Piąty tom bestsellerowej „Karkonoskiej Serii Kryminalnej” Sławka Gortycha. Karkonosze znów odsłaniają swoje sekrety – tym razem podczas święta, które miało łączyć, a przynosi strach i zaginięcia.
Bronisław Kowalewski zostaje przesiedlony na Ziemie Odzyskane do niedawnego Hirschbergu. Miasto zaraz będą opuszczać ostatni Niemcy, jednak każdy krok po Jeleniej Górze przypomina Bronisławowi, że nie jest u siebie. Za sprawą Emmy, zepchniętej na margines społeczeństwa Niemki, mężczyzna zrozumie, co musi zrobić, żeby on i inni repatrianci wreszcie mogli poczuć się tu jak w domu.
Rok 2008
Szczyty gór rozświetla blask potężnych ognisk. To znak, że rozpoczęło się Święto Karkonoszy, mające uczcić 900-lecie powstania Jeleniej Góry. Na rajd pieszy będący częścią obchodów wybierają się trzej przyjaciele, w tym Robert – syn znanego karkonoskiego przewodnika, Bronisława Kowalewskiego. W górach dochodzi do niespodziewanego załamania pogody. Zapada zmierzch, a żaden z mężczyzn nie dociera na planowany nocleg do Schroniska Odrodzenie. Jego kierowniczka, Justyna Skała, podnosi alarm.
Nieoczekiwanie Robert zjawia się w schronisku Nad Śnieżnymi Kotłami. Jest przerażony i zdezorientowany, nie potrafi wyjaśnić, gdzie się podziali jego przyjaciele. Gospodarz schroniska, Maksymilian Rajczakowski, mimo coraz bardziej niesprzyjających warunków, postanawia wyruszyć na szlak w poszukiwaniu zaginionych. Nie przypuszcza nawet, że gdy po upiornej karkonoskiej nocy wstanie świt, nic już nie będzie takie samo.
Co stracił Bronisław, walcząc o swoje marzenia? Czyje zwłoki Robert odkrył w ogrodzie rodzinnego domu? I co tak naprawdę wydarzyło się podczas rajdu z okazji Święta Karkonoszy?
Święto Karkonoszy
Seria „Karkonoska Seria Kryminalna”, tom 5
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 22 kwietnia 2026
PROLOG
Przeszłość Karkonoszy, choć na co dzień pogrążona w kamiennym śnie, zwykła budzić się znienacka. Nie znajdowano reguł umożliwiających przewidzenie, kiedy i dlaczego zerwie się ze snu. Gdy jednak już to następowało, przeszłość niczym upiór błąkała się po karkonoskich szlakach.
Była uważna i cierpliwa.
Zaglądała w okna starych schronisk, przysiadała na kamieniach przy wydeptanych setki lat wcześniej górskich ścieżkach. Szukała odpowiedniego miejsca i ludzi. Czekała na nich, niczym rabuś przyczajony w puszczy przy gościńcu, który czyha na obładowany wóz kupiecki.
Gdy nadchodził właściwy czas, hipnotyzującym szeptem zaczynała wypowiadać zaklęcia do uszu nieświadomych ludzi. Czasem nawiedzała ich w snach, przywracając dawno wyparte wspomnienia, czasem szarpała delikatnie za jakąś strunę sumienia, budząc stłumione przed laty wyrzuty. Te błahe z pozoru poczynania były niczym drobne iskierki rzucane w czeluść suchego lasu – potrafiły wzniecać pożogę, o jaką nikt by ich nie podejrzewał.
Ogień w Karkonoszach zawsze zmieniał bieg historii, a przeszłość umiała to wykorzystywać. Mieszała w ten sposób w teraźniejszości jak czarownica w piekielnym kotle.
ROZDZIAŁ I
Pochodnie
Śnieżne Kotły, 26 września 2008
Jasna łuna – wspomnienie po zachodzącym słońcu – rozmyła się na niebie niczym senne widziadło, a góry z minuty na minutę coraz głębiej pogrążały się w mroku.
Tej nocy wiele osób w Karkonoszach nie zamierzało spać.
Maksymilian Rajczakowski, gospodarz Schroniska Nad Śnieżnymi Kotłami, otworzył okno na ostatnim piętrze wieży budynku i czekał. Błyszczącymi z napięcia oczami wpatrywał się w ciemność, która coraz śmielej rozgaszczała się między górskimi szczytami. Drgnął podekscytowany, gdy na horyzoncie wreszcie zamigotał blask. Pojawił się w okolicach Szrenicy, której ciemny kontur zdawał się tylko kolejnym złudzeniem w teatrze cieni. Minęło kilka minut, a początkowo nieśmiały świetlny punkcik, przypominający zagubionego robaczka świętojańskiego, zaczął nabierać wyrazistości i charakteru.
To był żywy ogień. Na Szrenicy zapłonął pierwszy, olbrzymi stos, a po plecach Rajczakowskiego przeszły ciarki.
Zaczęło się.
Trwał w bezruchu i jak zahipnotyzowany obserwował sportowców, którzy – po zaniesieniu ognia na Szrenicę – żwawym tempem zmierzali w kierunku jego schroniska, dzierżąc w rękach płonące pochodnie.
Ogień i noc. Jasność, która wędruje przez morze mroku – choć był to widok stary jak świat, połączenie tych dwóch przeciwieństw nigdy nie traciło na spektakularności.
Po twarzy Rajczakowskiego przemknął uśmiech. Karkonosze rozpoczynały właśnie świętowanie jednej ze swoich najważniejszych legend. Wedle niej dziewięćset lat temu – w tysiąc sto ósmym roku – piastowski książę Bolesław Krzywousty założył Jelenią Górę.
Perłę w koronie Krainy Ducha Gór.
Z okazji okrągłej rocznicy tamtego wydarzenia przez cały najbliższy tydzień w mieście i otaczających je górach miały odbywać się liczne koncerty, wystawy, plenerowe pokazy filmów, a nawet kilkudniowy rajd pieszy po górach, w którym udział zapowiedziało kilka tysięcy osób. Jubileuszową imprezę okrzyknięto Świętem Karkonoszy. Nazwa została wybrana nieprzypadkowo – w ten sposób nawiązano do podobnego wydarzenia, które zorganizowano tuż po drugiej wojnie światowej, w 1948 roku, gdy miasto świętowało osiemset czterdziestą rocznicę założenia.
Jelenia Góra była dumnym grodem. Z jednej strony Fontanna Neptuna na Placu Ratuszowym miała przypominać o zamorskich kontaktach tutejszych kupców, z drugiej – przy okazji podobnych rocznic podkreślano związek miasta z górami. Dlatego też w ramach inauguracji święta zaplanowano wielką iluminację Karkonoszy, która swoją formułą nawiązywała do historycznej iluminacji z 1948 roku. Na wszystkich najważniejszych szczytach – od Szrenicy, poprzez Wielki i Mały Szyszak, Smogornię i Kopę, aż po Śnieżkę – tej nocy miały zapłonąć potężne stosy, obwieszczające początek świętowania.
Uroczyste rozpalenie ognia odbyło się w południe na Placu Ratuszowym, skąd grupa kilkunastu sportowców wyruszyła z pochodniami, aby zanieść ogień na kolejne górskie szczyty, gdzie tej nocy miały zapłonąć przygotowane wcześniej stosy.
Rajczakowski pozazdrościł w duchu uczestnikom święta, którzy będą obserwowali świetlny spektakl z punktów widokowych w całej Kotlinie Jeleniogórskiej.
Wciąż nie mógł się nadziwić, że pomysł święta zrodził się zaledwie trzy lata po wojnie – w czasie, gdy w przejętych chwilę wcześniej od Niemców Karkonoszach polska społeczność dopiero zaczynała się budować. A może właśnie z potrzeby tworzenia więzi z górami zrodziła się idea święta?
