Jak rodzi się i upada cywilizacja? Victor Davis Hanson, znakomity historyk wojskowości, zagłębia się w najbardziej dramatyczne momenty dziejów ludzkości, by pokazać mechanizmy, które prowadzą społeczeństwa od potęgi do katastrofy. „Koniec wszystkiego” to książka, która ostrzega – zmieniły się narzędzia i język konfliktów zbrojnych, ale ludzka natura pozostała taka sama.


Tak upadają cywilizacje. Tak kończy się świat.

• Dlaczego ludzie, którzy budują cywilizację, potrafią równie łatwo ją zniszczyć?
• Jakie ostrzeżenia zostawiła nam historia – i czy jeszcze umiemy ich słuchać?
• Czy współczesny świat naprawdę jest odporny na totalną wojnę?
• Jak blisko jesteśmy granicy, za którą kończy się nasz świat?

Victor Davis Hanson, wybitny historyk wojskowości, prowadzi czytelnika przez tysiące lat ludzkich konfliktów – od starożytnych oblężeń po podbój Nowego Świata – by pokazać, jak społeczeństwa schodzą z drogi rozumu w otchłań barbarzyństwa. W opowieściach o Tebach, Kartaginie, Konstantynopolu i Tenochtitlánie odsłania dramat, przemoc i złudzenia, które prowadziły do zagłady całych cywilizacji.

„Koniec wszystkiego” to poruszająca, błyskotliwa i przerażająco aktualna lekcja historii, której nie możemy zignorować.

Wojna, nie zna litości, wciąż może powrócić – szybciej, niż nam się wydaje.

***

✓ Książka niezwykle aktualna we współczesnym świecie. Zawdzięcza to zarówno umiejętnej analizie szczegółu, jak i mistrzowskiemu budowaniu ogólnego obrazu sytuacji. To dzieło o wyjątkowej głębi.
– „Wall Street Journal”

✓ Victor Davis Hanson – erudyta o bogatej wyobraźni, łączący wyważenie z przenikliwością – opowiada historię najbardziej brutalnych wojen starożytności. To dzieło, które niesie ważną lekcję także wobec wyzwań współczesnego świata.
– „Claremont Review of Books”

✓ Lektura obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych historią starożytną i przednowoczesną. Victor Davis Hanson pisze znakomitym stylem, korzystając z imponującego zasobu źródeł dawnych i współczesnych oraz uwzględniając różne punkty widzenia.
– „Irish Times”

Victor Davis Hanson – wykładowca historii wojskowości w Instytucie Hoovera na Stanford University oraz emerytowany profesor filologii klasycznej na California State University w Fresno. Jest autorem ponad dwudziestu książek. Mieszka w Selmie w Kalifornii.

Victor Davis Hanson
Koniec wszystkiego
Jak wojna prowadzi do zniszczenia
Przekład: Sławomir Maskiewicz
Wydawnictwo Port
Premiera: 11 marca 2026
 
 

