Amazonia w trybach globalnego kapitalizmu. Ta historia wykracza daleko poza Amazonię. To opowieść o cenie, jaką płacą najsłabsi za postęp i eksploatację zasobów, a także o stratach ponoszonych w pogoni za bogactwem.
W największym lesie deszczowym Amazonii w latach sześćdziesiątych XX wieku pojawiła się pierwsza utwardzona droga, a wraz z nią nowi osadnicy. Dla rdzennych mieszkańców tamtych ziem ze społeczności Cinta Larga, w których świecie nie istniały pojęcia takie jak „pieniądz”, „kamień szlachetny” czy „handel”, był to początek dramatycznych przemian. W ciągu jednego pokolenia musieli stawić czoła regułom wolnego rynku.
Kiedy na ich ziemiach odkryto złoża diamentów, w tym kamień tak ogromny, że nazwano go Okiem Boga, wydawało się, że to dar od losu. Wydobycie cennych minerałów szybko uruchomiło jednak mechanizmy korupcji, przemocy i degradacji środowiska, co zapoczątkowało rozpad tradycyjnych więzi, które przez wieki spajały wspólnotę.
„Gdy sprzedaliśmy Oko Boga” jest rezultatem sześciu lat reporterskiego śledztwa. Alex Cuadros oddaje głos członkom Cinta Larga i kreśli przenikliwy portret Marii, Oity i Pio oraz ich przyjaciół – ludzi walczących o własną tożsamość i ziemię. Mikrohistorie osadza w rzetelnej analizie uwarunkowań społeczno-politycznych, które doprowadziły do tragedii.
Gdy w lasach Mato Grosso pojawiają się przybysze głodni ziemi, drogocennych minerałów, drewna i kauczuku, dochodzi do tragedii. Niezrozumiałe, okrutne reguły prywatnej własności, praw podaży i popytu, ekonomicznej konkurencji oraz dążenie do materialnego bogactwa nieodwracalnie niszczą lokalną społeczność. To, co dla osadników jest normą, na rdzennych mieszkańców działa jak trucizna.
W przejmującej opowieści o rdzennym ludzie Cinta Larga reporter Alex Cuadros ukazuje nie tylko fizyczny rozpad dawnego świata – zabójstwa, zniknięcia, choroby – lecz także jego destrukcję duchową. Najboleśniej wybrzmiewają fragmenty o przemianie rdzennych mieszkańców, żyjących niegdyś według własnych zasad, w ludzi świata kapitalizmu, z hipokryzją oskarżanych potem o nieuczciwość i chciwość.
Nostalgiczna elegia dla przeszłości? Manifest antykapitalistyczny? Przede wszystkim – literacki moralitet. Opowieść o tym, że z nami – ludźmi – bywało już lepiej; że niepohamowana żądza zysku niszczy planetę i człowieczeństwo; że stać nas (było) na więcej.
Mądra, przenikliwa książka, która uderza w sam splot słoneczny naszych czasów – ku przestrodze i przebudzeniu.
Artur Domosławski
Na półce z klasycznymi dziełami antropologii obok Naven Batesona, Smutku tropików Lévi-Straussa i Dojrzewania na Samoa Mead możemy teraz postawić Gdy sprzedaliśmy Oko Boga. Cuadros zabiera czytelników do jednego z najbardziej nieprzystępnych regionów świata i pozwala zajrzeć w intymny świat ludzi, którzy stawiają pierwsze kroki na drodze do tak zwanej cywilizacji. To owoc pierwszorzędnej pracy reporterskiej, dzieło pełne współczucia dla rdzennej ludności na całym globie.
Benjamin Moser, laureat Nagrody Pulitzera za książkę Sontag. Życie i twórczość
Tę niebeletrystyczną powieść o współczesnym podboju, kapitalizmie i morderstwie czyta się jak genialne połączenie Jądra ciemności i Z zimną krwią. Pisząc z pozbawionym sentymentalizmu współczuciem i nieubłaganą moralną przejrzystością, Cuadros ukazuje bohaterów jako po ludzku złożonych, a zarazem uwzględnia szersze czynniki społeczne napędzające dewastację Amazonii. Oszałamiająca książka.