Nie miał jednak teraz czasu, by szukać odpowiedzi na to pytanie. Jednego był pewien: Karkonosze na swoje święto zasłużyły. Zamknął okno i ruszył schodami na dół, by dokończyć przygotowania poczęstunku, którym schronisko zamierzało powitać wędrujących z pochodniami sportowców.
Wciąż był podekscytowany. Nawet nie przypuszczał, że nie wszystkim uczestnikom tegorocznych hucznych obchodów będzie dane to święto przeżyć.
***
Z NASZYCH WYWIADÓW: „PICTURE POST” W JELENIEJ GÓRZE
(Xp) Wczoraj odwiedzili Jelenią Górę dwaj specjalni wysłannicy wydawnictwa „Hulton-Press” z Anglii, pp. Sidney Jacobson i Elbert Hardy. Pan Jacobson jest znanym angielskim dziennikarzem-reportażystą, p. Hardy foto-sprawozdawcą. Przyjazd ich do Jeleniej Góry związany był z obchodem Dni Karkonoszy.
W rozmowie z naszym korespondentem angielscy goście podzielili się wrażeniami z ich dotychczasowego pobytu w Polsce.
„Przyjechaliśmy do Polski – mówi p. Jacobson – specjalnie, by dla naszego wydawnictwa, a głównie dla »Picture Post«, zrobić kilka reportaży z życia obecnego w kraju. Chodziło nam o zaobserwowanie odbudowy Warszawy. Jesteśmy zdumieni tym, co widzieliśmy. Byłem niedawno w Berlinie i stwierdzam, że tam tempo odbudowy jest niewspółmiernie niższe w porównaniu z odbudową Warszawy. Tutaj ludzie pracują z zapałem i samozaparciem siebie. Można śmiało powiedzieć, że na gruzach kwitnie nowe życie, pełne nadziei na lepsze jutro, pełne ochoty do pracy na dzisiaj.
Muszę wyrazić mój podziw dla hartu Polaków, którzy ze stolicy przez Niemców bestialsko zburzonej zbudują w szybkim tempie nowy wspaniały gród.
Ciekawi nas także życie na odzyskanych terenach. Jeździmy po Dolnym Śląsku. Widzieliśmy Wrocław. Mogę stwierdzić, iż wszędzie Polacy dają sobie radę – w przemyśle, w rolnictwie…” – Pan Hardy dodaje „zrobiłem masę zdjęć w Polsce. Wszystkie obrazują wielką pracę, którą obecnie Polacy wykonują. Moje zdjęcia pragnę przedstawić angielskim czytelnikom, by zrozumieli, jaki olbrzymi wysiłek wkładają Polacy w odbudowę swego tak bardzo zniszczonego kraju”. […] Goście angielscy zwiedzili Jelenią Górę, Karpacz, wjechali „willysem” w Góry Karkonoskie aż do granicy polsko-czechosłowackiej, następnie odwiedzili szereg wiosek podgórskich i zakłady przemysłowe […]*.
* Cyt. za: „Słowo Polskie. Bezpartyjny dziennik Ziem Zachodnich”, nr 225 z 17 sierpnia 1947 roku.
ROZDZIAŁ II
Goście
Jelenia Góra-Sobieszów, 31 maja 2008
Tegoroczny maj był wyjątkowo deszczowy. Dopiero dziś, w ostatnią sobotę miesiąca, przełamała się trwająca od kilku tygodni zła passa. Do Kotliny Jeleniogórskiej zawitało słońce, a razem z nim wyczekiwane przez wielu ciepło.
Robert Kowalewski stał oparty o motykę i spoglądał z dumą na bordowe jak krew główki. Różom w jego ogrodzie musiało być naprawdę dobrze, bo z roku na rok, gdy przychodziła pora ich kwitnięcia, były coraz dorodniejsze.
Zwróciły się teraz w stronę popołudniowego słońca i zdawały czerpać autentyczną przyjemność z obcowania z ciepłem jego promieni. Zdjął rękawiczkę i szorstkimi od pracy dłońmi pogłaskał z czułością jeden z rozkwitających pąków, jakby chciał się upewnić, że jest prawdziwy. Płatki róż pachniały zniewalająco, były soczyste i aksamitne w dotyku. Trwał w bezruchu kilkanaście sekund… A może kilka minut? Nie wiedział. Gdy bowiem zabierał się do pracy w ogrodzie, celowo zostawiał zegarek w domu. Czas nie grał wtedy żadnej roli; był tylko on i jego królestwo. Doglądał drzewek owocowych i kwiatów, przycinał, plewił, a w niektóre dni po prostu przysiadał w wiklinowym, skrzypiącym krześle na werandzie i rozkoszował się leniwym wiosennym popołudniem.
Ogród stał się całym jego światem w momencie, gdy przeszedł na emeryturę. Dlatego też teren wokół domu – wcześniej nieco zaniedbany – z każdym sezonem piękniał, w miarę jak powstawały kolejne pieczołowicie obsadzane przez niego kwiatami rabatki.
Schylił się i stęknął cicho, gdy poczuł ukłucie w lędźwiach. Wykręcił rękę i zaczął rozmasowywać bolące miejsce na plecach. Pomyślał o ojcu. Bronisław zawsze straszył go, że gdy dożyje pięćdziesiątki, to zrozumie, na czym polega zbliżająca się starość. „Tato, weź już nie marudź” – odpowiadał mu zawsze z pobłażliwym śmiechem. Niestety, z perspektywy wspomnianego wieku musiał przyznać, że ojczulek się nie mylił – choć Robert duchem czuł się jeszcze jak trzydziestoparolatek, ciało na każdym kroku przypominało mu o jego prawdziwym PESEL-u i zbliżających się pięćdziesiątych urodzinach.
Bronisław. Cóż, na przyznanie ojcu racji było już niestety za późno.
Gdy ból zelżał, Robert klęknął ostrożnie i zaczął przycinać różane krzewy. Kolejne zbędne gałązki lądowały na ziemi przy akompaniamencie skrzypienia starych nożyc.
W pewnym momencie oparł ręce na kolanach i spojrzał na swój dom. Zabytkowa willa wyglądała zupełnie jak z ilustracji jakiejś bajki, brakowało tylko księżniczki zamkniętej w wieńczącej fasadę wieżyczce. Uśmiechnął się i znów tego popołudnia poczuł dumę. Cały zeszły rok poświęcił na remont nadgryzionej zębem czasu elewacji. Odświeżył wtedy ramy okienne i portal wejściowy z piaskowca, wyszorował ceglaną podmurówkę, odmalował ściany, oczyścił ze starej farby elementy muru pruskiego, którym wykończone było ostatnie piętro, i pokrył je nową warstwą ochronnej bejcy.
Wszystkie te prace – jak każdy zresztą remont – wymagały odrobiny wiedzy i doświadczenia, ale przede wszystkim znacznych pokładów cierpliwości i dokładności. Tego wszystkiego nauczył go ojciec, po którym odziedziczył dom. Myśli Roberta po raz kolejny tego popołudnia poszybowały w kierunku Bronisława. Poczuł ukłucie w sercu. Choć od śmierci taty upłynęło już kilka lat, rana spowodowana stratą wciąż potrafiła odezwać się znienacka. Gdyby żył, na pewno ucieszyłby się na widok ich rodzinnego domu i otaczającego go ogrodu, które piękniały z miesiąca na miesiąc za sprawą pracowitych rąk jego syna. Gdyby żył…
Z tą myślą Robert zabrał się do wyrywania pojedynczych chwastów, które zauważył, zbierając obcięte różane gałązki.
Ciszę znienacka przerwał narastający terkot silnika. Willa mieściła się przy końcu Chałubińskiego – jednej z bocznych uliczek odchodzących od głównej sobieszowskiej arterii, więc zazwyczaj ruch był tu znikomy. Kowalewski odruchowo uniósł wzrok, zaciekawiony. Czy to może być jego żona? Wydawało mu się, że trochę za wcześnie na jej powrót z pracy.