Przedmowa

Minął zaledwie rok od publikacji pierwszego wydania książki Koniec wszystkiego, a nasza rzeczywistość budzi coraz większy niepokój. Zagrożenie wynika dziś z możliwości jednoczesnego wybuchu konfliktów na różnych kontynentach, które stopniowo mogą eskalować w stronę Armagedonu. Po raz pierwszy od kubańskiego kryzysu rakietowego z 1962 roku dziennikarze, politycy i dowódcy wojskowi zaczęli otwarcie mówić o ryzyku totalnej wojny nuklearnej oraz o konfliktach regionalnych zdolnych pochłonąć miliony ludzkich istnień.
Przestały już obowiązywać dawne powojenne ograniczenia wobec wykorzystywania państw klienckich do ataków na terytoria wroga. Stany Zjednoczone otwarcie zachęcały Ukrainę, swojego sojusznika-klienta, do ostrzału celów na terytorium Rosji. Moskwa ostrzegła zaś państwa NATO, że dostarczając broń, same mogą stać się uzasadnionym celem. Przywódcy coraz częściej formułują jawne groźby użycia broni jądrowej wobec wrogów i rywali.
Co więcej, nowe technologie i strategie – zwłaszcza masowe wykorzystywanie dronów oraz uzbrojenia sterowanego przez sztuczną inteligencję – zaczęły na nowo definiować reguły wojny w dwudziestym pierwszym wieku, czyniąc zniszczenie jeszcze łatwiejszym do przeprowadzenia.
Jeśli niektórzy czytelnicy uznali studia przypadków zawarte w Końcu wszystkiego za przynależące do odległej przeszłości – za przejaw niepotrzebnej przemocy sprzed epoki oświecenia i współczesnej globalizacji – to wydarzenia ostatniego roku powinny im przypomnieć, że los Teb, Kartaginy, Bizancjum czy Azteków staje się dziś boleśnie aktualny.
Upokarzająca, ostateczna ewakuacja z Afganistanu w 2021 roku, brak skutecznej reakcji Zachodu, NATO i Stanów Zjednoczonych na działania Władimira Putina, a także zuchwałe wysłanie chińskiego balonu szpiegowskiego nad terytorium USA sprawiły, że Stany Zjednoczone zostały powszechnie uznane za państwo, które abdykowało z roli światowego strażnika porządku. To zaś rodzi obawę, że współczesne konflikty mogą ogarnąć całe kontynenty i eskalować w stronę kryzysu nuklearnego.
W wyniku tak gwałtownej przebudowy światowego ładu teokraci i dyktatorzy – od Bliskiego Wschodu po Rosję – wielokrotnie grozili użyciem broni jądrowej. Zarówno oni, jak i przywódcy Zachodu bagatelizowali ostrzeżenia, że wojna niosąca totalną zagładę może stać się nieunikniona; tym bardziej że nowe sojusze grożą wciągnięciem do bezpośredniego konfliktu państw nuklearnych, których ewentualne działania są nie do przewidzenia.
Podobnie jak w Tebach, Kartaginie, Bizancjum czy państwie Azteków, zarówno ci, którzy stawali się celem, jak i ich sojusznicy oraz neutralni obserwatorzy odrzucali myśl, że napięcia mogą doprowadzić do otwartej wojny – nie mówiąc już o całkowitej zagładzie. Obserwujemy więc sytuację, w której stopniowo to, co zdawało się dotąd niewyobrażalne, staje się coraz bardziej możliwe.
Siódmego października 2023 roku terroryści Hamasu, wspomagani przez część cywilów ze Strefy Gazy, dofinansowani irańskimi funduszami oraz uzbrojeni przez Iran, a także wspierani równoczesnymi atakami rakietowymi Hezbollahu i Huti, wtargnęli do Izraela. Grupy uderzeniowe zaatakowały ludność cywilną i cele wojskowe. Wzięto ponad dwustu pięćdziesięciu zakładników. Około tysiąca dwustu osób zamordowano, zgwałcono lub torturowano. Od Holokaustu nie było dnia, w którym zginęłoby więcej Żydów. Trzy tygodnie później Izrael odpowiedział inwazją na Gazę. Celem było zniszczenie wojennego potencjału Hamasu oraz zlikwidowanie infrastruktury, którą terroryści wykorzystywali jako osłonę dla swoich operacji.
Do września 2024 roku Hamas i Hezbollah wystrzeliły w stronę Izraela ponad piętnaście tysięcy rakiet i pocisków. W odpowiedzi państwo żydowskie przez większą część roku nieprzerwanie bombardowało siedziby i biura terrorystów Hezbollahu. Izrael stosował także pagery i krótkofalówki z opóźnionym zapłonem, aby eliminować tysiące przywódców organizacji. Ostatecznie izraelska armia wkroczyła do Libanu, by oczyścić pogranicze z magazynów broni i wyrzutni rakiet.
Hezbollah przez lata uchodził za najskuteczniejszą i najgroźniejszą organizację terrorystyczną Bliskiego Wschodu. Jednak pod koniec 2024 roku został niemal całkowicie rozbity. Jego arsenały i zapasy amunicji wyczerpały się lub zostały zniszczone, a budzące postrach oddziały bojowe musiały się ukrywać. Resztki rozbitego dowództwa prosiły o pokój.
W odpowiedzi na izraelskie ataki wymierzone w przywódców Hezbollahu, Hamasu i Iranu Teheran po raz pierwszy w historii wystrzelił pociski na terytorium Izraela. W kwietniu 2024 roku było to około trzystu rakiet, dronów i pocisków balistycznych, a w październiku – kolejnych dwieście. Izraelskie wielowarstwowe systemy obrony powietrznej, wspierane przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i państwa arabskie, zdołały strącić niemal wszystkie nadlatujące pociski. Po raz pierwszy w historii Izrael odpowiedział na irańskie ataki bezpośrednim uderzeniem na terytorium Iranu. Zniszczył systemy obrony powietrznej Teheranu, pozostawiając w ten sposób cały kraj bezbronnym wobec przyszłych nalotów i ataków rakietowych.
Szacuje się, że Izrael dysponuje blisko czterystoma głowicami nuklearnymi, które są gotowe do użycia. Mogą być przenoszone przez samoloty, wyrzutnie lądowe oraz okręty, w tym także podwodne.
Krążą pogłoski, że Iran wyprodukował albo niebawem wyprodukuje cztery głowice jądrowe – bądź nawet pięć. Obie strony wielokrotnie ostrzegały się, że dalsza eskalacja konfliktu doprowadzi do ostatecznej konfrontacji.
Pod koniec 2024 roku Izrael jasno dał do zrozumienia Iranowi i całemu światu, że każdy kolejny atak spotka się z katastrofalną odpowiedzią. Analitycy zauważyli, że Jerozolima po cichu sygnalizowała gotowość do całkowitego zniszczenia irańskich zakładów produkujących broń jądrową i drony, a także całego przemysłu naftowego – bez żadnych ograniczeń co do skali i czasu odwetu.
Listopadowe zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w 2024 roku, połączone z przejęciem przez republikanów kontroli nad Kongresem, zapowiada nową politykę USA wobec Bliskiego Wschodu. Politykę, która prawdopodobnie nie będzie nakładać na Izrael żadnych – lub prawie żadnych – ograniczeń w zakresie reakcji.
Jeszcze zanim Trump objął urząd, sunniccy islamscy rebelianci – po dekadzie nieudanego powstania w Syrii – w ciągu kilku dni walki obalili trwające przez pięćdziesiąt lat rządy dynastii Asadów. Natychmiast pojawiły się pytania, czy znaczne zasoby broni biologicznej i chemicznej syryjskiego reżimu trafiły w ręce rebeliantów powiązanych niegdyś z ISIS, czy też zostały wcześniej wywiezione do sojuszniczego Iranu.