Greg Grandin, laureat Nagrody Pulitzera za książkę The End of the Myth i autor Fordlandii
Alex Cuadros – reporter i niezależny dziennikarz, publikował między innymi w „New York Times Magazine” i „Washington Post”. Autor książki Brazillionaires: Wealth, Power, Decadence, and Hope in an American Country, nominowanej do nagrody Business Book of the Year „Financial Times”. Jego artykuł o stanie środowiska Amazonii trafił do prestiżowej antologii Best American Science and Nature Writing. Cuadros był stypendystą Pulitzer Center on Crisis Reporting. Sześć lat pracował jako dziennikarz w Brazylii, od 2013 roku relacjonuje wydarzenia z Amazonii. Gdy sprzedaliśmy Oko Boga powstało dzięki wsparciu Alicia Patterson Foundation oraz Fund for Investigative Journalism
Gdy sprzedaliśmy Oko Boga
Diamenty i śmierć w Amazonii
Przekład: Anna Skucińska
Seria: Mundus
Wydawnictwo Bo.wiem
Premiera: 24 kwietnia 2026
ROZDZIAŁ 3
Zgodnie z oficjalnym dowodem tożsamości Pio urodził się 28 stycznia 1959 roku. Datę tę jednak wymyślili brazylijscy urzędnicy. Tak naprawdę Pio przyszedł na świat w porze suchej: między czerwcem i sierpniem, gdy cykady olbrzymie hałasują na drzewach, a gwałtownie opadający poziom wody odsłania koryta rzek z legowiskami kajmanów. Grupa ludzi z wioski Pio obozowała nad potokiem skurczonym obecnie do pasa bajorek. Mężczyźni chłostali wodę pnączem dakáptapóa, uwalniając duszącą substancję, która zmusza ryby do wypłynięcia na powierzchnię, skąd można je zebrać, a następnie ugotować nad ogniskiem. Właśnie wtedy matka Pio wycofała się między drzewa, bo zaczęła rodzić.
Poród w odosobnieniu nie był niczym niezwykłym, chociaż rodząca miała często do pomocy bardziej doświadczoną kobietę, która przecinała pępowinę ostrzem z bambusa. Jeszcze inna mogła wymasować ciało noworodka dłońmi ogrzanymi nad ogniem. Poza tym dziecko w tym wczesnym okresie wciąż jakby pozostawało częścią matki, zawsze przy niej. Matka Pio jednak rok za rokiem rodziła dzieci jedynie po to, by po paru tygodniach każde tajemniczo umierało. Na próżno przestrzegała ograniczeń pokarmowych: przez pierwszych pięć dni piła tylko sfermentowany sok z bulw manioku, a potem żywiła się tylko rybą trahirą. Na próżno kąpała siebie i dziecko w wodzie z odpowiednimi ziołami. Szeptano, że ktoś ją podtruwa. Tak czy owak zrezygnowała z dalszych starań. Nowo narodzonego syna porzuciła na leśnym poszyciu.
Kiedy wróciła z pustymi rękami, siostra Pio wyruszyła na poszukiwania i znalazła malca oblezionego przez mrówki. Podjęła się opieki nad bratem; w wiosce sypiali nawet na tym samym hamaku. Ilekroć Pio zaczynał płakać, siostra podsuwała go do karmienia którejś z młodych matek, aż wreszcie można go było przestawić na papkę z owoców słodzonych miodem. Po jakimś czasie siostra przeprowadziła się po wyjściu za mąż i zostawiła Pio u ich babki w innej wiosce. Pio miał cztery lata, może pięć, gdy babka przeniosła się z powrotem do wioski jego ojca. Matka już wtedy nie żyła. Pio nigdy się nie dowiedział, jak umarła.
Wioskę Pio stanowiła tak naprawdę pojedyncza budowla, za to obszerna, podłużna, o wysokim dachu z wyschłych palmowych liści opadającym łukowato aż do ziemi. W środku nawet w południe panował chłodny półmrok i nawet podczas ulewnego deszczu było sucho. Dom dzieliło osiem rodzin, każda z własnym segmentem przestrzeni o niedookreślonych granicach, w którym wieszano hamaki z włóknistej leśnej bawełny, a na krokwiach układano skromny dobytek: strzały, garnki, biżuterię.
