„Sarum. Powieść o Anglii. Tom 2” to wciągająca kronika zmian, która ukazuje, jak historia kształtuje ludzi – i jak ludzie kształtują historię.


Kontynuacja epickiej sagi Edwarda Rutherfurda, która splata losy angielskich rodów z historią kraju na przestrzeni tysiącleci. Na tle rozwoju Salisbury, budowy katedry i wielkich przemian – od reformacji po rewolucję przemysłową – rozgrywają się dramaty, namiętności i walka o wpływy.

Drugi tom sagi Edwarda Rutherfurda obejmuje część „Nowe Sarum” i koncentruje się na losach Salisbury od chwili przeniesienia miasta ze wzgórza do nowej lokalizacji, gdzie wyrasta potężna katedra i rodzi się nowa miejska tożsamość.

Śledząc dzieje rodów Porteusów, Wilsonów, Shockleyów, Masonów, Godfreyów, Moodych i Barnikelów obserwujemy kluczowe momenty w historii kraju. Reformacja, wojny domowe, rozwój parlamentaryzmu, ekspansja kolonialna oraz rewolucja przemysłowa stanowią tło dla osobistych dramatów, namiętności i walki o wpływy.

Z biegiem stuleci zmienia się nie tylko krajobraz miasta, lecz także mentalność jego mieszkańców.

„Sarum” to opowieść o ambicji, wierze i społecznych przemianach, które kształtują nowoczesne państwo, a zarazem panoramiczna, pełna pasji i historycznej precyzji narracja potwierdzająca mistrzostwo autora w tworzeniu wielowątkowych epickich historii.

Edward Rutherfurd
Sarum. Powieść o Anglii. Tom 2
Przekład: Ryszard Oślizło
Seria „Powieść o Anglii”, tom 2
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 6 maja 2026
 
 


NOWE SARUM

NARODZINY
1244

W doli­nie, gdzie spo­ty­kało się pięć rzek, poja­wił się nowy ele­ment: w łagod­nym zakolu rzeki, pół­tora kilo­me­tra poni­żej zam­ko­wego wzgó­rza, oczysz­czono roz­le­gły teren i teraz w miej­scu nie­gdy­siej­szych łąk usia­nych gdzie­nie­gdzie drze­wami roz­cią­gał się ogromny, obej­mu­jący setki akrów plac budowy.
Był więk­szy niż wszystko, co miesz­kańcy Sarum kie­dy­kol­wiek widzieli. Miej­scami przy­po­mi­nał olbrzy­mią, dzi­waczną roślinę, powoli wyra­sta­jącą spod war­stwy kurzu pokry­wa­ją­cego ją niczym pyłek – albo potężne stwo­rze­nie wyła­nia­jące się ze swego kokonu. Jed­nak już teraz ulice oraz domy z drewna i gipsu, a także otwarta prze­strzeń z ogromną, nie­do­koń­czoną jesz­cze kate­drą z sza­rego kamie­nia, tęt­niły życiem i widać było, że całość zapo­wiada się oka­zale i maje­sta­tycz­nie. Powsta­wało tu bowiem prze­stronne Nowe Salis­bury.
Nie było to ufor­ty­fi­ko­wane wzgó­rze, jak stare nor­mań­skie mia­sto zało­ży­ciel­skie, ani czę­ściowo ufor­ty­fi­ko­wany burgh, jak wcze­śniej­sze osady saskie. Nowe mia­sto leżało w roz­le­głej doli­nie; obej­mo­wało obszerne, otwarte prze­strze­nie; nie miało murów obron­nych ani don­żonu; budo­wano je z myślą o wygo­dzie i han­dlu.
Aby zro­zu­mieć, skąd się tam wzięło, trzeba cof­nąć się nieco w prze­szłość.
Po burz­li­wym okre­sie rzą­dów króla Ste­fana w Anglii zasad­ni­czo pano­wał pokój. Został on usta­no­wiony przez następcę Ste­fana, syna jego kuzynki, cesa­rzo­wej Matyldy – Hen­ryka II. Po swo­ich rodzi­cach Hen­ryk odzie­dzi­czył Ande­ga­we­nię leżącą po dru­giej stro­nie Kanału, dzięki czemu pod­czas swego dłu­giego pano­wa­nia rzą­dził nie tylko Anglią, lecz także Nor­man­dią i znacz­nymi tere­nami we Fran­cji. Wojny toczył za gra­nicą, zaś wyspie zapew­nił pokój, silną admi­ni­stra­cję, kodeksy prawne i spra­wie­dli­wość kró­lew­ską opartą na pro­ce­sach przed ławą przy­się­głych. Było to dzie­dzic­two Anglii, któ­rego nie zdo­łali zni­we­czyć jego syno­wie – ani boha­ter­ski, lecz nie­obecny Ryszard Lwie Serce, ani młod­szy, nie­for­tunny Jan, który utra­cił więk­szość ande­ga­weń­skiego i nor­mań­skiego impe­rium. Pod koniec rzą­dów Jana ład i spo­kój w Anglii zostały na krótko zabu­rzone wsku­tek buntu baro­nów, który zakoń­czył się kapi­tu­la­cją króla i pod­pi­sa­niem umowy zna­nej jako Wielka Karta Swo­bód, oraz krót­kiego najazdu króla Fran­cji na wschod­nią część wyspy. Wkrótce po śmierci Jana to wła­śnie magnaci wyka­zali się roz­wagą, wypę­dza­jąc Fran­cu­zów, przy­wra­ca­jąc pokój i udzie­la­jąc popar­cia synowi Jana, poboż­nemu mło­demu kró­lowi Hen­rykowi III.
Pokój w kraju przy­niósł spek­ta­ku­larny wzrost dobro­bytu – bogac­two śre­dnio­wiecz­nej Anglii, które zaowo­co­wało wspa­nia­łymi nowymi kate­drami i oka­za­łymi mia­stami.
Pod­stawę tego roz­woju sta­no­wiły dwa czyn­niki: wyż­sze ceny pro­duk­tów rol­nych, będące wyni­kiem rosną­cej liczby lud­no­ści, oraz owce.
Angiel­ska wełna nale­żała do naj­lep­szych w Euro­pie i było jej w bród, a kupcy z Flan­drii i Włoch, gdzie kwitł prze­mysł włó­kien­ni­czy, wciąż doma­gali się wię­cej. Ogromne ilo­ści wełny eks­por­to­wano, a przez więk­szość czasu nakła­dane na nią podatki i cła pozo­sta­wały niskie. Na początku XIII wieku w feu­dal­nej Anglii nastą­piła olbrzy­mia eks­pan­sja kapi­ta­łowa.
Dla więk­szo­ści wła­ści­cieli ziem­skich były to dobre czasy.
Przede wszyst­kim jed­nak były to dobre czasy dla magna­tów.
Magnaci byli bowiem potężni. Pozwa­lali monar­sze rzą­dzić – ale mocno ścią­gali cugle. Kiedy władca, jak król Jan, znaj­do­wał się w trud­nym poło­że­niu, ponie­waż zbyt niskie dochody z opłat feu­dal­nych nie wystar­czały na pokry­cie nad­zwy­czaj­nych wydat­ków – naj­czę­ściej wojen­nych – baro­no­wie na wszel­kie spo­soby opie­rali się jego pró­bom zdo­by­cia dodat­ko­wych fun­du­szy. Kry­zys zwią­zany z Wielką Kartą Swo­bód był w rów­nej mie­rze wyni­kiem tej natu­ral­nej sprzecz­no­ści inte­re­sów, jak i braku dyplo­ma­cji oraz uchy­bień ze strony króla Jana. W isto­cie monar­cha nie dys­po­no­wał nawet środ­kami wystar­cza­ją­cymi na pokry­cie kosz­tów wła­snej admi­ni­stra­cji.
Po czę­ści z tego ostat­niego powodu, a po czę­ści, aby zaspo­koić feu­dalną próż­ność magna­tów, kolejni monar­cho­wie pozwa­lali im zarzą­dzać w swoim imie­niu ogrom­nymi poła­ciami ziemi. W tych wiel­kich dome­nach feu­dal­nych, zwa­nych hono­rami, baro­niami bądź swo­bo­dami, to wła­śnie magnat, funk­cjo­nu­jący jako przed­sta­wi­ciel króla, stał na czele sądów, które zaj­mo­wały się wszel­kimi spra­wami z wyjąt­kiem naj­cięż­szych prze­stępstw; to słu­dzy magna­tów pobie­rali podatki i grzywny, zaś w nie­któ­rych z tych obsza­rów nawet sze­ryf kró­lew­ski nie miał prawa posta­wić stopy, jeżeli król nie dys­po­no­wał dowo­dami na istotne nad­uży­cie magnac­kich przy­wi­le­jów. Za to kró­le­stwo w kró­le­stwie magnat pła­cił kró­lowi służbą swo­ich ryce­rzy bądź odpro­wa­dzał sto­sowny czynsz.
Choć z cza­sem roz­wój sądów kró­lew­skich ogra­ni­czył zakres tych feu­dal­nych przy­wi­le­jów, na­dal były one pożą­dane i to nie tylko z uwagi na pre­stiż, jaki ze sobą nio­sły, ale także dla­tego, że przy­chody z roz­pa­try­wa­nia spraw sądo­wych, nawet tych drob­nych, wciąż były nie do pogar­dze­nia.
Za cza­sów króla Jana w rękach pry­wat­nych znaj­do­wała się jedna trze­cia „setek” Wilt­shire, każda z wła­snymi sądami i admi­ni­stra­cją, a sto lat póź­niej były to już dwie trze­cie. Te pry­watne domeny feu­dalne nale­żały do wiel­kich rodów, takich jak Longspée’owie, któ­rzy dzięki mał­żeń­stwu pozy­skali majątki hrab­stwa Salis­bury, czy do innych zna­ko­mi­tych rodzin, jak Peve­re­lo­wie, Pavely’owie i Gif­far­do­wie.
Jed­nak do naj­więk­szych moż­no­wład­ców nale­żał Kościół. Opac­twa w Gla­ston­bury, Mal­mes­bury i Wil­ton, klasz­tory Świę­tego Swi­tuna w Win­che­ste­rze i pobli­skim Ames­bury, a także, rzecz jasna, biskup Salis­bury, posia­dali wła­sne „setki” w hrab­stwie.
Za te przy­wi­leje pła­cili kró­lowi czynsz, ale zyski nale­żały wyłącz­nie do nich.
W zmie­nia­ją­cym się świe­cie jedną z naj­bar­dziej docho­do­wych wło­ści, jakie magnat mógł posia­dać w swoim domi­nium, było mia­sto.
Czyn­sze za budynki, wpływy z sądów, opłaty i cła za wwo­żone do mia­sta towary: war­tość przy­wi­le­jów miej­skich była nie­mała.
Roz­wój gospo­dar­czy i panu­jący w Anglii pokój spra­wiały, że moż­li­wo­ści zakła­da­nia nowych miast zda­wały się wzra­stać z każ­dym dniem. W dru­giej poło­wie poprzed­niego stu­le­cia biskup Win­che­steru zało­żył ich wiele i nie­mal wszyst­kie przy­no­siły jego die­ce­zji znaczne zyski. Nic zatem dziw­nego, że biskup Salis­bury zapra­gnął pójść w jego ślady.
Miał po temu ide­alny pre­tekst – a wła­ści­wie cały ich zestaw. Poło­że­nie sta­rej kate­dry było nie­za­do­wa­la­jące. Cia­sne gro­dzi­sko z luźno zabu­do­wa­nymi przy­le­gło­ściami było wietrzne i słabo zaopa­trzone w wodę; ośle­pia­jąco biała kreda męczyła wzrok; kapłani kate­dralni mieli dzie­lić tę ogra­ni­czoną prze­strzeń z kró­lew­skim gar­ni­zo­nem woj­sko­wym, który – jak twier­dzono – prze­szka­dzał nawet w odpra­wia­niu nabo­żeństw. Jed­nak na połu­dnie od wzgó­rza, w niecce doliny, gdzie spo­ty­kało się pięć rzek, roz­cią­gały się łąki znane jako Myri­fields. Na tym tere­nie znaj­do­wała się tylko nie­wielka para­fia Świę­tego Mar­cina. A prze­cież ta roz­le­gła i dobrze nawod­niona połać ziemi nale­żała już do die­ce­zji.
W roku Pań­skim 1218 biskup Poore – drugi z zamoż­nych i wpły­wo­wych braci, któ­rzy pia­sto­wali urząd biskupa Sarum – otrzy­mał zezwo­le­nie papieża i poboż­nego mło­dego króla Anglii Hen­ryka III na prze­nie­sie­nie kate­dry w nowe, przy­jem­niej­sze miej­sce na niżej poło­żo­nych łąkach. Uzy­skał także, co oczy­wi­ste, zgodę, żeby w pobliżu kate­dry zało­żyć nowe mia­sto.
Było ono typo­wym przy­kła­dem sztuki urba­ni­stycz­nej swo­ich cza­sów. Na prze­strzeni nie­mal stu­le­cia w całej Anglii powsta­wały nowe mia­sta tar­gowe, któ­rym nada­wano wyra­fi­no­wane geo­me­tryczne kształty, pro­jek­tu­jąc je na pla­nie klina albo pół­okręgu. Jed­nak naj­więk­sze z nich, jak Nowe Salis­bury, zazwy­czaj oparte były na pro­sto­kąt­nej siatce. Tak zaawan­so­wa­nego pla­no­wa­nia urba­ni­stycz­nego nie widziano na wyspie od cza­sów rzym­skich, tysiąc lat wcze­śniej.
Nowe mia­sto biskupa leżało w łagod­nym zakolu rzeki Avon, która pły­nęła z pół­nocy i ota­czała je, niczym tro­skli­wym ramie­niem, od zachodu i połu­dnia. Skła­dało się ono z dwóch czę­ści. Jedną z nich sta­no­wiły tereny przy­ka­te­dralne, znane jako close – na tym roz­le­głym otwar­tym obsza­rze miała powstać nowa kate­dra, a przy jego obrze­żach budo­wano domy kapła­nów. Druga część przy­le­gała do pierw­szej, a two­rzyło ją mia­sto tar­gowe z pro­sto­kątną siatką ulic i ogrom­nym ryn­kiem w samym cen­trum.
Każda z tych czę­ści peł­niła odmienną funk­cję: jedna duchową, druga han­dlową. Obie zaś – kościół z kapła­nami i rynek z han­dla­rzami – nale­żały do biskupa, cał­ko­wi­cie i bez­wa­run­kowo. Mia­sto sta­no­wiło bowiem swo­bodę feu­dalną, a na mocy przy­wi­leju nada­nego w 1227 roku biskup Salis­bury był jej nie­kwe­stio­no­wa­nym panem feu­dal­nym.

* * *

Był upalny letni dzień. Grupka robot­ni­ków pra­co­wała, nie czer­piąc ze swego zaję­cia żad­nej rado­ści.
Nie­za­do­wo­lony był zwłasz­cza jeden z nich – mały, krępy trzy­na­sto­la­tek o nie­pro­por­cjo­nal­nie dużej gło­wie, krót­kich, gru­bych pal­cach i poważ­nych sza­rych oczach, który, cho­ciaż pra­co­wał pod bacz­nym nad­zo­rem kano­nika kate­dral­nego, nie mógł powstrzy­mać się od nie­spo­koj­nego zer­ka­nia w głąb ulicy.
Wie­dział bowiem coś, czego kano­nik nie był świa­domy – w doli­nie na pół­noc od mia­sta zebrało się kilku męż­czyzn, a wśród nich Gode­froi i Shoc­kley, któ­rzy obie­cali, że jeśli narada zakoń­czy się powo­dze­niem, wrócą tu i dadzą mu szansę wyrwa­nia się z tego kie­ratu.
Już kilka razy odry­wał oczy od pracy, by spoj­rzeć z nadzieją w dal. Nie­na­wi­dził tej katorż­ni­czej harówki. Jakże pra­gnął odmie­nić swoje życie.
Kano­nik Ste­phen Por­te­hors wbił w niego lodo­waty wzrok.
W całym Sarum nie było nikogo tak nie­istot­nego i pozba­wio­nego zna­cze­nia jak ten młody kamie­niarz. Sam Osmund dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę, ponie­waż kano­nik Ste­phen wyraź­nie mu to powie­dział.
„W oczach Boga, Osmun­dzie, jesteś tak mały jak dro­bina kurzu – wyja­śnił. – Ale pamię­taj – dodał zło­wiesz­czo – On widzi wszystko, co czy­nisz, bo przed Jego wzro­kiem nie zdoła się ukryć ni pyłek. Ojciec nie­bie­ski pozna każdy twój grzech”.
Kano­nik ski­nął na niego, każąc mu podejść. A Osmund wie­dział dla­czego: zgrze­szył.

* * *

Osmun­dowi zda­wało się, że gdzie­kol­wiek spoj­rzy, wszę­dzie jest kurz.
Kurz, niczym migo­tliwa mgiełka, prze­sła­niał ogromną szarą bryłę wzno­szo­nej kate­dry, która maja­czyła w oddali, kil­ka­set metrów na połu­dnie. Kurz spo­wi­jał roz­le­głą, otwartą prze­strzeń przy­ka­te­dral­nego close – ota­cza­ją­cego kate­drę dwu­stu­akro­wego terenu roz­cią­ga­ją­cego się od gra­nicz­nego rowu na wscho­dzie aż po rzekę. Kurz przy­kry­wał stosy sza­rego kamie­nia z Chil­mark oka­la­jące plac budowy, leżał na wozach, deskach, rusz­to­wa­niach, na zwo­jach sznu­rów i ster­tach gruzu do wypeł­nia­nia ścian; kurz pokry­wał roz­le­głe działki, gdzie budo­wano kamienne domy dla kapła­nów, i ogrody przy­le­ga­jące do krzy­wi­zny zakola rzeki Avon; kurz opa­dał wresz­cie na samą rzekę i kładł się na dłu­gie, ciemne wodo­ro­sty, które wolno falo­wały w jej nur­cie. Łabę­dzie sunące cicho swoim dostoj­nym, mia­ro­wym tem­pem wzdłuż zie­lo­nych brze­gów były na wpół szare od kurzu. Kurz osia­dał na pła­skich, pod­mo­kłych łąkach cią­gną­cych się od wio­sek Fisher­ton i Bemer­ton aż po odle­głe Wil­ton. Wszę­dzie nad nie­do­koń­czoną sza­chow­nicą nowego mia­sta przy­le­głego do tere­nów kate­dry uno­sił się kurz pocho­dzący z domów budo­wa­nych z listew i tynku.
Kurz – widział go wyraź­nie – niczym bla­do­szary całun spo­wi­jał ciemny, na wpół opusz­czony zamek na wzgó­rzu. A na zbo­czach powy­żej, na suro­wym, bez­drzew­nym wznie­sie­niu, gdzie pasły się owce, każde dotknię­cie ich runa wzbi­jało w powie­trze obłoczki sza­rego kre­do­wego pyłu, które zaraz uno­sił połu­dniowy wiatr. Bla­do­nie­bie­skie motyle, gdy pod­ry­wały się let­nim rojem z twar­dej, roz­grza­nej ziemi, rów­nież zda­wały się przy­pró­szone sub­telną powłoką kurzu. Nawet ten wielki, fascy­nu­jący krąg powa­lo­nych gła­zów, do któ­rego kie­dyś zawę­dro­wał, prze­byw­szy nie­mal trzy­na­ście kilo­me­trów, wyda­wał się przy­cią­gać kurz z nowego mia­sta. Wyglą­dał jak dziwny, odle­gły sate­lita placu budowy, gotów podźwi­gnąć się po upadku, zamiast bez­gło­śnie popaść w osta­teczną ruinę.
Sam Osmund też był pokryty kurzem. Podob­nie jak srogi kano­nik, któ­rego ramiona zna­czyła szara obwódka pyłu.
Kurz dusił i draż­nił chłopca.
A jed­nak wie­dział, że powi­nien być wdzięczny.
„Nasze mia­sto zbu­do­wane jest na skale – powie­dział mu kano­nik. – To pewny fun­da­ment”.
I rze­czy­wi­ście, choć znaczna część oko­licz­nego terenu była pod­mo­kła, zie­mia, którą mądry biskup wybrał w Myri­field, była solidna.
„Widzisz – pouczył mło­dego Osmunda kano­nik Ste­phen poprzed­niego dnia – wpraw­dzie to miej­sce leży nisko, ale tuż pod powierzch­nią skrywa grubą war­stwę żwiru. – I kiedy Osmund zaj­rzał do wykopu, nad któ­rym stali, prze­ko­nał się, że to prawda. – Żwir jest mocny. Udźwi­gnie naj­więk­szą kate­drę, jaką czło­wiek zdoła zbu­do­wać – zapew­nił go duchowny. – Bądź wdzięczny, żeś uro­dził się w cza­sach, w któ­rych dane ci jest oglą­dać two­rze­nie tak wiel­kich dzieł na chwałę Bożą”.