Wraz z upadkiem Syrii, a także rozbiciem Hezbollahu i Hamasu Izrael nie był już niczym związany w podejmowaniu działań wobec Iranu. Zyskał swobodę odpowiedzi w taki sposób, jaki uzna za najskuteczniejszy dla własnego bezpieczeństwa.
Konflikt szybko rozprzestrzenił się na cały Bliski Wschód. Trajektorie rakiet w izraelsko-irańskiej wymianie ognia przecinały przestrzenie powietrzne Jordanii, Zachodniego Brzegu, Syrii, Iraku, Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu i Turcji. Wszystkie te państwa były klientami Stanów Zjednoczonych, Rosji albo Iranu. Większość z nich albo chętnie zestrzeliwała nadlatujące irańskie pociski, albo ostro protestowała, grożąc obu stronom i żądając poszanowania swojej suwerenności.
Niemal równocześnie konflikt rosyjsko-ukraiński wszedł w nową fazę przemocy. Zaczął się czwarty rok wojny – wojny granicznej, rozpoczętej dwudziestego czwartego lutego 2022 roku, kiedy Rosja podjęła nieudany atak z zaskoczenia, by „urwać łeb” ukraińskiej stolicy. Charakter tego konfliktu coraz bardziej przypomina stagnacyjne walki z czasów pierwszej wojny światowej. Liczba zabitych, rannych i zaginionych po obu stronach sięgnęła niemal półtora miliona istnień.
Ukraiński front stał się największym i najbardziej krwawym polem bitwy w historii Europy – większym niż Stalingrad, gdzie w latach 1942–1943 zginęło około miliona Rosjan i Niemców. Jeśli ta gigantyczna bitwa będzie toczyć się dalej, historykom zabraknie porównań. Już teraz liczba ofiar przewyższa rzeź nad Sommą i pod Verdun z czasów Wielkiej Wojny.
W obu konfliktach istnieje zbyt wiele niewiadomych, by można było przewidzieć, kto zwycięży. Trudno też ocenić, czy zwycięstwo w ogóle jest możliwe – i czy ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie strategiczne, jeśli przegrywająca strona dysponuje bronią nuklearną albo ma potężnych sojuszników, którzy takową posiadają.
Tabu, które niegdyś czyniło groźby użycia głowic nuklearnych niewyobrażalnymi, zanika na naszych oczach. Ukraina korzysta dziś z amerykańskich i europejskich pocisków, których systemy, wspierane przez satelity, wymagają bezpośredniego zaangażowania techników z USA i NATO. Wysłanie wojsk zachodnich na terytorium Ukrainy oznacza przekroczenie „linii zapalnej”. Rosja już wcześniej określiła to jako podstawę do odwetu wobec terytorium każdego państwa, którego żołnierze wezmą udział w działaniach zbrojnych przeciwko niej.
Pod koniec roku Korea Północna, posiadająca broń nuklearną, wysłała dziesięć tysięcy żołnierzy na front ukraiński. Celem było wsparcie rosnącej rosyjskiej kontrofensywy przeciwko ukraińskiej inwazji na region Kurska. Stało się to najwyraźniej za pełną zgodą jej patrona i dostawcy broni, czyli Chin. Przywódca Korei Północnej, Kim Dzong Un, ogłosił ponadto gotowość wysłania nawet stu tysięcy żołnierzy.
Tymczasem Pekin uważnie śledzi rozwój obu regionalnych wojen, analizując ich dynamikę. Obserwuje, czy jego sojusznicy – Rosja i Iran – wraz ze swoimi strategiami i uzbrojeniem pozostają zdolni do dalszej walki, a może nawet do zwycięstwa. Chińscy przywódcy ze szczególną uwagą analizują reakcję NATO i Stanów Zjednoczonych na coraz trudniejszą sytuację Ukrainy. Być może traktują to jako punkt odniesienia do oceny działań Zachodu na wypadek, gdyby w czasie, gdy świat będzie zajęty czymś innym, Pekin zdecydował się na inwazję lub blokadę Tajwanu.
Te dwie wojny już teraz zrewolucjonizowały charakter konfliktu zbrojnego. Stale ulepszane pod kątem różnych celów drony okazały się niemal nie do powstrzymania, skutecznie neutralizując tradycyjne środki bojowe – czołgi, transportery opancerzone, artylerię i umocnione bunkry.
W obu teatrach działań użyto również hipersonicznych pocisków poruszających się z prędkością niemal sześciu tysięcy czterystu kilometrów na godzinę. Taka prędkość praktycznie uniemożliwia obrońcy wcześniejsze rozpoznanie, czy zbliżający się pocisk niesie głowicę konwencjonalną, czy nuklearną.
Równocześnie pojawiły się nowe rozwiązania technologiczne. Pentagon pracuje nad systemem HELLADS (High Energy Liquid Laser Area Defense System), a Izrael rozwija laserową broń Iron Beam. Ich celem jest stworzenie uzbrojenia opartego na energii skierowanej, które będzie rutynowo zestrzeliwać pociski balistyczne, także te z głowicami jądrowymi. Paradoksalnie może to oznaczać schyłek osiemdziesięcioletniego okresu, w którym światu udawało się unikać wybuchu trzeciej wojny światowej.
Spokój, jaki nastał po drugiej wojnie światowej, zawsze opierał się na obustronnym lęku. Każda ze stron zdawała sobie sprawę, że użycie broni nuklearnej zakończy się nieuchronnym wzajemnym unicestwieniem. Ta perspektywa czyniła wojnę egzystencjalną między państwami atomowymi czymś niewyobrażalnym, a tym bardziej – niemożliwym do realizacji.
Coraz bardziej realna staje się jednak wizja, że pociski z głowicami nuklearnymi mogą nie trafić w cel. To z kolei skłonić może niektóre mocarstwa do przekonania, iż są w stanie całkowicie osłonić się przed atakiem jądrowym. Wówczas mogłyby uznać, że mają swobodę, by rozpocząć konflikt konwencjonalny na pełną skalę, a nawet użyć broni nuklearnej, nie obawiając się odwetu.
Świat zdaje się tym samym powracać do realiów sprzed zimnej wojny. Dwa obecnie eskalujące konflikty – na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie – oraz groźba zagłady narodów, którą te konflikty niosą, są przygnębiające nie tylko ze względu na skalę przemocy i na liczbę ofiar, lecz także dlatego, że były aż nazbyt przewidywalne.
Współczesne wojny nie toczą się wyłącznie wokół bieżących sporów ideologicznych i politycznych wizji. Z jednej strony mamy rosyjski imperialny irredentyzm, z drugiej – dążenie Ukrainy do pełnej europejskości. Podobnie działają teokratyczne ambicje Iranu, który pragnie unicestwić Izrael, a wraz z nim połowę światowej populacji Żydów. Są to również wojny prowadzone z powodów, które od dawien dawna prowadziły do konfliktu: o przestrzeń życiową i zasoby. Źródła tychże współczesnych wojen można odnaleźć także w klasycznej triadzie Tukidydesa: strachu, honorze i postrzeganiu własnego interesu.
Jeśli Rosja nie zdoła wchłonąć całej Ukrainy, będzie chciała przynajmniej zatrzymać terytoria zajęte po dwudziestym czwartym lutego 2022 roku i zalegalizować trwającą już od dekady aneksję Donbasu oraz Krymu. Hamas z kolei działał zgodnie z hasłem: „Od rzeki aż po morze – Palestyna będzie wolna”. Iran dostarczał rakiety Hamasowi, Hezbollahowi i Huti, by wskrzesić marzenie o panislamskiej ziemi świętej – tym razem jednak pod egidą perskich szyitów, historycznie niedocenianych w świecie islamu.