– Nie było tam żadnych krzeseł, żadnych stołów – opowiadał Pio. – Jeżeli ktoś chciał usiąść, siadał gdziekolwiek, na własnych nogach.
Kobiety siadywały w osobliwej, a komfortowej dla nich pozycji: z jedną nogą wyprostowaną z przodu, drugą zgiętą pod pośladkami32. Były na ogół pulchniejsze od mężczyzn, mniej umięśnione, choć nie mniej sprawne fizycznie, nieraz bowiem z dzieckiem w nosidełku dźwigały potężny ładunek warzyw okopowych. Przy pracy śpiewały, a raczej snuły śpiewne opowieści: „Chodźmy po drewno na opał, bo łowy są dla nas…”33. W domu wyrabiały naszyjniki z białawych płytek kostnych pancernika i ciemnobrązowych łupin owoców xikába. Lubiły przystrajać nimi swoje dzieci. Imię „Nacoça Pio” jest tak naprawdę brazylijską wersją słowa nakósapíap, którym określano sznur korali noszony na ukos przez tors. Babka ozdabiała Pio tyloma naszyjnikami, że aż zyskał od nich przydomek. A ponieważ tradycja zabraniała wypowiadać prawdziwe imię rozmówcy, w późniejszych latach Pio swojego już nawet nie pamiętał.
Niemal co rano przynajmniej jeden mężczyzna z wioski wyruszał na łowy, zazwyczaj sam. Pio większość czasu spędzał na ćwiczeniu się w łucznictwie, celując do małych ptaków. Chłopcy urządzali też zabawy: jeden był myśliwym, drugi jego ofiarą. Myślistwo było nie tylko koniecznością, ale wręcz powołaniem. Słowo „polować” w języku Cinta Larga znaczy dosłownie „do lasu” – bo po cóż innego ktoś by tam chodził? Wieczorem na wioskowej polanie mężczyźni opowiadali o swoich wyprawach po rozmaite rodzaje dzikiej świni, czubacze (ptaki o czarnym upierzeniu i jaskrawoczerwonych koralach) i amazońskie sarny. Niewiele zwierząt uważano za niegodne zainteresowania: nietoperze i większość węży, choć boa dusiciele trafiały do garnka.
Po powrocie z polowania myśliwy dumnie stawiał na ziemi kosz z ubitą zwierzyną, a żona układała mięso na bambusowym ruszcie. Zdobycz uważano za własność myśliwego, którą mógł rozporządzać według własnego uznania, przy czym każdy mężczyzna miał obowiązek zaspokoić potrzeby swoich najbliższych. Jak jednak mówił Pio, „nie zdarzało się coś takiego jak głodowanie z braku pieniędzy”. Jeśli myśliwy przyniósł więcej, niż mogła zjeść jego rodzina, oczekiwano, że resztą zdobyczy się podzieli. W jednej z legend grupa mężczyzn upolowała stadko świń, lecz ani kawałka nie oddała współziomkowi, któremu na łowach się nie powiodło, i za karę sama została zamieniona w świnie. Jeśli zabito małpę, a w wiosce przebywali ważni goście, małpi mózg – ceniony przysmak – proponowano właśnie im. Poza tym naddatek mięsa przekazywano najpierw przywódcy wioski, w tym przypadku ojcu Pio, Mankalu.
Pio był jeszcze mały, kiedy nad wioską przeleciało nieznane stworzenie, sunąc połyskliwym brzuchem tuż nad wierzchołkami drzew. Było o całe rzędy wielkości potężniejsze od widywanych dotąd ptaków i znacznie hałaśliwsze. Ktoś opisał je słowami: „olbrzymi jastrząb, który mruczy jak jaguar”mruczy jak jaguar”. Dopiero później zrozumiano, że był to samolot. Większość mężczyzn po prostu gapiła się zdumiona, ale ojciec Pio natychmiast puścił się w pogoń z łukiem i wiązką strzał.
