholem?). Ale Walter pojechał na spotkanie jako pasażer z Vikiem Stavrosem, więc niech się upija. Tak naprawdę nie przypuszczała, że to zrobi; rzadko zdarzało mu się wypić więcej. A jeśli Vic Stavros się upije? Te ostre zakręty na Norwood Road…
Och, do diabła. Dlaczego martwi się na zapas?
Łóżko się trzęsło. Joanna leżała w mroku, widziała jeszcze ciemniejszą plamę w miejscu otwartych drzwi do łazienki i pobłyskujące uchwyty komody. Trzęsło się w powolnym, równym rytmie, każdemu wstrząsowi towarzyszyło ciche skrzypnięcie, raz za razem, raz za razem. To Walter się trząsł! Miał gorączkę! A może delirium tremens? Obróciła się do niego, podparła na łokciu i sięgnęła drugą ręką do jego czoła. Jego oczy spojrzały na nią i odwróciły się natychmiast; odwrócił się cały, a wybrzuszenie na wysokości jego krocza, które dostrzegła w ostatniej chwili, zniknęło, zastąpione krągłością biodra. Łóżko znieruchomiało.
Czy on się… masturbował?
Nie wiedziała, co powiedzieć.
Usiadła prosto.
– Myślałam, że masz delirkę – powiedziała. – Albo gorączkę.
Leżał nieruchomo.
– Nie chciałem cię budzić – powiedział. – Jest po drugiej.
Wzięła głęboki oddech, wciąż siedząc prosto.
Walter nadal leżał na boku i milczał.
Spojrzała na pokój, na okna i meble ledwie widoczne w blasku docierającym tu z łazienek Pete’a i Kim. Poprawiła warkocz i potarła dłońmi brzuch.
– Mogłeś – powiedziała. – Mogłeś mnie obudzić. Nie miałabym nic przeciwko.
Walter nadal milczał.
– Jezu – westchnęła – nie musisz tego robić.
– Po prostu nie chciałem cię budzić – odparł. – Smacznie spałaś.
– Cóż, następnym razem mnie obudź.
Walter obrócił się na plecy. Wybrzuszenia już nie było.
– Robiłeś to? – spytała.
– Nie – zaprzeczył stanowczo.
– Cóż… – Uśmiechnęła się do niego. – Teraz już nie śpię.
Położyła się obok męża, odwrócona do niego, z ręką na jego boku; on odwrócił się do niej, objęli się i pocałowali. Poczuła smak whisky w jego ustach.
– To znaczy… miło, że się troszczysz – wyszeptała mu do ucha. – Ale, Jezu…
Okazało się, że był to jeden z najlepszych razów w ich życiu – przynajmniej dla niej.
– Wow – powiedziała, wracając z łazienki. – Jeszcze mi słabo.
Uśmiechnął się do niej, siadając na łóżku, i zapalił papierosa.
Dołączyła do męża i ułożyła się wygodnie pod jego ramieniem, kładąc sobie jego dłoń na piersi.
– Co oni tam robili? – spytała. – Pokazywali wam sprośne filmy czy co?
– Tak dobrze nie było. – Uśmiechnął się i przystawił papierosa do jej ust, a ona się zaciągnęła. – Ograli mnie na osiem pięćdziesiąt w pokera – powiedział. – I gadali do znudzenia o złych intencjach Komisji Planowania w sprawie Eastbridge Road.
– Bałam się, że się upijasz.
– Ja? Wypiłem dwie whisky. Oni nie piją dużo. A co ty robiłaś?
Opowiedziała mu o wszystkim, w tym o nadziejach związanych ze zdjęciem czarnego mężczyzny. Walter z kolei opisał jej kilku spośród mężczyzn, których poznał: pediatrę, którego polecali Van Santowie i Claybrookowie, ilustratora czasopism, będącego największą znakomitością w Stepford, dwóch innych prawników, psychiatrę, komendanta policji i menadżera supermarketu w centrum.
– Psychiatra powinien być za dopuszczeniem kobiet do Stowarzyszenia – zauważyła.
– I jest – potwierdził Walter. – Podobnie jak doktor Verry. Nie wypytywałem o to zbyt wielu innych; nie chciałem wyjść na aktywistę już podczas pierwszego spotkania.
– Kiedy idziesz tam znowu? – spytała i przestraszyła się nagle (dlaczego?), że powie „jutro”.
– Nie wiem – odparł Walter. – Posłuchaj, nie chcę zrobić z tego swojego sposobu na życie, jak Ted i Vic. Pewnie wybiorę się za tydzień czy jakoś tak, nie wiem. W gruncie rzeczy to dość prowincjonalne.
Uśmiechnęła się i wtuliła w niego mocniej.
Była mniej więcej w jednej trzeciej drogi – schodziła na dół, na oślep wyczuwając stopą kolejne stopnie i trzymając przed sobą ten cholerny kosz na pranie ze względu na tę cholerną poręcz – kiedy, wiadomo, zadzwonił ten cholerny po dwakroć telefon.
Nie mogła odłożyć kosza, bo spadłby na dół, nie miała też dość miejsca, by się z nim odwrócić i wejść ponownie na górę, szła więc dalej powoli na dół, ostrożnie stawiając stopy i mówiąc w myślach „Dobrze już, dobrze” do telefonu, który domagał się jej natychmiastowej reakcji.
Dotarła w końcu na parter, odstawiła kosz i przeszła do biurka w gabinecie.
– Halo – rzuciła do słuchawki niezbyt uprzejmym tonem, bo tak się właśnie czuła.
– Halo, czy to Joanna Eberhart? – spytała rozmówczyni głośnym, pogodnym, zachrypniętym głosem, podobnym do głosu Peggy Clavenger. O ile jednak Joannie było wiadomo, Peggy Clavenger pracowała teraz dla „Paris-Match” i zapewne nie wiedziała nawet, że jej dawna koleżanka wyszła za mąż, nie wspominając już o tym, gdzie mieszkała.
– Tak – odparła Joanna. – Kto mówi?
– Nie przedstawiono nas sobie oficjalnie – odpowiedział ktoś, kto nie był Peggy Clavenger. – Ale zamierzam to właśnie zrobić. Bobbie, chciałabym ci przedstawić Joannę Eberhart. Joanno, chciałabym, byś poznała Bobbie Markowe, przez KOWE na końcu. Bobbie mieszka w Ajax Country od równo pięciu tygodni i bardzo chciałaby poznać zapaloną fotografkę, która interesuje się też żywo polityką i Ruchem Wyzwolenia Kobiet. To właśnie ty, Joanno, przynajmniej według tego, co piszą w „Kronice Stepford”. Albo w „Koszmarku Stepford”, zależnie od tego, co uważasz za przyzwoite dziennikarstwo. Czy opisali cię zgodnie z prawdą? Rzeczywiście nie przejmujesz się szczególnie tym, które gąbki do naczyń są lepsze, różowe czy niebieskie? Czy gdybyś miała całkowitą wolność wyboru, nie wolałabyś po prostu zrezygnować ze ściskania Charmina**? Halo? Jesteś tam jeszcze, Joanno? Halo?
– Halo – odezwała się w końcu Joanna. – Tak, jestem tutaj. I to jak tu jestem! Witaj! Jasny gwint, autoreklama jednak się opłaca!
– Jak miło zobaczyć zabałaganioną kuchnię! – zawołała Bobbie. – Nie może się równać z moją… nie masz nawet odcisków palców po maśle orzechowym na szafkach… ale jest dobrze, bardzo dobrze. Gratulacje.
– Mogę ci pokazać jedną czy dwie zapuszczone łazienki, jeśli chcesz – odpowiedziała Joanna.
– Dziękuję. Poproszę tylko kawę.
– Może być rozpuszczalna?
– Chcesz powiedzieć, że istnieje jakaś inna?
Bobbie była niska i biodrzasta, ubrana w bluzę ze Snoopym, dżinsy i sandały. Miała duże usta, niezwykle białe zęby, wszystkowidzące niebieskie oczy i krótkie, ciemne włosy. A także małe dłonie i brudne palce u nóg. I męża o imieniu Dave, który był analitykiem giełdowym, oraz trzech synów w wieku dziesięciu, ośmiu i sześciu lat. I jeszcze owczarka staroangielskiego oraz corgi. Wyglądała na trochę młodszą od Joanny, na jakieś trzydzieści dwa lub trzy lata. Wypiła dwie filiżanki kawy, zjadła ciastko czekoladowe i opowiedziała Joannie o kobietach z Fox Hollow Lane.
– Zaczynam podejrzewać, że trwa jakiś ogólnokrajowy konkurs, o którym nie słyszałam – powiedziała, oblizując poplamione czekoladą palce. – Milion dolarów i Paul Newman za najczystszy dom do Bożego Narodzenia. Rozumiesz, bez przerwy pucu, pucu, pucu, szuru, szuru, szuru…
– To samo jest tutaj – odparła Joanna. – Nawet w nocy! A wszyscy mężczyźni chodzą na spotkania…
– Stowarzyszenia Mężczyzn! – wykrzyknęła Bobbie.
Porozmawiały o tym – o staroświeckiej, seksistowskiej nierówności, prawdziwej niesprawiedliwości, w miasteczku, gdzie nie działa żadna kobieca organizacja, nawet Liga Głosujących Kobiet.
– Wierz mi, przeczesałam dokładnie to miejsce – mówiła Bobbie. – Jest Klub Ogrodniczy i kilka grup kościelnych, do których nie mogłabym nawet wstąpić, zresztą chodzą tam same staruszki. A przy okazji, Markowe to uszlachetniona wersja nazwiska Markowitz. No i jest jeszcze bardzo poprawne Towarzystwo Historyczne. Możesz tam wpaść i się z nimi przywitać. Żywe trupy.
Dave również należał do Stowarzyszenia Mężczyzn i podobnie jak Walter uważał, że można zmienić je od środka. Ale Bobbie w to nie wierzyła.
– Zobaczysz, będziemy musiały przykuć się łańcuchami do płotu, zanim cokolwiek się ruszy w tej kwestii. Swoją drogą widziałaś ten płot? Można by pomyśleć, że rafinują tam opium!
Zastanawiały się wspólnie, czy może by zorganizować spotkanie z niektórymi sąsiadkami, zebranie, podczas którego spróbowałyby je nakłonić do większej aktywności i udziału w życiu miasta; doszły jednak do wniosku, że poznane przez nie kobiety nie miałyby ochoty uczynić choćby najmniejszego kroku w stronę wyzwolenia. Rozmawiały również o Narodowej Organizacji Kobiet, do której obie należały, oraz o fotograficznych zainteresowaniach Joanny.
– Mój Boże, są świetne! – stwierdziła Bobbie, oglądając cztery powiększenia, które Joanna zawiesiła na ścianie. – Po prostu fantastyczne!
Joanna podziękowała jej szczerze.
– Zapalona fotografka! Myślałam, że pokażesz mi polaroidowe zdjęcia dzieciaków! A to jest cudowne!
– Teraz, kiedy Kim chodzi do przedszkola, zabiorę się ostro do pracy – zapewniła ją Joanna.
Odprowadziła Bobbie do samochodu.
– Do diabła – rzuciła kobieta – powinnyśmy jednak spróbować. Pogadajmy z tymi kurami domowymi; musi wśród nich być przynajmniej kilka niezadowolonych z takiego życia. Co o tym myślisz? Czy nie byłoby wspaniale, gdyby udało nam się zebrać taką grupę, a potem może nawet oddział Narodowej Organizacji Kobiet, i dać do wiwatu temu Stowarzyszeniu Mężczyzn? Dave i Walter tylko się oszukują; ta organizacja nigdy się nie zmieni, jeśli coś jej do tego nie zmusi. Grube ryby nigdy nie odpuszczają z własnej woli. Więc jak, Joanno? Popytajmy.
Joanna skinęła głową.
– Powinnyśmy – odpowiedziała. – To niemożliwe, żeby wszystkie były takie szczęśliwe, jak się wydają.
Rozmawiała z Carol Van Sant.
– Jezu, nie, Joanno – powiedziała Carol. – To nie brzmi jak coś, co mogłoby mnie zainteresować. Ale dziękuję, że pytasz. – Dużą żółtą gąbką czyściła plastikową przegrodę w pokoju Stacy i Allison, wycierając harmonijkowe zagłębienia posuwistymi ruchami z góry w dół.
– To zajęłoby raptem dwie godziny – nie poddawała się Joanna. – Wieczorem albo, jeśli tak byłoby dla wszystkich dogodniej, w czasie, gdy dzieci są w szkole.
Carol, która przykucnęła właśnie, by wyczyścić dolną część przepierzenia, odparła:
– Przykro mi, ale po prostu nie mam czasu na tego rodzaju rzeczy.
Joanna przyglądała jej się przez chwilę.
– Nie przeszkadza ci – przemówiła ponownie – że główna organizacja działająca w Stepford, jedyna organizacja, która robi cokolwiek istotnego w kwestii projektów dotyczących społeczności, jest niedostępna dla kobiet? Nie wydaje ci się to trochę archaiczne?
– Ar-cha-icz-ne? – powtórzyła Carol, wyciskając gąbkę w wiaderku z mydlinami.
Joanna spojrzała na nią ze zdziwieniem.
– Staroświeckie, przestarzałe – wyjaśniła.
Carol wycisnęła gąbkę nad wiadrem.
– Nie, nie wydaje mi się to staroświeckie – powiedziała. Stanęła prosto, sięgając do samej góry następnej partii przegrody. – Ted lepiej zna się na takich rzeczach – dodała. Zaczęła wycierać kolejne fałdy starannie odmierzonymi ruchami, tak że każde przetarcie nachodziło na poprzednie. – A mężczyźni potrzebują miejsca, gdzie mogą się odprężyć i wypić drinka czy dwa.
– A kobiety tego nie potrzebują?
– Nie aż tak bardzo. – Carol pokręciła głową, potrząsając przy tym rudymi, lśniącymi włosami, które wyglądały jak żywcem wyjęte z reklamy szamponu. Nie odwracając się nawet, dodała: – Przykro mi, Joanno. Po prostu nie mam czasu na spotkania.
– W porządku – odparła Joanna. – Gdybyś zmieniła zdanie, daj znać.

– Nie obraisz się, jeśli nie odprowadzę cię na dół?
– Nie, oczywiście, że nie.
Rozmawiała również z Barbarą Chamalian, która mieszkała obok Van Santów.
– Dziękuję, ale nie wiem, jak mogłabym znaleźć na to czas – powiedziała ciemnowłosa kobieta o wyraźnie zarysowanej szczęce. Miała na sobie obcisłą sukienkę, która podkreślała jej wyjątkowo zgrabną figurę. – Lloyd spędza dużo czasu w mieście, a wieczorami lubi wychodzić do Stowarzyszenia Mężczyzn. Nie chciałabym najmować opiekunki tylko…
– Mogłybyśmy to zorganizować w czasie, gdy dzieci są w szkole – podsunęła Joanna.
– Nie – odparła Barbara. – Na mnie raczej nie licz. – Uśmiechnęła się, szeroko i zachęcająco. – Ale cieszę się, że się poznałyśmy. Chciałabyś wejść i usiąść na chwilę? Właśnie prasuję.
– Nie, dziękuję – odmówiła grzecznie Joanna. – Chciałabym pomówić jeszcze z innymi kobietami.
Rozmawiała z Marge McCormick („Szczerze mówiąc, nie sądzę, żebym była tym zainteresowana”), z Kit Sundersen („Obawiam się, że nie mam czasu; naprawdę bardzo mi przykro, pani Eberhart”) i z Donną Claybrook („To ciekawy pomysł, ale ostatnio jestem bardzo zajęta. Tak czy inaczej, dziękuję za propozycję”).
Spotkała Mary Ann Stavros w alejce supermarketu.
– Nie, chyba nie mam czasu na coś takiego. W domu jest tyle rzeczy do zrobienia. Sama wiesz.
– Ale czasami gdzieś wychodzisz, prawda? – spytała Joanna.
– Oczywiście – odparła Mary Ann. – Przecież teraz jestem właśnie poza domem.
– Mam na myśli wyjścia niezwiązane z obowiązkami. Dla przyjemności.
Kobieta uśmiechnęła się i pokręciła głową, wprawiając w ruch swoje proste, jasne włosy.
– Nie, niezbyt często – przyznała. – Nie czuję takiej potrzeby. Do zobaczenia.
I odeszła, pchając przed sobą wózek z zakupami. Przystanęła, zdjęła z półki jakąś puszkę, przyjrzała się jej i ułożyła starannie w wózku.
Joanna odprowadziła ją spojrzeniem, potem zajrzała do wózka innej kobiety, która powoli przechodziła obok. Boże! – pomyślała. Nawet zakupy w wózkach układają pod linijkę! Zajrzała do własnego: stos przemieszanych bezładnie pudełek, puszek i słoików. Tknięta poczuciem winy, omal nie zaczęła ich porządkować, potem jednak pomyślała: Niech mnie szlag, jeśli to zrobię! Pochwyciła pierwsze z brzegu pudełko – proszek do prania dla niemowląt – i wrzuciła je niedbale do koszyka. Cholera, nawet tego nie potrzebowała!
Rozmawiała również – w poczekalni doktora Verry’ego – z matką jednej z koleżanek Kim; i z Yvonne Weisgalt, mieszkającą po drugiej stronie posiadłości Stavrosów; i z Jill Burke z jeszcze następnego domu. Wszystkie jej odmówiły; nie miały czasu albo ochoty, by spotykać się z innymi kobietami i rozmawiać o ich wspólnych doświadczeniach.
Bobbie poszło jeszcze gorzej, biorąc pod uwagę, że rozmawiała z niemal dwukrotnie większą liczbą kobiet.
– Jedna chętna – powiedziała Joannie. – Osiemdziesięciopięcioletnia wdowa, która wciągnęła mnie do swojego domu i więziła przez bitą godzinę, spryskując przy tym obficie śliną. Jeśli tylko zechcemy przypuścić szturm na Stowarzyszenie Mężczyzn, Eda Mae Hamilton będzie chętna i gotowa.
– Powinnyśmy chyba pozostać z nią w kontakcie – mruknęła Joanna.
– O nie, jeszcze nie skończyłyśmy!
Przez cały ranek odwiedzały kobiety we dwójkę, kierując się teorią (autorstwa Bobbie), że jeśli będą pokazywać się we dwie i mówić ogólnikami, uda im się stworzyć wrażenie, że reprezentują całą armię kobiet, w której znajdzie się miejsce dla jeszcze jednej. Wybieg okazał się nieskuteczny.
– Jeeezu! – Bobbie zgrzytała zębami za kierownicą, wściekle przyspieszając w górę Short Ridge Hill. – Tu się dzieje coś naprawdę przedziwnego! Jesteśmy w Miasteczku, w Którym Zatrzymał się Czas!
Pewnego popołudnia Joanna zostawiła Pete’a i Kim pod opieką szesnastoletniej Melindy Stavros i pojechała pociągiem do miasta, gdzie spotkała się z Walterem oraz ich przyjaciółmi, Shepem i Sylvią Tackoverami, we włoskiej restauracji w dzielnicy teatralnej. Miło było znów zobaczyć Shepa i Sylvię: stanowili pogodną, bezpretensjonalną, energiczną parę, która przetrwała kilka naprawdę trudnych prób, łącznie z tragiczną śmiercią czteroletniego synka. Miło było również znów pobyć w mieście; Joanna syciła się krzątaniną i barwami, które wypełniały zatłoczoną restaurację.
Podobnie jak Walter, z entuzjazmem opowiadała o urodzie i spokoju Stepford, a także o przewagach życia w domu, a nie w mieszkaniu. Nie wspomniała o tym, jak bardzo skupione na takim życiu okazały się mieszkanki Stepford, ani o tym, że poza obowiązkami domowymi w okolicy najwyraźniej nie było co robić. Przypuszczała, że to wyraz próżności z jej strony; nie chciała stać się obiektem litości, nawet ze strony Shepa i Sylvii. Opowiadała im za to o Bobbie i o tym, jaka jest zabawna, a także o zadbanych, niezatłoczonych szkołach Stepford. Walter nie wspomniał o Stowarzyszeniu Mężczyzn, ona również przemilczała ten temat. Sylvia, która pracowała w miejskim Zarządzie Budownictwa i Rozwoju, dostałaby chyba szału.
W drodze do teatru przyjaciółka obrzuciła ją jednak ostrym, taksującym spojrzeniem i powiedziała:
– Trudna adaptacja?
– Pod pewnymi względami – odparła Joanna.
– Dasz sobie radę – stwierdziła Sylvia i uśmiechnęła się do niej. – A jak fotografia? Masz tam chyba doskonałe pole do popisu, możesz przecież spojrzeć na wszystko świeżym okiem.
– Na razie nawet nie tknęłam aparatu – odpowiedziała Joanna. – Kiedy tylko mam trochę wolnego czasu, biegam z Bobbie po okolicy, agituję i próbuję zorganizować jakąś namiastkę Ruchu Wyzwolenia Kobiet. Prawdę mówiąc, walimy głową w mur tego zaścianka.
– Bieganie i agitowanie to nie twoja działka – zauważyła Sylvia. – Powinnaś się skupić na fotografii.
– Wiem. – Joanna westchnęła. – Lada dzień ma przyjść hydraulik i zamontować zlew w ciemni.
– Walter wygląda na bardziej zadowolonego.
– Zgadza się. W gruncie rzeczy żyje się tam całkiem dobrze.
Sztuka, a właściwie musical, przebój poprzedniego sezonu, rozczarowała ich oboje. W pociągu powrotnym do domu, kiedy już poznęcali się nad nią przez kilka minut, Walter założył okulary i zabrał się do jakiejś papierkowej roboty, a Joanna przejrzała „Time”; potem siedziała w bezruchu, paliła papierosy i patrzyła za okno, na ciemność i przecinające ją co jakiś czas światła.
Sylvia miała rację: to fotografia była jej powołaniem. Do diabła z kobietami ze Stepford. Oprócz Bobbie, oczywiście.
Oba samochody były zaparkowane przy dworcu, więc musieli jechać do domu oddzielnie. Joanna ruszyła jako pierwsza, w kombi, a Walter jechał za nią toyotą. Centrum było puste, wyglądało niezwykle malowniczo w blasku trzech stojących tu latarni – tak, zrobi tu zdjęcia, zanim hydraulik przygotuje ciemnię – w górze widać było również światła w oknach siedziby Stowarzyszenia Mężczyzn oraz blask reflektorów samochodu, który czekał przy wyjeździe na główną drogę.
Melinda Stavros wyglądała na zaspaną, ale zadowoloną, a Pete i Kim leżeli już w swoich łóżkach i smacznie spali. Na stoliku w salonie zostały brudne talerze i szklanki po mleku, na sofie i podłodze leżały kule ze zmiętego papieru, a pośród nich pusta butelka po napoju imbirowym.
Przynajmniej nie przechodzi to na ich córki, pomyślała Joanna.
Kiedy Walter wybrał się po raz trzeci na spotkanie Stowarzyszenia Mężczyzn, zadzwonił około dziewiątej i powiedział Joannie, że przyprowadzi do domu Komisję Nowych Projektów, do której przydzielono go podczas poprzedniego zebrania. W siedzibie Stowarzyszenia prowadzono właśnie jakieś prace remontowe (Joanna słyszała wycie maszyn budowlanych w tle), potrzebowali więc miejsca, w którym mogliby spokojnie usiąść i porozmawiać.
– Jasne – odpowiedziała. – Właśnie wyciągam resztę gratów z ciemni, więc będziecie mieli dla siebie cały…
– Nie, posłuchaj – przerwał jej Walter. – Chciałbym, żebyś została na górze i uczestniczyła w rozmowie. Tylko dwaj z nich upierają się przy tym, żeby organizacja była dostępna wyłącznie dla mężczyzn; nic im się nie stanie, jak usłyszą inteligentne komentarze kobiety. Bo zakładam, że będziesz chciała się wypowiedzieć.
– Dziękuję. Nie będą protestować?