Samochód minął powoli jego posesję. Nie, to z pewnością nie było auto Weroniki. Nawyk starego policjanta sprawił, że spojrzał na tablice rejestracyjne. Spomiędzy sztachet niskiego płotu mignęły mu niemieckie blachy.
Nie poświęcając obcemu samochodowi więcej uwagi, wrócił do plewienia rabatki.
„Niemce wracają po swoje” – powiedziałby zapewne w tym momencie Szczepan, przyjaciel ojca, z którym służyli razem w Wojskach Ochrony Pogranicza. – „Liczą, że to wszystko tutaj kiedyś do nich wróci!”
Szczepan (Robert zawsze nazywał go swoim wujkiem, tak samo jak Karola, drugiego serdecznego przyjaciela ojca) miał alergię na samochody na niemieckich blachach. Zresztą, nie on jeden w okolicy. Pojawienie się takiego auta, zwłaszcza w latach siedemdziesiątych, gdy po raz pierwszy po wojnie otwarto granicę z Niemcami, często zwiastowało dla jakiejś polskiej rodziny zamieszkującej poniemiecki dom trudną konfrontację z przeszłością, której nie znali i zazwyczaj wcale nie chcieli poznawać.
Różnie więc z tymi spotkaniami wychodziło. Czasem nowi, polscy gospodarze wpuszczali dawnych mieszkańców domu na swoją posesję. U obu stron zwykle pojawiało się wtedy jednak zakłopotanie. No bo co też w takim momencie powiedzieć? Jak się przywitać? O czym rozmawiać? Z jednej strony Niemcy, którzy marzyli, żeby zobaczyć, jak ma się ich dawny dom, ale nie wyjść przy tym zanadto na intruzów, z drugiej Polacy, którzy wahali się, jak się w tej sytuacji zachować.
Różnice, uprzedzenia i świeże krzywdy.
Jedyne, co mogło ich łączyć w takich momentach, to zapewne ambiwalentne uczucia w stosunku do domu, który stanowił powód ich spotkania. W takiej bowiem sytuacji żadna ze stron nie czuła się do końca gospodarzem. Jak bowiem go zdefiniować? Czy gospodarzami są ci, którzy wybudowali dom, czy ci, którzy w nim obecnie mieszkają? Ci, których rodziny żyły tu przez kilkanaście pokoleń, czy ci, którzy przejęli dom trzydzieści lat wcześniej?
Mimo językowej bariery i zakłopotania zdarzało się, że jedni i drudzy potrafili znaleźć nić porozumienia. Starając się uważać na słowa – bo łatwo było nawet nieświadomie powiedzieć coś, co zrani drugą stronę – siadali do stołu. I czasem ten wspólny posiłek – zjedzony przy blacie, który służył niegdyś jednym, a teraz towarzyszył drugim – był zarzewiem wieloletnich znajomości.
Zdarzały się też zgoła inne sytuacje. Robertowi przypomniało się, jak do wujka Karola, drugiego przyjaciela ojca z wojska, zapukał Niemiec. Przyjechał razem z synem, chcąc pokazać mu dom, w którym niegdyś, przed wojną, się wychowywał. Karol nie zgodził się wpuścić ich do środka, na co Niemiec strasznie się rozsierdził. Zagroził, że kiedyś wróci tu na stałe, a wtedy miejsce Polaka będzie na strychu domu, gdzie znajdował się hak rzeźniczy, na którym ojciec Niemca zwykł oprawiać zwierzynę po polowaniu. Nieproszony gość zarzekał się, że na tym właśnie haku oskalpuje Karola. Po tych słowach szarpnął syna za rękę, wsiadł z nim do samochodu i odjechał z piskiem opon. Karol natomiast pobiegł na strych. Po dłuższych oględzinach z przerażeniem odkrył, że na jednym z boków komina rzeczywiście umieszczony był stary rzeźnicki hak, o którego istnieniu nie miał wcześniej pojęcia.
Od tamtej pory, gdy tylko wchodził na poddasze, jego wzrok odruchowo kierował się w stronę haka, a w głowie wciąż słyszał groźbę Niemca, którego odprawił z kwitkiem. Miejsce, w którym dotychczas czuł się w miarę bezpiecznie, zaczęło stawać się jego przekleństwem. Na tyle, że po kilku latach postanowił się przeprowadzić, byle nie żyć ze świadomością, że gdzieś tam są ludzie, którzy marzą o tym, żeby go zabić w jego domu.
Tymczasem samochód, który przelotnie zainteresował Roberta, zawrócił na końcu ulicy i znów zaczął ślimaczym tempem jechać wzdłuż kolejnych posesji.
Kowalewski jeszcze raz spojrzał na swój dom. Zdarzało mu się myśleć o dawnych gospodarzach ich willi. Nie żeby szczególnie go to interesowało, ot czasem, patrząc na jakiś przedmiot w domu – zabytkową szafę, rzeźbioną poręcz na klatce schodowej czy witrażyk w drzwiach prowadzących do ogrodu – zadawał sobie pytanie: kim byli ludzie, którzy wybudowali i urządzili tę willę? Ojciec nigdy zbyt wiele o nich nie wspominał, mimo że ponoć zdążył ich poznać, zanim tamci zostali wysiedleni do Niemiec. Robert wiedział więc tylko, że kiedyś mieszkała tu Niemka, chyba miała na imię Emma, a jej mąż zginął na wojnie.
Kobieta nigdy później nie wróciła do Sobieszowa, a przynajmniej Robertowi nic nie było wiadomo na ten temat. Ani w latach siedemdziesiątych, po otwarciu granic, ani wtedy, gdy upadła komuna, ani po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej i strefy Schengen. „Bo i zresztą po co miałaby wracać?” – tłumaczył sobie. – „Żeby rozdrapywać bolesną przeszłość?” Gdyby on był na jej miejscu, też by nie wracał. Czy taka wizyta mogła bowiem dać cokolwiek poza nasileniem żalu, złości i rozczarowania w obliczu bezpowrotnie utraconej ojcowizny?
Dźwięk silnika ucichł znienacka. Raz jeszcze Robert oparł ręce na kolanach i wyciągnął szyję znad swoich ukochanych róż, aby wyjrzeć na ulicę; samochód zaparkował dokładnie przed jego posesją.
Mężczyzna za kierownicą na oko był w wieku Roberta. Obok niego, na miejscu pasażera, siedziała kobieta. Trzymała w ręku teczkę, z której co rusz wyciągała jakieś zdjęcie i wskazywała to na nie, to na dom Kowalewskiego.
Robert uniósł brwi zdziwiony, po czym wstał z kolan i udając, że znów zabrał się do pielenia grządki motyką, ukradkiem obserwował pasażerów.
Nie, nie zamierzał podchodzić, a tym bardziej pytać, czy się zgubili albo czy potrzebują pomocy. Wścibstwo i nadgorliwość są najgorsze.
Kobieta tymczasem wysiadła z samochodu i podeszła do płotu.
– Hallo! – Uśmiechnęła się z widocznym zakłopotaniem. – Ist das Ihr Haus?
Robert podrapał się po głowie. Czego ona od niego chce? Ostatni raz z niemieckim miał do czynienia w liceum, a więc dość dawno. Chyba pyta, czy to jego dom?
– Jaa… – odparł przeciągle po chwili zawahania.
Niemka się uśmiechnęła.
– Ale nie na sprzedaż! – dorzucił po chwili, z góry zakładając, że intencje pytającej mogą być tylko jednego rodzaju.
Niemka spojrzała na niego z zakłopotaniem. Nie zrozumiała. No tak, ona w liceum na pewno nie uczyła się polskiego.
– Mein Deutsch… – wydukał Kowalewski, po czym bezradnie rozłożył ręce – nicht so gut.