* * *

Teraz jed­nak kano­nik był roz­gnie­wany. Włosy miał siwe i rzad­kie, ale brwi gęste i na­dal w więk­szo­ści czarne, o zewnętrz­nych koń­cach wywi­nię­tych ku górze jak u pusz­czyka. Ciem­no­brą­zo­wymi oczami prze­szy­wał Osmunda na wskroś, a kiedy prze­mó­wił, jego głos wydał się chłopcu twardy i ostry jak krze­mień.
– Wymień sie­dem grze­chów głów­nych, Osmun­dzie.
Grze­chy popeł­niane świa­do­mie i dobro­wol­nie, grze­chy nie­chyb­nie ska­zu­jące grzesz­nika na potę­pie­nie: ksiądz z Avons­ford zadbał o to, by znał je od naj­wcze­śniej­szych lat.
– Gniew, obżar­stwo, zazdrość, leni­stwo, chci­wość, pożą­dli­wość i pycha – wyre­cy­to­wał ponuro.
Por­te­hors ski­nął głową.
– A któ­rego z nich jesteś dziś winien?
Jak wiele wie­dział kano­nik? Osmund musiał być ostrożny.
Powszech­nie wie­dziano, że dzieło, nad któ­rym kano­nik Ste­phen Por­te­hors tru­dził się przez całe lato – wspa­niałe i nie­zwy­kłe udo­god­nie­nie miej­skie – sta­nowi jego dumę i radość. Kanały wodne Nowego Salis­bury, jesz­cze nie­do­koń­czone, a już budziły podziw. Woda czer­pana z Avonu tuż powy­żej mia­sta pły­nęła sie­cią kamien­nych koryt wio­dą­cych środ­kiem naj­waż­niej­szych ulic. Sze­ro­kość tychże kana­łów wahała się od sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów do około dwóch metrów, a tu i ówdzie prze­ci­nały je drobne mostki dla pie­szych.
„Przy­wo­dzą rzekę w samo serce mia­sta – ogła­szał z dumą Por­te­hors. – Czy może być coś przy­jem­niej­szego albo zdrow­szego?”
Po praw­dzie kanały te były dla niego waż­niej­sze niż same ulice: gdy przed kil­koma mie­sią­cami zauwa­żył, że teren wzdłuż jed­nej z wła­śnie wyty­cza­nych arte­rii pół­noc–połu­dnie nie jest tak równy, jak należy, nie wahał się zmie­nić prze­biegu samej ulicy, a co za tym idzie, całego układu czę­ści nowego mia­sta, byle tylko zapew­nić swemu uko­cha­nemu kana­łowi sta­bilne pod­łoże.
„Pre­cy­zja – pod­kre­ślał sta­now­czo. – Woda popły­nie jedy­nie wtedy, gdy pod­łoże będzie dokład­nie wypo­zio­mo­wane”.
Dokład­nie. Na dźwięk tego słowa robot­nicy ponuro wzru­szyli ramio­nami; w Sarum dobrze wie­dziano, że kano­nik i jego brat w mie­ście odzie­dzi­czyli rodzinną obse­sję na punk­cie dokład­no­ści. Gdy tylko padało słowo takie jak „pre­cy­zja”, wszel­kie dys­ku­sje tra­ciły sens. Nie było innej rady, jak tylko wyty­czyć całą ulicę od nowa i ponow­nie prze­ko­pać kanał.
Jakże chło­piec tego nie­na­wi­dził!
Osmund Mularz. W jego uszach brzmiało to jak szy­der­stwo. Choć podob­nie jak jego ojciec i dzia­dek, któ­rzy nie­kiedy pra­co­wali jako mula­rze w Avons­ford, on także nosił przy­do­mek „Masoun” lub „Mason”, czyli Mularz albo Kamie­niarz, nic to wła­ści­wie nie zna­czyło. W rze­czy­wi­sto­ści był tylko pro­stym chło­pem, robot­ni­kiem, któ­remu cza­sem, jeśli miał szczę­ście, pozwa­lano przy­ci­nać kamie­nie potrzebne do budowy tych prze­klę­tych kana­łów wod­nych.
Praw­dziwi mula­rze byli rze­mieśl­ni­kami pra­cu­ją­cymi przy budo­wie tej wiel­kiej kate­dry. A to był zupeł­nie inny świat. Świat, o któ­rym cza­sami marzył. Gdy koń­czył swoją codzienną pracę, czę­sto wstę­po­wał w magiczną ciszę przy­ka­te­dral­nego close, by obser­wo­wać, jak rze­mieśl­nicy zaj­mują się swoim fachem w tej monu­men­tal­nej budowli. Widy­wał tam dostoj­nych mistrzów mular­stwa, któ­rzy prze­wo­dzili cechowi mula­rzy – wybrań­ców spro­wa­dza­nych z całego kraju, a nawet z kon­ty­nentu po dru­giej stro­nie Kanału. Lecz zarówno oni, jak i zwy­kli kamie­nia­rze zostali zatrud­nieni już dawno temu. Nawet swo­ich uczniów dobie­rali zwy­kle z wła­snych rodzin. Dla­czego mie­liby zwró­cić uwagę na mło­dego chłopa z Avons­ford, któ­rego ojciec parał się swego czasu obróbką kamie­nia?
A jed­nak rzeź­biar­ski duch wciąż był w nim żywy. Pew­nego dnia, poprzy­siągł sobie, znaj­dzie spo­sób – będzie pra­co­wał w samej kate­drze, wśród mula­rzy w cięż­kich far­tu­chach, któ­rzy co dnia tak dum­nie kro­czyli do swo­jej pracy.
Już ponad sto lat upły­nęło, odkąd Godric Body zawisł na szu­bie­nicy na wzgó­rzu zam­ko­wym. Kilka mie­sięcy póź­niej przy­szedł na świat jego syn, a że matka dziecka zmarła pod­czas porodu, wuj Godrica Nicho­las uznał za rzecz natu­ralną, żeby przy­gar­nąć nie­mowlę i wycho­wać chłopca jak wła­snego syna. W rezul­ta­cie dzieci i wnuki Godrica Body’ego zwy­kle nosiły przy­do­mek Mason, czyli Mularz, podob­nie jak reszta ich przy­bra­nej rodziny. A kiedy osiem­dzie­siąt lat po śmierci Godrica jeden z jego potom­ków poślu­bił swą drobną, krępą kuzynkę, ich syn odzie­dzi­czył wszyst­kie cha­rak­te­ry­styczne cechy pra­co­wi­tego rodu Maso­nów: przy­sa­dzi­stą syl­wetkę, krót­kie kciuki i dużą głowę. Choć jed­nak wyglą­dał jak Mason, mały Osmund skry­wał w sobie bujną wyobraź­nię oraz wraż­li­wość na piękno natury – cechy pocho­dzące wprost od nie­szczę­snego pastuszka-rzeź­bia­rza, któ­rego przed laty powie­szono. Był to swo­isty geniusz, lecz jego ist­nie­nie ten młody i nieco powolny z wyglądu chło­piec – cho­ciaż uwiel­biał rzeź­bić – na razie tylko mgli­ście prze­czu­wał.
W tej chwili jedyne, co mu ofe­ro­wano, to mozolna harówka i sam musiał przy­znać, że nie zawsze przy­kła­dał się do pracy, tak jak powi­nien.
Patrząc więc na wychu­dzo­nego, siwie­ją­cego księ­dza, odparł ze smut­kiem:
– Grze­chu leni­stwa.
Kano­nik Ste­phen poki­wał głową.
– Tak. Jesteś leniwy, bo nie lubisz tej pracy. Lecz Bóg nie stwo­rzył cię po to, byś był szczę­śliwy. Stwo­rzył cię, żebyś słu­żył, bo tylko przez służbę Jemu zasłu­żysz na nie­biań­ską nagrodę.
Osmund zwie­sił swą dużą głowę. Gdzieś w głębi duszy czuł bunt, wie­dział jed­nak, że kano­nik, cho­ciaż surowy, był spra­wie­dliwy. Odwró­cił się, by odejść.
– Stój. – Głos kano­nika był nie­ubła­gany. – To nie wszystko. Ukry­wasz jesz­cze jeden grzech, mój synu.
Skąd mógł o tym wie­dzieć? Chło­piec czuł na ple­cach wzrok duchow­nego i nie miał odwagi się odwró­cić.
– I cóż mi powiesz?
Osmund na­dal mil­czał.
– Więc ja powiem tobie – głos ciął jak brzy­twa. – Tym grze­chem jest chci­wość. – Wysy­czał to słowo.
A zatem wie­dział.
Pła­cono mu pensa dzien­nie. Był biedny.
– Ludzie, któ­rzy powinni mieć wię­cej rozumu, kuszą cię, byś pra­co­wał dla nich, gdy jesteś potrzebny tutaj – oskar­żył go kano­nik. – Bez­boż­nicy.
Każde jego słowo było prawdą. A jed­nak Osmun­dowi nie wyda­wało się to wiel­kim prze­wi­nie­niem.
Cho­dziło o to, na co tak nie­cier­pli­wie cze­kał przez cały pora­nek. Męż­czyźni, po powro­cie z narady w doli­nie, mieli mu zaofe­ro­wać pracę za pół­tora pensa dzien­nie – była to wspa­niała stawka, a pracy mogło wystar­czyć na cały rok. Znał ich obu dobrze. Nie wyda­wali się tacy bez­bożni. Odwró­cił się powoli, zasta­na­wia­jąc się, jakim spo­so­bem kano­nik się o tym dowie­dział.
– Chcia­łeś porzu­cić swoją pracę tutaj dla pie­nię­dzy, Osmun­dzie. Jesteś młody. Lecz miłość do pie­nię­dzy to chci­wość, a ta jest grze­chem. – Umilkł na chwilę, prze­wier­ca­jąc chłopca swym strasz­nym spoj­rze­niem, a potem pod­jął już nieco łagod­niej: – Dobrze obra­biasz kamień. Podobno potra­fisz też rzeź­bić w drew­nie.
Osmund ski­nął głową. Wyrzeź­bił piękne drzwi dla Gode­froia we dwo­rze w Avons­ford i wie­dział, że ksiądz oglą­dał jego dzieło. Nie­mniej następne słowa kano­nika wpra­wiły go w zdu­mie­nie.
– Czy chciał­byś pra­co­wać w kate­drze?
Osmund wpa­try­wał się w Por­te­horsa, led­wie mogąc uwie­rzyć w to, co usły­szał. Pra­co­wać w kate­drze pośród mula­rzy – czyżby miało się speł­nić jego marze­nie? Ksiądz przy­pa­try­wał mu się prze­ni­kli­wie.
– Płacą pensa i ćwierć dzien­nie – powie­dział cicho – ale nie wię­cej. – Urwał, by dodać po chwili: – Mógł­byś zacząć od Świę­tego Michała, jeżeli dobrze się spi­szesz przy kana­łach. Czy tego chcesz?
– O tak – odparł tonem nie­mal bła­gal­nym. Nie potra­fił opa­no­wać wzru­sze­nia.
– Dobrze więc. – Kano­nik znów umilkł na moment, nim pod­jął: – Rzecz jasna, jeśli zde­cy­du­jesz się pra­co­wać dla Shoc­kleya i jego kom­pa­nów, nie dosta­niesz pracy w kate­drze. Ni­gdy.
Osmund pobladł, ale się nie ode­zwał.
Ste­phen Por­te­hors przy­glą­dał mu się spo­koj­nie. Nie bez powodu pia­sto­wał urząd kano­nika kate­dry.
Widział dzieła mło­dego Osmunda w Avons­ford. Podej­rze­wał, że chło­pak ma talent.
W tej wła­śnie chwili Shoc­kley­owie i Gode­froi nad­je­chali konno ulicą, a kano­nik zwró­cił się ku nim.

* * *

Być może w zamy­śle Stwórcy włosy sto­ją­cego przy moście męż­czy­zny o szczu­ro­wa­tej twa­rzy miały prę­żyć się dum­nie na jego gło­wie jak kępa czar­nej trawy, z cza­sem jed­nak – przez brak mycia i szczot­ko­wa­nia – zmie­niły się w kil­ka­na­ście skoł­tu­nio­nych kła­ków, które żało­śnie okla­pły niczym zmar­niałe gałązki osma­lo­nego krzewu. I tak jak na wszyst­kim innym wokoło, rów­nież na tym splą­ta­nym gąsz­czu osia­dał kurz z Nowego Salis­bury.
Wil­liam atte Brigge miał dziś doświad­czyć naj­gor­szego dnia w swoim życiu.
Już teraz był wście­kły. Gdy patrzył na roz­gry­wa­jącą się przed nim scenę, jego bli­sko osa­dzone oczy bły­skały gnie­wem.
Tego ranka przy­był tu ze swoim wóz­kiem z Wil­ton. Prze­pra­wił się przez Avon Mostem Fisher­ton i nie­zwłocz­nie podą­żył na rynek w cen­trum nowego bisku­piego mia­sta. Tam zosta­wił wózek u innego han­dla­rza z Wil­ton, który miał wła­sny stra­gan, i ruszył dalej, mija­jąc po dro­dze powsta­jącą kate­drę i zmie­rza­jąc w stronę połu­dnio­wego krańca nowej osady, gdzie rzeka zakrę­cała na połu­dnie, żeby leni­wie kon­ty­nu­ować swój bieg ku wybrzeżu.
W oczach przy­pad­ko­wego obser­wa­tora dal­sze zacho­wa­nie Wil­liama atte Brigge mogłoby wydać się dziwne. Przed nim wzno­sił się nowy, kamienny most. Prze­ci­nał rzekę dwoma krót­kimi łukami, mię­dzy któ­rymi znaj­do­wała się nie­wielka wysepka. Po swo­jej lewej stro­nie miał kom­pleks budyn­ków szpi­tala Świę­tego Miko­łaja, zaś na wysepce wzno­siła się kapliczka Świę­tego Jana – oba obiekty zbu­do­wał biskup Bin­gham z myślą o podróż­nych. Było to uro­kliwe miej­sce otu­lone łagod­nym szme­rem wody opły­wa­ją­cej wysepkę z obu stron.
Wil­liam prze­szedł na śro­dek mostu. Naj­pierw rzu­cił okiem na drogę po dru­giej stro­nie rzeki, pro­wa­dzącą na połu­dnie i zachód, potem obej­rzał się na powsta­jące mia­sto, a wresz­cie utkwił posępny wzrok w małym sza­rym budynku na wyspie. I nagle, jakby opę­tał go jakiś amok, począł ska­kać i wyma­chi­wać chu­dymi rękami, a potem odwró­cił się i z dziką furią splu­nął w stronę szpi­tala. I drugi raz, na zaku­rzoną drogę przed sobą. Wrza­snął: „Niech dia­bli wezmą tego biskupa i wszystko, co robi!”, po czym zawró­cił i z ponurą miną ruszył w kie­runku mia­sta.
Wil­liam atte Brigge był z natury skłonny do nosze­nia urazy – dziś jed­nak miał powód do gory­czy, bowiem czci­godny biskup Bin­gham z Salis­bury miał wła­śnie dopro­wa­dzić go do ruiny.
Od cza­sów króla Alfreda, a nawet wcze­śniej, mia­sto Wil­ton dzier­żyło tytuł sto­licy hrab­stwa. Nie tylko sze­ryf odby­wał tam swoje sądy, nie tylko od cza­sów anglo­sa­skich w mie­ście tym biła men­nica, lecz nade wszystko w Wil­ton pro­spe­ro­wał targ, dogod­nie usy­tu­owany u zbiegu dwóch ruchli­wych rzek. Co prawda ist­niał mały targ w sta­rym zamku na wzgó­rzu Sarum, ale z uwagi na swe odsło­nięte poło­że­nie i dru­go­rzędne zna­cze­nie ni­gdy nie stał się on poważ­nym zagro­że­niem dla inte­re­sów sta­rego saskiego mia­sta w zachod­niej doli­nie. Jed­nak ćwierć wieku temu, gdy biskup Poore roz­po­czął budowę tego nowego mia­sta tar­go­wego w doli­nie, miesz­cza­nie i kupcy z Wil­ton poczęli odczu­wać nie­po­kój. Wkrótce biskup wyjed­nał prawo do orga­ni­zo­wa­nia zarówno corocz­nego jar­marku, jak i coty­go­dnio­wego dnia tar­go­wego, zaś nowo nadana karta mia­sta przy­zna­wała jego wol­nym miesz­kań­com istotne przy­wi­leje han­dlowe oraz zwol­nie­nia podat­kowe porów­ny­walne z tymi, które przy­znano wiel­kim mia­stom, takim jak Win­che­ster czy Bri­stol. Co gor­sza, kró­lew­ska rezy­den­cja myśliw­ska w lesie Cla­ren­don znaj­do­wała się zale­d­wie trzy kilo­me­try na wschód od nowego mia­sta biskupa, a król Hen­ryk, który lubił tam polo­wać, znany był ze swego zami­ło­wa­nia do wzno­sze­nia kościo­łów.
– To nowe mia­sto pochło­nie wszyst­kie pie­nią­dze – szem­rali miesz­cza­nie z Wil­ton. – Król o nas nie dba.
Mieli rację. Począt­kowo jed­nak ist­niał pewien czyn­nik łago­dzący. Gdy bowiem han­del w oko­licy się roz­wi­jał, a ruch na dro­gach nabie­rał tempa, wielu han­dla­rzy przy­by­wało do nowej osady z połu­dnia i zachodu, a żeby prze­kro­czyć sys­tem rzeczny i wje­chać do mia­sta, musieli korzy­stać z mostu w Wil­ton. Dzięki temu han­dlowe oży­wie­nie przy­no­siło zyski także kup­com z Wil­ton. Przez dwa­dzie­ścia lat wyda­wało się, że u boku nowego sąsiada stare mia­sto na zacho­dzie może pro­spe­ro­wać. Nie­stety teraz, w 1244 roku, nie­unik­nione stało się fak­tem: biskup Bin­gham zbu­do­wał wła­sny most na połu­dnie od kate­dry. Pła­cąc nie­wiel­kie myto za prze­kro­cze­nie rzeki w Ayle­swade, przy­jezdni kupcy mogli prze­pra­wić się przez tę część sys­temu rzecz­nego, w ogóle nie zbli­ża­jąc się do Wil­ton, skut­kiem czego star­sze mia­sto nagle zostało zupeł­nie odcięte od głów­nego nurtu han­dlu.
To jed­nak nie było wszystko. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów na nie­wiel­kim rynku sta­rego mia­sta Wil­ton targ odby­wał się dwa razy w tygo­dniu. Bisku­powi przy­znano prawo do orga­ni­za­cji zale­d­wie jed­nego dnia tar­go­wego, tym­cza­sem na wiel­kim tar­go­wi­sku Nowego Salis­bury kupcy han­dlo­wali bez licen­cji nie­mal codzien­nie i nikt z tym nic nie robił. Pomimo licz­nych skarg kie­ro­wa­nych do króla przez miesz­kań­ców Wil­ton nowa osada nie­ubła­ga­nie wysy­sała ze star­szej życiowe siły.
Od czasu nie­uda­nego pro­cesu sprzed stu­le­cia rodzina Wil­liama nie­wiele zdo­łała osią­gnąć. Choć nosił to samo imię co jego pra­dziad, który tak bez­sku­tecz­nie rzu­cił wyzwa­nie rol­ni­kom z Shoc­kley, Wil­liam nie był gar­ba­rzem, lecz drob­nym han­dla­rzem wełny, pró­bu­ją­cym utrzy­mać się z udzie­la­nia zali­czek chło­pom pod zastaw ich wełny, którą następ­nie sprze­da­wał na otwar­tym targu. Ceny wełny były sta­bilne, a han­del buj­nie roz­kwi­tał, co pozwo­liło Wil­liamowi osią­gać nie­znaczne zyski na tym racz­ku­ją­cym sys­te­mie zalicz­ko­wym. Z kolei jego żona i jej sio­stra odzie­dzi­czyły dzier­żawę chaty w jed­nym z mająt­ków Gode­froia, dzięki czemu Wil­liam posia­dał trzy­dzie­ści owiec, które wypa­sał nad rzeką Avon. Aby dodat­kowo wspo­móc skromny dochód rodziny, jego szwa­gierka tkała na jed­nym kro­śnie tka­niny słab­szej jako­ści, które on następ­nie sprze­da­wał na lokal­nych tar­gach po obni­żo­nej cenie, czer­piąc stąd wła­sny zysk. W ten spo­sób zara­biał na życie, choć był bied­niej­szy niż jego pra­dziad, gar­barz.
Ich rodzina ni­gdy nie wyba­czyła zamoż­nym rol­ni­kom z Shoc­kley.
„Ci z Shoc­kley to zwy­kłe łotry”, powta­rzał Wil­liam swoim dzie­ciom niczym dogmat wiary. A teraz Shoc­kleyowie zajęli także dom w nowym mie­ście – w tym, które miało dopro­wa­dzić do ruiny Wil­ton.
– Niech szlag trafi ich wszyst­kich i ten prze­klęty most! – wymam­ro­tał.
Ale gniew, jaki obu­dził w nim widok bisku­piego mostu, zbladł wobec furii, która w nim eks­plo­do­wała, gdy dotarł na tar­go­wi­sko.
Przy jego wózku kłę­bił się tuzin ludzi – nie­któ­rzy zer­kali zacie­ka­wieni, a inni patrzyli otwar­cie z wred­nym uśmie­chem. Czło­wiek z Wil­ton, któ­remu powie­rzył pie­czę nad wóz­kiem, wyglą­dał mar­kot­nie, zaś w samym sercu tego zgro­ma­dze­nia, nie­wzru­szony i srogi, znaj­do­wał się ktoś, kogo Wil­liam zawsze się lękał: Alan Le Por­tier, kon­tro­ler jako­ści tka­nin. Obok niego stała jego córka Ali­cia.
Kon­tro­ler wska­zał na wózek.
– To twoje tka­niny?
Uchwała doty­cząca miar i jako­ści tka­nin została usta­no­wiona przez króla Ryszarda przed pół­wie­czem. Był to pro­sty poda­tek od sukna połą­czony z naka­zem prze­strze­ga­nia okre­ślo­nych norm mia­ro­wych. Alan Le Por­tier przy­jął inną wer­sję rodo­wego nazwi­ska, lecz podob­nie jak jego brat kano­nik Por­te­hors, był czło­wie­kiem chu­dym i rygo­ry­stycz­nym, a wiel­możny Wil­liam Longspée, który reko­men­do­wał go kró­lew­skim urzęd­ni­kom na sta­no­wi­sko kon­tro­lera, zapew­nił ich ze śmie­chem:
„Nie tro­skaj­cie się, on taki sam jak cała jego rodzina: wszyst­kie nitki w suk­nie pora­chuje, jeśli zaj­dzie potrzeba”.
Zbli­żyw­szy się, Wil­liam prze­niósł spoj­rze­nie z kon­tro­lera na twarz towa­rzy­szą­cej mu córki. Alan posi­wiał nieco bar­dziej niż jego brat. Wychu­dłe obli­cze miał szla­chetne, a zara­zem surowe, oczy zaś ciemne i prze­ni­kliwe. Ali­cia, jego pięk­no­lica szes­na­sto­let­nia córka o orze­cho­wych oczach, przy­glą­dała się Wil­liamowi z zacie­ka­wie­niem. Czę­sto prze­cha­dzała się z uwiel­bia­nym ojcem po tar­go­wi­sku, które znała na wylot.
Kon­tro­ler powtó­rzył pyta­nie:
– To twoje tka­niny?
Ski­nął głową.
– Za wąskie o sześć mili­me­trów.
Któż by przy­pusz­czał, że to dostrzeże? Oszu­ku­jąc klien­tów na tej led­wie zauwa­żal­nej róż­nicy w sze­ro­ko­ści płótna, zapew­niał sobie skromny zysk, nawet przy obni­żo­nej cenie. Nie powi­nien był zosta­wiać wózka w miej­scu, gdzie mógł go wypa­trzyć prze­ni­kliwy wzrok Le Por­tiera.
– Uiścisz grzywnę, rzecz jasna – oznaj­mił rze­czowo kon­tro­ler. – I radził­bym zabrać to z powro­tem do Wil­ton. Tutaj nie możesz tego sprze­da­wać.
Wil­liam zwie­sił głowę z rezy­gna­cją. Mogło być gorzej – kon­tro­ler mógł skon­fi­sko­wać towar. Tak czy ina­czej, trudno będzie teraz zna­leźć kupca na te tka­niny. A prze­cież był to efekt dwu­mie­sięcz­nej pracy. Bez słowa sprze­ciwu chwy­cił za dłu­gie dyszle wózka i zaczął go z mozo­łem cią­gnąć. Odda­la­jąc się, usły­szał jesz­cze, jak Le Por­tier zwraca się do córki:
– Lepiej mieć tę rodzinę na oku.
Wil­liam prze­klął ich wszyst­kich pod nosem.