Pośród Cinta Larga Mankalu był zapiwayem, „właścicielem domu”. Przybysze z Zachodu nazwaliby go zapewne wodzem, ale Mankalu nie miał władzy kojarzonej z tym tytułem, bo u Cinta Larga żaden z mężczyzn nie mógł narzucać swojej woli drugiemu. Ojciec Pio nie był też gnuśnym panem na włościach. Zapiway nie dziedziczył swojej funkcji. Gdyby jego ludzie stracili do niego zaufanie, mogli się przenieść do innej wioski lub upatrzyć kogoś spośród siebie na zapiwaya i pod jego kierunkiem osiedlić się w nowym miejscu. Pierwszym zapiwayem, jak wiadomo, był Alia, czyli Leniwiec. Ngoyan, Grom, gromadził zewsząd kukurydzę wyłącznie na własny użytek. Jeszcze zanim ludzie pojęli, czym jest kukurydza, Alia zauważył kilka przeżutych kolb u ukochanej Ngoyana i poprosił go o podzielenie się rośliną. Ngoyan dał mu same ugotowane ziarna, by uniemożliwić mu uprawę. Alia jednak wrócił do niego z konikiem polnym, który cichaczem odciął kolbę zwisającą z krokwi, a Alia ukrył surowe ziarno w jednym ze swoich długich pazurów i zasadził je u siebie. Gdy pojawiły się malutkie kolby, ludzie od razu chcieli je zjeść, lecz Alia kazał im zaczekać. Minęło parę lat, a kukurydzy było już całe mnóstwo i miała grube, soczyste ziarna: żółte, czerwone, czarne.
Mężczyźni zawsze chętnie wyruszali na łowy, praca na roli natomiast ich nużyła. I właśnie zadaniem Mankalu jako zapiwaya było mobilizowanie ziomków do sadzenia kukurydzy, orzechów ziemnych i różnych roślin bulwiastych: pochrzynów, batatów, manioku. Oczyszczanie pola zwykle wymagało wielodniowych wysiłków całej grupy. Od niezliczonych pokoleń wyrabiano kamienne siekiery, obdzierano drzewa z kory, żeby je osłabić, a następnie z mozołem zrąbywano pnie. Przy użyciu siekier z metalu oczywiście szło to teraz łatwiej. W pełni pory suchej podkładano ogień pod zwalone drzewa, podobnie jak czynili to osadnicy przy drodze BR-364, choć tak naprawdę przybysze nauczyli się tej metody od rdzennych mieszkańców Amazonii.
Mankalu zarządzał poza tym jeszcze bardziej monumentalnym dziełem: przenosinami całej wioski, które odbywały się mniej więcej co pięć lat, kiedy dach niszczał, termity nadwyrężały belkowanie, gleba jałowiała, a w okolicy zaczynało brakować zwierzyny. Najpierw rozglądano się za kolejnym miejscem, najlepiej takim, w którym las trochę się przerzedzał, bo być może dawno temu znajdowała się tam już jakaś wioska. Po oczyszczeniu terenu i przetransportowaniu upraw wszyscy zbierali swoje rzeczy i na czas budowy nowego domu przeprowadzali się do prowizorycznego obozu. Z dziesiątek mocnych, prostych gałęzi tworzono trójwymiarową konstrukcję i kryto ją gęstą strzechą z liści palmowych euterpy. Cały proces trwał dwa lata. Nawet czymś tak istotnym nie zajmowano się jednak bez przerwy. Unikano najgorętszych godzin pod tropikalnym słońcem, wykorzystywano także każdy pretekst, by poplotkować gdzieś na boku. Po szeregu dni pracy zwykle następował kilkudniowy odpoczynek. Większy wysiłek nie był zresztą potrzebny. Las obfitował w zwierzynę, a Cinta Larga nie mieli możliwości gromadzenia zapasów oprócz pewnej ilości kolb kukurydzy. Przyznawano sobie też swobodę odwiedzin, wypraw, poszukiwania przygód – choćby pogoni za tajemniczym ptakiem.
Kiedy Mankalu w końcu wrócił do wioski, mężczyźni pytali, czy zdołał pochwycić owo dziwne stworzenie.
– Przysiadło na drzewie nad rzeką – odparł Mankalu. – Próbowałem je zestrzelić, ale chybiłem.
Chłopiec o przydomku Pichuvy naśmiewał się z Pio:
– Twój ojciec jest kłamcą!
Nikt jednak nie mógł zaprzeczyć odwadze zapiwaya. W stawianiu czoła temu, co nieznane, Mankalu był śmiały aż do przesady.
***
W tamtych latach pora sucha nie była aż tak gorąca jak obecnie, a czasami, gdy nadciągał front antarktyczny, robiło się naprawdę zimno. Nocą Pio grzał się przy ognisku rozpalonym obok hamaka i wstawał kilka razy, by podsycić żar. W najgorsze noce dzieciaki obudzone przez starszych przed świtem biegły zmarznięte do pobliskiego potoku, na ogół przyjemnie chłodnego, a teraz cieplejszego od otoczenia, żeby wchłonąć jego energię wodną, zanim o poranku ważki wysączą ją dla siebie. Któryś z dorosłych podrywał niekiedy dziecku ręce do góry, by wspomóc jego wzrost. Pio pozostał jednak drobnej budowy.
Po powrocie do wioski najmłodsi gromadzili się wokół ognia, a starsi opowiadali o początkach rzeczy. Pierwszy na świecie pojawił się Ngurá, Stwórca. Nie istniało wtedy jeszcze nic poza palącym słońcem. Ngurá sprawił, że z ziemi wyłonił się las. Ukształtował też szlaki wodne, takie jak Ndiga Xi – Potok Meszek – oraz zasilana przez niego I Sere Berá, Rzeka Bystrzyn (zwana teraz przez przybyszów z Zachodu Rzeką Roosevelta). W tamtych latach Cinta Larga nie mieli sposobności, by się przekonać, że oba szlaki są dopływami znacznie potężniejszej rzeki, Amazonki, która z kolei wpływa do wprost niewyobrażalnego przestworu wody: oceanu. Otoczeni przez wrogów, nie mogli się tam przedostać pieszo, a podróż rzeką była nie mniej ryzykowna ze względu na progi skalne (może właśnie dlatego Cinta Larga nigdy nie skonstruowali canoe).
Po zapoczątkowaniu trzech głównych linii rodowych: Maam, Kaban i Kakin, Ngurá nie zaprzestawał rozprzestrzeniać swojego nasienia. Zapładniał też zwierzęta: żądlące osy, małe rybki o długich wąsach. W tamtej epoce zwierzęta były swego rodzaju ludem posługującym się mową zrozumiałą dla Cinta Larga. Pewne podanie dotyczyło Nekópetáy, matki wszystkich jaguarów, która często dopominała się o wyiskanie, a każdy, kogo rozbawiły jej niepohamowane wzdęcia, zostawał pożarty. Starsi opowiadali też inne historie: o chłopcu wychowanym przez tapira, o dziewczynie, która zakochała się w żabie, o uczcie urządzonej przez mrówkojada. Inaczej niż na Zachodzie, tu nigdy nie wytyczano wyraźnej granicy między przyrodą a ludzką kulturą. Nieliczni określani jako ãwã, czyli szaman, wykraczali poza jedną kategorię. Jeżeli ktoś chciał do nich dołączyć, musiał przy spotkaniu z jaguarem stłumić w sobie chęć ucieczki a l b o ataku. Jaguar mógł wówczas podejść bliżej, kołysząc ogonem, po czym stawał na tylnych łapach i po ściągnięciu z siebie skóry okazywał się człowiekiem – szamanem właśnie – obdarowującym śmiałka zdolnością uzdrawiania. Szamani potrafili uleczyć zatrucie jadem skorpiona przez wdmuchanie ukąszonemu dymu do ucha. Władali również mroczniejszą mocą. Kiedy ktoś umierał w niewyjaśnionych okolicznościach, przyczynę często upatrywano w czarach.
Starsi z wioski Pio mieli jednak coraz więcej problemu z wytłumaczeniem tego, co działo się w ich małym leśnym uniwersum. Na przykład przelotu olbrzymiego ptaka. Albo linii telegraficznej. Albo zbieraczy kauczuku z ich metalowymi narzędziami. Nastała właśnie pora sucha, kiedy po raz pierwszy niebo przesłonił dym tak gęsty, że słońce wyblakło i można było patrzeć na nie bez bólu. Ludzie zaczęli kaszleć, a ich smarki zrobiły się czarne. Pio pytał, skąd ten dym, a starsi mówili o pożodze wznieconej niegdyś przez Ngurę, który chciał ukarać ludzi za pomordowanie zbyt wielu pobratymców. Cinta Larga nadal nie byli w stanie sobie wyobrazić, że człowiek – choćby nosiciel ubrań ze swoją cudaczną technologią – mógłby wytworzyć dym na taką skalę.
Niektórzy doszli nawet do przekonania, że Suruí wynaleźli własny sposób na sporządzanie narzędzi z metalu. Tataré, przyjaciel Pio, stracił brata, a omal nie stracił ojca w zasadzce zgotowanej przez wojowników tego plemienia. Kiedy jego dziadek poprowadził atak odwetowy na wioskę Suruí, Cinta Larga zrabowali stamtąd zdumiewającą liczbę maczet, siekier i noży. Skąd mogli wiedzieć, że Apoena i jego ojciec rozdają te skarby na posterunku Siódmego Września, w głębi terytorium wroga?
Dokonano wtedy odkrycia, które postawiło świat Cinta Larga na głowie. Pewnego dnia chłopiec z wioski nad Potokiem Meszek, znany później jako Roberto Carlos, trochę starszy od Pio, wybrał się z kuzynem nad ujście tego potoku do Rzeki Roosevelta, żeby zaczaić się tam w gałęziach drzewa na ryby. Kiedy jakaś mulípkabe podpływała pod powierzchnię, żeby pochwycić opadłe liście w swoją szczękę o niemal ludzkich zębach, chłopcy stosowali typową – wobec braku wędek – metodę połowu: strzelali do niej z łuku. Wracali już do domu ze zdobyczą, gdy na wodzie dostrzegli stateczek, który sunął naprzód przy basowym buczeniu silnika przyczepnego.
––
Zarośnięty mężczyzna na pokładzie obracał metalowym kołem. Obok gramolił się nurek w gumowym skafandrze i miedzianym hełmie. Na tym samym odcinku Rzeki Roosevelta Pio miał później obserwować identyczną scenę: szukanie diamentów.
– Co to za jedni? – zastanawiał się Roberto.
– To chyba mokopey – odpowiedział kuzyn. – Podejdziemy i pomówimy z nimi?
– Nie, nie rozmawiajmy z nimi sami – ostrzegł Roberto.
Miał powody do ostrożności: jego ojciec walczył przy linii telegraficznej, a zginął z rąk zbieraczy kauczuku. Chłopcy pobiegli więc powiadomić swoich w wiosce.
W tamtej epoce Cinta Larga nie posiadali słowa na określenie celu poszukiwań przybyszów. Tak się jednak składało, że zamieszkiwali jeden z najstarszych obszarów ziemskiej skorupy kontynentalnej, która tu i ówdzie wynurzała się na powierzchnię w postaci ciemnych granitowych głazów rozrzuconych po lesie – i zawierała również mniej pospolite minerały. Sam Roberto, bawiąc się jako dziecko w długim domu, znalazł w pyle kryształ duży jak czubek męskiego kciuka. Znalezisko mu się spodobało, więc opłukał kamyk w strumieniu i pokazał rodzicom, którzy byli pod wrażeniem, choć nieprzesadnym. Z czasem – jak to z dziećmi i zabawkami bywa – Roberto gdzieś ów kamyk zapodział.
Dopiero po latach uświadomił sobie, że bawił się wtedy diamentem o wadze trzydziestu lub czterdziestu karatów, potencjalnie wartym setki tysięcy dolarów.
Innym razem kobiety wydobywające z dna potoku glinę na garnki natknęły się na półprzejrzysty, okrągły kamień tak ogromny, że nazwały go inhakíp Ngurá, „oko Boga”. Za coś takiego można by dostać wprost niewyobrażalną sumę. Kobietom jednak kamień nie był do niczego potrzebny, wrzuciły go więc z powrotem do wody.