– Kein Problem! – Machnęła ręką na kierowcę. Ten wysiadł i również podszedł do płotu. Równocześnie z nim z samochodu wygramolił się jeszcze jeden mężczyzna.
– Dzień dobry panu – odezwał się po polsku z wyraźnym niemieckim akcentem. – Jestem tłumaczem dla tych państwo.
– Aha… – Robert oparł się na motyce. – W czymś pomóc? Dom nie jest na sprzedaż – powtórzył.
Tłumacz zwrócił się do pozostałych po niemiecku, wymienili kilka zdań, po czym uśmiechnął się do Roberta.
– To są państwo Dagmar Braun oraz Albert Neumann. Oni nie mają zamiar kupować dom. Ich matka, pani Emma, kiedyś mieszkała w ten dom. Chcą wejść.
***
Jelenia Góra nie uległa zniszczeniu. Była miastem zadbanym. Na każdym kroku widać było, że ma dobrego gospodarza […]. Polskość biła tu niemal z każdego miejsca. W oknach flagi biało-czerwone, bodaj małe, co oznaczało, że mieszkanie zajęli już Polacy. Na urzędach czerwone tabliczki z piastowskim orłem oraz duże flagi narodowe. Nie było nawet małej uliczki bez polskiej nazwy. I to jakiej! Nie jakaś Krzywa czy Szeroka, […] lecz nazwy wybitnych Polaków z różnych epok: Bartka Zwycięzcy, Bolesława Chrobrego, Bolesława Krzywoustego, Chopina, Drzymały, Bartosza Głowackiego […]*.
Miasto było schludne i puste. Poza nielicznymi budynkami, zajętymi przez urzędy państwowe i przedsiębiorstwa, znaczonymi polskimi flagami, nie widać było śladów polskości. Flagi państwowe, zwłaszcza w pierwszych miesiącach utrwalania władzy ludowej na odzyskanych terenach, często były wykorzystywane przez różnych kombinatorów, zwanych szabrownikami, którzy nie przynosili zaszczytu tym ziemiom ani też ówczesnej administracji polskiej, stabilizującej się w trudnych warunkach, walczącej nie tylko z obcym, wrogim elementem, ale również z wszelkiego rodzaju rodzimymi szkodnikami i bandami rabunkowymi. […] Wprawdzie miasto nie było zniszczone, ale mieszkało w nim jeszcze wielu Niemców. Co sprytniejsi wywieszali polskie flagi, sugerujące, że mieszkanie zostało zajęte przez Polaka. Mieszkanie w zasadzie zdobywało się za pomocą sprytu lub bezczelnością. […] Początki pracy organizacyjnej były wyjątkowo trudne. […] Ludzie się nie znali, byli jeszcze pod wrażeniem działalności okupanta, przeżyć wojennych, grasowania wszelkiego rodzaju band w mieście i powiecie, przejmowali się wrogą propagandą o niestałości tych ziem, prowadzoną głównie przez niemieckie podziemie**.
* Fragment wspomnień Józefa Sykulskiego, cyt. za: „Rocznik Jeleniogórski”, t. XXIII: Wspomnienia Pionierów, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, Wrocław 1985.
** Fragment wspomnień Wojciecha Leskiego, cyt. za: tamże.
ROZDZIAŁ III
Szaberplac
Cieplice Śląskie-Zdrój, 9 stycznia 1948
Mimo siarczystego mrozu szaberplac w Cieplicach tętnił życiem i stanowił przeciwieństwo otaczającego go świata. Podczas gdy wszystko wokół – ludzkie twarze, niebo, drzewa – było ponure, szare i zdawało się nie mieć w sobie pierwiastka życia, cieplickie targowisko mnogością swoich barw przypominało turecki bazar w szczycie kupieckiego sezonu.
Bronisław Kowalewski przechadzał się między stoiskami, w morzu oferowanych tam towarów wypatrując czegoś ciekawego.
Przyszedł tu z myślą o Teresie. Zbliżały się jej urodziny i chciał z tej okazji sprawić ukochanej mamie jakiś upominek. Na targu natomiast można było ponoć zdobyć dosłownie wszystko: garnki, porcelanę, biżuterię i kryształy. Meble i sprzęty kuchenne. Zdemontowane nie wiadomo gdzie i jak kaflowe piece, grzejniki, rury, fragmenty silników i narzędzia. Wątpliwego pochodzenia przetwory mięsne i owocowe, często poniemieckie (tak jak cała reszta oferowanych tu towarów), a także rowery, obrazy, książki i zegarki.
Szaberplac miał charakter międzynarodowy – ramię w ramię handlowali tu Polacy, Niemcy, a nawet żołnierze radzieccy; kto tylko miał coś do sprzedania. Jedyne rządzące tym miejscem prawo brzmiało, że pod żadnym pozorem nie należy pytać wystawców o to, w jaki sposób weszli w posiadanie oferowanych przedmiotów. Niewiedza o pochodzeniu towarów była bowiem najbezpieczniejszym wyborem.
Na szaberplac Bronek trafił za radą Szczepana. Kumpel ze służby podpowiedział mu, że od czasu do czasu na targowisku pojawia się mieszkająca w Sobieszowie Niemka imieniem Emma, która wyprzedaje swoją biżuterię i porcelanowe figurki z Miśni. Rzeczy, które oferowała, były ponoć naprawdę piękne, a w dodatku, zamiast gotówki, czasem przyjmowała w zamian za swoje towary jedzenie. Sposób płatności zależał bowiem głównie od tego, czego w danym momencie bardziej jej brakowało.
Stosując się do wskazówek przyjaciela, kluczył między alejkami w poszukiwaniu wspomnianej Niemki. W pewnym momencie jego uwagę przykuły jednak sprzęty kuchenne, które sprzedawał jakiś starszy mężczyzna. Brązowe buncloki3 pyszniły się pękatymi brzuszkami, tuż obok nich w równym rzędzie stały nieco poobijane emaliowe garnki, młynek do kawy, półka z ceramicznymi pojemnikami na przyprawy i komplet metalowych foremek do najróżniejszych wypieków.
„A może coś do kuchni…?” – przeszło Bronisławowi przez myśl. Przystanął przed stoiskiem i zaczął przeglądać oferowane na nim sprzęty.
Och tak, mama na pewno ucieszyłaby się z formy na ciasto! Od kiedy przeprowadzili się do Jeleniej Góry, wciąż przecież narzekała, że w ich mikroskopijnej kuchni brakuje takiej czy innej blachy do pieczenia.
W pewnym momencie wpadła mu w oko foremka na babkę w kształcie baranka. Była cudowna: malowana w kolorowe kwiatki, niemal nieużywana, jak znalazł na najbliższą Wielkanoc!
Wziął blachę do ręki, żeby uważniej się jej przyjrzeć. Dopiero wtedy dostrzegł, że z drugiej strony jest na niej wytłoczony napis: Frohe Ostern!4. Skrzywił się z niesmakiem i odłożył przedmiot na miejsce.
Wszystko wokół, nawet cholerny baranek wielkanocny, musiało mu przypominać, że jest na niemieckiej ziemi.
„Poniemieckiej” – poprawił się w duchu, jednak bez przekonania.
Westchnął. Doskonale przecież wiedział, że nawet gdyby obsypał mamę wszystkimi oferowanymi na tym targu sprzętami kuchennymi, to i tak by jej nie uszczęśliwiło. Teresie tak naprawdę nie brakowało przecież tej czy innej blachy do pieczenia – ona po prostu tęskniła za swoją dawną kuchenną izbą. Ta natomiast została kilkaset kilometrów stąd, w niewielkiej wsi na wschód od Lwowa, do której prawdopodobnie nigdy już nie wrócą.
Mama zniosła w czasie tej wojny naprawdę wiele. Śmierć siostry Bronka, którą zabili Ukraińcy, potem męża, którego wykończyło Gestapo. Kowalewskiemu do niedawna wydawało się, że matula jest niezniszczalna; była dla niego wyobrażeniem siły, której żadna przeciwność nie jest w stanie pokonać.