* * *

Zebra­nie, które tak bar­dzo inte­re­so­wało mło­dego Osmunda, odbyło się tego ranka nad brze­giem Avonu, nie­spełna kilo­metr na połu­dnie od wio­ski Avons­ford.
Dwa wspa­niałe konie i wóz cze­kały przy ścieżce bie­gną­cej powy­żej rzeki. Trzy metry dalej grupka zło­żona z dwóch męż­czyzn i chłopca roz­ma­wiała przy­ci­szo­nymi gło­sami, a niżej, tuż nad wodą, samotna postać odziana w długą czarną opoń­czę z kap­tu­rem prze­cha­dzała się w zamy­śle­niu wzdłuż brzegu, tam i z powro­tem. Pozo­stała trójka co jakiś czas rzu­cała w jej stronę nie­spo­kojne spoj­rze­nia.
Joce­lin de Gode­froi, Edward Shoc­kley i jego osiem­na­sto­letni syn Peter ocze­ki­wali na decy­zję czło­wieka w kap­tu­rze.
„Jeżeli zgo­dzi się dzi­siaj na to, o co go popro­simy – rzekł Edward do syna, jesz­cze zanim przy­byli nad rzekę – będzie to naj­waż­niej­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek uczy­ni­łem. Przy­nie­sie nam for­tunę”.
I teraz cze­kali na osąd zakap­tu­rzo­nej postaci, a Shoc­kley z led­wo­ścią pano­wał nad emo­cjami.
Rodzina osią­gnęła umiar­ko­wa­nie powo­dze­nie. Utrzy­mali gospo­dar­stwo w Shoc­kley, któ­rego nazwa stała się z cza­sem ich nazwi­skiem rodo­wym, ale jesz­cze jako młody czło­wiek Edward objął także dom w nowym mie­ście, gdzie zało­żył nie­wielki, lecz docho­dowy warsz­tat. Wypo­sa­żył go w trzy duże kro­sna i zatrud­nił tka­czy do wyrobu tka­nin. Czasy to były pra­co­wite. Rodzina zyskała sobie zaufa­nie i powszechną sym­pa­tię. Edward Shoc­kley, męż­czy­zna postawny i szorstki, został człon­kiem cechu kupiec­kiego nowego mia­sta, a w 1240 roku cie­szył się już pozy­cją god­nego sza­cunku miesz­cza­nina. Gospo­dar­stwem Shoc­kleyów zarzą­dzał na co dzień pańsz­czyź­niak peł­niący funk­cję rządcy.
Joce­lin de Gode­froi był spo­koj­niej­szy.
Od fatal­nych rzą­dów Ste­fana los sprzy­jał jego rodzi­nie. Choć w cza­sach anar­chii Edward z Salis­bury i jego brat opo­wia­dali się po stro­nie cesa­rzo­wej, prze­ciwko kró­lowi, to kiedy Ste­fan osta­tecz­nie zatrium­fo­wał, zacho­wali swoje wpływy, a ich młod­szy stron­nik Gode­froi także nie poniósł żad­nej szkody. Co wię­cej, za pano­wa­nia Hen­ryka II i Ryszarda rodzina nie tylko się wzbo­ga­ciła, lecz także okryła chwałą, gdyż wielki Ranulf de Gode­froi wal­czył u boku Ryszarda Lwie Serce w trze­ciej kru­cja­cie do Ziemi Świę­tej. Wspa­niały gro­bo­wiec w nie­wiel­kim kościele w Avons­ford zdo­bił posąg Ranulfa leżą­cego z mie­czem u boku, sze­ro­kim krzy­żem na piersi i skrzy­żo­wa­nymi nogami, w tra­dy­cyj­nej pozie zmar­łego ryce­rza krzy­żo­wego. Mała cynowa odznaka, którą nabył od mni­chów w Ziemi Świę­tej na pamiątkę swo­jej piel­grzymki, została wkom­po­no­wana w zewnętrzną kra­wędź kościel­nego dzwonu. Rodzina Gode­froich zyskała sobie powa­ża­nie w całej oko­licy. Otrzy­mała też drugą posia­dłość w Sarum, którą dzier­ża­wiła bez­po­śred­nio od króla, a że ostat­nio król powo­ły­wał pomniej­szych szlach­ci­ców na urzędy, poja­wiła się plotka, że ktoś tak zna­mie­nity jak Joce­lin de Gode­froi mógłby zostać wezwany do peł­nie­nia funk­cji sze­ryfa.
Ale pod jed­nym istot­nym wzglę­dem Joce­lin bar­dzo się róż­nił od swo­ich przod­ków: cho­ciaż posia­dał dwa majątki, miał tylko jeden dom, a była nim Anglia.
Taki stan rze­czy był zja­wi­skiem nowym. Przez pierw­sze sto pięć­dzie­siąt lat po inwa­zji wielu Nor­ma­nów i Bre­toń­czy­ków miało posia­dło­ści zarówno w Anglii, jak i po dru­giej stro­nie Kanału, a gdyby ich spy­tać, który kraj uwa­żają za dom, nie­je­den nie byłby w sta­nie odpo­wie­dzieć. Gdy jed­nak król Jan wsku­tek wojen­nych pora­żek stra­cił Nor­man­dię na rzecz króla Fran­cji, wła­ści­ciele mająt­ków w obu regio­nach musieli wybie­rać – zrzec się angiel­skich ziem i zło­żyć hołd kró­lowi Fran­cji lub vice versa. Rodzina Gode­fro­ich z Avons­ford wybrała Anglię. Ponie­siona strata nie była dotkliwa. Obaj monar­cho­wie, sami będący panami feu­dal­nymi, dla któ­rych idea rodziny na­dal była znacz­nie waż­niej­sza niż mgli­sty kon­cept taki jak naród, dali swoim wasa­lom czas na upo­rząd­ko­wa­nie spraw mająt­ko­wych, więc posia­dło­ści Gode­fro­ich w Nor­man­dii zostały sprze­dane na zado­wa­la­ją­cych warun­kach i bez zbęd­nego pośpie­chu. Jed­nak w wyniku takiego obrotu spraw Joce­lin był pierw­szym z rodu, dla któ­rego drugi kraj ni­gdy nie był domem i który, zapy­tany o swoją toż­sa­mość, nie odparłby „Nor­man”, lecz „Anglik”.
Był to męż­czy­zna śred­niego wzro­stu, o nie­na­gan­nej posta­wie. W prze­ci­wień­stwie do swo­ich przod­ków z cza­sów króla Ste­fana był gładko ogo­lony, a włosy, już nie­roz­dzie­lone prze­dział­kiem, miał przy­cięte w grzywkę na czole i sta­ran­nie pod­wi­nięte za pomocą nagrza­nych szczyp­ców pod uszy, co w połą­cze­niu z sub­tel­nymi rysami twa­rzy i orlim nosem nada­wało mu wygląd inte­lek­tu­ali­sty. Nosił długą lnianą szatę cotte, się­ga­jącą do kostek, a na niej sur­cot pod­szyty lisim futrem. Mięk­kie skó­rzane buty zapi­nane wokół kostek były hafto­wane srebrną nitką na dłu­gich czub­kach, a w ręku trzy­mał fil­cową czapkę o trój­kąt­nym kształ­cie. Na zło­tym łań­cu­chu wokół szyi wisiały dwa małe amu­lety upa­mięt­nia­jące jego dwie piel­grzymki: tę do San­tiago de Com­po­stela w Hisz­pa­nii i drugą, do sank­tu­arium św. Toma­sza Bec­keta, zamor­do­wa­nego po kłótni z Hen­ry­kiem II w Can­ter­bury, zale­d­wie przed sie­dem­dzie­się­ciu laty. Przy uździe jego konia wisiały dwie maleń­kie szma­rag­dowe tar­cze o śred­nicy dwóch i pół cen­ty­me­tra, ozdo­bione her­bem – bia­łym łabę­dziem na czer­wo­nym tle.
Nie było w Sarum rodu bar­dziej odda­nego idei rycer­sko­ści niż Gode­fro­io­wie. Kiedy pod koniec ubie­głego stu­le­cia ów nie­fra­so­bliwy wzór rycer­sko­ści Ryszard I zaczął orga­ni­zo­wać tur­nieje rycer­skie na roz­le­głych polach mię­dzy sta­rym zam­kiem Saris­be­rie a mia­stem Wil­ton, żaden rycerz nie wspie­rał tych zawo­dów z więk­szym zapa­łem niż stary Ranulf de Gode­froi. Jego syn, a teraz i wnuk, nale­żeli do naj­zna­mie­nit­szych patro­nów i orga­ni­za­to­rów tychże rycer­skich festy­nów.
Jed­nakże Joce­lin miał także smy­kałkę do inte­re­sów, a dzi­siej­sze spo­tka­nie doty­czyło przed­się­wzię­cia donio­słej wagi, toteż i on bacz­nie przy­glą­dał się zakap­tu­rzo­nemu męż­czyź­nie, który wresz­cie ruszył zbo­czem, zmie­rza­jąc w ich stronę.
Po chwili dotarł do celu. Cóż posta­no­wił?
Był to czło­wiek postawny, o moc­nej budo­wie, z lekką skłon­no­ścią do tuszy, a jego ciężki krok zna­czył ślady na mięk­kiej darni. Sta­nął przy nich i zsu­nął kap­tur, odsła­nia­jąc kopu­la­stą, łysie­jącą głowę o siwie­ją­cych skro­niach i twarz z orlim nosem, ustach sta­now­czych, ale uprzej­mych, oraz sze­roko roz­sta­wio­nych nie­bie­skich oczach peł­nych humoru i inte­li­gen­cji. Miał trzy­dzie­ści lat, ale był już doświad­czo­nym czło­wiekiem inte­re­sów.
– Prąd jest silny, grunt – solidny. – Uśmiech­nął się. – Otrzy­ma­cie pożyczkę.
Mówił po fran­cu­sku, gdyż zwra­cał się do Gode­froia, i zarówno ten fakt, jak i jego kosz­towna opoń­cza oraz wspa­niały koń, który naj­wy­raź­niej nale­żał do niego, wska­zy­wały, że jest człon­kiem nor­mań­skiej klasy rzą­dzą­cej. Jego strój odzna­czał się jed­nak pew­nym oso­bli­wym szcze­gó­łem: otóż na piersi miał on naszyty podwójny pro­sto­kąt bia­łego płótna, o wymia­rach około pię­ciu na sie­dem i pół cen­ty­me­tra – była to tak zwana tabula, znak sym­bo­li­zu­jący dwie kamienne tablice z Dzie­się­cioma Przy­ka­za­niami. Aaron z Wil­ton był bowiem Żydem.
Żydzi w Anglii przy­na­le­żeli do króla. Przy­byli głów­nie z pół­noc­nej Fran­cji, a zarówno Wil­helm Zdo­bywca, jak i jego syno­wie Rufus i Hen­ryk zachę­cali ich do osie­dla­nia się w tym nowym kró­le­stwie. Co prawda wzbro­niono im posia­da­nia ziemi i pro­wa­dze­nia zwy­kłego han­dlu, zyskali jed­nak szcze­gólny przy­wi­lej kró­lew­skiej pro­tek­cji w nor­mań­skim sys­te­mie feu­dal­nym jako finan­si­ści i pożycz­ko­dawcy. Nie tylko Żydzi peł­nili tę nie­odzowną funk­cję. Zarówno wło­scy kupcy, jak i naj­po­boż­niej­szy zakon tem­pla­riu­szy, któ­rego sieć obej­mo­wała wiele ziem chrze­ści­jań­skiego świata, rów­nież trud­nili się poży­cza­niem pie­nię­dzy. Jed­nakże w Anglii to wła­śnie Żydzi sta­no­wili naj­waż­niej­sze opar­cie finan­sowe w cza­sach, kiedy potrzeba gotówki na pokry­cie kosz­tów kró­lew­skich kru­cjat, zagra­nicz­nych wojen i najem­ni­ków gwał­tow­nie rosła, a roz­wi­ja­jąca się gospo­darka wyspy nie dys­po­no­wała inną insty­tu­cją feu­dal­nego ładu zdolną dostar­czyć nie­zbęd­nego kapi­tału. Mówiący po fran­cu­sku, czę­sto wykształ­ceni, a na pewno nie­zbędni kró­lowi i magna­tom, ich przy­wódcy – cho­ciaż for­mal­nie poza feu­dalną kastą – byli bliżsi ary­sto­kra­cji niż jaka­kol­wiek inna grupa spo­łeczna, nie licząc bisku­pów i wyż­szych dostoj­ni­ków kościel­nych. Przez nie­mal stu­le­cie ich rela­cje z samym Kościo­łem – któ­rego biskupi czę­sto potrze­bo­wali fun­du­szy na wzno­sze­nie wspa­nia­łych katedr, a klasz­tory rychło ule­gły poku­sie zacią­ga­nia poży­czek pod zastaw pro­du­ko­wa­nej w ogrom­nych ilo­ściach wełny – pozo­sta­wały zazwy­czaj przy­ja­zne.
Spo­łecz­ność żydow­ska pro­spe­ro­wała, mimo kilku lokal­nych wystą­pień prze­ciwko niej, także w XII wieku, pod­czas dłu­giego pano­wa­nia Hen­ryka II. Żydzi stali się kró­lew­skimi pośred­ni­kami finan­so­wymi, udzie­la­jąc władcy poży­czek zabez­pie­czo­nych jego przy­szłymi docho­dami, które sze­ry­fo­wie ścią­gali ze swo­ich hrabstw. Takie pożyczki sta­no­wiły zalą­żek bar­dziej zło­żo­nych form kre­dy­to­wa­nia pań­stwa zna­nych z póź­niej­szych stu­leci. Żydzi mogli nawet zostać bez­po­śred­nimi dzier­żaw­cami kró­lew­skich dóbr i użyt­ko­wać zie­mię, która for­mal­nie wciąż nale­żała do króla. Zgod­nie z pra­wem mają­tek każ­dego Żyda, po jego śmierci, wra­cał do korony, jed­nak w prak­tyce rzadko z tego przy­wi­leju korzy­stano, ponie­waż nisz­cze­nie wła­snych tak bar­dzo uży­tecz­nych dla króla ban­kie­rów nie miało żad­nego sensu. A uży­teczni byli z całą pew­no­ścią. U schyłku XII wieku król zaczął pozy­ski­wać środki od spo­łecz­no­ści żydow­skiej, wpro­wa­dziw­szy sys­tem arbi­tral­nych danin, zwa­nych tal­la­ges, które mógł nakła­dać według wła­snej woli. I choć żąda­nia Hen­ryka II były umiar­ko­wane, to w ostat­nich latach swego dłu­giego pano­wa­nia około jed­nej siód­mej cał­ko­wi­tych rocz­nych docho­dów kró­le­stwa pocho­dziło wła­śnie od spo­łecz­no­ści żydow­skiej.
„Może i jeste­śmy uży­teczni – prze­strze­gał Aarona ojciec. – Lecz nie łudź się, że możemy czuć się bez­piecz­nie”.
Jego ostroż­ność była uza­sad­niona. Krzy­żowcy roz­pa­lili powszechną nie­na­wiść do wszyst­kich, któ­rych można było okre­ślić mia­nem nie­wier­nych, zaś w Anglii przy­go­to­wa­nia do kru­cjaty króla Ryszarda stały się zarze­wiem nowej fali anty­ży­dow­skich zamie­szek, które wybu­chały w niektó­rych mia­stach. Kul­mi­na­cją tych wyda­rzeń była strasz­liwa tra­ge­dia w Yorku, gdzie stu pięć­dzie­się­ciu Żydów uwię­zio­nych w zamku, w któ­rym szu­kali schro­nie­nia, ode­brało sobie życie, aby unik­nąć znacz­nie gor­szego losu z rąk uzbro­jo­nego roz­ju­szo­nego tłumu. Te nie­po­koje zostały jed­nak wkrótce stłu­mione przez samego Ryszarda i spo­łecz­ność żydow­ska odzy­skała względne bez­pie­czeń­stwo pod kró­lew­ską opieką.
Jed­nak wyso­kość tal­la­ges nie­ustan­nie rosła. Gdy wra­ca­jący z Ziemi Świę­tej król Ryszard został poj­many dla okupu, nie­wielką spo­łecz­ność żydow­ską obcią­żono podat­kiem wyno­szą­cym pięć tysięcy marek – trzy­krot­nie wyż­szym niż suma prze­ka­zana przez miesz­czan z potęż­nego han­dlo­wego mia­sta Lon­dynu. Za pano­wa­nia następcy Ryszarda, króla Jana, wiecz­nie zma­ga­ją­cego się z bra­kiem pie­nię­dzy, podatki osią­gnęły jesz­cze wyż­szy poziom.
Co cie­kawe, sta­no­wi­sko króla w tej spra­wie zda­wało się nad wyraz oso­bliwe. Oto bowiem Kościół, pomimo dzia­łal­no­ści wła­snych przed­sta­wi­cieli, coraz dobit­niej potę­piał prak­tykę poży­cza­nia pie­nię­dzy na pro­cent, którą okre­ślał mia­nem lichwy, zaś król Anglii, który gło­śno tę dok­trynę popie­rał, po cichu stale pod­no­sił tal­la­ges i czer­pał naj­więk­sze zyski z żydow­skiego sys­temu finan­so­wego, który w isto­cie chro­nił i pod­trzy­my­wał. W rezul­ta­cie naj­więk­szym lichwia­rzem w całym kró­le­stwie był zatem sam król.
Mimo swych nie­wąt­pli­wych wad sys­tem ten był z pew­no­ścią dobrze zor­ga­ni­zo­wany. Dla spo­łecz­no­ści żydow­skiej usta­no­wiono oddzielny sąd lokalny i skar­bowy, a w wielu mia­stach powstały archiwa, w któ­rych prze­cho­wy­wano ofi­cjalne reje­stry wszel­kich trans­ak­cji pożycz­ko­wych. Doku­menty te, zwane chi­ro­gra­fami, trzy­mano w „arkach”, czyli wiel­kich skrzy­niach prze­zna­czo­nych do tego celu. Jed­nym z takich miast było Wil­ton, sły­nące ze zna­mie­ni­tej spo­łecz­no­ści żydow­skiej, zaś Aaron nale­żał do jej naj­bar­dziej powa­ża­nych człon­ków.
Minęło sto lat, odkąd jego rodzina zawi­tała w te strony, a on dobrze znał zarówno Gode­froia, jak i Shoc­kleya. Jego dzia­dek, w lep­szych cza­sach, zwykł toczyć dłu­gie i przy­ja­zne dys­puty z wiel­moż­nym Ranul­fem Gode­fro­iem, a ojciec wsparł nie­gdyś Edwarda Shoc­kleya nie­wielką pożyczką, gdy ten sta­wiał pierw­sze kroki w inte­re­sach w Nowym Salis­bury. Natu­ralną więc rze­czy koleją to u niego obie rodziny szu­kały teraz pomocy przy tym nowym, znacz­nie ambit­niej­szym przed­się­wzię­ciu.
Aaron zwró­cił się następ­nie do Shoc­kleya:
– Mam jedno pyta­nie – rzekł poważ­nym tonem. – Masz już w mie­ście gospo­dar­stwo i tka­czy. Kto zatem będzie nad­zo­ro­wał na co dzień ten nowy zakład?
Edward wska­zał na Petera.
– Mój syn.
Nie­bie­skie oczy Aarona spo­częły na Pete­rze Shoc­kleyu. Lubił tego mło­dzieńca, znał go od dziecka; był dość zrów­no­wa­żony, ale Aaron wyczu­wał w nim pewną impul­syw­ność, która nieco go nie­po­ko­iła.
– Dobrze. Ale on jest młody – powie­dział. – Musisz mieć na niego bacze­nie.
Ruszył w kie­runku swego konia.
Czy to moż­liwe, że zapo­mniał o naj­waż­niej­szym z warun­ków? Gode­froi i Shoc­kley spoj­rzeli po sobie.
– Aaro­nie. – Edward Shoc­kley zatrzy­mał go. – Nie powie­dzia­łeś… – zawa­hał się ner­wowo – na jaki pro­cent.
Żyd posłał mu uśmiech.
– Czyżby mi to umknęło? Cóż za nie­uwaga. Powiedzmy, że na zwy­kły?
Obaj męż­czyźni ode­tchnęli z wyraźną ulgą. Było lepiej, niż mogli się spo­dzie­wać.
W roz­kwi­ta­ją­cej gospo­darce XIII wieku, gdy płynny kapi­tał był wysoce pożą­dany, a jego zasoby wciąż pozo­sta­wały ogra­ni­czone, nawet zwy­kłe stopy pro­cen­towe osią­gały wygó­ro­wane war­to­ści. Zwy­cza­jowa stopa wyno­siła od jed­nego do dwóch pen­sów od funta na tydzień, co w skali rocz­nej dawało od dwu­dzie­stu jeden do czter­dzie­stu trzech pro­cent. Jed­nak wyso­kie tal­la­ges nało­żone na spo­łecz­ność pożycz­ko­daw­ców czę­sto powo­do­wały wzrost stóp pro­cen­to­wych, a cho­ciaż król ofi­cjal­nie ich zaka­zy­wał, stopy rzędu sześć­dzie­się­ciu czy osiem­dzie­się­ciu pro­cent nie nale­żały do rzad­ko­ści. Tak wysoki koszt kapi­tału nie doty­czył wyłącz­nie poży­czek zacią­ga­nych u Żydów. Chrze­ści­jań­scy kupcy z Cahors czę­sto wysta­wiali weksel na kwotę prze­wyż­sza­jącą war­tość pożyczki o połowę, z ter­mi­nem spłaty przy­pa­da­ją­cym na koniec bie­żą­cego roku – co w prak­tyce ozna­czało nali­cza­nie pięćdziesięciopro­cen­to­wych odse­tek za okres, który mógł wyno­sić zale­d­wie kilka mie­sięcy. Mimo to inte­resy kwi­tły, a zarówno wła­ści­ciele ziem­scy, jak i kupcy godzili się na te szo­ku­jące warunki. Aaron jed­nakże wspie­rał przed­się­wzię­cia Shoc­kleyów i Gode­fro­ich od wielu lat, a zwy­kła stawka, do któ­rej się odwo­ły­wał, wyno­siła sto­sun­kowo skromne dwa­dzie­ścia pięć pro­cent.
Cała grupka zaczęła się zbie­rać do odjazdu: Aaron i Gode­froi dosie­dli koni, a Shoc­kley z synem zajęli miej­sca w swoim wozie. Jako że wszy­scy mieli sprawy do zała­twie­nia w nowym mie­ście, więc ruszyli razem, nie­spiesz­nie, zie­loną doliną Avonu.
Po chwili Edward Shoc­kley zwró­cił się do syna cichym szep­tem:
– Zaczniemy budowę nie­zwłocz­nie. – A potem dodał, nie po raz pierw­szy: – Ten młyn przy­nie­sie nam for­tunę.
Peter ski­nął głową. Co za wspa­niałe przed­się­wzię­cie. To on będzie nim zarzą­dzał, a potem – potem z pew­no­ścią poślubi Ali­cię. Na tę myśl uśmiech­nął się pełen nadziei. Le Por­tier nie śmie odmó­wić mło­dzień­cowi z mły­nem.