Tym samym wiele nieroztropnych decyzji uczestników naszych współczesnych konfliktów przypomina nieodpowiedzialne decyzje podejmowane przez bohaterów opisanych w Końcu wszystkiego.
Hamas zaatakował i mordował między innymi dlatego, że nie wierzył, iż Izrael rzeczywiście zdecyduje się na niemal całkowite zniszczenie Gazy – ani że świat na to pozwoli. Przywódcy Hamasu powinni pamiętać o wielokrotnych ostrzeżeniach, jakie senat rzymski kierował wobec Kartaginy.
Izrael przez trzy tygodnie zwlekał z odpowiedzią na atak z siódmego października, licząc, że ta prymitywna przemoc oburzy cywilizowany świat, który dołączy do działań przeciwko terroryzmowi Hamasu. Powinien jednak pamiętać, że w przeszłości zarówno papież, jak i miasta-państwa, takie jak Wenecja i Genua, obiecywały wysłać armię na odsiecz Konstantynopolowi – a swoich obietnic ostatecznie nie zrealizowali.
Ukraina nie wierzy, że jej ataki rakietowe na Rosję ani kontrofensywa na terytorium rosyjskim sprowokują Putina do użycia taktycznej broni jądrowej. To zaskakująca ocena przeciwnika, który wielokrotnie wykazywał się silną determinacją; w czasie drugiej wojny światowej stracił ponad sto tysięcy ludzi w obronie Sewastopola, a wcześniej – siedemset tysięcy żołnierzy w kotle kijowskim w 1941 roku.
Być może Ukraina liczy na to, że europejscy i amerykańscy patroni w końcu wkroczą do akcji – gotowi wystawić własne miasta jako potencjalne cele jądrowe – byle tylko zmusić Putina do odwrotu. Powinni jednak zapytać Tebańczyków, ilu Spartan i Ateńczyków, którzy głośno obiecywali wsparcie, faktycznie stawiło się do walki, gdy Aleksander stanął u bram Teb. Oraz czy Aleksander, król-filozof, rzeczywiście żartował, kiedy groził zrównaniem tego ikonicznego miasta z ziemią.
Gdyby na początku 2022 roku ktoś powiedział Ukraińcom, że w ciągu kolejnych trzech lat Rosja zabije lub zrani pół miliona ich młodych obywateli, zmusi dwanaście milionów do opuszczenia kraju i zniszczy infrastrukturę – uznaliby takie prognozy za czyste szaleństwo. Podobnie jak Aztekowie, którzy lekceważyli plany Hernána Cortésa.
Gdyby pierwszego października Izrael usłyszał ostrzeżenie, że w ciągu sześciu dni Hamas ukradkiem wyśle tysiące terrorystów, którzy bez większych przeszkód przedrą się przez nowoczesne ogrodzenia graniczne, wyposażone w czujniki akustyczne i elektroniczne, również nikt by w to nie uwierzył. Wizja, że ci terroryści będą mordować, ćwiartować i torturować żydowskie kobiety i dzieci w sposób przypominający średniowieczne okrucieństwo, brzmiałaby jak fantazja.
A jednak podobne złudzenia mieli Bizantyjczycy. Przez pół wieku przed upadkiem Konstantynopola możnowładcy wmawiali sobie, że Osmanowie w końcu zmądrzeli i zgodzili się na trudny, lecz możliwy do utrzymania pokój z chrześcijańskim światem.
Nie należy lekceważyć Putina i przywódców Hamasu bardziej niż Aleksandra, który stanął u bram Teb. Teokraci w Teheranie i ich poplecznicy wierzą, że mogą zniszczyć i zająć Izrael równie łatwo, jak Mehmed II zdobył Konstantynopol. Z taką samą pewnością liczą, że ewentualna pomoc Zachodu dla oblężonego ośrodka zachodniej cywilizacji przyjdzie zbyt późno i będzie zbyt skromna.
Zachodni komentatorzy często bagatelizują tych, którzy poważnie traktują coraz bardziej desperackie groźby Putina o użyciu taktycznej broni jądrowej przeciwko Ukrainie. Eksperci uspokajają: to tylko pokazówka – ostatnie, rozpaczliwe tchnienia podstarzałego dyktatora.
Tymczasem historia uczy inaczej. Po Noche Triste Aztekowie uznali, że zdziesiątkowana grupa konkwistadorów Cortésa została ostatecznie pokonana, i nie przygotowali się na jego powrót. Lecz tym razem celem Cortésa nie było jedynie pokonanie Tenochtitlánu, lecz jego całkowite unicestwienie.
Izrael wielokrotnie ostrzegał Teheran, by zaprzestał dostarczania rakiet swoim wrogom na Zachodnim Brzegu, w Libanie i Jemenie. Wzywał także, by Iran nie budował broni nuklearnej i nie groził jej użyciem. Izrael jednoznacznie podkreślał, że nie dopuści ani do drugiego Holokaustu, ani do nuklearnego „miecza Damoklesa”, zawieszonego nad państwem żydowskim. Podobnie jednak jak niegdyś Kartagińczycy, swoich od dawna poirytowanych rywali, których cierpliwość niebezpiecznie się wyczerpuje, lekceważą dziś Irańczycy.
Równocześnie świat stopniowo przyzwyczaja się do nowej rzeczywistości. Najważniejsze szlaki morskie – Morze Czarne, Morze Czerwone, cieśnina Ormuz, wschodnia część Morza Śródziemnego i Morze Południowochińskie – stają się coraz częściej strefami zakazanymi dla handlowej żeglugi międzynarodowej oraz arenami konfrontacji militarnych.
W książce tej analizuję, dlaczego rozwinięte, odnoszące sukcesy społeczeństwa znalazły się w stanie wojny. Dlaczego toczyły wojny, które były nie tylko nie do wygrania, ale wręcz nie do przetrwania. Miasta skazane na zagładę ulegały złudnym ocenom własnej siły, pozostawały ślepe na oczywiste oznaki upadku i zbyt ufnie wierzyły w retorykę rzekomo niezawodnych sojuszników. Nie dostrzegały asymetrii zasobów i przewagi przeciwnika; dawały się omamić pozornie racjonalnymi, a zarazem zwodniczymi słowami tych, którzy wkrótce mieli je zniszczyć.
Dzisiaj, tak jak wtedy, koniec może nadejść błyskawicznie. Przypomina o tym nagły upadek wspieranego przez USA rządu w Afganistanie w 2021 roku, gdy amerykańska armia w upokarzający sposób opuściła kraj, pozostawiając talibom sprzęt wojskowy wart pięćdziesiąt miliardów dolarów, ambasadę wartą miliard oraz nowoczesną bazę w Bagram o wartości trzystu milionów. Równie pouczający jest przykład szybkiego rozpadu wspieranego przez Rosję reżimu Baszszara al-Asada w Syrii w grudniu 2024 roku, który nastąpił zaledwie w cztery dni.
Przejście od pozornego spokoju i status quo do całkowitego rozkładu struktur państwowych może dziś zadziać się w ciągu kilku dni, a nawet godzin. W epoce masowej produkcji broni, błyskawicznej globalnej komunikacji oraz odradzających się plemiennych i religijnych nienawiści podobne upadki reżimów, rządów, a nawet całych państw mogą się powtórzyć – i zapewne tak się stanie.
Podsumowując: znaki ostrzegawcze na drodze ku zagładzie są dziś równie wyraźne jak w przeszłości. Obyśmy potrafili wyciągnąć wnioski z doświadczeń, że to, co zazwyczaj wydaje się niewyobrażalne, często staje się bolesną rzeczywistością.
 