A może tak naprawdę potrafiła tylko dobrze przed nim udawać, że – mimo kolejnych tragedii – wciąż daje sobie radę?
Przyszedł jednak przeklęty rok tysiąc dziewięćset czterdziesty piąty i informacja o tym, że zostaną wysiedleni. To właśnie tamten moment stanowił cios, o którym można było powiedzieć: o jeden za dużo.
Bronek wiedział, że płacz matki, która żegnała ich ukochaną chałupę, będzie słyszał w swojej głowie już zawsze. Dom, wybudowany jeszcze przez pradziadka Teresy, był jej ukochanym miejscem na ziemi, którego brutalnie ją pozbawiono.
I choć przecież dostali w Jeleniej Górze przydział na niewielkie mieszkanie koło Małej Poczty, matka wciąż zwykła mówić o sobie, że jest bezdomna. Na nic zdawały się próby pocieszania jej przez Bronka, że tu dobrze, że mają bieżącą wodę w kranie i nie trzeba łazić do wychodka. Że nie będą się tu musieli bać Ukraińców, że prąd mają i nawet kapkę szczęścia do tego, bo niektórzy dostawali poniemiecką chałupę razem z dawnymi mieszkańcami, którzy wciąż czekali na wysiedlenie. A jak to tak, z Niemcem pod jednym dachem? Albo jeszcze gorzej – jak matka jednego kolegi Bronka z wojska. Dostała przydział, poszła pod wskazany adres, a tam na korytarzu mieszkania w fotelu dwie kilkuletnie Niemki, zastrzelone przez własnego ojca tuż przed wejściem do miasta Armii Czerwonej. Sam ojciec zaś na sznurze w drugim pokoju. I jak tu po zastaniu w nowym domu takiego widoku spokojnie się do niego wprowadzić? Jak zasnąć w obcym łóżku ze świadomością, że duchy ludzi, którzy niegdyś w nim spali – dwojga niewinnych dzieci i przerażonego ojca – gdzieś tam krążą między murami?
Bronek z Teresą natomiast dostali mieszkanie – małe, bo małe – ale za to w miarę czyste, w pełni urządzone, a przede wszystkim bez Niemców, żywych czy martwych. Kowalewski jeszcze tego samego dnia pozdejmował ze ścian wszystkie zdjęcia poprzednich lokatorów i spalił je w piecu razem z ich rodzinnymi albumami, którymi wypchany był regał w sypialni.
Starał się wtedy nawet nie spoglądać na fotografie przed wrzuceniem ich w ogień. Nie był ciekawy, kto mieszkał tu przed nimi, nie chciał tego wiedzieć. Jedyne, na czym mu zależało, to żeby strapiona matula poczuła się w obcym mieszkaniu choć trochę jak u siebie. Zaraz po zniszczeniu zdjęć poprzednich właścicieli pognał do miasta i postarał się o bukiet świeżych kwiatów, byleby sprawić Teresie odrobinę radości na tym podłym, niepewnym jutra świecie.
Wszystko to jednak zdało się na nic.
Gdy zamieszkali w Hirschbergu, wkrótce oficjalnie nazwanym Jelenią Górą, Bronek liczył, że z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień Teresa Kowalewska wyjdzie z szoku spowodowanego przeprowadzką i zacznie przyzwyczajać się do nowego miasta. Miał nadzieję, że może któregoś dnia kobieta znowu się roześmieje, jak za dawnych czasów…
Stało się jednak odwrotnie: matka stopniowo zaczęła zamykać się w sobie.
Niewiele mówiła, z mieszkania wychodziła dość rzadko i niechętnie, nic jej nie interesowało ani nie cieszyło. Jeśli już się odzywała, to jedynie po to, żeby utyskiwać na kuchnię. A to na piekarnik, że nie umie go wyczuć i ciągle przypala w nim ciasto. A to że płyta z fajerkami nie taka, że kogel-mogel nie wychodzi, bo pewnie Bronek znowu kupił jajka zniesione przez niemieckie kury, a wiadomo, że niemieckie kury to…
No i garnki. Hirszberskie nie umywały się nawet do tych, które dostała w ślubnym prezencie od swojej babki, a które zostały tam, za Lwowem.
Czasem Bronek słyszał nocami, jak matka, gdy nie mogła spać, wstawała i chodziła po mieszkaniu bez celu albo płakała do poduszki z tęsknoty za światem, o którym jeszcze kilka lat temu wydawało się jej, że będzie trwał wiecznie; za córką, mężem, ukochaną chałupą i zwykłą wiejską codziennością. Zamiast niej miała teraz chłodne, kamienne mury niemieckiej kamienicy i obce miasto, które napawało ją strachem i obrzydzeniem.
W końcu Kowalewski trafił na stoisko, o którym tak barwnie opowiadał mu kilka dni wcześniej Szczepan. Kobieta – prawdopodobnie rzeczona Emma – stała pod murem opatulona w gruby płaszcz. Głowę miała owiniętą staromodną kwiecistą chustą, na którą dodatkowo włożyła czapkę. Jej wychudzona twarz była blada i smutna. Co rusz przestępowała z nogi na nogę – widać mróz dawał się jej we znaki.
Zaczął oglądać przedmioty, które kobieta miała rozłożone przed sobą na przykrytym obrusem składanym stoliku, w międzyczasie przysłuchując się, jak targuje się z jakimś Polakiem o porcelanową szkatułkę.
– Cwancig. Cuker! – wydukał klient łamanym niemieckim, stukając palcem w kartki na żywność, które rozłożył w ręce jak wachlarz, co rusz machając nimi przed oczami Niemki.
Kobieta w odpowiedzi pokręciła głową.
– Vierzig – odparła.
– Ile? – Polak się skrzywił. Trudno było powiedzieć, czy dlatego, że uznał cenę za zbyt wysoką, czy po prostu nie zrozumiał niemieckiego słowa.
Kobieta wyciągnęła z kieszeni skrawek papieru i nabazgroliła liczbę, po czym postukała w nią palcem. Polak znów krzywił się przez chwilę, po czym wyjął jej ołówek z ręki, skreślił to, co zanotowała, i pod spodem napisał: „30”.
– Gut – stwierdziła Niemka po chwili wahania. Podała mu szkatułkę, przyjęła plik kartek na żywność, przeliczyła je i schowała do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Teraz przed jej kramem został już tylko Bronisław.
– Ile za tę bransoletkę? – zapytał po niemiecku.
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Polak?
– Tak.
– Bardzo dobrze mówisz po niemiecku – odparła, po czym zaczęła chuchać na zziębnięte dłonie.
– Dziękuję. To ile?
Wzięła przedmiot do ręki, opuszkami palców przesuwając po szlachetnych kamieniach, którymi ozdobione były kolejne segmenty bransoletki.
– Na pewno właśnie ta cię interesuje?
– Tak. A co, coś z nią jest nie tak?
– Nie, po prostu… – Westchnęła. Wydawała się zmartwiona. – Ta jest wyjątkowo cenna… Nie wiem, czy tak naprawdę chcę ją sprzedawać. To ważna pamiątka.
– Więc po co ją tu wystawiłaś? – zirytował się.
Wzruszyła ramionami.
– Może znajdzie się kiedyś właściwy kupiec.
– Może to właśnie ja nim jestem. Zapłacę.
– Nie wiem, czy cię stać.
To był typowy na szaberplacu sposób targowania się przypominający zabawę w podchody: obie strony starały się jak najdłużej nie rzucić żadnej konkretnej kwoty, zamiast tego próbując wybadać, na ile drugiej stronie zależy na sprzedaniu lub zakupie danego przedmiotu.
– A czego najbardziej potrzebujesz? – skontrował Bronisław.
Spojrzała na niego jak na niespełna rozumu, po czym zaśmiała się szyderczo.