* * *

Młyn, w który inwe­sto­wali Gode­froi i Shoc­kley­owie, nie miał nic wspól­nego z mie­le­niem zboża. Był to folusz do obróbki tka­nin – sym­bol ówcze­snej epoki.
Pro­ces wytwa­rza­nia tka­nin zmie­nił się od naj­daw­niej­szych cza­sów bar­dzo nie­wiele. Naj­pierw strzy­żono owce i zbie­rano wełnę; potem ją cze­sano, czyli dra­pano ostem, aby roz­pro­sto­wać i roz­luź­nić włókna, następ­nie zaś ją prano i suszono, żeby usu­nąć nad­miar tłusz­czu. Póź­niej surową wełnę przę­dzono – roz­cią­gano i skrę­cano w nić za pomocą wrze­ciona. Był to mozolny pro­ces wyko­ny­wany ręcz­nie, ponie­waż nie wyna­le­ziono jesz­cze koło­wrotka. Dopiero wów­czas można było przy­stą­pić do samego tka­nia.
Od dwóch tysięcy lat budowa kro­sien, na któ­rych wytwa­rzano tka­ninę, pozo­sta­wała nie­zwy­kle pro­sta: ich pod­stawę sta­no­wiła wysoka belka poprzeczna, na któ­rej zawie­szano i obcią­żano dłu­gie nici przę­dzy (osnowę), zaś krót­sze (wątek) prze­wle­kano pomię­dzy nimi i doci­skano bidłem. Ten pro­sty zabieg – prze­wle­ka­nie wątku zgod­nie ze sta­ran­nie zapro­jek­to­wa­nym wzo­rem – powta­rzano tysiąc­krot­nie i powoli, cen­ty­metr po cen­ty­metrze, na kro­snach poja­wiał się surowy mate­riał. Pro­ces ten trwał do chwili, kiedy koń­czyły się dłu­gie nici osnowy, co ozna­czało zakoń­cze­nie pracy nad daną poła­cią tka­niny.
Były to kro­sna pio­nowe. Jed­nak nie­dawno wpro­wa­dzono do użytku znacz­nie lep­sze urzą­dze­nie, w któ­rym osnowę moco­wano poziomo na ramie i nawi­jano na obra­ca­jący się wał, co pozwa­lało wytwa­rzać tka­ninę o nie­ogra­ni­czo­nej dłu­go­ści. Co wię­cej, teraz z łatwo­ścią można było wytwa­rzać ją w sze­ro­kich pasach, a to dzięki współ­pracy dwóch tka­czy sie­dzą­cych naprze­ciwko sie­bie po obu stro­nach kro­sien i prze­ka­zu­ją­cych sobie wątek. Były to podwójne kro­sna poziome, które zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wały rze­mio­sło tek­stylne w śre­dnio­wie­czu – i to wła­śnie takie urzą­dze­nia posia­dał Shoc­kley.
Jed­nak świeżo utkana tka­nina z kro­sien była jesz­cze nie­zdatna do użytku. Włókna wciąż były sto­sun­kowo luźne, a wełna zawie­rała brud i zanie­czysz­cze­nia. Kolej­nym istot­nym eta­pem było folo­wa­nie: pro­ces ten pole­gał na dep­ta­niu suro­wego mate­riału w kadziach wypeł­nio­nych wodą z dodat­kiem deter­gentu, któ­rym zazwy­czaj była sfer­men­to­wana uryna. Folusz­nicy, dep­cząc tka­ninę w kadziach, z któ­rych uno­siła się ostra woń amo­niaku, spra­wiali, że mate­riał się kur­czył i zagęsz­czał, a wszel­kie pozo­stałe zabru­dze­nia roz­luź­niały się i oddzie­lały od włó­kien wełny. Po zakoń­cze­niu folo­wa­nia tka­ninę dokład­nie płu­kano, żeby usu­nąć draż­niący zapach, a następ­nie, gdy była jesz­cze wil­gotna, uno­szono jej wło­sie za pomocą ostu i równo przy­ci­nano noży­cami. Na koniec roz­wie­szano ją na roz­cią­gar­kach i zosta­wiano do wyschnię­cia.
Cały ten pro­ces był żmudny i cza­so­chłonny – czę­sto trwał nawet dwa­dzie­ścia godzin i prze­bie­gał w wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze – a wyma­gał też nie lada wysiłku. Im cięż­sza była tka­nina, tym inten­syw­niej trzeba ją było folo­wać. Na przy­kład w przy­padku gru­bego filcu mate­riał był tak mocno spil­śniany, że pier­wotny splot sta­wał się nie­wi­doczny.
To wła­śnie w tym okre­sie dzie­jów wyspy zaszły dwie inne istotne zmiany w han­dlu wełną. Pierw­szą był stop­niowy wzrost wytwór­stwa tka­nin. Z upły­wem dekad, mimo że więk­szość tka­nin na­dal spro­wa­dzano z Flan­drii i Włoch, wyroby angiel­skie rów­nież zaczęły zdo­by­wać coraz więk­sze uzna­nie. Dru­gim prze­ło­mem było wyna­le­zie­nie mecha­nicz­nego folu­szu.
I to wła­śnie moż­li­wo­ści tej ogrom­nej nowo­cze­snej machiny wzbu­dziły u Edwarda Shoc­kleya tak wielką eks­cy­ta­cję.
„Widzisz – obja­śniał Gode­fro­iowi – to działa tak samo jak młyn zbo­żowy: nurt rzeczny wpra­wia w ruch koło wodne, ale zamiast kamieni młyń­skich, są tu dwa ogromne drew­niane młoty na zapadce, które bez prze­rwy ude­rzają w tka­ninę. To urzą­dze­nie może zastą­pić i dzie­się­ciu folusz­ni­ków, a im cięż­szy mate­riał, tym ta machina jest sku­tecz­niej­sza”.
Folu­sze mecha­niczne zaczęły poja­wiać się w wielu miej­scach, zwłasz­cza w zachod­niej czę­ści wyspy. Choć czę­sto wzbu­dzały opór wśród miej­sco­wych folusz­ni­ków, oba­wia­ją­cych się, że staną się one kon­ku­ren­cją dla ich tra­dy­cyj­nych metod, oka­zały się znacz­nie efek­tyw­niej­szym spo­so­bem obróbki cięż­kich tka­nin. Wyglą­dem urzą­dze­nia te przy­po­mi­nały młyny zbo­żowe, a jedy­nymi róż­ni­cami, jakie dało się dostrzec, były odgłosy ryt­micz­nych ude­rzeń cięż­kich drew­nia­nych mło­tów i ostra woń amo­niaku. Biskup z Win­che­steru już wcze­śniej kazał wznieść taki folusz na tere­nie swo­jej pobli­skiej posia­dło­ści w Down­ton.
„Co roku wytwa­rza się wię­cej tka­nin – argu­men­to­wał Shoc­kley. – A jeśli będziemy mieć sprawny folusz, to zwięk­szony popyt przy­nie­sie nam wiel­kie korzy­ści”.
Do osią­gnię­cia celu potrze­bo­wał jedy­nie działki ziemi nad rzeką, w miej­scu, gdzie można by taki folusz łatwo posta­wić, oraz spon­sora posia­da­ją­cego wystar­cza­jące zasoby kapi­ta­łowe, żeby sfi­nan­so­wać tę budowę albo porę­czyć za potrzebne na nią środki. Oczy­wi­ście zwró­cił się w tej spra­wie do Gode­froia.
Na mocy zawar­tej umowy Gode­froi miał poży­czyć pie­nią­dze od Aarona i wybu­do­wać folusz na tere­nie nowego majątku, któ­rym jako wasal kró­lew­ski miał prawo zarzą­dzać według wła­snego uzna­nia, bez koniecz­no­ści uzy­ski­wa­nia zgody jakie­go­kol­wiek zwierzch­nika ziem­skiego. Shoc­kley zaś, jako przed­się­biorca, zobo­wią­zy­wał się do odda­wa­nia mu połowy docho­dów od przy­wo­żą­cych tka­niny spoza mająt­ków Gode­froia, a także cały dochód od wszyst­kich dzier­żaw­ców i chło­pów pańsz­czyź­nia­nych ryce­rza, któ­rzy – jako mu pod­le­gli – byliby obo­wią­zani do korzy­sta­nia wyłącz­nie z jego folu­szu. Zatem Gode­froi, zacią­ga­jąc pożyczkę pod zastaw swo­ich roz­le­głych wło­ści, w isto­cie zyskałby cenny atut dla swego majątku, zaś jego wasale i chłopi byliby zmu­szeni, pośred­nio, do pomna­ża­nia jego docho­dów. Było to typowe dla tam­tej epoki połą­cze­nie kapi­ta­li­zmu z feu­da­li­zmem.
Kon­struk­cja samego budynku nie była skom­pli­ko­wana, wyma­gała jed­nak solid­nej pracy mular­skiej i sto­lar­skiej.
– Kto zaj­mie się muro­wa­niem? – zapy­tał Aaron, jadący obok Gode­froia.
– Mamy mło­dzieńca z mojego majątku – odpo­wie­dział rycerz – który obec­nie pra­cuje w mie­ście. Z tego, co widzia­łem, zna się na swoim rze­mio­śle. Nazywa się Osmund.
Aaron ski­nął głową z uśmie­chem.
– Będzie tań­szy niż godny zaufa­nia mistrz mular­ski – zauwa­żył.
– Otóż to – przy­tak­nął Gode­froi.

* * *

Gdy pół godziny póź­niej Wil­liam atte Brigge ujrzał nad­jeż­dża­jący ulicą nie­wielki orszak zło­żony z Gode­froia, Aarona z Wil­ton i znie­na­wi­dzo­nych Shoc­kleyów, natych­miast poczuł instynk­towną nie­chęć. Kiedy tamci się zatrzy­mali, a Gode­froi odłą­czył się od grupki, by roz­mó­wić się z jakimś kup­cem, Wil­liam czym prę­dzej prze­ciął ulicę i zbli­żył się chył­kiem do Aarona. Żaden z męż­czyzn nie darzył dru­giego sym­pa­tią, lecz jako sąsie­dzi w Wil­ton obaj zacho­wy­wali wzglę­dem sie­bie chłodną uprzej­mość.
– Cóż nowego? – zagad­nął Wil­liam. – Gode­froi i Shoc­kley­owie dopra­szają się pie­nię­dzy? – Aaron nie odpo­wie­dział. – Wpa­dli w kło­poty? – rzu­cił z nadzieją.
– By­naj­mniej. To, jak sądzę, bar­dzo dobra inwe­sty­cja. – Pokrótce nakre­ślił plan budowy folu­szu. – Już wcze­śniej wspar­łem finan­sowo dwa inne młyny na zacho­dzie – dodał spo­koj­nie.
Twarz Wil­liama się zachmu­rzyła. Bły­ska­wicz­nie połą­czył fakty. Kro­sno żony i jego owce, źró­dło tych lichych tka­nin, które sprze­da­wał, znaj­do­wały się na zie­miach Gode­froia, a to mogło zna­czyć tylko jedno. Jego podej­rze­nia potwier­dziły się chwilę póź­niej, gdy wyrósł za nim koń w zdo­bio­nym ema­lią rynsz­tunku, a sie­dzący w sio­dle rycerz Gode­froi spoj­rzał na kupca z nie­ta­joną pogardą.
– Czy rodzina two­jej żony nie trudni się tkac­twem na moich zie­miach? – zapy­tał oschle.
Wil­liam ski­nął głową.
– Dobrze. Wkrótce będą folo­wać te tka­niny w moim folu­szu. – Trą­cił boki konia, który ruszył naprzód, a wóz z Shoc­kley­ami poto­czył się za nim. Wil­liam usły­szał śmiech, ale nie wie­dział czyj. I nie pod­niósł wzroku, żeby to spraw­dzić.
Zatem tka­nina, którą do tej pory tanio folo­wał w Wil­ton, tka­nina z wełny jego wła­snych owiec, teraz będzie tra­fiała do folu­szu pro­wa­dzo­nego przez tych prze­klę­tych Shoc­kleyów. A on będzie musiał pła­cić im i Gode­fro­iowi za dopro­wa­dze­nie go do ruiny. I nie mógł nic, abso­lut­nie nic na to pora­dzić.
W pory­wie furii chwy­cił swój wózek i pocią­gnął go za sobą, lecz z każ­dym kro­kiem nagro­ma­dzone przez cały dzień upo­ko­rze­nia coraz bar­dziej w nim nabrzmie­wały, aż nie mógł dłu­żej tego znieść. Nagle się zatrzy­mał.
– Do dia­bła z bisku­pem i jego mostem! Do dia­bła z tym kon­tro­le­rem! Do dia­bła z tym Żydem i Shoc­kley­ami! – ryk­nął. Chwy­cił bele wadli­wego sukna i cisnął je na zaku­rzoną drogę, a potem odwró­cił się i nie zwa­ża­jąc na bez­li­to­sny skwar, ruszył w stronę Wil­ton.