– To nasz dom.
– Jesteś pewien, że nie szukasz kelnerki?
– O Boże, ciebie po prostu nie da się oszukać – odpowiedział ze śmiechem Walter. – W porządku, przejrzałaś mnie. Ale inteligentnej kelnerki, jasne? Więc jak, zgodzisz się? To naprawdę mogłoby coś dać.
– Dobrze – odparła. – Daj mi piętnaście minut, a będę nawet inteligentną i piękną kelnerką. To też dobrze wpłynie na współpracę?
– Fantastycznie. Niewiarygodnie.
Było ich pięciu, a jednym z nich – wesołym, drobnym mężczyzną około sześćdziesiątki, o rumianej twarzy i napomadowanych, spiczastych wąsach – był Ike Mazzard, ilustrator czasopism.
Joanna, ściskając serdecznie jego dłoń, powiedziała:
– Nie jestem pewna, czy pana lubię; zatruł mi pan okres dorastania tymi swoimi dziewczynami marzeń!
– Na pewno niczym im pani nie ustępowała – odparł Mazzard, chichocząc pod nosem.
– Chciałby się pan o to założyć? – rzuciła żartobliwie.
Pozostali czterej mężczyźni dobiegali czterdziestki lub niedawno ją przekroczyli. Wysoki, czarnowłosy, niedbale arogancki, nazywał się Dale Coba i był prezesem komisji. Uśmiechnął się do niej i obrzucił ją lekceważącym spojrzeniem swoich zielonych oczu.
– Witaj, Joanno, miło cię poznać – powiedział.
Jeden z tych, którzy nie chcą widzieć w organizacji żadnych kobiet, pomyślała Joanna. Kobiety są zbyt ograniczone. Jego dłoń była gładka i miękka, uścisk ledwie wyczuwalny. Nazwiska pozostałych brzmiały Anselm albo Axhelm, Sundersen i Roddenberry.
– Poznałam pańską żonę – zwróciła się do Sundersena, który był blady i brzuchaty, wyglądał też na nerwowego. – Jeśli oczywiście mówimy o Sundersenach z naprzeciwka.
– Doprawdy? Tak, tak, to my, oczywiście. W Stepford nie ma innych Sundersenów.
– Zaprosiłam ją na spotkanie, ale powiedziała, że nie ma czasu.
– Nie jest zbyt towarzyska. – Oczy Sundersena patrzyły gdzie indziej, nie na nią.
– Przepraszam, nie usłyszałam pańskiego imienia – powiedziała.
– Herb – odparł, wciąż błądząc spojrzeniem.
Zaprowadziła ich wszystkich do salonu i przeszła do kuchni, po lód i wodę gazowaną, a potem przyniosła je Walterowi, stojącemu już przy barku.
– Inteligentna? Piękna? – spytała, a jej mąż uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi. Wróciła do kuchni i nałożyła do misek chipsy i orzeszki solone.
Żaden z mężczyzn nie protestował, gdy spytała „Mogę?” i ze szklanką w ręce usiadła na skraju sofy, gdzie zachował jej miejsce Walter. Ike Mazzard i Anselm-czy-Axhelm wstali, pozostali wykonali nieznaczne ruchy, jakby zastanawiając się nad tym samym; tylko Dale Coba siedział nieruchomo, jedząc orzeszki z dłoni i obrzucając Joannę lekceważącym spojrzeniem zielonych oczu.
Rozmawiali o projekcie Zabawki na Gwiazdkę i projekcie Zachować Krajobraz. Roddenberry miał na imię Frank, był mężczyzną o miłej twarzy, z perkatym nosem i brodą pokrytą cieniem zarostu, lekko się jąkał. Coba z kolei miał przezwisko, Diz, prawdopodobnie od zawrotów głowy, ale zdaniem Joanny wcale do niego nie pasowało. Zastanawiali się wspólnie, czy tego roku w centrum oprócz żłóbka nie powinny się też pojawić chanukowe świece, bo w Stepford mieszkało już sporo Żydów. Omawiali również pomysły nowych projektów.
– Mogę coś powiedzieć? – odezwała się Joanna.
– Jasne – odpowiedzieli jednogłośnie Frank Roddenberry i Herb Sundersen.
Coba leżał na oparciu fotela i wpatrywał się w sufit (niewątpliwie lekceważąco), trzymając ręce pod głową i prostując nogi.
– Czy sądzicie, że istnieje szansa na zorganizowanie letnich wykładów dla dorosłych? – spytała Joanna. – Albo dyskusji dla rodziców i nastolatków? W auli którejś ze szkół?
– Na jaki temat? – chciał wiedzieć Frank Roddenberry.
– Na każdy, który będzie budził zainteresowanie – odparła. – Choćby narkotyki, czyli problem, który dotyczy nas wszystkich, choć „Kronika” jakby zamiatała ten temat pod dywan. Albo o co właściwie chodzi w muzyce rockowej. Nie wiem, cokolwiek, co nakłoni ludzi do wyjścia z domów, do rozmawiania i słuchania siebie nawzajem.
– To interesujące – stwierdził Claude Anselm-czy-Axhelm, pochylając się, po czym skrzyżował nogi i podrapał się po skroni. Był szczupłym blondynem o jasnych oczach i nie mógł usiedzieć w miejscu.
– I może to skłoniłoby też do wyjścia kobiety – kontynuowała Joanna. – Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale w tym mieście praktycznie nie ma pracy dla opiekunek do dzieci.
Wszyscy się roześmiali, a Joanna poczuła się miło i swobodnie. Przedstawiła kilka innych potencjalnych tematów dyskusji, Walter dodał parę od siebie, podobnie jak Herb Sundersen. Pojawiły się również pomysły dotyczące nowych projektów. Joanna brała udział w tej rozmowie, a mężczyźni (prócz Coby, niech go szlag) słuchali jej z uwagą – Ike Mazzard, Frank, Walter, Claude, nawet Herb patrzyli prosto na nią – kiwali głowami i zgadzali się z nią lub zadawali przemyślane pytania, a ona czuła się naprawdę doskonale, sensownie i dowcipnie im odpowiadając. Przesuń się, Glorio Steinem!
W pewnym momencie dostrzegła ze zdumieniem i zakłopotaniem, że Ike Mazzard ją szkicuje. Siedział na fotelu w eleganckich prążkowanych spodniach (obok Dale’a Coby, wciąż zapatrzonego w sufit), rysował coś niebieskim piórem w notesie, spoglądał na nią, po czym ponownie opuszczał wzrok i rysował.
Ike Mazzard! Szkicujący właśnie ją!
Mężczyźni umilkli. Wpatrywali się w swoje drinki, poruszali szklankami, mieszając kostki lodu.
– Hej – odezwała się Joanna, poprawiając się i uśmiechając z zażenowaniem. – Nie jestem dziewczyną Ike’a Mazzarda.
– Każda dziewczyna jest dziewczyną Ike’a Mazzarda – odparł rysownik i uśmiechnął się do niej, a potem do swojego szkicu.
Spojrzała na Waltera, a mąż odpowiedział jej zakłopotanym uśmiechem i wzruszeniem ramion. Zerknęła ponownie na Mazzarda i – nie poruszając głową – na pozostałych mężczyzn. Patrzyli na nią i uśmiechali się nerwowo.
– No tak, coś podobnego może skutecznie zniechęcić do rozmowy – powiedziała Joanna.
– Spokojnie, może się pani poruszać – odparł Mazzard. Przewrócił kartkę i ponownie zaczął rysować.
– N-n-nie wydaje mi się, żeby k-kolejne boisko do baseballu było znów takie w-ważne – oznajmił Frank.
Usłyszała, jak Kim woła z dołu „Mamo!”, ale Walter dotknął jej ramienia, odstawił szklankę, wstał i ruszył do wyjścia, przeciskając się obok Claude’a.
Mężczyźni znów zaczęli rozmawiać o nowych projektach. Joanna wtrąciła uwagę czy dwie, poruszając normalnie głową, wciąż jednak miała świadomość, że Mazzard na nią patrzy i ją szkicuje. Spróbuj być Glorią Steinem, kiedy rysuje cię Ike Mazzard! Uważała, że to trochę pozerski gest z jego strony; nie była pięknością, obok której nie można przejść obojętnie, nawet jeśli miała na sobie ubrania od Pucciego. I dlaczego pozostali mężczyźni byli tacy spięci? Ich rozmowa wydawała się wymuszona i wciąż się rwała. Herb Sundersen wyraźnie się czerwienił.
Nagle poczuła się tak, jakby była całkiem naga, jakby rysunki Mazzarda ukazywały ją w jakichś obscenicznych pozach.
Skrzyżowała nogi; miała też ochotę skrzyżować ręce, ale nie zrobiła tego. Jezu, Joanna, to tylko kabotyński artysta, nic więcej. Jesteś ubrana.
Walter wrócił i pochylił się do niej.
– Tylko zły sen – poinformował ją cicho. Potem wstał i zwrócił się do gości: – Może jeszcze po szklaneczce? Diz? Frank?
– Ja poproszę kropelkę – odezwał się Mazzard, wciąż spoglądając na Joannę i rysując.
– Do łazienki tędy? – spytał Herb, wstając z miejsca.
Rozmowa toczyła się dalej, teraz już swobodniejsza i naturalniejsza. Nowe projekty. Stare projekty.
Mazzard, uśmiechnięty, schował pióro do marynarki.
– Uff…! – westchnęła teatralnie Joanna, wachlując się ręką.
Coba podniósł w końcu głowę, wciąż trzymając za nią splecione dłonie, przyciągnął brodę do piersi i spojrzał na notes leżący na kolanie Mazzarda. Rysownik przewracał strony, patrząc na Cobę, a ten skinął głową i powiedział:
– Nigdy nie przestajesz mnie zadziwiać.
– Mogę zobaczyć? – spytała Joanna.
– Oczywiście! – odparł Mazzard, unosząc się nieco, i z uśmiechem podsunął jej otwarty notes.
Walter również do niego zajrzał, podobnie jak Frank.
Jej portrety, strona po stronie, małe i precyzyjne – i nieco upiększone, jak wszystkie dzieła Mazzarda. Widoki en face, półprofile, profile; z uśmiechem, bez uśmiechu, podczas rozmowy, w gniewnym grymasie.
– Są piękne – orzekł Walter, a Frank dodał:
– Świetnie, Ike!
Claude i Herb przeszli za sofę. Joanna przerzucała kartki.
– Są cudowne – powiedziała. – Szkoda, że nie do końca odpowiadają rzeczywistości…
– Ależ odpowiadają! – zaprotestował Mazzard.
– Jest pan szalenie miły.
Oddała notes rysownikowi, a Mazzard ułożył go na kolanie i przewrócił kilka stron, wyjmując jednocześnie pióro. Napisał coś na jednej z kartek, wyrwał ją i podał Joannie. Był to jeden z półprofili, poważny, ze znajomym, pozbawionym wielkich liter podpisem ike mazzard. Joanna pokazała rysunek Walterowi, a mąż skinął głową, mówiąc:
– Dzięki, Ike.
– Cała przyjemność po mojej stronie.
– Dziękuję – powtórzyła Joanna, uśmiechając się do Mazzarda. – Wybaczam panu, że zatruł mi pan młodość. – Skierowała wzrok na pozostałych mężczyzn. – Czy ktoś chciałby kawy?
Chcieli wszyscy prócz Claude’a, który poprosił o herbatę.
Przeszła do kuchni i położyła rysunek na podkładkach pod talerze, na lodówce. Jej portret autorstwa Ike’a Mazzarda! Nigdy nie przyszłoby jej to do głowy, gdy w wieku jedenastu czy dwunastu lat czytała czasopisma mamy, te wszystkie „Journale” i „Companiony”. Niepotrzebnie tak się spięła, gdy Mazzard ją rysował. Po prostu chciał być miły.
Uśmiechając się do siebie, nalała wody do ekspresu, podłączyła go, włożyła koszyczek i nasypała kawy. Zamknęła ekspres, a potem wcisnęła plastikowe wieczko na puszkę z kawą i odwróciła się. W drzwiach stał Coba, oparty ramieniem o futrynę, i przyglądał się jej.
Wyglądał bardzo atrakcyjnie w swoim zielonkawym golfie (dopasowanym do koloru oczu, oczywiście) i niebieskoszarym garniturze. Uśmiechnął się do niej i powiedział:
– Lubię obserwować kobiety przy drobnych pracach domowych.
– Trafił pan do odpowiedniego miasteczka – odparła. Wrzuciła łyżkę do zlewu, zaniosła puszkę z kawą do lodówki i schowała.
Coba wciąż stał w drzwiach i taksował ją wzrokiem.
Joanna modliła się w duchu, by jak najszybciej dołączył do niej Walter.
– Nie wygląda na to, żeby kręciło się panu w głowie – powiedziała, wyjmując czajnik, w którym miała przygotować herbatę dla Claude’a. – Dlaczego nazywają pana Diz?
– Pracowałem kiedyś w Disneylandzie – odparł.
Roześmiała się i przeszła do zlewu.
– Żartuje pan, oczywiście.
– Wcale nie.
Odwróciła się i spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Nie wierzy mi pani? – spytał.
– Nie – odpowiedziała.
– Dlaczego?
Zastanawiała się nad tym przez moment i chyba zrozumiała.
– Dlaczego? – powtórzył Coba. – Proszę mi powiedzieć.
Do diabła z nim, powie mu.
– Nie wygląda pan na kogoś, kto lubi sprawiać innym przyjemność – oznajmiła, przypuszczając, że w ten sposób ostatecznie pozbawia się szans na dołączenie do świętego i nieskalanego Stowarzyszenia Mężczyzn.
Coba spojrzał na nią – lekceważąco.
– Jakże mało pani wie – powiedział. Potem uśmiechnął się do niej, odepchnął się od futryny, odwrócił i odszedł.
– Przyznam, że prezes mnie nie zachwycił – powiedziała Joanna, zdejmując ubranie.
– Ja też za nim nie przepadam – odparł Walter. – Jest zimny jak lód. Ale nie będzie prezesem bez końca.
– Oby. – Westchnęła. – Bo inaczej kobiety nigdy się nie dostaną do Stowarzyszenia. Kiedy są wybory?
– Tuż po Nowym Roku.
– Czym on się właściwie zajmuje?
– Pracuje w firmie Burnham-Massey, przy drodze numer dziewięć. Podobnie jak Claude.
– O właśnie, jak on właściwie ma na nazwisko?
– Claude? Axhelm.

 
Wesprzyj nas