– Nie masz tego.
– Poproszę o konkrety. Nie mam czasu na słowne gierki.
– Potrzebuję świętego spokoju. Pracy. Ciepła. I żeby mąż wrócił do domu, bo bez niego sobie nie radzę. I żeby moja córka przestała chorować – rzuciła znienacka poirytowana. – Ale mąż nie wróci, bo nie żyje. Pracy żaden Polak Niemce nie da, bo teraz kary za to grożą… – Urwała i spojrzała na niego spode łba. Jej odpowiedź najwyraźniej zbiła go z tropu. – No co? – prychnęła ironicznie. – Dasz mi coś z tego?
– Nie.
– No to nie sprzedam ci bransoletki. – Wzruszyła ramionami.
Bronisław zacisnął usta w kreskę. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie odwrócił się na pięcie i bez słowa ruszył w stronę wyjścia z szaberplacu. Co za bezczelna baba! Jak ona śmiała tak się do niego odezwać! Przecież mogła ponieść surowe konsekwencje. Albo nie miała świadomości, co grozi za takie pyskówki do Polaka, albo…
Po prostu było jej już wszystko jedno.
Jelenia Góra-Sobieszów, 31 maja 2008
„Chcą wejść”.
Robert zmarszczył brwi, jakby nie docierał do niego sens tych słów. Niemcy chcą wejść? Tak po prostu, jak do siebie? Cóż za bezczelność! W pierwszej chwili się zacietrzewił, już miał odprawić ich z kwitkiem, ale głos uwiązł mu w gardle. Ojciec zawsze uczył go, że należy być gościnnym. Gość w dom, Bóg w dom i te sprawy…
Zawahał się.
W sumie nie chcą wejść jak do siebie, przecież poprosili o zgodę. Zapytali, czy to jego dom. Nie podważali więc tego, że to on jest tu gospodarzem.
W tym momencie w jego głowie znienacka wybrzmiało proste, acz zasadnicze pytanie: w sumie dlaczego by nie? Dlaczego ich nie wpuścić?
Nie znalazłszy argumentów, zdjął w końcu rękawice i rzucił je na ziemię obok motyki. Otworzył furtkę, zawiasy cicho skrzypnęły. Znowu zapomniał, że miał je naoliwić.
– Zapraszam. – Zrobił ręką uprzejmy gest i wysilił się na uśmiech. Boże, co on właśnie robi? Wpuszcza do siebie obcych, w dodatku, nie – przede wszystkim – Niemców!
Nawet nie zdążył pomyśleć, że czasem jedna pochopna decyzja w pozornie błahej sprawie może zmienić całe życie.
Dagmar i Albert spojrzeli po sobie niepewnie i weszli. Głowy mieli wciśnięte między ramiona, szli chodnikiem w kierunku jego domu niemal na palcach, jakby bali się, że normalny krok może zakłócić mir domowy właściciela.
Robert znowu zmarszczył czoło. I co on ma teraz z nimi zrobić? Oprowadzić ich po wnętrzach? Zaproponować coś do jedzenia? „Nie wiesz, co zrobić, zrób herbatę” – przypomniało mu się znienacka powiedzenie ojca.
Nim zdążył się odezwać, Niemka wskazała na jego róże i coś powiedziała.
– Pani Dagmar mówi, że ma pan naprawdę dobra dłoń do kwiaty – od razu włączył się tłumacz. – I że są piękna róże.
Kowalewski się rozpromienił.
– Dziękuję bardzo! To znaczy… Danke schön. Może herbaty?
Chwilę później niespodziewani goście siedzieli już na werandzie. Robert przyniósł tacę z filiżankami, duży dzbanek, w którym parzyła się herbata, cukierniczkę i talerzyk z cienko pokrojoną cytryną. Zbiegł do ogródka, przyniósł kilka dorodnych gałązek rozmarynu i mięty, po czym wrzucił je do czajnika.
– Będzie smaczniejsza – wyjaśnił.
Niemka drgnęła poruszona, wymieniła kilka zdań z bratem, wskazując na filiżanki.
– Pani Dagmar mówi, że to jej mama kubka… – zawahał się. – Ma-my kub-ka. Ma-my kub-ki – wydusił wreszcie. Wyglądał na dumnego, że po dłuższej batalii znalazł właściwe końcówki.
Kobieta tymczasem otworzyła teczuszkę, którą kurczowo trzymała dotychczas w rękach, i zaczęła przeglądać złożone tam fotografie. Robert zerkał na nie kątem oka; na niektórych rozpoznawał wnętrza domu. Swojego domu.
W końcu Niemka wyciągnęła zdjęcie, którego szukała. Na czarno-białej fotografii od razu rozpoznał kuchnię. Przy blacie krzątała się jakaś młoda kobieta, obok niej stała nastoletnia dziewczynka. Zdjęcie nie było pozowane, kobiety prawdopodobnie nie wiedziały nawet, że ktoś je fotografuje; wydawały się zajęte rozmową. Na pierwszym planie rzucał się w oczy kuchenny stół i stojąca na nim porcelanowa zastawa – dokładnie ta sama, z której zaraz mieli wspólnie wypić herbatę.
– Mutti Emma. – Dagmar wskazała kobietę i spojrzała na Roberta zaszklonymi oczami, po czym przeniosła palec na dziewczynkę. – Und unsere Schwester, Klara.
Kowalewski nie wiedział, co odpowiedzieć, pokiwał więc tylko głową. Po co ta kobieta pokazuje mu zdjęcie?
Zaczął żałować, że ich wpuścił. Próbując ukryć zakłopotanie, wziął do ręki dzbanek i jak gdyby nigdy nic zaczął rozlewać herbatę do filiżanek.
– Bardzo gorąca, niech chwilę przestygnie – rzucił.
Zapadła kłopotliwa cisza.
W głowie Roberta ścierały się skrajne refleksje. Najpierw modlił się, żeby Niemcy szybko wypili herbatę, poszli w cholerę i już nigdy nie wracali. Później natomiast znienacka przeszło mu przez myśl, że mógłby podarować im tę porcelanową zastawę. On się bez niej obejdzie, a dla nich to będzie wyjątkowa pamiątka. Gorączkowo zastanawiał się nad konsekwencjami takiej decyzji. Jeszcze pomyślą sobie, że Robert jest gościnny, że chce się zaprzyjaźnić, a wtedy za jakiś czas, nie daj Boże, przyjadą znowu. Może przywiozą matkę? Tylko nie to… Zaraz, czy matka może jeszcze żyć? Ile musiałaby mieć lat? A może siedzi w aucie i czeka na jakiś sygnał? No właśnie, czy ktoś jeszcze był w samochodzie? Nie, na pewno nie… Zaraz, ale przecież on jest tak naprawdę gościnnym człowiekiem, tak wychował go ojciec. Dlaczego więc miałby udawać kogoś innego…?
Czy miał powody, żeby żywić urazę do tych ludzi?
Miał, bez liku! Wojna, Auschwitz, Westerplatte, Gestapo – skojarzenia ze słowem „Niemcy” pędziły przez jego głowę błyskawicznie; były niemal bezwarunkowym odruchem.
Ale…
Znów spojrzał na Dagmar i Alberta. Czy oni są winni? Mieli mniej więcej tyle lat, co on, nie mogli nawet pamiętać wojny.
Sam siebie nie poznawał… Jaki on jest zaściankowy, gdy przychodzi co do czego. Dobrze, niech będzie, podaruje im tę nieszczęsną zastawę!
Nim zdążył złożyć propozycję sprezentowania gościom porcelany, z zamyślenia wyrwał go głos Alberta, który zwrócił się do tłumacza. Robert zaczął przyglądać mu się z zaciekawieniem. Nie zrozumiał ani jednego wypowiedzianego przez mężczyznę słowa, ale to mu nie przeszkadzało; dzięki temu skupił się jeszcze bardziej na mowie ciała Niemca. A ta wyraźnie wskazywała, że gość też czuje duży dyskomfort z powodu tej wizyty.