* * *

Ponie­waż Aaron zatrzy­mał się na chwilę na rynku, to Gode­froi i dwóch Shoc­kleyów jako pierwsi sta­nęli twa­rzą w twarz z kano­ni­kiem. A ponie­waż rycerz nie wie­dział nic o tym, co zaszło tego ranka mię­dzy Por­te­hor­sem a Osmun­dem, nie prze­czu­wał niczego złego, kiedy ścią­gnąw­szy wodze swo­jego konia, ski­nął na chłopca, naka­zu­jąc mu podejść.
Nim jed­nak Osmund zdą­żył pod­nieść się z rowu, w któ­rym klę­czał, ksiądz zde­cy­do­wa­nym gestem ode­pchnął go na bok i ruszył gniew­nie w stronę ryce­rza.
– Czego chcesz od tego mło­dzieńca?
Gode­froi zmie­rzył go spo­koj­nym wzro­kiem z wyżyn swego wierz­chowca.
– Pra­gnę zamie­nić z nim słowo. To mój pod­dany.
– Jest zajęty.
Gode­froi uprzej­mie skło­nił głowę.
– Zabiorę mu tylko chwilę, kano­niku Por­te­hors.
Ale Por­te­hors ani myślał ustą­pić.
– Jeśli twoim zamia­rem jest odwieść go od pracy, którą wyko­nuje tutaj, to sta­now­czo zabra­niam.
Gode­froi zesztyw­niał. Ksiądz nie miał żad­nej wła­dzy nad tym chłop­cem, nato­miast on, jako feu­dalny pan Osmunda, miał pełne prawo decy­do­wać o jego losie.
– Był­bym zobo­wią­zany, gdy­byś się nie mie­szał – rzu­cił ostro.
Por­te­hors ani drgnął. Rycerz, igno­ru­jąc go więc, zwró­cił się bez­po­śred­nio do Osmunda.
– Jutro roz­pocz­niesz pracę przy folu­szu – rzekł uprzej­mie. – Staw się o świ­cie.
Gode­froi już miał się odwró­cić i odejść.
Nie zamie­rzał wda­wać się w dys­puty z Por­te­hor­sem i uwa­żał, że sprawa jest zakoń­czona.
Jed­nak kano­nik widział to ina­czej.
– On pra­cuje na chwałę Kościoła – oznaj­mił z naci­skiem.
Ani ryce­rzowi, ani kano­ni­kowi, rzecz jasna, nawet w gło­wie nie postało, żeby o roz­strzy­gnię­cie tej sprawy zwró­cić się do samego chłopca, choć teo­re­tycz­nie Osmund miał prawo decy­do­wać, jak spo­żyt­ko­wać dni, w któ­rych nie był zobo­wią­zany do pracy na rzecz swego feu­dal­nego pana. Dla Por­te­horsa sprawa była zbyt istotna, by brać pod uwagę życze­nia Osmunda, gdyż teraz w grę wcho­dziła kwe­stia zasad.
Jed­nak na ostat­nią uwagę kano­nika Gode­froi zmarsz­czył brwi ze zdzi­wie­niem.
– Ależ on kopie uliczne rowy. – Wska­zał na nie­do­koń­czony kanał wodny.
Por­te­hors wahał się tylko przez chwilę.
– Jutro zaczyna pracę przy kate­drze. – Zde­cy­do­wany posta­wić na swoim, kano­nik wła­śnie odmie­nił los Osmunda.
Gode­froi był w roz­terce. Choć miał pełne prawo korzy­stać ze służby chłopca, w zwy­kłych oko­licz­no­ściach nie powa­żyłby się pozba­wić kate­dry jed­nego z jej robot­ni­ków. Czuł jed­nak, że Por­te­hors nagina fakty, i ziry­to­wała go ta próba mani­pu­la­cji.
– Będzie pra­co­wał dla mnie – oświad­czył sta­now­czo.
Jed­nak Por­te­hors, teraz już roz­sier­dzony, uparł się przy swoim. Zmarsz­czył brwi i się zje­żył.
– Nie znie­wa­żaj Kościoła Bożego! – zawo­łał. – Albo pójdę do biskupa, a on zwróci się do samego króla!
– To nie­do­rzeczne – stwier­dził roz­sąd­nie rycerz, ale w jego oczach nagle poja­wiła się czuj­ność. Por­te­hors ją dostrzegł i już nie ustą­pił.
Choć cała ta sytu­acja zakra­wała na absurd, Gode­froi słusz­nie zacho­wał ostroż­ność: kano­nik Por­te­hors i jego Kościół mogli być nie­bez­pieczni.
Było po temu kilka powo­dów: jed­nym z nich był król Hen­ryk III. Odkąd przed dwu­dzie­stoma laty zasiadł na tro­nie jako chło­piec, pobożny Hen­ryk świa­do­mie wzo­ro­wał się na ostat­nim królu sta­rej saskiej dyna­stii, Świę­tym Edwar­dzie Wyznawcy. Jego zami­ło­wa­nie do cere­mo­nii i budowy kościo­łów spra­wiało, że czę­sto wyru­szał ze swej rezy­den­cji myśliw­skiej w pobli­skim lesie Cla­ren­don, aby nad­zo­ro­wać postępy przy wzno­sze­niu nowej kate­dry, i łatwo wpa­dał w gniew, kiedy ktoś pró­bo­wał prze­szko­dzić w reali­za­cji tego przed­się­wzię­cia.
Nie cho­dziło jed­nak wyłącz­nie o kró­lew­ską reli­gij­ność. Poli­tyczna walka o domi­na­cję mię­dzy Kościo­łem a pań­stwem trwała już od dawna. Zaczęła się, kiedy Wil­helm II Rudy pokłó­cił się ze świę­tym arcy­bi­sku­pem Anzel­mem, a jej punk­tem kul­mi­na­cyj­nym stał się kon­flikt, który poróż­nił Hen­ryka II z nie­ustę­pli­wym Toma­szem Bec­ke­tem, a w rezul­ta­cie dopro­wa­dził do zamor­do­wa­nia tego arcy­bi­skupa przed ołta­rzem kate­dry w Can­ter­bury.
Jedno poko­le­nie póź­niej spór wybuchł ponow­nie – pod pew­nymi wzglę­dami jesz­cze poważ­niej­szy – kiedy król Jan odmó­wił uzna­nia papie­skiej nomi­na­cji Ste­phena Lang­tona na arcy­bi­skupa, a w odpo­wie­dzi Papież Inno­centy III nało­żył na całe kró­le­stwo inter­dykt. Przez sześć dłu­gich lat wszyst­kie nabo­żeń­stwa, nawet chrze­ści­jań­skie pochówki, były wzbro­nione, co dla bogo­boj­nych ludzi, takich jak Gode­froi, było nie do znie­sie­nia.
W odwe­cie Jan skon­fi­sko­wał dobra kościelne i przy­własz­czył sobie pły­nące z nich dochody, a wów­czas Inno­centy obło­żył go eks­ko­mu­niką, zwal­nia­jąc tym samym wszyst­kich jego wasali ze zło­żo­nych kró­lowi przy­siąg wier­no­ści. Posu­nął się nawet do gróźb detro­ni­za­cji władcy. Inno­centy był bowiem czło­wie­kiem, któ­rego nie można było lek­ce­wa­żyć. Wresz­cie, w obli­czu widma fran­cu­skiej inwa­zji z bło­go­sła­wień­stwem papieża, Jan posta­no­wił się ugiąć – zrzekł się kró­le­stwa na rzecz papieża, a następ­nie odzy­skał je jako jego wasal. Kościół trium­fo­wał: nowy arcy­bi­skup objął urząd, a pry­mat Kościoła nawet nad koro­no­wa­nymi gło­wami wyda­wał się ugrun­to­wany. Takiej wła­dzy nie nale­żało lek­ce­wa­żyć i Gode­froi miał wszel­kie powody, żeby się jej oba­wiać.
Zwy­cię­stwo poli­tyczne miało cha­rak­ter for­malny. Znacz­nie waż­niej­szy dla każ­dego miesz­kańca Anglii był fakt, że Kościół i pań­stwo nie mogą bez sie­bie ist­nieć: król potrze­bo­wał moral­nego auto­ry­tetu Kościoła, a Kościół, posia­da­jący roz­le­głe zie­mie, potrze­bo­wał ochrony ze strony króla i ludzi świec­kich. W Anglii po inter­dyk­cie zro­dził się nowy duch współ­pracy, który przy­niósł pań­stwu wiel­kie korzy­ści. Gdy kata­stro­falne rządy króla Jana w końcu dopro­wa­dziły do buntu wielu jego baro­nów i do spi­sa­nia Wiel­kiej Karty Swo­bód, to wła­śnie Ste­phen Lang­ton, arcy­bi­skup, któ­rego nomi­na­cji Jan się sprze­ci­wiał, dora­dzał baro­nom umiar­ko­wa­nie i to on osta­tecz­nie spo­rzą­dził akt zawie­ra­jący zapisy tak roz­tropne i dale­ko­wzroczne, a przy tym chro­niące nawet pro­stych ludzi, że przez wiele poko­leń zarówno kró­lo­wie, jak i magnaci kie­ro­wali się zawartą w nim mądro­ścią. Odtąd to Kościół wspie­rał w rów­nym stop­niu kró­lów i lud Anglii prze­ciwko żąd­nym wła­dzy feu­da­łom, a jego auto­ry­tet moralny sku­tecz­nie zapo­bie­gał powro­towi do cha­osu rzą­dów Ste­fana.
Nie byłoby to moż­liwe, gdyby sami biskupi nie byli zna­czą­cymi dostoj­ni­kami albo bra­ko­wa­łoby im przy­chyl­no­ści wobec pań­stwa. Cza­sem ich kan­dy­da­tury wysu­wał Kościół angiel­ski lub papież, a cza­sem byli to słu­dzy kró­lew­scy, nie­mniej obec­nie na wyspie zapa­no­wała era prak­tycz­nego kom­pro­misu. Zwierzch­nicy Kościoła byli zazwy­czaj wyła­niani na dro­dze wza­jem­nego poro­zu­mie­nia, a spory mię­dzy Kościo­łem i wła­dzami świec­kimi roz­strzy­gano w sądach. W prze­ci­wień­stwie do burz­li­wych cza­sów, w któ­rych biskup Roger wzno­sił swoje warowne zamki, biskupi Salis­bury w ostat­nich poko­le­niach jawili się jako mężo­wie godni i wybitni, stąd też ludzie pokroju Gode­froia darzyli obec­nego biskupa Bin­ghama wiel­kim sza­cun­kiem. Salis­bury, w któ­rym dostojna kate­dra sąsia­do­wała z gwar­nym mia­stem tar­go­wym, odzwier­cie­dlało ducha współ­pracy nowej epoki.
Dla­tego kiedy kano­nik odwo­łał się do auto­ry­tetu Kościoła, rycerz zawa­hał się powo­do­wany nie tylko ostroż­no­ścią, lecz także szczerą estymą.
Mimo to na­dal nie zamie­rzał ustą­pić.
Tym­cza­sem zebrała się grupka cie­kaw­skich.
Ze swego miej­sca przy rowie Osmund spo­glą­dał na obu męż­czyzn i nie potra­fił zde­cy­do­wać, któ­remu z nich życzyć zwy­cię­stwa.
Nagle zauwa­żył ledwo widoczne drgnie­nie brwi kano­nika – znał ten ruch aż nazbyt dobrze. Ozna­czał on, że szy­kuje się nowy atak, i to z innej flanki. Patrzył na to jak urze­czony.
Por­te­hors nie był bowiem jedy­nie suro­wym służ­bi­stą. Uosa­biał nową, dyna­miczną i wpły­wową siłę.
W ostat­nich latach w Kościele angiel­skim naro­dził się nowy nurt, któ­rego przy­wódcą był wyma­ga­jący i uczony Gros­se­te­ste, biskup Lin­coln. Jego zwo­len­nicy przy­po­mi­nali swoim współ­bra­ciom, że pod­sta­wo­wym obo­wiąz­kiem Kościoła jest tro­ska o zba­wie­nie dusz i że nic nie może zakłó­cać wypeł­nia­nia tej misji. Zada­niem bisku­pów i archi­dia­ko­nów było czu­wa­nie nad sta­nem moral­nym i ducho­wym nie tylko każ­dego księ­dza w die­ce­zji, lecz także osób świec­kich.
„Nie jestem prze­ciwny gło­szo­nym przez Gros­se­te­ste’a ideom – wyznał Gode­froi siwo­wło­semu Bin­gha­mowi. – Rzecz w tym, że on roz­zu­chwala duchow­nych o cia­snych umy­słach, któ­rzy stają się przez to ist­nym utra­pie­niem”.
Ta pury­tań­ska frak­cja sta­rego Kościoła rzym­skiego rze­czy­wi­ście mogła draż­nić życz­li­wie uspo­so­bio­nych świec­kich, takich jak rycerz. Jed­nak w odpo­wie­dzi Bin­gham tylko uśmiech­nął się łagod­nie. Zbyt dobrze znał życie, by opo­wia­dać się po któ­rej­kol­wiek ze stron w spo­rach o reformy.
Nie­mniej do grona naj­bar­dziej ogra­ni­czo­nych i dogma­tycz­nych duchow­nych obaj męż­czyźni nie­wąt­pli­wie zali­czy­liby wła­śnie Por­te­horsa.
Bowiem w poję­ciu kano­nika, skoro Chry­stus przy­szedł na zie­mię przy­nieść miecz, reli­gia miała stać się narzę­dziem ostrym jak nóż.
Wpa­tru­jąc się teraz w ryce­rza przed sobą, poczuł, że może zwy­cię­żyć, i prze­nik­nął go dreszcz eks­cy­ta­cji. Szcze­gó­łowo zapo­znał się z kon­sty­tu­cjami Gros­se­te­ste’a i wie­dział, co musi zro­bić. Wska­zu­jąc pal­cem naj­pierw na Gode­froia, a następ­nie na dwóch Shoc­kleyów, zawo­łał nagle:
– Grzech pychy, Joce­li­nie de Gode­froi! Widzę go w tobie. A ty, Edwar­dzie Shoc­kleyu: w twej duszy zagnieź­dziła się chci­wość! – Umilkł na chwilę, po czym skie­ro­wał wzrok na Petera Shoc­kleya. – Pożą­dli­wość! – wykrzyk­nął z trium­fem. – Widzę grzech pożą­dli­wo­ści!
– Każdy osiem­na­sto­letni mło­dzian jest pełen pożą­dli­wo­ści – mruk­nął Gode­froi z iry­ta­cją.
Ale Por­te­hors już pło­nął ogniem moral­nego obu­rze­nia:
– Odpraw­cie pokutę za swoje grze­chy – naka­zał kate­go­rycz­nie. – I nie waż­cie się zakłó­cać dzieła Bożego swymi kno­wa­niami.
Zapa­dła nie­zręczna cisza. Tłum gęst­niał. Gode­froi się zawa­hał. Shoc­kley­owie patrzyli z nie­po­ko­jem, a Osmund wstrzy­mał oddech.
I wła­śnie w tym momen­cie, zupeł­nie nie­świa­dom roz­gry­wa­ją­cego się dra­matu, zza rogu wyło­nił się Aaron. Pod­je­chał spo­koj­nie do Gode­froia, ukło­nił się uprzej­mie Por­te­hor­sowi, a spoj­rzaw­szy na Osmunda, zwró­cił się z uśmie­chem do ryce­rza:
– Czy to ten mło­dzie­niec zbu­duje nam folusz?
Wtedy kano­nik Ste­phen Por­te­hors, gor­liwy straż­nik dys­cy­pliny i moral­no­ści, ujrzał ohydę zepsu­cia w całej oka­za­ło­ści i wzdry­gnął się jak użą­dlony.
– Lichwiarz! – wrza­snął na Aarona. W jego oczach nie było hanieb­niej­szej zbrodni. – Nędzni grzesz­nicy. – Wska­zy­wał na nich, wście­kle wyma­chu­jąc dłu­gim pal­cem.
Aaron zmie­rzył go chłod­nym spoj­rze­niem. Jawna znie­waga nie wytrą­ciła go z rów­no­wagi, choć w jego oczach bły­snęła iry­ta­cja, któ­rej nie zdo­łał cał­ko­wi­cie ukryć. Nie umknęło to uwa­dze bystro­okiego księ­dza, który uznał, że może bez skrę­po­wa­nia obra­żać go dalej. Zwró­cił się do tłumu.
– Zobacz­cie, jak bez­bożni Żydzi pró­bują zawłasz­czyć naszą pracę i znisz­czyć dzieło Boże!
Aaron z Wil­ton miał pewną wadę, przed którą ostrze­gał go ojciec. „Ni­gdy nie dys­ku­tuj z głup­cem, Aaro­nie – upo­mi­nał go. – Tylko wtedy wygrasz”. Bowiem choć Aaron był czło­wie­kiem życz­li­wym i łagod­nym wobec swo­jej rodziny, a także nie­zwy­kle uczci­wym w inte­re­sach z ludźmi pokroju Gode­froia i Shoc­kleya, to jed­nak miał w sobie pewną inte­lek­tu­alną wynio­słość, która spra­wiała, że w kon­fron­ta­cji z głup­cem robił się opry­skliwy.
Dosko­nale rozu­miał, jak ważną sprawą dla wyspy jest lokata kapi­tału, a że z łatwo­ścią przej­rzał cia­snotę umy­słową kano­nika, nie potra­fił się oprzeć, by nie obna­żyć jego głu­poty.
– A jed­nak spo­łecz­ność żydow­ska w Yorku, zanim została wymor­do­wana – zauwa­żył oschle – wyko­nała dzieło Boże. Sfi­nan­so­wała budowę dzie­wię­ciu klasz­to­rów cyster­skich.
Była to prawda. Wiel­kie klasz­tory na pół­nocy, trud­niące się hodowlą owiec, zawarły nie­gdyś pokaźne i opła­calne trans­ak­cje z Żydami, dzięki czemu sfi­nan­so­wano wznie­sie­nie tych impo­nu­ją­cych budowli. Ale w więk­szo­ści inte­resy te pro­wa­dzono dwa poko­le­nia wstecz, kiedy sto­sunki były lep­sze.
Por­te­hors obrzu­cił go wście­kłym spoj­rze­niem.
– Kościół nie potrze­buje już waszych pie­nię­dzy – odpa­ro­wał.
– A mimo to na czwar­tym sobo­rze late­rań­skim w Rzy­mie – cią­gnął chłodno Aaron – zażą­dano od nas pła­ce­nia dzie­się­ciny na Kościół.
– Czego odmó­wi­li­ście – prych­nął Por­te­hors w odpo­wie­dzi.
Jego nie­kon­se­kwen­cja wywo­łała ponury uśmiech na twa­rzy Aarona.
– Prawda, nasz wkład był aż nadto hojny – odparł cicho. Dopiął swego i miał zamiar się odda­lić, ale Por­te­hors, nie­świa­domy, że wła­śnie prze­grywa, pie­klił się dalej.
– Waszym jedy­nym celem jest przej­mo­wa­nie ziemi chrze­ści­jan jako zabez­pie­cze­nia – rzu­cił oskar­że­niem.
Aaron zatrzy­mał konia. Jak łatwo było zde­ma­sko­wać głu­potę Por­te­horsa.
– Zie­mię? Ależ skąd – odparł bez­na­mięt­nie. – Biskup Ely, jak zapewne pamię­tasz, chciał oddać reli­kwie świę­tych w zastaw za pożyczkę.
To rów­nież było fak­tem. Bra­ta­nek nik­czem­nego biskupa Rogera zro­bił to w poprzed­nim stu­le­ciu, wzbu­dza­jąc wiel­kie zgor­sze­nie wśród człon­ków Kościoła i lek­kie roz­ba­wie­nie wśród spo­łecz­no­ści żydow­skiej.
Kano­nik poczer­wie­niał z gniewu. Dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że Gode­froi i Shoc­kley­owie obser­wują jego upo­ko­rze­nie z mil­czącą satys­fak­cją.
– Król wkrótce się z tobą roz­prawi.
Nie była to groźba cał­kiem bez­pod­stawna. Hen­ryk miał ambi­wa­lentny sto­su­nek do Żydów. Przed czte­rema laty zezwo­lił na cere­mo­nialne spa­le­nie Tal­mudu, a czę­sto odda­wał żydow­ski sąd skar­bowy w ręce swo­ich bez­względ­nych zagra­nicz­nych pro­te­go­wa­nych, któ­rym pozwa­lał bez­kar­nie ogra­biać spo­łecz­ność. Jed­nak jego eks­tra­wa­ganc­kie pro­jekty budow­lane i skom­pli­ko­wane sprawy zagra­niczne spra­wiały, że nie­ustan­nie bra­ko­wało mu pie­nię­dzy i wciąż potrze­bo­wał tego źró­dła fun­du­szy.
– W zeszłym roku w West­min­ste­rze król przy­jął nasze złoto wła­snymi rękoma. – Gdy w cza­sie cere­mo­nii monar­cha fak­tycz­nie przy­jął złoto oso­bi­ście, wywo­łało to pewne zdzi­wie­nie, ale Hen­ryk wyda­wał się zachwy­cony.
– To nie moja sprawa – Por­te­hors zmie­nił podej­ście. – Mnie inte­re­suje tylko budowa Domu Bożego.
Aaron ski­nął głową.
– Tak jak i nas, kano­niku Por­te­hors. Bowiem w tej wła­śnie chwili król zabiega o zna­czącą pożyczkę od spo­łecz­no­ści żydow­skiej na odbu­dowę swo­jego kościoła – Opac­twa West­min­ster­skiego.
Por­te­hors onie­miał. Nic o tym nie wie­dział. Jed­nak odbu­dowa wspa­nia­łej świą­tyni Edwarda Wyznawcy fak­tycz­nie została po czę­ści sfi­nan­so­wana żydow­ską pożyczką w 1245 roku. Poko­nany kano­nik spoj­rzał z odrazą na Aarona, a potem, nie znaj­du­jąc już gor­szych słów, rzu­cił naj­do­tkliw­szą ze zna­nych mu obelg.
– Cóż ty możesz wie­dzieć, skoro Żydzi są krzy­żow­ni­kami dzieci?
Spo­śród wszyst­kich kalum­nii wysu­wa­nych prze­ciwko Żydom, here­ty­kom i innym rze­ko­mym wro­gom Kościoła jedna z naj­po­twor­niej­szych, ale i naj­czę­ściej uzna­wa­nych za prawdę, doty­czyła mordu rytu­al­nego. Oskar­że­nia te zaczęły się przed stu laty, gdy w Nor­wich zna­le­ziono dzie­cięce zwłoki noszące jakoby ślady po ukrzy­żo­wa­niu. Grupa fana­tycz­nych duchow­nych natych­miast oskar­żyła miej­sco­wych Żydów o upra­wia­nie nekro­man­cji i rytu­alne mor­do­wa­nie dzieci. Ten absur­dalny zarzut poja­wiał się od tam­tej pory wie­lo­krot­nie, szcze­gól­nie gdy zawsty­dzeni dłuż­nicy szu­kali spo­sobu na zaata­ko­wa­nie wie­rzy­cieli, któ­rych obwi­niali o swoją sytu­ację.
Na tę obu­rza­jącą znie­wagę nie ist­niała żadna roz­sądna odpo­wiedź. Z wyma­lo­wa­nym na twa­rzy nie­sma­kiem Aaron zawró­cił konia i odje­chał. Por­te­hors odpro­wa­dzał go wzro­kiem, a w jego spoj­rze­niu bły­snął cień triumfu. Może i prze­grał spór, ale prze­go­nił Żyda. Odzy­skaw­szy poczu­cie zwy­cię­stwa, a wraz z nim spo­kój i powagę, skie­ro­wał wzrok na Gode­froia i Edwarda Shoc­kleya.
– Jeśli odsu­nie­cie tego mło­dzieńca od dzieła Bożego – zagro­ził cichym gło­sem – aby bra­tał się z tymi, któ­rzy ukrzy­żo­wali naszego Pana, nara­zi­cie się na eks­ko­mu­nikę.
Zapewne nie byłby w sta­nie speł­nić tej groźby, nie miał po temu żad­nych pod­staw praw­nych. Widząc jed­nak, że kano­nik zamie­rza wal­czyć do upa­dłego, i nie chcąc wda­wać się w spory z wła­dzami Kościoła, Gode­froi dał za wygraną. W końcu było wielu innych kamie­nia­rzy.

– Jak sobie życzysz. – Wzru­szył ramio­nami i ski­nąw­szy na poże­gna­nie Shoc­kleyom, odda­lił się.

* * *

I tak oto w roku Pań­skim 1244 Osmund Mularz został oca­lony przez kano­nika Por­te­horsa od dwóch grze­chów śmier­tel­nych – chci­wo­ści oraz leni­stwa – i prze­nie­siony, za stawkę jed­nego i ćwierć pensa dzien­nie, do pracy przy nowej Kate­drze Naj­święt­szej Marii Panny w Nowym Salis­bury.

* * *

Tego popo­łu­dnia, gdy Peter Shoc­kley prze­cha­dzał się z Ali­cią Le Por­tier po mie­ście, podzie­lił się z nią dobrą nowiną o folu­szu.
Odgar­nął jasne włosy z czoła i z bły­skiem w nie­bie­skich oczach oznaj­mił z dumą:
– Mamy młyn, a ojciec mówi, że to ja mam nim zarzą­dzać.
Był ambitny. Wie­działa o tym. Ta pro­sta, entu­zja­styczna ambi­cja pocią­gała ją w nim już od dzie­ciń­stwa. Szli obok sie­bie, a ich roz­mowa toczyła się zna­jo­mym, nie­mniej miłym ryt­mem.
– Mam nadzieję, że podo­łasz. – Nie mogła się oprzeć, żeby choć tro­chę nie przy­ga­sić jego entu­zja­zmu. Lubiła patrzeć, jak odzy­skuje rezon.
Zaru­mie­nił się.
– Oczy­wi­ście, że tak. A to dopiero począ­tek.
Spu­ściła wzrok, nie chcąc, aby zoba­czył jej pełen zado­wo­le­nia uśmiech.
– Może sobie pora­dzisz – bąk­nęła, niby w to wąt­piąc.
– Pora­dzę! – Opo­wie­dział jej ze szcze­gó­łami o mły­nie folusz­ni­czym, wyja­śnił, jak cięż­kie drewno spro­wa­dza się z posia­dło­ści Gode­froia, by wyko­nać ogromne młoty, mecha­nizm obro­towy z kołami zęba­tymi i zapad­kami oraz wiel­kie koło wodne. – Będzie jak młyn w Down­ton – oświad­czył – ale ja popro­wa­dzę go jesz­cze lepiej.
Na chwilę pod­nio­sła na niego wzrok.
– Nie mia­ła­bym o tobie dobrego zda­nia, gdyby było ina­czej – rze­kła z wyzwa­niem w gło­sie.
Znał ją od zawsze, więc jak to moż­liwe, że kilka jej słów wciąż wystar­czyło, by wzbu­dzić w nim taki dreszcz eks­cy­ta­cji? Dowie­dzie swo­jej war­to­ści, a potem, za rok lub dwa, gdy folusz zacznie pro­spe­ro­wać, poślubi ją. Ta wizja sta­no­wiła jeden z sekret­nych, lecz nie­zmien­nych punk­tów jego pla­nów na przy­szłość, i to nie­mal odkąd się­gał pamię­cią. Teraz, gdy sta­wała się coraz bar­dziej realna, czuł cie­pło i rado­sne ocze­ki­wa­nie. „Za rok popro­szę jej ojca o zgodę”, obie­cał sobie.
Ali­cia była drobna i zgrabna, miała piegi i ruda­wo­brą­zowe włosy, które nosiła ścięte krótko, jak u chłopca. Poru­szała się szybko i zwin­nie: gdy ści­gali się w dzie­ciń­stwie, Peter potra­fił ją wyprze­dzić, ale ni­gdy nie zosta­wała daleko w tyle, a kiedy dzieci z oko­licy kąpały się w sze­ro­kich sadzaw­kach opo­dal Wil­ton, ona pły­wała jak ryba i nawet chłopcy nie potra­fili jej dogo­nić. Jej jedyny brat Wal­ter był od niej dużo star­szy, więc zajęła jego miej­sce, sta­jąc się niczym drugi syn dla ojca, któ­rego natu­ralny auto­ry­tet podzi­wiała. „Nie jestem chłop­cem – powie­działa Pete­rowi, gdy miała sie­dem lat – ale w niczym od chłop­ców nie jestem gor­sza”.
Jakże odle­głe wyda­wały się tamte czasy. Obec­nie Wal­ter był powa­ża­nym urzęd­ni­kiem kró­lew­skim w Win­che­ste­rze, gdzie dzięki wpły­wom ojca otrzy­mał posadę kon­tro­lera jako­ści tka­nin, a przez ostat­nie dwa lata Ali­cia doro­sła i doj­rzała, tak że teraz u boku Petera szła już nie jego dawna uko­chana z dzie­ciń­stwa, lecz nowa, tylko czę­ściowo mu znana młoda kobieta, owiana aurą tajem­nicy i eks­cy­ta­cji, która spra­wiała, że cza­sem drżał na samą myśl o niej.
Nade wszystko kochał jej oczy. Były jedyne w swoim rodzaju. W jed­nej chwili zda­wały się piwne, usiane plam­kami zie­leni i błę­kitu wokół tęczó­wek, a już w następ­nej, gdy zmie­niało się świa­tło, a może jej nastrój, sta­wały się zdu­mie­wa­jąco fioł­kowe. Odzie­dzi­czyła je po matce.
– Chodźmy na targ – zapro­po­no­wała.
Wielki, nie­re­gu­larny plac tęt­nił gwa­rem i życiem.
Po zachod­niej stro­nie wzno­sił się masywny, nowy kościół św. Toma­sza Bec­keta, który słu­żył za kościół para­fialny dla dziel­nicy kupiec­kiej. Jed­nak ponie­waż mia­sto roz­wi­jało się bar­dzo szybko, wkrótce mogła zajść potrzeba budowy kolej­nej świą­tyni. Obok kościoła mie­ścił się targ serowy. Naprze­ciwko, po stro­nie wschod­niej, znaj­do­wały się zagrody dla bydła. W samym cen­trum, jako sym­bol wła­dzy biskupa nad prze­stęp­cami, stały dyby. Od połu­dnia zaś, w kilku rzę­dach, roz­sta­wiono stra­gany.
Były tam kramy koło­dzie­jów, a obok nich cią­gnął się rząd butel­kowy, gdzie han­dlo­wano nie tylko butel­kami, ale też cera­miką i naczy­niami cyno­wymi. Był rząd rybny, rząd żela­zny, rząd kucha­rzy i rząd szew­ców – w tym ostat­nim pra­co­wi­cie szyli i stu­ko­tali za swo­imi sto­łami ci, któ­rzy wytwa­rzali nowe buty, i ci, któ­rzy napra­wiali stare. Swoje sto­iska mieli rzeź­nicy, pie­ka­rze, han­dla­rze tka­nin, krawcy, srebr­nicy, cie­śle, ryma­rze, mie­chow­nicy, ręka­wicz­nicy, kape­lusz­nicy, sprze­dawcy przę­dzy, kró­li­ków, przy­praw, warzyw, czosnku i dro­biu. Byli też bed­na­rze z uło­żo­nymi w stosy becz­kami, sprze­dawcy węgla, soli i mąki owsia­nej oraz hodowcy trzody chlew­nej, zaś w połu­dniowo-wschod­nim rogu, przy krzyżu, swoje miej­sce mieli bar­dzo ważni kupcy – sukien­nicy. Rynek kipiał ener­gią i mie­nił się barwną mozaiką rze­mieśl­ni­czych pro­fe­sji, które two­rzyły esen­cję śre­dnio­wiecz­nego świata i które w postaci nazwisk takich jak Car­ter/Woź­nica, Cooper/Bed­narz, But­cher/Rzeź­nik czy Tailor/Kra­wiec przy­lgnęły wów­czas do wielu ludzi.
Spę­dzili godzinę, prze­cha­dza­jąc się mię­dzy barw­nymi stra­ga­nami. Ludzie w tłu­mie prze­py­chali się nie­spiesz­nie, bez względu na to, czy byli kup­cami, czy chło­pami, han­dla­rzami z Wil­ton czy rol­ni­kami z oko­licz­nych wio­sek, boga­tymi księżmi, bied­nymi mni­chami czy też mula­rzami z pobli­skiej kate­dry. Tu i ówdzie można było dostrzec poważ­nych kano­ni­ków, któ­rych słu­żący sta­ran­nie wybie­rali sery, a zakon­nice z Wil­ton i spo­kojni paste­rze z pasto­ra­łami, maje­sta­tyczni niczym biskupi, stali ramię w ramię przy sto­iskach z przy­pra­wami, pod­czas gdy po ulicy za ich ple­cami har­co­wały urwisy. Każdy zaką­tek rynku wypeł­niały inne, bogate wonie, od deli­kat­nego aro­matu przy stra­ga­nach z serami aż po ostry, pyli­sty zapach tam, gdzie han­dlo­wano węglem.
W trak­cie prze­chadzki Peter dys­kret­nie odda­lił się na chwilę, żeby kupić coś, co wpa­dło mu w oko, zaś Ali­cia udała, że tego nie spo­strze­gła.
W końcu dotarli na pół­nocną stronę rynku i ruszyli ulicą wzdłuż kwar­tału Blue Boar.
Biskup zapro­jek­to­wał swoje mia­sto w postaci mniej wię­cej pro­sto­kąt­nych blo­ków, zwa­nych kwar­ta­łami, z któ­rych każdy podzie­lony został na stan­dar­dowe par­cele dzier­żawne. Były to działki sze­ro­kie na trzy pręty (około pięt­na­stu metrów), wycho­dzące na ulicę, i głę­bo­kie na sie­dem prę­tów. Najemcy pła­cili za nie roczny czynsz w wyso­ko­ści jed­nego szy­linga i mogli je zabu­do­wać wedle wła­snego uzna­nia. Więk­szość budo­wała domy ze skład­nicą albo warsz­ta­tem na pozio­mie ulicy, ale nie­któ­rzy – zamoż­niejsi – wzno­sili rezy­den­cje wyłącz­nie miesz­kalne. Na połu­dnie od rynku znaj­do­wał się kwar­tał New Street, na pół­noc zaś Blue Boar i kilka innych, wciąż nie­do­koń­czo­nych ze względu na stop­niowy roz­wój mia­sta.
Za kwar­ta­łem Blue Boar, przy ulicy bie­gną­cej na pół­noc, w kie­runku sta­rego zamku, ale przed bramą miej­ską, stał dom Le Por­tiera, kon­tro­lera tka­nin – wysoki, trzy­kon­dy­gna­cyjny budy­nek z drewna i tynku, o stro­mym, jed­no­spa­do­wym dachu kry­tym dachówką.
Ojca Ali­cii nie było w domu, zastali tylko jej matkę. Peter zauwa­żył, że gdy ją mijali, obrzu­ciła ich cie­kaw­skim, uważ­nym spoj­rze­niem. „Być może – pomy­ślał – zasta­na­wia się, kiedy zostanę jej zię­ciem”.
Widok matki Ali­cii spra­wił mu przy­jem­ność. Prócz tego, że miała nie­zwy­kłe fioł­kowe oczy, nale­żała do grona kobiet wyróż­nia­ją­cych się nie tyle kla­sycz­nym pięk­nem, ile har­mo­nią, dzięki któ­rej zda­wała się nie sta­rzeć. Był to jeden z powo­dów, dla któ­rych wybrał Ali­cię. „Chcę kobiety, która prze­trwa próbę czasu”, powta­rzał sobie. Jej matka miała tylko jedną wadę, która psuła jej wygląd: lek­kie przy­gar­bie­nie, defor­mu­jące linię ramion. „Ale jej ojciec jest wypro­sto­wany jak świeca – prze­ko­ny­wał się w myślach. – Myślę, że Ali­cia odzie­dzi­czy postawę po nim”.
I tak się stało. Patrząc na nią teraz, nie miał wąt­pli­wo­ści, że wybrał ide­alną kan­dy­datkę na żonę.
Prze­szli na podwó­rze za domem.
W odróż­nie­niu od więk­szo­ści sąsied­nich par­cel na tyłach domu kon­tro­lera tka­nin nie znaj­do­wał się warsz­tat ani skład­nica, lecz nie­wielki ogród z ciso­wym żywo­pło­tem, dwoma wicio­krze­wami i sze­ścioma drzew­kami róża­nymi. Pośrodku ogródka usta­wiono drew­nianą ławkę.
Dopiero kiedy Ali­cia usia­dła, Peter wycią­gnął pre­zent, który wypa­trzył na jed­nym z tar­go­wych stra­ga­nów. Był to maleńki srebrny meda­lion zawie­szony na cien­kim srebr­nym łań­cuszku. Wyko­nano go na wybrzeżu, u ujścia rzeki, gdzie dzia­łały nie­wiel­kie odkryw­kowe kopal­nie sre­bra. Peter podał go dziew­czy­nie z uda­waną swo­bodą, lecz ona bacz­nie mu się przy­glą­dała. Oboje wie­dzieli, że ta chwila jest wyjąt­kowa.
– To dla cie­bie. – Nagle poczuł się nie­zręcz­nie.
Przy­jęła poda­rek, wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię.
– A co to wła­ści­wie ma zna­czyć? – Wiele wysiłku kosz­to­wało ją zacho­wa­nie chłod­nego, obo­jęt­nego tonu.
– Że masz to nosić, ponie­waż nale­żysz do mnie – odparł z nutą zbyt­niej pew­no­ści sie­bie.
– Doprawdy? – Sta­rała się ukryć roz­ra­do­wa­nie. Chciała, żeby powie­dział coś wię­cej.
– Oczy­wi­ście.
– Czy to nie nazbyt pochopne zało­że­nie?
Młody Peter czuł się co prawda nie­zręcz­nie, ale był z sie­bie zado­wo­lony. Wzru­szył jedy­nie ramio­nami.
– A może ja wcale nie chcę do cie­bie nale­żeć. – W jej cichym gło­sie pobrzmie­wało ostrze­że­nie, które on posta­no­wił zigno­ro­wać. Co wię­cej, blady rumie­niec na jej policzku, zdra­dza­jący nie­za­do­wo­le­nie, dał mu poczu­cie wła­dzy. Ten pół­męż­czy­zna, pół­chło­piec chciał, by mu ule­gła.
– Dałem ci meda­lion – rzu­cił chłodno.
Już zakła­dała go na szyję, lecz teraz się zawa­hała.
– To wszystko, co masz mi do powie­dze­nia? – Dla­czego nie wyznał, że ją kocha?
Peter wie­dział, czego pra­gnie Ali­cia, ale nagle ta świa­do­mość go onie­śmie­liła.
– Jest wiele innych, które chęt­nie go przyjmą, jeśli ty nie chcesz – oznaj­mił dum­nie i spoj­rzał na nią z trium­fem.
Te słowa były dla niej jak cios w brzuch. Poczuła, że bled­nie. Przez chwilę nie mogła wykrztu­sić ani słowa. Zebrała się w sobie i powstrzy­mała łzy, które napły­wały jej do oczu.
– To weź go sobie! – Wyrwał jej się krótki szloch. – Nie chcę go! Ani cie­bie!
Prze­sa­dził. Chciał wyco­fać to, co powie­dział, ale nie był dość bystry.
– Jestem dla cie­bie nie­złą par­tią – pró­bo­wał jej zaim­po­no­wać. – Jestem boga­tym męż­czy­zną.
Mil­cze­nie, które zale­gło, zda­wało się nie mieć końca. Fio­let jej oczu ni­gdy nie był aż tak inten­sywny, kiedy tłu­miła łzy, by w końcu rzu­cić mu zimne i pełne pogardy spoj­rze­nie.
– Nie jesteś męż­czy­zną, zapew­niam cię. Jesteś chłop­cem. I nie chcę cię. Pro­szę, odejdź. – Spo­koj­nym gestem oddała mu meda­lion. – Nie chcę cię wię­cej widzieć.
Z uczu­ciem mdło­ści Peter w mil­cze­niu przy­jął nie­chciany wisio­rek, a potem, nie wie­dząc, co innego mógłby zro­bić, odwró­cił się na pię­cie.
Ona jesz­cze się opa­mięta.

* * *

Tego samego wie­czoru matka zabrała Ali­cię na górę i zaczęła ją prze­bie­rać, mówiąc z uśmie­chem do zasko­czo­nej córki:
– Musisz dzi­siaj wyglą­dać olśnie­wa­jąco. – Kiedy dziew­czyna spy­tała dla­czego, jej matka spoj­rzała na nią z namy­słem i odpo­wie­działa pyta­niem: – Kogo spo­dzie­wasz się poślu­bić?
Zamiast odrzec jak zwy­kle: „Przy­pusz­czam, że Petera Shoc­kleya”, wciąż roz­gnie­wana Ali­cia rzu­ciła:
– Któż to wie?
Jej matka ski­nęła głową.
– Shoc­kley to miły chło­piec – przy­znała szybko – i lubię go. Ale jest bar­dzo młody. No i to tylko kupiec. Ni­gdy nie będzie kimś wię­cej. – Deli­kat­nie odgar­nęła włosy z twa­rzy Ali­cii i upięła je z tyłu. – Jesteś już kobietą i potrze­bu­jesz star­szego męż­czy­zny, a nie chłopca.
Ali­cia oblała się rumień­cem. Te słowa współ­grały z jej nastro­jem. Zasta­na­wiała się jed­nak, co z tego wynik­nie. Naj­wy­raź­niej szy­ko­wało się coś nie­zwy­kłego, bo jesz­cze ni­gdy nie widziała na mat­czy­nej twa­rzy takiego sku­pie­nia.
Ku jej zdu­mie­niu matka zdjęła z niej pro­stą dzie­cięcą tunikę bliaut i lnianą szatę cotte, a następ­nie wło­żyła jej przez głowę białą jedwabną halkę. Gdy deli­katny mate­riał spły­nął mięk­kimi fał­dami na ciało Ali­cii, w jej oczach roz­bły­snął zachwyt, bo jesz­cze ni­gdy nie miała na sobie cze­goś podob­nego.
– Masz ładne piersi – oznaj­miła jej matka bez ogró­dek. – Tro­chę je odsło­nimy. – I ze sto­ją­cej przy łóżku dużej skrzyni wyjęła mister­nie hafto­waną suk­nię w odcie­niach błę­kitu i złota, która, po deli­kat­nym zebra­niu zło­tym sznu­rem nad talią, opa­dała dłu­gimi fał­dami do ziemi. Z przodu, tam gdzie suk­nia była sznu­ro­wana, matka zosta­wiła dekolt tak głę­boki, jak tylko się dało, by kształt mło­dych piersi Ali­cii ryso­wał się uwo­dzi­ciel­sko pod jedwa­biem, przy­pra­wia­jąc dziew­czynę o kolejny rumie­niec. Następ­nie matka zło­żyła deli­katną, lnianą pod­wikę, two­rząc opa­skę na czubku głowy, i nakryła ją lnia­nym czep­kiem przy­po­mi­na­ją­cym koronę.
Ali­cia sta­nęła przed lustrem z pole­ro­wa­nego brązu w kącie pokoju i przyj­rzała się swemu odbi­ciu. Nie miała poję­cia, że może tak wyglą­dać. Na widok tej nowej osoby, którą wła­śnie się stała, aż moc­niej zabiło jej serce.
– Teraz, moje dziecko, jesteś kobietą – oznaj­miła jej matka.
– Na czyją cześć to wszystko? – zapy­tała dziew­czyna.
– Twój ojciec ma waż­nego przy­ja­ciela w Win­che­ste­rze – usły­szała. – Przy­bę­dzie do nas dzi­siaj, twój brat go przy­pro­wa­dzi. Nazywa się Geof­frey de Whi­te­he­ath. – Ali­cia sły­szała kie­dyś, jak ojciec wspo­mi­nał o nim z sza­cun­kiem. – Byłby dla cie­bie dosko­nałą par­tią – cią­gnęła matka. – To rycerz ze wspa­niałą posia­dło­ścią. W zeszłym roku stra­cił żonę i syna w poża­rze. Ale pra­gnie dzie­dzica.
– Czy ojciec każe mi go poślu­bić?
Jej matka zawa­hała się lekko.
– Nie. Ale ma nadzieję, że to zro­bisz. On i twój brat wło­żyli sporo wysiłku, by zaaran­żo­wać to spo­tka­nie.
Ali­cia ceniła i ojca, i brata, ale nie była pewna, co o tym sądzić. Przy­pusz­czała, że ich wybór ją zado­woli.
– Czy on jest bar­dzo stary? – zapy­tała z nie­po­ko­jem.
Matka się roze­śmiała.
– Nie. Tro­chę siwi­zny na skro­niach, ale męż­czy­zna tylko na tym zyskuje. – Uśmiech­nęła się. – Będzie tu lada moment.
Ali­cia zeszła po scho­dach jako pierw­sza. W dłu­giej sukni czuła się bar­dzo doro­sła. „Dla Petera Shoc­kleya – pomy­ślała – aż nazbyt doro­sła”.
Może ten rycerz będzie umiał ją doce­nić.

* * *

Trzeci z sied­miu grze­chów głów­nych, które dotknęły Osmunda Mula­rza, wkra­dał się w jego życie bar­dzo powoli i zupeł­nie go zasko­czył.
Praca przy budo­wie kate­dry wręcz go uszczę­śli­wiała. Zanu­rza­jąc się w spo­kój przy­ka­te­dral­nych tere­nów, odkry­wał inny świat.
Kano­nik naka­zał przy­jąć go do ter­minu, co sta­wiało go nieco wyżej od małej armii około dwu­stu robot­ni­ków, któ­rzy prze­no­sili kamie­nie i wywo­zili gruz, ale i tak pozo­sta­wał nie­istotną i nie­mal nie­zau­wa­żaną posta­cią na mar­gi­ne­sie grupy pięć­dzie­się­ciu mula­rzy, wśród któ­rych mistrzo­wie mular­stwa two­rzyli nie­liczną, dostojną elitę. Nad mistrzami mular­stwa stali czci­godny mistrz mistrzów Nicho­las z Ely i jego zastępca Robert, któ­rych Osmund czę­sto widy­wał, jak nad­zo­ro­wali prace, ale z któ­rymi nie miał śmia­ło­ści poroz­ma­wiać. Naj­wyż­szy zaś, nie­mal boski sta­tus wśród budow­ni­czych dzier­żył archi­tekt kate­dry Elias de Dere­ham, darzony więk­szym posza­no­wa­niem niż sam biskup. Zapro­jek­to­wał on wiele innych budowli, w tym sank­tu­arium św. Toma­sza Bec­keta w Can­ter­bury, ale kate­drę w Salis­bury uzna­wano za naj­wspa­nial­sze z jego dzieł. Elias był już star­cem, a obec­nie prze­by­wał poza mia­stem; Osmund nawet nie wie­dział, jak wygląda.
Mula­rze przy­jęli Osmunda do ter­minu, ale ponie­waż nikt nic o nim nie wie­dział, jego obec­ność była nie­mal zupeł­nie igno­ro­wana, nawet przez innych uczniów. Mógłby się poczuć tym znie­chę­cony. On jed­nak od pierw­szego dnia pracy był pewien jed­nego: zna­lazł się dokład­nie tam, gdzie chciał być.
Na razie trak­to­wano go jako dodat­kową parę rąk do pracy i zle­cano mu tylko naj­prost­sze zada­nia – cię­cie blo­ków sza­rego kamie­nia i pomoc przy ich obróbce. Ale był zado­wo­lony. Pod­czas dłu­gich, gorą­cych, zaku­rzo­nych dni, spę­dza­nych w cie­niu powoli rosną­cej kate­dry, z rado­ścią przy­glą­dał się budow­ni­czym, któ­rzy w ciszy i dosko­na­łym porządku zaj­mo­wali się swoją pracą, odgro­dzeni od zgiełku reszty świata. Kilka razy w tygo­dniu noco­wał w kwa­te­rach mula­rzy, które two­rzył sze­reg solid­nych drew­nia­nych chat posta­wio­nych wzdłuż pół­noc­nej i wschod­niej gra­nicy kate­dral­nego kom­pleksu. Kiedy mula­rze sia­dali w kręgu, on lubił usiąść z boku i z sza­cun­kiem słu­chać ich roz­mów. Swoje ambi­cje wolał jed­nak zacho­wać dla sie­bie: cech mula­rzy był kon­fra­ter­nią zamkniętą i skrytą, a nowy uczeń powi­nien cier­pli­wie wyko­ny­wać swoje zada­nia i nie odzy­wać się nie­py­tany.
Na placu budowy znaj­do­wał się jeden szcze­gólny obiekt, który go fascy­no­wał. We wschod­niej czę­ści kate­dry, gdzie pierw­sza kaplica – niż­sza od głów­nej bryły kościoła – już była zada­szona, Elias de Dere­ham umie­ścił na stole wielką drew­nianą makietę. Przed­sta­wiała ona kate­drę w jej koń­co­wym kształ­cie, a każdy mularz i robot­nik miał prawo przyjść i ją zoba­czyć. Osmund odwie­dzał to miej­sce codzien­nie.
Kate­dra, którą tam oglą­dał, sta­no­wiła długą, wąską budowlę, któ­rej nie­skom­pli­ko­waną, pro­sto­kątną linię prze­ła­my­wały jedy­nie dwa ogromne tran­septy w jej cen­trum, nada­jące cało­ści formę pro­stego krzyża, oraz dwa mniej­sze – bli­żej wschod­niego krańca. Na skrzy­żo­wa­niu nawy głów­nej z tran­sep­tem długa linia dachu dzie­liła się na dwie równe czę­ści, nad któ­rymi wzno­siła się niska, kwa­dra­towa wieża o wyso­ko­ści około sze­ściu metrów, zwień­czona pła­skim dachem. Był to układ typowy dla wielu dużych kościo­łów w ówcze­snej Euro­pie, a jego dłu­gie, poziome linie sta­no­wiły kwin­te­sen­cję pro­stoty.
I jakież to było ele­ganc­kie! Stare nor­mań­skie kościoły, takie jak kate­dra na wzgó­rzu zam­ko­wym, były masyw­nymi, cięż­kimi bastio­nami o zaokrą­glo­nych łukach i wąskich oknach osa­dzo­nych w murach przy­po­mi­na­ją­cych for­tecę, nato­miast ten nowy gmach był lekki i prze­stronny. Okna zakoń­czone pro­stymi gotyc­kimi ostro­łu­kami wzno­siły się w dwóch kon­dy­gna­cjach – ogromne tafle szkła dosko­nale rów­no­wa­żyły wyso­kie, surowe powierzch­nie sza­rego kamie­nia z Chil­mark. Zda­niem Osmunda nie mogło ist­nieć nic bar­dziej czy­stego i natu­ral­nego.
Pew­nego dnia, kiedy stał przy makie­cie, bez reszty nią pochło­nięty, usły­szał czyjś głos dobie­ga­jący z boku.
– Podoba ci się ta budowla?
Sto­jący obok niego star­szy męż­czy­zna o sze­ro­kim, łysie­ją­cym czole i haczy­ko­wa­tym nosie patrzył na niego z zacie­ka­wie­niem. Osmund zasta­na­wiał się, kto to jest.
– Jest taka… – zawa­hał się – taka pro­sta – dokoń­czył szcze­rze.
Ku jego zasko­cze­niu sta­rzec się uśmiech­nął.
– Naj­lep­sze rze­czy zawsze są pro­ste. Spójrz na te okna: tylko naj­prost­sze maswerki, nic wię­cej. Po dru­giej stro­nie Kanału znaj­dziesz naj­wy­myśl­niej­sze wzory kamie­niar­skie w oknach i skle­pie­niach – cią­gnął. – Ale to nie w moim guście. I nie w duchu Sarum. – Uśmiech­nął się. – Ani tro­chę.
– Myślę, że to naj­więk­sza kate­dra na świe­cie – powie­dział Osmund.
Archi­tekt wybuch­nął śmie­chem.
– O nie. Kate­dra w Amiens we Fran­cji – pod­jął z oży­wie­niem – jest dwu­krot­nie więk­sza od naszej. Ale nawet sto­jąc we wnę­trzu obu, nie zauwa­żysz tej róż­nicy. Dla­czego? Ponie­waż pro­por­cje są ide­alne. Spójrz – mówił z coraz więk­szym entu­zja­zmem – na te filary z mar­muru z Pur­beck, które pod­trzy­mują skle­pie­nia: mar­mur jest tak twardy, że mogą być bar­dzo smu­kłe. A tam, na środku, gdzie krzy­żują się tran­septy, cztery wiel­kie kolumny na rogach tego skrzy­żo­wa­nia – tam zbu­do­wa­li­śmy ogromne filary, które wystrze­li­wują pro­sto w górę, bez żad­nych pośred­nich kapi­teli, od posadzki aż po skle­pie­nie, jed­nym, nie­prze­rwa­nym cią­giem. Pro­ste wiązki kolumn. Czy­stość linii. Wzla­tują ku górze.
Wtedy Osmund zro­zu­miał, kim jest ten sta­rzec. Był zdu­miony, że tak zna­ko­mity czło­wiek roz­ma­wia wła­śnie z nim.
Kano­nik Elias de Dere­ham spoj­rzał na niego przy­chyl­nie.
– Jesteś mula­rzem, mło­dzień­cze?
– Nie, panie – odpo­wie­dział skrom­nie. – Ale mam nadzieję nim być.
– Umiesz rzeź­bić?
Wie­dział, że umie rzeź­bić w drew­nie. Był pewien, że pora­dziłby sobie także z kamie­niem.
– Tak – odparł bez waha­nia.
Sta­rzec poki­wał głową i się odda­lił.
Dwa dni póź­niej jeden z mula­rzy pod­szedł do zaj­mu­ją­cego się swoją pracą Osmunda i zaczął go wypy­ty­wać:
– Chcesz zostać mula­rzem?
Ski­nął głową.
– Jeśli chcesz wstą­pić do naszego cechu i poznać sekrety mular­skiego rze­mio­sła, musisz słu­żyć naszemu uczniowi, dopóki nie uznamy, żeś tego godny.
Cech mular­ski wciąż był orga­ni­za­cją sto­sun­kowo nie­for­malną, lecz Osmund wie­dział, że zwy­kle uczeń rze­mieśl­ni­czy musi ter­mi­no­wać przez sie­dem lat, zanim może zostać uznany za cze­lad­nika. Skło­nił głowę.
– Dobrze – rzekł krótko męż­czy­zna. – Zgłoś się do Bar­tho­lo­mewa. On będzie twoim men­to­rem.
I odszedł.
Osmund zro­zu­miał, że wła­śnie wstą­pił na nową drogę, na któ­rej końcu miał zostać praw­dzi­wym mula­rzem.
Bar­tho­lo­mew – uczeń mular­ski zale­d­wie dwa lata star­szy od samego Osmunda – był bla­dym, gbu­ro­wa­tym mło­dzień­cem z czu­pryną ciem­nych, już prze­rze­dza­ją­cych się wło­sów, które opa­dały mu na twarz, i dużym, sączą­cym się wrzo­dem po pra­wej stro­nie szyi. Przy­wi­tał Osmunda bez więk­szego entu­zja­zmu, ale pozwo­lił mu obok sie­bie pra­co­wać i uczyć się pod­staw rze­mio­sła.
Następ­nego dnia pod­szedł do niego także mistrz mular­ski Robert, zadał mu kilka pytań, a potem krótko ski­nął głową.
– Ucz się od Bar­tho­lo­mewa – naka­zał.
A do naucze­nia się było mnó­stwo rze­czy. Jego gbu­ro­waty men­tor poka­zał mu, jak pro­wa­dzić dłuto, i obja­śnił wła­ści­wo­ści róż­nych rodza­jów kamie­nia.
Wpro­wa­dził go także w wiele zajęć zwią­za­nych z budową, z któ­rych każde wyma­gało odręb­nego warsz­tatu.
Był to świat pełen cudów. Zoba­czył wielką deskę kre­ślar­ską głów­nego mula­rza, na któ­rej za pomocą cyr­kla i ekierki pro­jek­to­wał na płót­nie każdy ele­ment budowli. Uży­wany przez niego ołó­wek, co Osmund odkrył ze zdu­mie­niem, był wyko­nany nie z oło­wiu, ale ze sre­bra.
– Sre­bro zosta­wia na płót­nie czarną linię – wyja­śnił mu krótko Bar­tho­lo­mew. Osmund nie miał o tym poję­cia.
Poznał pracę sto­la­rzy i cie­śli, któ­rzy nie tylko przy­go­to­wy­wali pod­pory pod dachy, ale także two­rzyli kon­struk­cję rusz­to­wań.
Widział stosy drewna pocho­dzą­cego z pobli­skiego lasu Cla­ren­don i wielki dół, w któ­rym to drewno piło­wano.
Po pół­nocno-wschod­niej stro­nie przy­ka­te­dral­nego close, przy bra­mie pro­wa­dzą­cej na tereny pałacu bisku­piego, odwie­dził warsz­taty szkla­rzy, któ­rzy już przy­go­to­wy­wali olbrzy­mie ilo­ści potrzeb­nego do budowy szkła witra­żo­wego – naj­pierw je malo­wali, a potem wypa­lali w spe­cjal­nych pie­cach. Z zachwy­tem przy­glą­dał się deli­kat­nym wzo­rom przed­sta­wia­ją­cym świę­tych i sceny biblijne, które miały sub­tel­nie roz­świe­tlać ściany kate­dry.
Były tam maga­zyny, pra­cow­nie malar­skie, refek­ta­rze, kuch­nie i budynki gospo­dar­cze – w ciągu dwóch dekad trwa­nia prac budow­ni­czo­wie wiel­kiej kate­dry stwo­rzyli tam wła­sny mały świat, a jego naj­waż­niej­szym ele­men­tem, zaj­mu­ją­cym całą połu­dniową stronę dłu­giej nawy kościoła, była drew­niana przy­bu­dówka – warsz­tat mular­ski.
Budowa kate­dry wyma­gała pracy naj­róż­niej­szych mistrzów mular­skiego kunsztu – cio­sa­czy, rzeź­bia­rzy, ludzi zręcz­nie ukła­da­ją­cych kamienne bloki i bie­głych w osa­dza­niu maswer­ków; toka­rzy spraw­nie ope­ru­ją­cych tokar­kami, by nadać mar­mu­rowi połysk; mula­rzy two­rzą­cych na sto­łach warsz­ta­to­wych setki kapi­teli i zwor­ni­ków nie­zbęd­nych do wykoń­cze­nia i ozdo­bie­nia tej maje­sta­tycz­nej budowli. Na posadzce wyzna­czono prze­strzeń, gdzie można było ryso­wać zło­żone układy fila­rów w natu­ral­nej skali. Obok pię­trzyły się stosy drew­nia­nych sza­blo­nów skrzęt­nie przy­go­to­wa­nych w taki spo­sób, aby mula­rze mogli wier­nie odwzo­ro­wy­wać prze­kroje w trak­cie obróbki kamie­nia.
Wszystko to winien pojąć każdy mularz pra­gnący stać się praw­dzi­wym mistrzem w swoim fachu.
Osmund był zafa­scy­no­wany.
Kamień, z któ­rego wzno­szono kate­drę w Salis­bury, pocho­dził z dwóch róż­nych źró­deł. Szary wapień, sta­no­wiący główny budu­lec, wydo­by­wano w kamie­nio­ło­mach w Chil­mark, dzie­więt­na­ście kilo­me­trów na zachód od mia­sta, w doli­nie za Wil­ton. Był to wspa­niały, chłodny, zie­lon­ka­wo­szary kamień, miękki w dotyku i łatwy w obróbce.
Jed­nak filary, które miały dźwi­gać ciężki dach, wyma­gały kamie­nia zupeł­nie innego rodzaju. Wybrano twardy i solidny mar­mur z Pur­beck, wydo­by­wany na połu­dnio­wym wybrzeżu w pobliżu zamku Corfe. Osmund wie­dział, że więk­szość tego cen­nego surowca była darem jed­nej kobiety – Alice Bre­wer – która ofia­ro­wała nowemu kościo­łowi tyle mar­muru, ile zdo­łano wydo­być z jej kamie­nio­ło­mów w Pur­beck przez ostat­nie dwa­na­ście lat. Był to jeden z naj­hoj­niej­szych darów, jakie kie­dy­kol­wiek otrzy­mała ta kate­dra.
Chło­piec szcze­gól­nie upodo­bał sobie szary kamień z Chil­mark. Nie­raz zabie­rał ze sobą nie­wielki kawa­łek i wra­ca­jąc doliną do Avons­ford, obra­cał go w dło­niach, bada­jąc jego fak­turę i docie­ka­jąc struk­tury.
„Każdy kamień – pouczał go Bar­tho­lo­mew – ma wyjąt­kowe ziarno, jak drewno słoje. Aby go prze­ciąć, musisz je poznać. A osa­dza­jąc kamień w murze, pamię­taj, że uło­że­nie ziarna zde­cy­duje o tym, jak będzie on zno­sił dzia­ła­nie wia­tru i desz­czu”.
Zda­rzało się, że Osmund dostrze­gał w kamie­niu led­wie zauwa­żalny drugi odcień: naj­sub­tel­niej­szą nutę błę­kitu lub rdza­wej czer­wieni – to rów­nież uwiel­biał.
Wie­dział, że czę­ściowo będzie ter­mi­no­wał w wiel­kim kamie­nio­ło­mie w Chil­mark, gdzie wydo­byty kamień pod­da­wano suro­wej obróbce przed jego prze­wie­zie­niem do Salis­bury.
Kiedy po raz pierw­szy wysłano go tam w sierp­niu, pełen eks­cy­ta­cji wyru­szył o świ­cie drogą prze­bie­ga­jącą obok Wil­ton.
Jedy­nie głę­bo­kie bruzdy wyżło­bione przez wozy zdra­dzały, że przez zachod­nią dolinę prze­wo­żono coś nie­zwy­kłego. I dopiero gdy te kole­iny nagle skrę­ciły w las, chło­pak odgadł, że zapewne dotarł do Chil­mark. Wła­ści­wie nic nie wska­zy­wało na ist­nie­nie w tym miej­scu kamie­nio­łomu, dopóki nie tra­fił do obozu, gdzie ujrzał kwa­tery gór­ni­ków oraz kamie­nia­rzy zaj­mu­ją­cych się wstępną obróbką wydo­by­tego surowca. Zoba­czył też wielką przy­bu­dówkę, gdzie cięto kamie­nie, a nieco dalej plac, na któ­rym łado­wano wozy. Ale gdzie była sama kopal­nia? Roz­glą­dał się wokół z wiel­kim prze­ję­ciem.
Kiedy wyja­śnił, po co przy­był, pewien życz­liwy młody gór­nik wska­zał na nie­wiel­kie, ukryte wśród drzew wej­ście do jaskini.
– Jest tam.
Nie wyglą­dało to impo­nu­jąco. Ale kiedy mło­dzie­niec chwy­cił pochod­nię i popro­wa­dził go w głąb jaskini, chło­pa­kowi zaparło dech w pier­siach.
Sam nie wie­dział, czego wła­ści­wie się spo­dzie­wał, ale z pew­no­ścią nie tego, co zoba­czył.
Na początku tunel scho­dził łagod­nie w dół, by wkrótce roz­sze­rzyć się w prze­stronną gale­rię. Dalej jed­nak, w głębi skały, zaczy­nał się ogromny ciąg sal, kory­ta­rzy i prze­stron­nych kom­nat pro­wa­dzą­cych we wszyst­kie strony – na prawo, na lewo, w górę i daleko w dół – niczym labi­rynt. Dopiero po dłuż­szej chwili, gdy jego wzrok zdo­łał przy­wyk­nąć do sła­bego bla­sku pochodni maja­czą­cego w mroku, młody kamie­niarz doznał olśnie­nia: ta wielka, misterna sieć sal i gale­rii wcale nie była labi­ryntem, ale jedną ogromną prze­strze­nią poprze­ci­naną skal­nymi fila­rami.
– Ależ – wykrzyk­nął – to jakby kate­dra, tyle że pod zie­mią!
Istot­nie. Gale­rie cią­gnęły się w dal niczym nawy. Miej­scami skle­pie­nia wzno­siły się rów­nie wysoko jak te w wiel­kiej kate­drze. Kamie­nio­łom w Chil­mark, prze­stronny i wypeł­niony sub­tel­nym echem, naprawdę przy­wo­dził na myśl olbrzy­mią świą­ty­nię.
– To łono kate­dry – ode­zwał się sto­jący obok młody męż­czy­zna. – A kamie­nia mamy tu dosyć, by wybu­do­wać drugi kościół.
Przez dwie godziny Osmund wędro­wał z pochod­nią w ręku po tych bez­kre­snych jaski­niach. Czuł nie­po­jętą radość na myśl, że ta wielka kate­dra, któ­rej skle­pie­nia będą wkrótce wzno­sić się nad jego głową, została wyrwana z cze­lu­ści ziemi za pomocą jedy­nie kilofa i ludz­kich rąk.
Za pierw­szym razem spę­dził w kamie­nio­ło­mie dwa tygo­dnie, a gdy miał wra­cać, wozacy jadący do Salis­bury pozwo­lili mu się z nimi zabrać. Tego dnia prze­wo­żono sześć wozów peł­nych kamie­nia, ale ku swemu zasko­cze­niu Osmund zoba­czył, że do tej kawal­kady dołą­czono kolejne sześć wypeł­nio­nych gru­zem i odpa­dami z szy­bów oraz warsz­tatu.
– Po co to? – zapy­tał.
– Zoba­czysz – odparł wozak.
I rze­czy­wi­ście, po prze­je­cha­niu ośmiu kilo­me­trów wozacy, jeden po dru­gim, poczęli zrzu­cać zawar­tość tych wozów na drogę.
– Utwar­dzamy trakt, jak tylko mamy spo­sob­ność – wyja­śnił jego towa­rzysz. – W końcu z kopalni wycho­dzi nie tylko kamień, a śmieci trzeba gdzieś wyrzu­cić.
Mie­siąc póź­niej Osmund wyru­szył na swoją drugą wyprawę – śmiel­szą, bo tym razem wybrał się brze­giem rzeki aż do portu. Małe nad­mor­skie mia­steczko chlu­biło się nie­wiel­kim zam­kiem na wzgó­rzu nad rzeką i pięk­nym nor­mań­skim kościo­łem klasz­tor­nym, któ­rego nazwa – Chri­st­church – stop­niowo zastę­po­wała dotych­cza­sową saską nazwę mia­steczka: Twy­ne­ham. Tutaj, spo­glą­da­jąc na opu­sto­szały cypel z jego niskim wzgó­rzem i opusz­czo­nymi wałami obron­nymi, ujrzał, jak ogromne drew­niane barki wpły­wają na spo­kojne wody portu, wio­ząc dro­go­cenny mar­mur z zachod­nich kamie­nio­ło­mów roz­sia­nych wzdłuż wybrzeża, żeby roz­po­cząć powolną podróż w górę rzeki Avon ku Sarum.
Cią­gle uczył się cze­goś nowego. Gdy mury kate­dry powoli pięły się coraz wyżej, robot­nicy mozol­nie wcią­gali na górę wiel­kie beczki wypeł­nione kredą, wap­nem i krze­mie­niem, któ­rymi wypeł­niano prze­strzeń pomię­dzy wewnętrzną i zewnętrzną war­stwą muru.
– W ten spo­sób nie tylko buduje się szyb­ciej niż z litego kamie­nia – wyja­śnił Bar­tho­lo­mew. – Cho­dzi też o to, że gruz wapienny spaja się z kamie­niem. Dzięki temu kon­struk­cja jest bar­dzo trwała.
Mło­dego kamie­nia­rza fascy­no­wała świa­do­mość, że ta kate­dra nie składa się wyłącz­nie z kamie­nia – w jej murach uwiecz­niono także wspa­niałe wapienno-kre­dowe klify.
Pew­nego dnia, nie­długo po swo­jej wypra­wie w dół rzeki, doko­nał kolej­nego odkry­cia, tym razem zwią­za­nego z oknami kate­dry. Sam nie wie­dział, dla­czego pod­czas jed­nej z jego codzien­nych wizyt przy makie­cie posta­no­wił je poli­czyć – może dla­tego, że wszyst­kie inne szcze­góły znał już na pamięć. Dość, że kiedy to zro­bił, oka­zało się, ku jego zasko­cze­niu, że jest ich trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć.
– Po jed­nym na każdy dzień w roku! – wykrzyk­nął zachwy­cony. A potem, sądząc, że musiał się pomy­lić, poli­czył je ponow­nie, tym razem pro­wa­dząc rachu­nek na tabliczce. Wynik był taki sam: trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć.
Czy było to dzie­łem zamy­słu Eliasa, czy tylko przy­padku? Nie śmiał go o to zapy­tać. Ale jed­nego był pewien:
– To znak od Boga – wyszep­tał. – Ani chybi. – I uczy­nił znak krzyża.
Osmund był duszą pokorną, a im wię­cej się uczył, tym wyraź­niej zda­wał sobie sprawę z wła­snej nie­wie­dzy i geniu­szu tych, któ­rzy zapro­jek­to­wali tę wspa­niałą kate­drę i orga­ni­zo­wali jej budowę. Czę­sto pod koniec dnia przy­cho­dził do małej kaplicy i modlił się przy makie­cie, szep­cząc:
– Bło­go­sła­wiona Maryjo, uczyń mnie god­nym miana mula­rza.
To tutaj pew­nego wie­czoru kilka mie­sięcy póź­niej po raz drugi i ostatni spo­tkał wiel­kiego Eliasa. Kano­nik wła­śnie nad­szedł z Leaden­hall, pięk­nego domu z oło­wia­nym dachem, który zbu­do­wał dla sie­bie nad rzeką, i cicho wsu­nął się do kaplicy. Zatrzy­mał się, zasko­czony wido­kiem mło­dego kamie­nia­rza, który – nie­świa­dom, że ktoś go obser­wuje – padł na kolana i prze­że­gnał się, zapa­trzony w makietę maje­sta­tycz­nej budowli. Kiedy mistrz zapy­tał chłopca: „Co cię trapi, mój synu?”, wyrwany z zamy­śle­nia mło­dzie­niec o zbyt dużej gło­wie i poważ­nych sza­rych oczach spoj­rzał na niego i powta­rza­jąc słowa, które nie­gdyś usły­szał od kano­nika Por­te­horsa, wyznał:
– Ojcze, nie jestem godzien; jestem tylko dro­biną kurzu.
Na co archi­tekt odpo­wie­dział z uśmie­chem:
– Zapo­mi­nasz, mój synu, słowa naszego Pana: Bóg Ojciec widzi nawet wró­ble. A wró­ble, mój młody przy­ja­cielu, mają wła­sne oczy. – Pokle­pał go po ramie­niu. – Nie jesteś dro­biną kurzu, młody kamie­nia­rzu, lecz wró­blem, który potrafi uży­wać swo­ich oczu. – To powie­dziaw­szy, Elias de Dere­ham się odda­lił.
Wtedy, na krótką chwilę, Osmund doznał unie­sie­nia, jakiego nie czuł ni­gdy w życiu. I nie­mal zapo­mniał o grze­chach głów­nych.