Victor Davis Hanson
10 grudnia 2024
Selma, Kalifornia

WSTĘP
Jak giną cywilizacje

A na podstawie napis dochował się cało:
„Ja jestem Ozymandias, król królów. Mocarze!
Patrzcie na moje dzieła i przed moją chwałą
Gińcie z rozpaczy!”. Więcej nic już nie zostało…
Gdzie stąpić, gruz bezkształtny oczom się ukaże
I piaski bielejące w pustyni obszarze.

Percy Bysshe Shelley, Ozymandias2*
 
Całe państwa wraz ze społeczeństwami potrafią z różnych powodów znikać z kart historii. Czasem winne są zjawiska naturalne, takie jak trzęsienia ziemi, tsunami, erupcje wulkanów, epidemie czy zmiany klimatyczne. Innym razem odpowiedzialność ponoszą ludzie. W dziejach świata wielokrotnie dochodziło do zagłady całych kultur – czasem w krótkim czasie, innym razem w procesie rozciągniętym na dziesięciolecia. Tematem niniejszej książki jest jednak rzadsze zjawisko: nagłe i całkowite unicestwienie cywilizacji, państwa lub kultury w wyniku działań zbrojnych. Autor analizuje cztery przypadki: starożytnych Teb, punickiej Kartaginy, bizantyjskiego Konstantynopola oraz stolicy imperium Azteków – Tenochtitlánu. Wnioski płynące z tych analiz stanowią ostrzeżenie, iż współczesny świat – w tym także Stany Zjednoczone – nie jest wolny od ryzyka powtórki historycznych tragedii.
Do całkowitego zniszczenia w warunkach wojennych dochodziło najczęściej w efekcie ostatecznego oblężenia lub inwazji. Coup de grâce – czyli „cios łaski” – wymierzano zazwyczaj w stolicę albo inne centrum życia politycznego, religijnego, społecznego czy kulturowego. To ostateczne uderzenie oznaczało nie tylko fizyczne zniszczenie, lecz także zupełne wymazanie stylu życia danego społeczeństwa, a nierzadko również zagładę znacznej części jego populacji. Zaskakujące może wydawać się to, jak gwałtownie nadchodził taki kres. Konfrontacja z ostatecznością często pojawiała się nagle i bez ostrzeżenia. Dramatyczna porażka z opóźnieniem ujawniała ignorowane przez lata słabości. Presja wojny obnażała głębokie pęknięcia w strukturach gospodarczych, politycznych i społecznych. Upadające imperia nie chciały przyjąć do wiadomości – a tym bardziej podjąć działań naprawczych – że ich rozległe niegdyś terytoria skurczyły się do znacznie mniejszych obszarów.
Naiwność i pycha – jak z kart antycznego dramatu – a także błędna ocena własnych sił i słabości, utrata zdolności odstraszania, nowe technologie i taktyki wojskowe, totalitarne ideologie oraz ucieczka w świat iluzji to tylko wybrane przyczyny katastrof, z pozoru rzadkich, które wciąż się powtarzają. Przykłady takie, jak zagłada imperium Inków, upadek narodu Czirokezów czy ludobójstwo licznej, tętniącej życiem społeczności żydowskiej posługującej się językiem jidysz w przedwojennej Europie Środkowo-Wschodniej, pokazują, że historia nieustannie lubi się powtarzać. Zniszczenie dawnych kultur w czasie i przestrzeni powinno być dla nas ostrzeżeniem: nawet znane nam państwa dwudziestego pierwszego wieku mogą okazać się równie kruche jak ich starożytne odpowiedniki. Zwłaszcza że sztuka niszczenia rozwija się równolegle z postępem w dziedzinie obronności. Łatwowierność i ignorancja współczesnych rządów wobec złych intencji, nienawiści, bezwzględności oraz potencjału przeciwników nie powinna nas dziwić. Ucieczka w wygodną nonszalancję i bezrefleksyjne zaufanie – często będące produktem dobrobytu i beztroski – stanowi typową reakcję. Jednakże choć mogłoby się wydawać, że żyjemy w ponowoczesnej, technologicznie zaawansowanej „globalnej wiosce”, natura ludzka pozostaje niezmienna.
Nawet w epoce ponadnarodowego bogactwa, zglobalizowanej gospodarki, szczytów w Davos, ONZ, tysięcy organizacji pozarządowych, międzynarodowego ładu opartego na zasadach nuklearnego odstraszania losy Teb, Kartaginy, Konstantynopola czy Tenochtitlánu nie powinny być traktowane jako odległe, pozbawione związku z teraźniejszością. Rzecz jasna współcześnie żadne państwo nie porywa całych populacji – tak jak uczynił to Aleksander Wielki po zburzeniu Teb czy Scypion Afrykański Młodszy po zdobyciu Kartaginy. Wówczas było to jedno z najskuteczniejszych narzędzi całkowitego unicestwienia cywilizacji. Stany Zjednoczone, przynajmniej w teorii, są chronione przez dwa oceany, dysponują potężnym arsenałem nuklearnym – liczącym niemal sześć i pół tysiąca głowic – oraz największą gospodarką i armią w dziejach świata. Czy którykolwiek z wrogów byłby zdolny do całkowitego unicestwienia takiego państwa?
Niestety, mimo błyskawicznego rozwoju technologii natura człowieka pozostaje niezmienna. Trzeba o tym pamiętać również w Stanach Zjednoczonych – kraju przekonanym o własnej wyjątkowości i pewnym, że nie mogą go dotknąć tragedie, jakich doświadczyły inne narody; zarówno w odległej przeszłości, jak i w czasach nam bliższych. Niniejsza książka jasno pokazuje, że nie istnieje żadna reguła głosząca, iż postęp naukowy, wzrost dobrobytu czy łatwiejszy dostęp do informacji idą w parze z większą roztropnością, wyższym poziomem moralnym czy jakimkolwiek innym udoskonaleniem ludzkiej natury.
Oblężenie Tenochtitlánu przez Hernána Cortésa przebiegało według tych samych zasad, którymi kierował się Aleksander Wielki jakieś tysiąc osiemset lat wcześniej. Zakładano, że większość Azteków zostanie chłopami pańszczyźnianymi, niewolnikami lub po prostu zginie. Owszem, współczesny świat nie akceptuje już niewolnictwa, kanibalizmu ani składania ofiar z ludzi. Jednak środki, jakimi dysponuje, by dokonać ludobójstwa, są znacznie bardziej zaawansowane niż kiedykolwiek wcześniej. Broń nuklearna, chemiczna i biologiczna jest dziś dosłownie na wyciągnięcie ręki. Lata 1939–1945, kiedy zginęło siedemdziesiąt milionów ludzi – zaledwie dwie dekady po „wojnie, która miała położyć kres wszystkim wojnom” i pochłonęła dwadzieścia milionów ofiar – przypomniały nam boleśnie, że postęp materialny i technologiczny często łączy się z moralnym regresem. To lekcja znana już od siódmego wieku przed naszą erą, gdy grecki poeta Hezjod ostrzegał przed upadkiem cnoty i rozsądku.
W dwudziestym pierwszym wieku byliśmy świadkami krwawych wojen w tak różnych zakątkach świata, jak Afganistan, Czeczenia, Krym, Darfur, Etiopia, Irak, Liban, Libia, Niger, Nigeria, Osetia, Pakistan, Sudan, Syria, Zachodni Brzeg Jordanu czy Jemen. Warto przypomnieć, że wszystkie te konflikty wybuchły krótko po ludobójstwach w Kambodży i Rwandzie, dokonanych jeszcze pod koniec dwudziestego wieku. Te makabryczne wojny nie mogłyby dziś wciągnąć w konflikt głównych mocarstw dysponujących bronią masowego rażenia – przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. W ostatnich latach Rosja groziła Ukrainie użyciem broni jądrowej, Chiny – Tajwanowi, Iran – Izraelowi, Pakistan – Indiom, a Korea Północna – Korei Południowej, Japonii i USA. Turcja wspominała o rakietach skierowanych przeciwko Atenom i Izraelowi, a także o „rozwiązaniu” kwestii ormiańskiej na wzór działań swoich przodków. A przecież to jedynie groźby odnoszące się do użycia bomb i pocisków. Tymczasem żyjemy w epoce rozwoju patogenów modyfikowanych w laboratoriach oraz amunicji sterowanej przez sztuczną inteligencję.
Warto zauważyć, że opisywane w tej książce cztery najdawniejsze przypadki całkowitego unicestwienia kultur różnią się od tajemniczych zaginięć lub gwałtownych upadków tak zwanych zaginionych cywilizacji – takich jak Mykeńczycy (około 1200 r. p.n.e.) czy Majowie (około 900 r. n.e.). Odróżniają się one również od zjawisk o mniejszej skali, na przykład od zagadkowego wymarcia społeczności z Wyspy Wielkanocnej, Pitcairn czy Roanoke1.
Nie zajmujemy się w niniejszej książce procesem stopniowego, wewnętrznego rozpadu, który w dłuższej perspektywie prowadzi do wyniszczenia narodu czy imperium. Dobrym tego przykładem jest upadek cesarstwa zachodniorzymskiego w piątym wieku naszej ery, które częściowo zostało wchłonięte przez tak zwanych barbarzyńców i w efekcie wkroczyło w to, co historycy nazywają „wiekami ciemnymi” w Europie. Poszczególne rozdziały nie są też studiami nad politycznym zanikiem struktur państwowych ani nad przemianami tożsamości narodowych – takimi, jakie obserwowano, gdy kresu dobiegło istnienie państwa pruskiego czy rozpadała się Jugosławia. Nawet całkowite zniszczenie struktur państwa – jego granic, instytucji, historii i kultury – nie musi oznaczać ludobójstwa całego narodu. Zwycięskie oblężenie może jednak prowadzić niekiedy do masowej eksterminacji motywowanej nienawiścią rasową, etniczną lub religijną.
Jeżeli przyjmiemy, że państwa i kultury mogą zostać unicestwione w wyniku wojny, rodzi się pytanie: kiedy uznać, że naród został pokonany lub przestał istnieć? Czy ma to miejsce w chwili formalnego podbicia i okupacji, gdy obywatele znajdują się pod trwałą zależnością? A może – zgodnie z tezą tej książki – za kres narodu należy uznać sytuację, gdy lud o odmiennej tożsamości zajmuje jakieś terytorium, a jednocześnie upada stary rząd, infrastruktura zrównuje się z ziemią, większość miejscowej ludności ginie, zostaje zniewolona lub rozproszona, a kultura ulega rozpadowi i szybko popada w zapomnienie?
Oczywiście nic nie kończy się na zawsze – przynajmniej nie w pełnym tego słowa znaczeniu. Zdarza się, że instytucje polityczne upadają, dana kultura ulega dezintegracji, lecz jej język wciąż trwa, a część członków żyje w diasporze. Nierzadko niewielka grupa ocalałych przez pewien czas pielęgnuje resztki dawnej tożsamości i pamięci. Jak zobaczymy, istnieją różne stopnie „unicestwienia”. Dlatego należy uważnie badać, czy Teby lub Kartagina rzeczywiście zostały unicestwione w takim stopniu, jak twierdzą autorzy źródeł, i co w istocie znaczą użyte w nich określenia: „zniszczone”, „zrównane z ziemią”, „obrócone w ruinę”.
Niezależnie od tego, czy mówimy o upadku Troi, czy o zniszczeniu znacznej części Hiroszimy, można stwierdzić, że zagłada całych miast – a czasem całych cywilizacji – jest zjawiskiem rzadkim, choć niezarezerwowanym wyłącznie dla barbarzyńskiej przeszłości. Tego rodzaju katastrofy powracały w dziejach, a ich skutki niejednokrotnie wykraczały daleko poza obszar bezpośredniego konfliktu. Miliony ludzi, żyjących z dala od epicentrum katastrofy, szybko uświadamiały sobie, że konsekwencje dotkną także ich. Z kolei z perspektywy czasu późniejsze pokolenia dostrzegały, że takie tragedie oznaczały nagły koniec pewnej epoki i początek rzeczywistości zasadniczo odmiennej. I niezależnie od tego, czy znaczenie upadku systemu politycznego, kultury czy całego narodu dostrzegano od razu, czy dopiero po latach – w każdym przypadku można wskazać pewne cechy wspólne. A wraz z nimi wynieść także cenną lekcję na przyszłość2.
Wielkość i bogactwo społeczności będącej celem ataku miały ogromne znaczenie. Świat starożytny opłakiwał eksterminację niewielkiej wyspy Melos i jej kultury, dokonaną przez Ateńczyków w 415 roku p.n.e. Klasyczni Grecy nie utożsamiali jednak zagłady mieszkańców wyspy Melos z końcem hellenizmu – przynajmniej nie w takim stopniu, jak później, kiedy zburzyli znacznie potężniejsze i bardziej wpływowe Teby lub Korynt. Istotne były także język, literatura, sztuka i nauka unicestwionych społeczności oraz zdolność tychże zjawisk do promieniowania kulturowego poza własne granice. Dlatego świat Azji Mniejszej i basenu Morza Śródziemnego zmienił się o wiele bardziej po upadku bizantyjskiego Konstantynopola niż po zniszczeniu barbarzyńskiego królestwa Wandalów w Afryce Północnej, na Sycylii i w Italii.
Przypadki omawiane w tej książce – zburzenie Teb przez Aleksandra Wielkiego, unicestwienie Kartaginy przez Scypiona Afrykańskiego Młodszego, podbój i przekształcenie Konstantynopola przez Mehmeda II oraz zniszczenie Tenochtitlánu przez Hernána Cortésa – każdorazowo oznaczały kres całych kultur i cywilizacji. Tak widzieli je zarówno współcześni świadkowie, jak i kolejne pokolenia. Aleksander Wielki, wraz ze zniszczeniem Teb i z zagładą ich mieszkańców, symbolicznie zakończył epokę klasycznej Grecji – epokę setek niezależnych polis. Upadek autonomicznego miasta-państwa zapoczątkował nową erę hellenizmu – czas imperiów oraz odmiennych wartości politycznych i społecznych.
Zniszczenie Kartaginy i cywilizacji punickiej w Afryce oznaczało usunięcie ostatniej istotnej przeszkody na drodze do rzymskiej dominacji w zachodniej części Morza Śródziemnego. Jej upadek włączył Afrykę Północną w obręb świata zachodniego i przyspieszył przemianę Rzymu z republiki w imperium. Upadek Konstantynopola przypieczętował z kolei schyłek śródziemnomorskiego centrum handlu europejskiego. Symbolizował koniec formalnej obecności Europy w Azji i otworzył drogę do powstania nowego świata atlantyckiego, zdominowanego najpierw przez Portugalię i Hiszpanię, a później także przez Francję, Holandię i Anglię. Zniszczenie imperium Azteków wraz z jego stolicą, Tenochtitlánem, stało się wzorem dla późniejszych podbojów rdzennych państw obu Ameryk. Jednocześnie dało początek nowej cywilizacji hiszpańskojęzycznej, hybrydowej w swojej naturze – ani całkowicie rdzennej, ani całkowicie hiszpańskiej, lecz stanowiącej zapowiedź nowego porządku kulturowego.
Często to właśnie wielkie miasto – zazwyczaj stolica, wyróżniająca się znaczeniem politycznym, wpływami, rozmiarem lub bogactwem – staje się synekdochą: metaforą upadku całej cywilizacji dla późniejszych pokoleń. Uczestnicy tych wydarzeń nie zawsze jednak byli świadomi swojej przełomowej roli w historii. Trudno przypuszczać, by Aleksander widział w zburzeniu Teb coś więcej niż usunięcie buntowniczej przeszkody opóźniającej jego planowaną inwazję na Persję i grabież jej imperium.
Scypion Afrykański Młodszy, mimo późniejszych oznak skruchy i filozoficznych aspiracji, obawiał się przede wszystkim o własną karierę polityczną. Wiedział, że jej przyszłość zależy od zniszczenia Kartaginy – zwłaszcza po kompromitujących niepowodzeniach jego dwóch bezpośrednich poprzedników. Mehmed II z kolei miał pewną świadomość historycznego i kulturowego znaczenia upadku Konstantynopola; ogłosił się jedynym prawowitym spadkobiercą Cesarstwa Rzymskiego. Nie przewidział jednak, że jego zwycięstwo skłoni Europę Zachodnią do poszukiwania morskiej drogi do Indii i Chin i obejścia coraz bardziej uciążliwej kontroli handlu sprawowanej przez Osmanów. Cortés zaś postrzegał swoje podboje przede wszystkim jako szansę na karierę, osobisty zysk finansowy oraz wzmocnienie pozycji Kościoła, hiszpańskiego króla i własnego imienia.

* * *

Rozdział pierwszy przedstawia losy Teb – miasta znanego zarówno z historii, jak i z mitologii. W 335 roku p.n.e. Tebańczycy zbuntowali się przeciw macedońskiej okupacji i Aleksandrowi Wielkiemu, rzucając mu w ten sposób wyzwanie.
Aleksander je podjął. Po krótkiej, lecz wyjątkowo brutalnej bitwie, trwającej zaledwie jeden dzień, miasto zostało zdobyte. Następnie, ku zaskoczeniu wielu, Aleksander uzyskał poparcie innych podbitych greckich polis dla swojej decyzji: zburzył Teby, wymordował większość dorosłych mężczyzn, ocalałych sprzedał w niewolę, a ziemie przekazał sąsiednim państwom. Tak ostatecznie położył kres starożytnej twierdzy – miastu, które według tradycji założył mityczny Kadmos.
Zniszczeniu uległy nie tylko same Teby. Unicestwienie Tebańczyków symbolicznie wyznaczyło koniec całej epoki niezależnych miast-państw – niektórzy bronili tej idei do ostatnich chwil. Po upadku Teb grecka ziemia przechodziła kolejno pod panowanie Aleksandra i jego hellenistycznych diadochów („następców”), a potem Rzymian, Bizantyjczyków, Osmanów i wreszcie nowożytnej monarchii greckiej. Jednak twórcza cywilizacja klasycznych polis – nie tylko Teb, lecz także Aten i całej Grecji – zakończyła się wraz z panowaniem Aleksandra.
W rozdziale drugim analizuje się zaciętą rywalizację między Rzymem a Kartaginą, która osiągnęła punkt kulminacyjny w 146 roku p.n.e., dokładnie sto osiemdziesiąt dziewięć lat po upadku Teb. Kartagińczycy zostali wówczas wymazani jako naród, co oznaczało definitywny koniec trzeciej wojny punickiej. Wraz z upadkiem stolicy zniknęła cała cywilizacja punicka. Podobnie jak Tebańczycy, Kartagińczycy zostali pokonani w wyniku oblężenia, ich niegdyś rozległe terytorium skurczyło się do przedmieść miasta. Język, literatura i lud Kartaginy, dobrze znane w całym basenie Morza Śródziemnego, z biegiem czasu stały się jedynie mglistym wspomnieniem w epokach zdominowanych przez kulturę grecko-rzymską.
Kartagina, prowadząc trzy wojny punickie, zbyt długo opierała się Rzymowi. Nie stanowiła już zagrożenia dla istnienia Rzymu, lecz stała się trwałym źródłem irytacji i przeszkodą w realizacji rzymskich interesów. Dla reszty świata jej los miał niewielkie znaczenie. Rzym szukał jednak sposobności, by zgładzić gospodarczego rywala i przejąć jego bogactwa. Upadek Kartaginy – wraz z niemal równoczesnym zniszczeniem Koryntu i utworzeniem prowincji rzymskich w Grecji – tradycyjnie uznaje się za symboliczny koniec epoki hellenistycznych królestw i początek rzymskiej dominacji nad Morzem Śródziemnym.
Najbardziej niesławnym przypadkiem wojennego unicestwienia był upadek Konstantynopola dwudziestego dziewiątego maja 1453 roku – w tak zwany czarny wtorek – to temat rozdziału trzeciego. Wprawdzie język grecki i prawosławne chrześcijaństwo przetrwały jeszcze w rozproszeniu na południu Europy i peryferiach Azji, lecz tysiącletnia rzeczywistość wschodniego, greckojęzycznego Cesarstwa Rzymskiego i jego kultury w Azji Mniejszej odeszła do historii – nawet pomimo późniejszych roszczeń Rosji do miana „Trzeciego Rzymu”. Konstantynopol potrafił podnieść się, choć częściowo, po brutalnym splądrowaniu przez rycerzy czwartej krucjaty w 1204 roku. Nie był jednak w stanie oprzeć się planom sułtana Mehmeda II, który zajął i przebudował jego słynną stolicę, kładąc ostateczny kres bizantyjskiej cywilizacji.
Osmanowie żywili głęboką wrogość wobec chrześcijaństwa i słusznie zakładali, że Konstantynopol był słaby, stary i w dużej mierze opuszczony przez chrześcijański Zachód. Po jego upadku Hagia Sophia – przez siedem stuleci największa katedra świata chrześcijańskiego – została przekształcona w najwspanialszą świątynię islamu. Bizantyjczycy już nigdy nie powrócili; podobnie jak greckie miasto Konstantynopol czy sama idea spójnej chrześcijańskiej i greckojęzycznej kultury helleńskiej w Azji. Grecka skorupa splądrowanego miasta przetrwała tylko dzięki strategicznemu położeniu nad Bosforem, wchłonięta jako nowa, dynamiczna stolica imperium osmańskiego – Kostantiniyye, znana później jako Stambuł.
Z globalnej perspektywy upadek Konstantynopola oznaczał kres świata skoncentrowanego wokół wschodniego basenu Morza Śródziemnego. Wraz z nim nastąpiło przeniesienie potęgi i wpływów helleńskich do renesansowej Europy oraz – wkrótce potem – nastąpił początek epoki atlantyckiej. Już w 1444 roku, niespełna dekadę przed zdobyciem miasta, portugalscy odkrywcy dotarli do najbardziej wysuniętego na zachód punktu Afryki. Ich celem było ominięcie osmańskiej kontroli nad Morzem Śródziemnym i szlaków lądowych do Azji. Daleko na południe od Sahary doprowadziła ich próba przezwyciężenia muzułmańskiej dominacji nad handlem ze Złotym Wybrzeżem. W 1488 roku dopłynęli do Przylądka Dobrej Nadziei, co otworzyło Europejczykom bezpośredni dostęp do handlu z Azją. A już w 1492 roku – zaledwie trzydzieści dziewięć lat po upadku Konstantynopola – odkryto Nowy Świat.
Słowo vandal, podobnie jak Byzantine, funkcjonuje dziś w angielszczyźnie jako przymiotnik. „Bizantyjski” oznacza – skądinąd niesłusznie i nieprecyzyjnie – rzekomą nieefektywność, intrygi oraz skostniałą, rozdętą biurokrację. Samo pojęcie „bizantyjski” niemal całkowicie zniknęło jednak ze zbiorowej pamięci Greków. Idea żywego Bizancjum powróciła tylko raz – i to jako ulotna fantazja. Po rozpadzie imperium osmańskiego w 1918 roku hellenistyczna koncepcja Μεγάλη Ιδέα (Megáli Idéa), czyli „Wielkiej Idei”, nabrała nowego impetu. Zakładała powstanie dwudziestowiecznego panhellenizmu nad Morzem Egejskim, obejmującego Greków z Azji Mniejszej, Grecji kontynentalnej, wysp i północnego wybrzeża Egiptu. Projekt ten został brutalnie zdławiony przez wojska tureckiego nacjonalisty Mustafy Kemala Atatürka podczas pożogi w Smyrnie w 1922 roku i ostatecznie pogrzebany wraz z narodzinami Republiki Turcji3.
Brutalne dzieło Hernána Cortésa – zniszczenie imperium Azteków – stanowi temat rozdziału czwartego. W 1521 roku, wraz z zakończeniem oblężenia Tenochtitlánu, przestały istnieć zarówno pojęcie narodu Azteków, jak i ich wspaniała stolica. Było to miasto położone na wyspie, poprzecinane kanałami niczym Wenecja. W rzeczywistości nie pozostało po nim nic poza późniejszymi mitami o utraconej ojczyźnie Aztlán w południowo-zachodnich Stanach Zjednoczonych oraz niewolniczą siłą roboczą. To właśnie ona wznosiła nową hiszpańską stolicę – Meksyk – celowo ulokowaną dokładnie w miejscu zburzonego miasta. Podobnie jak Kartagina i Konstantynopol, Tenochtitlán był żywym centrum kruchego imperium – jedynym wielkim miastem, z którego zarządzano terytoriami wielkości tysięcy kilometrów kwadratowych.
Choć w ciągu dwóch lat poprzedzających zburzenie miasta Hiszpanie zdążyli poznać cywilizację Azteków, niemal natychmiast po zdobyciu ich stolicy rozpoczęli działania mające na celu zniszczenie azteckiej religii, tożsamości rasowej i kultury. W ich oczach powodów, by unicestwić całe imperium, było więcej – nie chodziło już tylko o pokonanie samych Mexików (tak brzmiało ich rodzime określenie). Tak jak w przypadku Teb, zniszczenie Tenochtitlánu i imperium Mexików nie oznaczało upadku konkretnego państwa. Symbolizowało koniec całej cywilizacji środkowoamerykańskich altepetl, czyli miast-państw. W połączeniu z późniejszym, częściowo zainspirowanym przez Cortésa, podbojem imperium Inków śmierć Tenochtitlánu wyznaczyła kres epoki niezależnych cywilizacji Nowego Świata.
Krótki epilog nakreśla tragiczną, lecz przewidywalną prawidłowość, która łączy wszystkie omówione przypadki – niezależnie od różnic geograficznych, etnicznych, religijnych czy chronologicznych. Wnioski te stanowią aktualne ostrzeżenie: dla nas i dla naszej przyszłości. Choć jako ludzkość stajemy się rzekomo coraz bardziej homogeniczni i ze sobą związani, świat, w którym żyjemy, jest zarazem coraz bardziej nieprzewidywalny i podatny na zagrożenia. Margines błędu czy błędnego osądu w sytuacjach konfliktowych stale się kurczy – od Ukrainy, przez Tajwan, aż po Bliski Wschód. Warto pamiętać, że wojny światowe minionego stulecia pochłonęły prawdopodobnie więcej istnień ludzkich niż wszystkie konflikty zbrojne razem wzięte od początku cywilizacji zachodniej, czyli przez ostatnie dwa i pół tysiąca lat. Stało się tak po pierwsze wskutek użycia broni ofensywnej, która dziś uchodzi już za przestarzałą, a po drugie z powodu żądzy zniszczenia – niemal niezmiennej od starożytności. Jeśli chodzi o ofiary agresji, stare sposoby myślenia i złudne nadzieje, które zgubiły mieszkańców Teb, Kartaginy, Bizancjum i imperium Azteków – nie zmieniło się nic. Szczególnie trwała jest ta najbardziej naiwna myśl, towarzysząca masakrowanym ofiarom: „To nie może się tu zdarzyć”3*.

 
Wesprzyj nas