– Pan Albert chce podać cel… – odchrząknął – …nasza wizyta.
Kowalewski uniósł brwi.
– Proszę się nie nie… nie-po-ko-ić. – Tłumacz z trudem sylabizował słowa. – Pan Albert i Dagmar chcą tylko trochę ziemia.
– Ale jak, tej tutaj? – Robert się nastroszył.
– Tak.
– Mówiłem na samym początku, dom nie jest na sprzedaż. Ziemia tak samo.
– Ach nie… – Tłumacz się uśmiechnął. – My się nie rozumiemy. Państwo nie chcą kupić działka. Oni chcą ziemia. Troszkę ziemia. Do wo-retsz-ka. Woo-re…
– Aaa. – Kowalewski przerwał mu w pół słowa, gdy zrozumiał, co tamten ma na myśli. – No… dobrze. Proszę. – Wskazał na ogród.
Czy ma do czynienia z wariatami? Kto jedzie kilkaset kilometrów (w sumie nie wiedział nawet, skąd dokładnie przyjechali), żeby zabrać do domu garść ziemi?
Tym razem Niemka zaczęła coś mówić. Tłumacz kiwał głową ze zrozumieniem.
– Dziękujemy za akceptacja nasza prośba – odezwał się po chwili – ale jest jeszcze jeden sprawa, bo pani Dagmar chciałaby ziemia z tył doma.
– Może brać, skąd chce. Zapraszam. – Robert wstał od stołu i zaprowadził gości na podwórko.
Dagmar rozejrzała się po ogrodzie, jakby czegoś szukała, po czym skierowała się pod starą papierówkę. Z torebki, którą miała przy sobie, wyciągnęła małą łopatkę.
„Skarbów będzie szukać po matce!” – niemal automatycznie przeszło Robertowi przez myśl. Wszyscy tak mówili – jak Niemcy wracają i chcą kopać w konkretnym miejscu, to na bank szukają jakiegoś skarbu. Zresztą, ojciec opowiadał mu historię, jak do jednego znajomego z Piechowic przyjechali kiedyś Niemcy z pytaniem, czy mogą na polu za domem rozbić namiot na jedną, może dwie noce. Polak pozwolił. Jakież było jego zdziwienie, kiedy rano po namiocie nie było już nawet śladu, natomiast w jego miejscu widniała wielka dziura, a w niej – opróżniona skrzynia.
Dagmar tymczasem oparła się o drzewo. Przez lata było ono dość zaniedbane, dopiero w zeszłym roku jeden z sąsiadów, który miał na działce kilka jabłoni, nauczył Roberta odpowiednio je przycinać – tak, żeby odciążyć powykręcane, stare konary. Praca przyniosła efekty, bo w tym roku jabłka były bardziej dorodne, a zmęczona papierówka wyglądała, jakby odżyła.
Kobieta kilka razy zamachnęła się łopatką, a brat podszedł do niej z reklamówką. Nabrali odrobinę ziemi do worka i z nabożnym szacunkiem schowali ją do torby Dagmar, jakby weszli właśnie w posiadanie jakiejś niezmiernie cennej relikwii.
Tłumacz obserwował to w milczeniu.
– Może jabłek chcecie? Bardzo smaczne! – zaoferował się Kowalewski, wskazując drzewo. – Apfel? Sehr gut!
Niemka pokręciła głową i spojrzała na niego dziwnie, jakby z pretensją. Nie zrozumiał tego.
Gdy wrócili na werandę, herbata zdążyła już przestygnąć. Robert pierwszy wziął swoją filiżankę i upił łyk, jakby chciał zachęcić pozostałych do pójścia w jego ślady.
– Mogę o coś zapytać? – zwrócił się do tłumacza. Cisza coraz bardziej go uwierała.
– Bardzo proszę.
– Dlaczego pani Dagmar chciała ziemię akurat spod jabłoni?
Kiedy mężczyzna przetłumaczył kobiecie pytanie, ta wyraźnie posmutniała. Odpowiedziała dopiero po dłuższej chwili, wskazując jednocześnie na zdjęcie, które wcześniej zostawiła na stole. Mówiła powoli, Kowalewskiemu zdawało się, że nie może znaleźć właściwych słów.
– Pani Dagmar chciała ziemia spod drzewa, że… bo tam spoczywa jej siostra. – Tłumacz wskazał na młodszą kobietę ze zdjęcia. – Klara.
Kowalewskiego momentalnie oblała fala gorąca i od razu pożałował zadanego pytania. Cholera jasna! Niemiec musiał źle coś przetłumaczyć.
– Jak to: spoczywa? – zapytał.
– Leży. Ciało Klary. Córka pani Emma. – Tłumacz wskazał na dziewczynkę ze zdjęcia.
***
JELENIA GÓRA. Samobójczy skok z okna
(XP) Plac Ratuszowy był miejscem niecodziennego widoku. W jednym z okien na trzecim piętrze domu w Rynku nr 11 ukazała się postać młodej dziewczyny, która z okrzykiem „Żegnajcie!” rzuciła się na bruk. Gdy do leżącej w kałuży krwi dziewczyny podbiegli przechodzący obok milicjanci, denatka już nie żyła. Jak stwierdziło przeprowadzone natychmiast śledztwo, samobójczyni nazywała się Begleiter Aniela ur. w r. 1927.
Powszechny Dom Towarowy
Jelenia Góra, ul. Długa 4 – 5 telefon 31–58
zaopatrzony w towary spożywcze przemysłowe włókiennicze
otwarty od 9 sierpnia 1947 roku*.
* Cyt. za: „Słowo Polskie. Bezpartyjny dziennik Ziem Zachodnich”, nr 216 z 8 sierpnia 1947 roku.
** Cyt. za: „Trybuna Dolnośląska”, nr 8 z 11 stycznia 1947 roku.
Polskie pończochy z polskiego perlonu zaczynają produkować w Jeleniej Górze
W pomieszczeniach zakładów przetwórczych „Zellwolle”, potężnego kompleksu budynków fabrycznych (kominy 84, 92 i 113 metrowe) pomieściła się Dolnośląska Fabryka Włókien Sztucznych. 11 chemików i 20 techników i konstruktorów organizują Instytut Doświadczalny dla badania włókien sztucznych. W zdewastowanej fabryce znaleziono garnki doświadczalne, „kawałek” laboratorium i na tej skromnej podstawie poczęto przeprowadzać doświadczenia. Znakomici włókniarze Polski z dr Horwattem na czele osiągają z ludnością rezultaty, ale z czasem w ciszy laboratoryjnej pracy zaczyna dojrzewać wielki sukces – realne osiągnięcie: synteza surowca z fenolu (kwas karbolowy, produkt węglowy Górnego Śląska). Jest to tzw. perlon. Ale dzielni fachowcy nie poprzestają nad tym. Istniejące od lipca r. ub. Centralne Biuro Konstrukcji Maszyn Włókienniczych wespół z Instytutem Badawczym konstruują niedużą narazie instalację dla małej produkcji syntetycznego włókna. Jest to już pociągnięcie wielkie. Polski chemik i konstruktor wykazali się wielką przedsiębiorczością i wiedzą. Jeśli przyjmiemy, iż na tych maszynach z początku będzie fabryka produkować tylko 3 kg. przędzy dziennie (90 pończoch) – to jest to olbrzymi krok naprzód, ponieważ w dniu dzisiejszym w całej Europie nikt więcej nie produkuje. Produkcja, której w Polsce nie było jeszcze, która obecnie jest tylko wytwarzana w Ameryce Północnej, przynosić będzie nam wkrótce wielki zaszczyt. Dzisiaj Zakłady Przetwórcze (fabryka i Instytut) zatrudniają około 400 osób, w tym tylko kilku fachowców Niemców […] (xp)**.