* * *

Zbli­żała się pół­noc.
Na tar­go­wi­sku jaskrawe mar­kizy nad stra­ga­nami były cia­sno zwi­nięte; zagrody dla owiec i bydła stały puste; ulice pogrą­żyły się w ciszy.
Choć nie­zu­peł­nie. Wzdłuż kra­wę­dzi targu sero­wego, gdzie stoły na kozłach pię­trzyły się w sto­sach, sta­ran­nie obwią­zane łań­cu­chem, w cie­niu pod murem masyw­nego kościoła para­fial­nego św. Toma­sza brnęła chwiej­nie przed sie­bie samotna postać w sza­rej opoń­czy z nacią­gnię­tym na głowę kap­tu­rem. Tej nocy jedy­nym źró­dłem świa­tła były gwiazdy, ale aku­rat świe­ciły wyjąt­kowo jasno. Postać szła wzdłuż zachod­niego krańca rynku, by po chwili wyrwać się z mroku i minąw­szy Blue Boar Row, ruszyć dalej środ­kiem ulicy bie­gną­cej na pół­noc.
Peter Shoc­kley był pijany.
Mozol­nym kro­kiem szedł w głąb Castle Street.
Zatrzy­mał się, dopiero gdy dotarł do wyso­kiego, suro­wego domu kon­tro­lera tka­nin Le Por­tiera. Zna­lazł na dro­dze kilka kamy­ków i zaczął ciskać nimi w naj­wyż­sze okno bla­dej, pustej fasady.
Ali­cia była w środku. To była jej ostat­nia noc w domu ojca.
Przy trze­ciej pró­bie tra­fił w jej okno, które po kilku chwi­lach otwo­rzyła, by wyj­rzeć na oświe­tloną gwiaz­dami ulicę.
Ścią­gnął kap­tur. Zauwa­żył, że dziew­czyna ma nieco dłuż­sze włosy niż ostat­nio: opa­dały jej na ramiona, które przy­kry­wała biała koszula nocna. Pete­rowi zda­wało się, nawet z takiej odle­gło­ści, że czuje cie­pło i zapach jej ciała.
– Ali­cio.
Wes­tchnęła. Przy­cho­dził trzeci raz w tym tygo­dniu.
– Wra­caj do domu, Pete­rze, nie możemy się widy­wać.
Ani drgnął.
– Zejdź na dół – wyszep­tał żar­li­wie.
– Nie.
Już trzy razy bła­gał, by z nim ucie­kła.
„A co byś wtedy zro­bił?” – pytała.
„Coś”, odpo­wia­dał wyzy­wa­jąco.
To zakra­wało na absurd. Zacho­wy­wał się nie­do­rzecz­nie. A jed­nak – ponie­waż tak mało bra­ko­wało, by się zgo­dziła; ponie­waż miała sobie za złe, że ustą­piła ojcu; ponie­waż wie­działa, że to wszystko jest daremne, i ponie­waż pró­bo­wała sobie wmó­wić, że będzie szczę­śliwa z tym uprzej­mym, star­szym ryce­rzem z Win­che­steru, który był dla niej tak wspa­niałą par­tią – trak­to­wała Petera z pogardą.
– Odejdź i zapo­mnij o mnie – wysy­czała w pół­mrok nocy.
– A ty o mnie zapo­mnisz? – zawo­łał gło­śno.
– Już to zro­bi­łam. Odda­łam serce Geof­frey­owi de Whi­te­he­athowi. – Cof­nęła głowę i zamknęła okno.
Peter nie odszedł, jak chciała. Znów rzu­cił kamyk, i jesz­cze jeden, ale Ali­cia się nie poja­wiła. Więc rzu­cił moc­niej, a potem tro­chę zbyt mocno. Usły­szał brzęk pęka­ją­cej szyby. Ale nawet wtedy nie ruszył się z miej­sca.
Chwilę póź­niej otwo­rzyły się drzwi i z wnę­trza domu wyło­niła się wysoka i chuda postać. Alan Le Por­tier trzy­mał w ręku kij.
– Wra­caj do domu i to już, mło­ko­sie – roz­ka­zał groź­nie. – A jutro zapła­cisz mi za to okno. – Zmie­rzył go pogar­dli­wym spoj­rze­niem, jakby nie­pro­szony gość był dziec­kiem. Peter poczuł rosnącą urazę.
– Sprze­da­łeś ją! – krzyk­nął. – Sprze­da­łeś ją ryce­rzowi! – Jego głos poniósł się echem po ulicy i w oknach innych domów poja­wiło się kilka głów.
Le Por­tier znie­ru­cho­miał. To oskar­że­nie zupeł­nie mijało się z prawdą, ale taka znie­waga obu­dziła w nim wście­kłość.
– Ty chłystku!
Wsku­tek ciem­no­ści i otę­pie­nia Peter nie zauwa­żył, jak tam­ten zamach­nął się kijem, ale poczuł ostry ból w ramie­niu, gdzie tra­fił cios.
– Precz! – ryk­nął Le Por­tier.
Petera zalała fala gniewu. Chwiej­nym kro­kiem ruszył w stronę męż­czy­zny i już miał go ude­rzyć, kiedy za jego ple­cami zoba­czył Ali­cię. Stała w progu, ze świecą w ręku, a na jej twa­rzy, nagle jakby star­szej, malo­wała się pogarda.
Znie­ru­cho­miał.
– Zejdź mi z oczu, dzie­ciu­chu – rze­kła zimno, po czym odwró­ciła się i znik­nęła na powrót w domu.
Przez chwilę patrzył za nią, a potem prze­niósł wzrok na jej ojca. W końcu wzru­szył ramio­nami i poszedł w dół ulicy, obser­wo­wany przez twa­rze we wszyst­kich oknach.
Na jego wiel­kie nie­szczę­ście całe to zaj­ście obser­wo­wał nie­ocze­ki­wany świa­dek sto­jący w cie­niu pięt­na­ście metrów dalej.
Wil­liam atte Brigge zwle­kał z opusz­cze­niem wyna­ję­tej kwa­tery przy pół­noc­nej bra­mie do póź­nego wie­czora, a kiedy wresz­cie ruszył przez mia­sto, jego uwagę przy­kuł młody czło­wiek snu­jący się po ulicy. Przy­sta­nął, by mu się przyj­rzeć, i stwier­dził zain­try­go­wany, że to młody Shoc­kley. Wtedy cie­ka­wość ustą­piła zło­śli­wej satys­fak­cji. Chło­pak już wybił okno i pró­bo­wał zaata­ko­wać kon­tro­lera tka­nin. Zasta­na­wia­jąc się, co jesz­cze może zma­lo­wać, posta­no­wił go śle­dzić.
Na rynku ujrzał, jak mar­kotny mło­dzik kopie stoły przy targu sero­wym. Widział, jak pod­nosi kamień i ciska nim przez opu­sto­szały plac. Sły­szał, jak krzy­czy, dając upust furii.
Takiej oka­zji nie mógł prze­pu­ścić. Rozej­rzaw­szy się wokół, Wil­liam wypa­trzył spory kawał drewna, który pod­pie­rał jeden ze stra­ga­nów. Chwilę póź­niej prze­mknął, nie­wi­doczny w ciem­no­ści, rzu­cił gru­bym drą­giem w jedno z okien kościoła św. Toma­sza i czym prę­dzej pobiegł w kie­runku domu bisku­piego rządcy.
Aż try­skał zado­wo­le­niem, kiedy parę minut póź­niej kościelny urzęd­nik wkro­czył na rynek i aresz­to­wał mło­dego Shoc­kleya, który wciąż krę­cił się koło stra­ga­nów.
– Widzia­łem, jak cisnął kamie­niem w okno Le Por­tiera – zapew­niał Wil­liam – a potem przy­szedł tutaj i wybił szybę w kościele. Jeśli potrzeba świad­ków, zapy­taj na Castle Street.
– Tak zro­bię – obie­cał rządca.

 
Wesprzyj nas