ROZDZIAŁ IV
Dom Towarowy
Jelenia Góra, 10 stycznia 1948
W Jeleniej Górze mróz nie odpuszczał już od kilkunastu dni. O surowości tegorocznej zimy najlepiej świadczyły strugi dymu buchające z komina dosłownie każdego domu. Jeśli gdzieś się nie paliło, mogło to świadczyć niemal wyłącznie o jednym – że dom wciąż czekał na swoich nowych gospodarzy.
Problemy z dostępnością koksu – niemal tak samo duże jak poprzedniej zimy – sprawiały, że ludzie brali na opał wszystko, co tylko mogli, byleby choć odrobinę ogrzać swoje cztery kąty. Z dymem szły więc stare szafy, ramy łóżek, sekretarzyki, boazerie, parkiety i ławki. Wielu pozbywało się tych sprzętów bez żalu, wręcz przeciwnie – zima stawała się dla nich pretekstem do przeprowadzenia specyficznych porządków. Z domów znikało w ten sposób wszystko, co przypominało o ich dawnych właścicielach.
Razem z dymem w niebo unosił się więc świat dawnego Hirschbergu; płonęły zaklęte w drewnianych sprzętach ciężka praca, marzenia i wspomnienia byłych mieszkańców, które mieszały się z żalem i niechęcią, jaką z powodu wojennych krzywd żywili do nich nowi gospodarze.
Dzień był bezwietrzny, więc cała ta specyficzna mieszanka wspomnień, złości, nadziei i woli przetrwania wisiała nad domami w postaci siwego, gryzącego nozdrza dymu niczym woal rozpięty między wieżami starego miasta.
Opadający na ulice popiół sprawiał, że śnieg, który kilka dni wcześniej opatulił miasto grubą kołdrą, miał coraz mniej wspólnego ze swoją pierwotną, magiczną bielą.
Wszystko płowiało.
W miejscu, gdzie Grodzka docierała do Placu Ratuszowego, Bronisław dostrzegł na chodniku czerwoną plamę. Mimo że jej barwa tak mocno kontrastowała z szaro-białym otoczeniem, to większość przechodniów mijała ją zupełnie obojętnie. Jakby zwyczajnie jej nie zauważali.
Albo nie chcieli zauważyć.
Tuż obok krwawego śladu, pod ścianą kamienicy, stał nieco osmolony słoik, w którym ktoś zapalił świeczkę. Jej lichy płomień dygotał wystraszony.
Bronisław się zatrzymał. Dwa dni wcześniej w tym miejscu samobójstwo popełniła kobieta nazwiskiem Begleiter. Choć według relacji gazety, zanim wyskoczyła z okna, krzyknęła „żegnajcie”, Bronek nie miał pewności, czy rzeczywiście była Polką. Zdawało mu się raczej – sądząc po nazwisku – że samobójczyni to Niemka, a autor artykułu jedynie przetłumaczył jej ostatnie słowo.
Nagle w głowie Bronka zrodziło się zasadnicze pytanie: a jakie znaczenie ma teraz narodowość zmarłej kobiety? Pewne było przecież tylko jedno: wielu miało w tym mieście powody, by nie chcieć dłużej żyć.
Polacy, jak Bronek z Teresą, wracali z wojennych tułaczek, niosąc ze sobą nieuleczalny w wielu przypadkach ból po stracie krewnych i domów. Rozpaczliwie próbowali dopasować się do obcego krajobrazu i klimatu, niczym ktoś, kto stara się wcisnąć nogę w zbyt ciasny but. Po sześciu latach straszliwej wojny byli zamrożeni jak sopelki lodu, łaknąc odrobiny ciepła i poczucia stabilności. Niemcy z kolei dopiero czekali na swoje wysiedlenie, wciąż łudząc się, że znajdą sposób umożliwiający im pozostanie w ukochanym mieście, które już do nich nie należało. Nad jednymi i drugimi swoje złowrogie widmo roztaczała Armia Czerwona, której żołnierze budzili wśród mieszkańców Jeleniej Góry wyłącznie strach. Kradnąc, niszcząc, gwałcąc i paląc, dawali do zrozumienia, że czują się panami jednych i drugich. Mieli siłę – a z tym ani Polacy, ani Niemcy nie byli w stanie dyskutować.
Bronisław smutnym wzrokiem wpatrywał się w brunatną plamę – marny ślad po czyimś kruchym i nieszczęśliwym życiu. Minie kilka godzin, nim świeczka się wypali, potem kilka dni, a śnieg – zamarznięte łzy – przykryje chodnik świeżą warstwą bieli. Potem drobinki sadzy zamienią biel w mętną szarość i wkrótce o Anieli Begleiter wszyscy zapomną. Ciało nieszczęśliwej kobiety spoczęło już zapewne w jakiejś bezimiennej mogile pod cmentarnym murem, w miejscu zarezerwowanym dla samobójców. Rodzina (o ile żyje) zostanie wysiedlona, więc nie będzie nikogo, kto mógłby zadbać o to, żeby na grobie Anieli chociaż czasem pojawiły się kwiaty albo znicz.
Bronek przyłapał się na tym, że żołądek mu się zaciska, bo jego myśli znienacka poszybowały ku mamie. Zdarzały się dni, gdy obawiał się, że przyjdzie moment, w którym ona także postanowi, że chce ze sobą skończyć. Nastrój ostatnio miała jeszcze gorszy niż zwykle – wszystko przez to, że od kilku tygodni leżała w łóżku. Narzekała na bóle stawów, co rusz dostawała gorączki i przez większość dnia spała, wycieńczona chorobą. Lekarz, którego Bronek wzywał do niej już dwukrotnie, wciąż nie potrafił zdiagnozować, co kobiecie dolega. Opierając się na – jak mówił – „lekarskiej intuicji”, przepisywał kolejne medykamenty.
Intuicję musiał jednak mieć słabą, bo żaden z leków nie przynosił oczekiwanych rezultatów.
Mama. Prezent. Otrząsnął się z niewesołych myśli i ruszył Placem Ratuszowym w stronę ulicy Długiej. Choć wczorajsza wycieczka na szaberplac w Cieplicach nie należała do udanych, Bronek nie zamierzał tak łatwo się poddawać i – korzystając z wolnego dnia – postanowił odwiedzić jeszcze jedno miejsce z nadzieją zdobycia odpowiedniego prezentu dla mamy.
– Panie, maszże pan może ognia? – Z zamyślenia wyrwał Bronka robotnik rozkładający rusztowanie przed fasadą jednej z kamienic.
Kowalewski zatrzymał się i zaczął przeszukiwać kieszenie płaszcza. Po chwili wygrzebał pudełko zapałek.
– O, dziękuję, szefie! – ucieszył się mężczyzna, wyjął zza ucha skręconego wcześniej papierosa i wsunął go sobie do ust.
– Co tam, jakiś remont się szykuje? – zagaił Bronisław, wskazując na rusztowanie.
– Cholera jasna – mruknął robotnik pod nosem, ze złością wyrzucając kolejną zapałkę, która złamała mu się w palcach. – Ręce mi tak zgrabiały od tego mrozu, że nie mogę dobrze złapać.
– Daj pan to. – Bronek zabrał mężczyźnie pudełko, wysupłał nową zapałkę i energicznie potarł nią o draskę. Płomień strzelił radośnie, a Kowalewski przytknął go do papierosa, którego robotnik z obu stron osłaniał przed podmuchami powietrza.
Udało się.
– Dzięki, dobry człowieku. – Robotnik łapczywie zaciągnął się dymem, po czym wskazał na rusztowanie. – A to? Jaki tam remont… – parsknął. – Popatrz pan do góry.
Dopiero wtedy Bronek zauważył, że między oknami na piętrze kamienicy wymalowana była duża strzałka, nad którą gotyckie litery krzyczały upiorną czernią:








